70 proc. produkowanych antybiotyków jest przeznaczone dla zwierząt hodowlanych

70 proc. produkowanych antybiotyków jest przeznaczone dla zwierząt hodowlanych (fot. Shutterstock)

wywiad gazeta.pl

"Przyzwyczailiśmy się do taniego mięsa, które jemy dwa, trzy razy dziennie. Zapytajmy, dlaczego mięso jest takie tanie"

70 proc. produkowanych antybiotyków jest przeznaczone dla zwierząt hodowlanych. Człowiek zażywa antybiotyk, gdy jest poważnie chory, a zwierzęta jedzą je, by nie zachorować. Potem te antybiotyki są w mięsie, które spożywamy, ale trafiają też do środowiska, dzięki czemu coraz więcej szczepów bakterii się na nie uodparnia. Uodpornione superbakterie w końcu zaatakują człowieka - mówi Stefano Liberti, autor książki "Władcy jedzenia. Jak przemysł spożywczy niszczy planetę?"

Po przeczytaniu twojej książki zrobiłam rekonesans lodówki. Zastanawiałam się na przykład, czy ketchup, na którym umieszczono informacje o polskim producencie, rzeczywiście jest z Polski. Jak myślisz?

Z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że w Polsce został jedynie zapakowany. Na 90 proc. pomidory, które posłużyły do jego produkcji, przyjechały z Sinkiangu, najbardziej wysuniętej na zachód części Chin, ale firmy nie muszą o tym fakcie informować konsumenta.

Uprawa pomidorów w Chinach jest wspierana finansowo przez rząd (fot. Shutterstock)
Uprawa pomidorów w Chinach jest wspierana finansowo przez rząd (fot. Shutterstock)

Jak to możliwe, że ketchup z pomidorów sprowadzanych z Chin kosztuje mniej niż ketchup z europejskich produktów?

Odkąd jedzenie stało się towarem, jego podstawową wartość określa cena. Pasta pomidorowa z chińskich pomidorów jest tańsza niż ta z włoskich, ponieważ Chińczycy wspierają ich produkcję z państwowych pieniędzy. Innymi słowy, chińscy rolnicy i przedsiębiorcy mogą pozwolić sobie na ich uprawę i przetwórstwo poniżej kosztów produkcji. Wyobraź sobie, jakie to muszą być koszty, skoro po zebraniu pomidory z Sinkiangu podróżują 3 tys. km do portu, gdzie są załadowywane na statek i potem płyną kolejne 20 tys. km do Włoch. I nawet po pokonaniu takiej odległości kosztują mniej niż pomidory, po które włoski producent musiałby pojechać 50 km. To jest szaleństwo. Ale idźmy dalej, bo to wcale nie jego koniec. Najbardziej absurdalny pozostaje fakt, że te pomidory z Chin, które przyjeżdżają do Włoch i są tam pakowane do puszek jako pasta pomidorowa, następnie są eksportowane do państw Afryki. I nawet tam są sprzedawane taniej niż pasta pomidorowa wyprodukowana na miejscu! Globalny dumping cen zniszczył przedsiębiorstwa produkujące pastę pomidorową w Ghanie. Dziś pozostały po nich puste, niszczejące budynki, a ludzie w poszukiwaniu pracy i lepszego życia przenieśli się do miast.

Dlaczego do tego doszło?

Pasta trafiająca do Afryki jest dotowana nie tylko przez Chiny, ale i Unię Europejską, która wspiera przedsiębiorców w eksporcie na obce rynki. Poza tym od lat 90. państwa afrykańskie są zobligowane do otwierania swoich rynków na produkty z zewnątrz, dzięki czemu producenci europejscy nie płacą taryf celnych.
Unia Europejska z naszych podatków wspiera więc wielkie korporacje produkujące na ogromną skalę, a nie drobnych rolników. Musimy poważnie porozmawiać o tym, gdzie i na co idą nasze pieniądze w obszarze polityki rolnej. Bo wielkie korporacje wcale ich nie potrzebują. Co więcej, dzięki nim działają tak, że w efekcie wpędzają lokalne ekonomie w kryzys.

Z twojej książki wynika, że te wielkie europejskie korporacje są dziś kupowane przez jeszcze większych, transnarodowych graczy.

Tak, co prowadzi do jeszcze większej destabilizacji rynku żywności i lokalnych ekonomii poza UE. Znamienne, że od kilku lat prowadzimy debaty na temat migracji. Mamy za dużo migrantów - krzyczą niektórzy. - Musimy ich zatrzymać - sugerują inni. Radzę, żeby spojrzeć na ten problem z szerszej perspektywy. Jeśli zalewamy państwa afrykańskie naszymi tanimi produktami, to jak lokalni producenci pomidorów z Ghany mają się utrzymać na powierzchni? Porzucają ziemię i przenoszą się do miast, ale tam często nie znajdują pracy. Część decyduje się więc na ucieczkę do Europy. Musimy zdać sobie sprawę, że niesprawiedliwe regulacje rynków żywności mają poważne konsekwencje społeczne. To one między innymi zmuszają ludzi do migracji.

Pola soi w Mato Grosso w Brazylii (fot. Shutterstock)
Pola soi w Mato Grosso w Brazylii (fot. Shutterstock)

Logikę przemysłowej produkcji żywności opisałeś za pomocą czterech produktów: wieprzowiny, soi, tuńczyka w puszce i pasty pomidorowej. Dlaczego wybrałeś akurat je?

To produkty szeroko konsumowane, ale jednocześnie istotne dla naszej diety. Wybrałem je, chodząc po supermarkecie koło mojego domu w Rzymie. Kiedy zacząłem pracę, pojechałem do miejsc, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałem. Na przykład do brazylijskiego Mato Grosso, gdzie na ogromną skalę produkuje się soję, sprzedawaną potem na paszę dla chińskich świń. Wyobraź sobie powierzchnię 100 tys. akrów [ponad 40 tys. hektarów - przyp. Red.], pozbawioną ludzi, tylko soja aż po horyzont. Brazylijczycy nie korzystają z tych plonów, podobnie jak Chińczycy nie konsumują pomidorów z Sinkiangu.

Inną kwestią, która mną wstrząsnęła podczas badań, była prędkość, z jaką dokonały się te zmiany. W Sinkiangu pomidory zaczęto produkować w 1995 roku, w ciągu 25 lat region stał się drugim po Kalifornii miejscem produkcji tego warzywa. Mato Grosso z lasu tropikalnego przekształciło się w fabrykę soi dopiero w latach 80. Spotkałem ludzi, którzy jako pionierzy przybyli na te ziemie, wycinali lasy i jako pierwsi eksploatowali ziemię. Tamtejsze miasta nie istniały przed 1982 rokiem.
To dowód na to, że system przemysłowej produkcji żywności w zastraszającym tempie konsumuje zasoby planety i cały czas się rozrasta. Musimy odwrócić ten trend, bo jeśli tego nie zrobimy, planeta przetrwa, ale ludzie już nie.

Ale przecież jedzenie zawsze podróżowało.

To prawda. Pomidory tak ważne dla kuchni włoskiej przybyły do Europy z Ameryki Centralnej, makaron przyjechał do nas z Chin. Tyle że przez wieki produkcja jedzenia była kontrolowana przez państwa. Od niedawna to korporacje zarządzają systemem produkcji i dystrybucji, a ich jedynym celem jest zysk. Korporacje nie widzą w żywności dobra wspólnego. Dla ich interesów nieistotne jest bezpieczeństwo i suwerenność żywnościowa społeczeństw i poszczególnych krajów. Państwa i Unia Europejska muszą na powrót odzyskać kontrolę nad tym co, gdzie i w jaki sposób się produkuje. Nie twierdzę, że wszyscy mają od teraz konsumować lokalnie, to byłoby trudne, szczególnie że niektóre kraje posiadają mniej sprzyjające warunki klimatyczne. Nie chodzi też o wprowadzanie zakazów, ale o stawianie przeszkód, kontrolę i mniejszą rentowność taniej, transnarodowej produkcji.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

W książce twierdzisz, że poszczególne sektory produkcji żywności, by zyskać wymiar przemysłowy, musiały przejść proces "chickenizacji". Co to znaczy?

Przyzwyczailiśmy się myśleć, że przemysłowa hodowla zwierząt istnieje od zawsze, podczas gdy wynaleziono ją w Stanach dopiero w latach 20. ubiegłego wieku. Zresztą ta historia jest dość niesamowita. Pewna kobieta z Delaware produkowała jaja. Potrzebowała dodatkowych 50 kur. Mężczyzna, który miał je dostarczyć, pomylił się i w efekcie kur przyjechało 500. W pierwszym odruchu kobieta chciała je oddać, ale potem wpadła na pomysł, że zamiast trzymać je na dużej, otwartej powierzchni, może umieścić je wewnątrz hali. W ten sposób kury przetrwały zimę. W następnym roku kobieta zamiast jaj zaczęła sprzedawać kury i zarobiła na tym mnóstwo pieniędzy. W ten sposób w wyniku błędu dostawcy wynaleziono przemysłową hodowlę zwierząt. Co oznacza zracjonalizowany, nastawiony na ilość proces hodowli zwierząt na niewielkich, zamkniętych przestrzeniach. W latach 70. ten system postanowiono przenieść na świnie. Tu nie było już tak prosto. Świnie są znacznie większe i mniej chętne do przebywania w zamknięciu.

Opowiedz, jak wygląda przemysłowy chów świń, bo jako jeden z nielicznych odwiedziłeś chińskie zakłady.

W Chinach jest 700 milionów świń. Jedno zwierzę przypada na dwie osoby. Można pomyśleć, że kiedy już się tam pojedzie, to na każdym rogu człowiek spotka świnię. Ale one siedzą w zamknięciu. Żyją tylko 6 miesięcy, choć normalnie powinny żyć 20 lat. Potem są zabijane, krojone i pakowane. Kiedy zobaczyłem ten proces, na myśl przyszła fabryka samochodów. Tam też była linia produkcyjna, a każda osoba wykonywała jedną czynność. Było niebywale czysto. W chińskich zakładach kroili zwierzęta, a wyglądało to tak, jakby składali jakąś maszynę. Te zwierzęta de facto nie żyją, tylko są maszynami do produkcji mięsa. Nie widzą słońca, nie mogą się ruszać, są w klatkach. Jedzą. Defekują. A na końcu są zabijane. Jeśli jesz mięso, nie chcesz sobie tego wyobrażać. Wypierasz tę wiedzę i wolisz patrzeć na uśmiechnięte świnki z etykiet produktów. Tyle że one nie istnieją. Wiesz o tym, a jednocześnie nie chcesz wiedzieć.

Uderzył mnie też fakt, że oni hodują dokładnie ten sam gatunek świni co my. Kiedy o to zapytałem, Chińczyk, który mnie oprowadzał po przedsiębiorstwie, zabrał mnie do pomieszczenia z dużymi, czarnymi, hałaśliwymi świniami. - To nasz rodzimy gatunek. Nisza przeznaczona dla bogatych - oznajmił.  - Na dużą skalę hodujemy wasze świnie, bo one zostały genetycznie przystosowane do życia w zamknięciu. W efekcie wieprzowina w Chinach smakuje dokładnie tak samo jak ta u nas. To też jest konsekwencja chickenizacji przemysłu: produkty straciły swój lokalny charakter.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

To mięso jest też koszmarnie niezdrowe.

Jeśli na stosunkowo małej przestrzeni chcesz hodować dużo zwierząt, musisz prewencyjnie faszerować je różnego typu lekami: aby zminimalizować ich psychiczny dyskomfort i uniknąć chorób. Hodowcy  rutynowo dają zwierzętom antybiotyki. Liczby są tu imponujące: 70 proc. produkowanych antybiotyków jest z miejsca przeznaczone dla zwierząt hodowlanych. Człowiek zażywa antybiotyk, gdy jest poważnie chory, ale zwierzęta jedzą je, by nie zachorować.

I co się dzieje z tymi antybiotykami?

Zostają w mięsie, które spożywamy, ale też trafiają do środowiska, dzięki czemu coraz więcej szczepów bakterii się na nie uodparnia. WHO już jakiś czas temu wydało opinię, że prewencyjne stosowanie antybiotyków w hodowli zwierząt jest niebezpieczne. Uodpornione superbakterie w końcu zaatakują człowieka. Nie będziemy umieli się przed nimi bronić.

W Unii Europejskiej i tak jest lepiej niż w Stanach, gdzie przedsiębiorcy oprócz antybiotyków na potęgę mogą też faszerować zwierzęta hormonami. Na przykład Holandia i Dania redukują już zużycie antybiotyków. Oczywiście z tego względu muszą ograniczyć hodowlę. To z kolei odbija się na cenie mięsa. Przyzwyczailiśmy się do taniego mięsa, które jemy nawet dwa, trzy razy dziennie. Ten kulturowy trend trzeba odwrócić. Zapytajmy, dlaczego mięso jest takie tanie. Nie tylko ze względu na sposób produkcji, ale też dlatego, że jego cena realna nie jest płacona przez pojedynczego konsumenta, ale przez ekosystem i całe społeczeństwa. Innymi słowy, koszt środowiskowy nie jest wliczony w cenę mięsa.

Dawniej kał hodowanych w chlewach świń służył jako nawóz, teraz tych ton nieczystości trzeba się jakoś pozbyć. Wokół przedsiębiorstw powstają jeziora uryny i kału, ze względu na swój różowy kolor nazywane lagunami. To zbiorniki wysoce toksyczne. Tak więc realny koszt mięsa z supermarketu to także uszczerbek na naszym zdrowiu i zatrucie środowiska. Jedynym wyjściem z tej sytuacji jest ograniczenie produkcji i uczynienie mięsa produktem drogim. Nie mówię, żeby zaraz wszyscy stali się weganami, ale mięso raz na tydzień naprawdę nam wystarczy.

Połów tuńczyka błękitnopłetwego u wybrzeży Turcji (fot. Shutterstock)
Połów tuńczyka błękitnopłetwego u wybrzeży Turcji (fot. Shutterstock)

Tylko jak odwrócić ten trend, skoro od 2007 roku w rynek żywności intensywnie zaczął inwestować sektor finansów, który przenosił tam swój kapitał z objętego kryzysem rynku nieruchomości. Piszesz, że rynkiem żywności rządzą obecnie "przedsiębiorstwa szarańcze". Czym one się charakteryzują i dlaczego żywność to dziś dobra inwestycja?

Populacja ludzkości stale rośnie. W 2050 roku ma nas być 9 mld. Ludzie będą jedli, a zasoby będą mniejsze, czyli inwestorzy na pewno zarobią na tym interesie. Gdy tego rodzaju inwestycje przejmują kontrolę nad produkcją żywności, liczy się jedynie czysty zysk i dzielenie się nim z akcjonariuszami. "Przedsiębiorstwa szarańcze" zarabiają, a potem - jak to szarańcza - przenoszą się do innego sektora. Traktują środowisko jakby było kopalnią złota. Kopią aż do wyczerpania zasobów.

Rolnictwo od zawsze opierało się na eksploatacji środowiska naturalnego, ale jednocześnie rolnicy mieli na uwadze zachowanie jego równowagi, bo tylko ona umożliwia dalszą produkcję. "Szarańczy" już na tym nie zależy. Weźmy takie Mato Grosso. Oni hodują tam jeden gatunek soi i zbierają ją nawet dwa razy do roku. Pytałem ich, czy nie boją się, że za 10 lat będzie tam pustynia, bo eksploatują ziemię bez opamiętania. Poza tym każdy prosty system, gdzie hoduje się tylko jeden gatunek, jest znacznie mniej odporny na insekty i pasożyty.

Jak myślisz, gdzie przeniesie się "szarańcza", kiedy przemysł żywności przestanie być tak opłacalny?

Obiecujący wydaje się sektor wydobycia metali rzadkich. Kontrolując ich wydobycie, zyskujesz kontrolę nad produkcją nie tylko komputerów czy smartfonów, ale także nad produkcją urządzeń technologii wiatrowej czy słonecznej, czyli nad sektorem ekologicznej produkcji energii.

"Szarańcza" będzie działać na rzecz ekologii?

Paradoksalnie tak, ale już powstają książki uświadamiające nam, że za tymi ekotechnologiami stoi system eksploatacji taniej siły roboczej i zasobów.

Książka Stefano Libertiego ukazała się nakładem Wydawnictwa Agora (fot. Mirosław Wlekły)
Książka Stefano Libertiego ukazała się nakładem Wydawnictwa Agora (fot. Mirosław Wlekły)

Kto, twoim zdaniem, najbardziej dziś cierpi z powodu przemysłowej produkcji żywności?

Na całej planecie mamy do czynienia z tym samym trendem: znikają drobni rolnicy, wieś pustoszeje, stając się miejscem wielkoskalowej przemysłowej produkcji żywności, kontrolowanej przez wielkie korporacje. Drobnych rolników czeka los migrantów zarobkowych w wielkich aglomeracjach miejskich. Weźmy Chiny, bo tu liczby są zawsze imponujące: w ciągu ostatnich 10 lat do miast wyemigrowało 300 mln osób.

Innymi ofiarami, o których też piszę, są ludzie mieszkający w niedalekim sąsiedztwie na przykład zakładów przemysłowej hodowli świń. Oni ze względu na zanieczyszczenie powietrza i potworny smród stali się więźniami we własnych domach. Wreszcie ofiarami tego systemu jesteśmy my - konsumenci.

Z drugiej strony, czy zrównoważone, ekologiczne rolnictwo to jest rzeczywista alternatywa dla przemysłowej produkcji?

To jest nisza. Społecznościowe gospodarstwa rolne istnieją nawet w Chinach. Zwierzęta hodowane są na powietrzu, produkcja jest organiczna, a konsumenci dają na nią pieniądze. W Chinach ekologiczne rolnictwo przeznaczone jest dla około 70 mln ludzi, ale w skali Państwa Środka to wciąż nisza.

Moim zdaniem należy zwiększyć władzę konsumentów. Biorąc ketchup z lodówki, nie masz informacji na temat pochodzenia tego produktu, drogi, jaką przebył, i tak dalej. Gdybyś dysponowała taką wiedzą, miałabyś też wybór. Może zdecydowałabyś się zapłacić więcej za lokalne produkty. Gdyby korporacje były zmuszane do dostarczania informacji, moglibyśmy dokonywać wyborów nie tylko ze względu na cenę, ale też na jakość, sposób produkcji, warunki pracy itp. Możemy produkować przemysłowo, ale lokalnie.

Kolejną kwestią jest świadomość konsumentów. Mój przyjaciel Albańczyk, który prowadzi sklep koło mojego domu, musi w lecie sprowadzać pomarańcze z Chile, bo klienci się tego domagają. Ludzie zatracili kontakt z naturą. Nie wiedzą, co to są sezony i kiedy jest czas zbiorów poszczególnych roślin, bo w supermarkecie zawsze wszystko jest. Może trzeba wprowadzić do szkół edukację w zakresie żywności. Potrzebujemy długotrwałej kulturowej zmiany, bo wyobraź sobie, że teraz przed wyborami jakiś polityk powiedziałby w Polsce, że mięso będzie kosztować dwa razy więcej w imię walki o środowisko.

Pola soi w Mato Grosso w Brazylii (fot. Shutterstock)
Pola soi w Mato Grosso w Brazylii (fot. Shutterstock)

Tylko my nie mamy czasu na długotrwałą zmianę kulturową.

Ale ona już się dzieje. Nastolatki, które protestują w obronie planety, mówią o tym, że globalne ocieplenie zostało spowodowane także przez przemysłową produkcję żywności. Te dzieci nie przychodzą z gotowymi rozwiązaniami, ale wywierają presję na polityków. Rozwiązania są, wystarczy posłuchać naukowców. Ci urodzeni po 2000 roku ludzie dają mi nadzieję.

Książkę możecie kupić w Publio.pl >>>

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Stefano Liberti. Nagradzany dziennikarz i producent filmowy. Współpracuje m.in. z "Internazionale", "Le Monde Diplomatique", "El Pais" czy "Al. Jazeera English". W 2008 r. wydał książkę "Na południe od Lampedusy", której przyznano nagrodę Indro Montanelli. W 2011 r. napisał "Land grabbing. Journeys into the new colonialism", która została przetłumaczona na angielski, francuski, niemiecki, hiszpański, koreański oraz chiński. Jest reżyserem filmów "The hell of child-wizards", "Closed sea" (wraz z Andreą Segre), "Container 158" (z Enrico Parentim), "Soyalism" (również z Parentim). W maju 2019 r. nakładem Wydawnictwa Agora ukazała się jego książka "Władcy jedzenia. Jak przemysł spożywczy niszczy planetę".

Magda Roszkowska. Dziennikarka i reporterka.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku