Kadr z filmu 'Eksperyment na tratwie'

Kadr z filmu 'Eksperyment na tratwie' (mat. prasowe)

wywiad gazeta.pl

Eksperyment na tratwie miał odkryć tajemnicę ludzkiej skłonności do przemocy. Jego uczestnicy spotkali się po latach

Doświadczalny rejs, który wymyślił meksykański antropolog Santiago Genovés, wymknął się spod kontroli. Naukowiec, sfrustrowany brakiem zadowalających wyników, zaczął manipulować jego uczestnikami. A oni... rozważali zamordowanie go. Jak dziś wspominają tamte przeżycia? O tym rozmawiamy z Marcusem Lindeenem, reżyserem dokumentu "Eksperyment na tratwie".

W 1973 roku w Las Palmas sześć kobiet i pięciu mężczyzn wyruszyło w trzymiesięczny rejs "Acali" - stalową tratwą o wymiarach 12x7 metrów - przez Atlantyk w kierunku Meksyku. Pomysłodawcą tego nietypowego przedsięwzięcia był Santiago Genovés, meksykański antropolog, który chciał zbadać, czy człowiek jest z natury skłonny do przemocy. Ograniczona przestrzeń, brak prywatności i związany z nimi stres miały doprowadzić uczestników do granic wytrzymałości. Badacz wierzył, że izolacja wyzwoli w ludziach głęboko ukryte pierwotne instynkty. Genovésowi nie sposób odmówić ambicji - eksperyment, nazywany przez niego "Projektem pokoju", miał owładniętemu wojną wietnamską światu pomóc zrozumieć złożoność ludzkiej natury.

W latach 70. media nie znały jeszcze "Big Brothera", ale z dzisiejszej perspektywy pomysł Meksykanina zakrawa na scenariusz programu reality show. Przedsięwzięcie, które miało być poważnym naukowym doświadczeniem, szybko wymknęło się spod kontroli. Prasa, relacjonując ekspedycję na podstawie materiałów przesyłanych przez naukowca, zaczęła określać "Acali" mianem "Sex Raft" (ang. "seksualna tratwa"). Genovés, sfrustrowany brakiem zadowalających go wyników, zaczął manipulować uczestnikami i skłócać ich ze sobą. W konsekwencji to pomysłodawca eksperymentu przeżył podczas rejsu załamanie nerwowe i skompromitował się w akademickim środowisku.

Około 40 lat później za sprawą szwedzkiego reżysera Marcusa Lindeena część uczestników badania spotyka się ponownie na replice tratwy. Dokumentujący to spotkanie film "Eksperyment na tratwie" będzie można obejrzeć w ramach 16. Festiwalu Filmowego Millennium Docs Against Gravity. Lindeen pracował nad "Eksperymnetem..."

Małgorzata Steciak: Skąd wzięła się myśl, żeby zrobić film o uczestnikach rejsu "Acali" z lat 70.?

Marcus Lindeen: Wyszedłem od pomysłu spotkania po latach ludzi, których w przeszłości połączyły ekstremalne doświadczenia. Pewnego dnia wpadła mi w ręce książka o najbardziej radykalnych eksperymentach naukowych. Kiedy przeczytałem o badaniach Santiago Genovésa, wiedziałem, że trafiłem w dziesiątkę. Oprócz fascynującej historii i bohaterów miałem też kluczowy dla historii obiekt, który mogłem zrekonstruować w warunkach studyjnych. Tratwa staje się artefaktem przenoszącym bohaterów w przeszłość, narzędziem uruchamiającym pamięć i przywołującym wspomnienia uczestników eksperymentu.

Wyobrażam sobie, że dotarcie do nich po tylu latach nie było łatwe.

Najpierw chciałem namierzyć Santiago. Sięgnąłem po jego książki i dzienniki, w których opisywał eksperyment - swoje założenia i zderzenie ich z rzeczywistością. Udało mi się go odnaleźć, ale niestety się spóźniłem. Kiedy zacząłem pracę nad filmem pięć lat temu, Santiago był już ciężko chory. Zmarł niedługo później. Na szczęście tematem filmu zainteresował się jego syn. Zaprosił mnie do Meksyku, udostępnił mi prywatne archiwum swojego ojca. W publikacjach opisujących wydarzenia na tratwie Santiago posługiwał się pseudonimami ich uczestników. Odszyfrowanie tożsamości tych ludzi, rozrzuconych po całym świecie, graniczyło z cudem. Zacząłem przeglądać książki adresowe i notatki naukowca, w gąszczu których w końcu znalazłem nazwiska ochotników i zacząłem łączyć je z przydomkami.

Jak zareagowali ci ludzie, kiedy zaproponowałeś im spotkanie po latach połączone z kolejnym eksperymentem, tym razem filmowym? W filmie sprawiają wrażenie grupy starych przyjaciół. Trudno uwierzyć, że nie widzieli się dziesiątki lat.

Podczas poszukiwań okazało się, że część z nich już niestety nie żyje. Dotarcie do tych, którzy wciąż mają się dobrze, po odcyfrowaniu notatek Santiago okazało się stosunkowo łatwe.

W "Eksperymencie na tratwie" wystąpiło sześć osób.

Kiedy odzywałem się do kolejnych uczestników, niemal wszyscy byli podekscytowani na myśl o filmie i możliwości spotkania z resztą ekipy. Jedynie Maria, kapitanka ze Szwecji, miała sporo wątpliwości i nie chciała wracać do tego okresu w życiu. To ją Santiago upokorzył najbardziej - wzniecił bunt na tratwie i odsunął ją od steru. Zasmuciły ją też nagłówki w prasie, gdzie o "Acali" pisano jako o "seksualnej tratwie", donosząc o rzekomo odbywających się tam orgiach. Bała się, że udział w eksperymencie zrujnuje jej karierę, a i bez tego miała pod górkę jako pierwsza kobieta kapitan w Szwecji. Na początku mi odmówiła. Powiedziała, że nigdy z nikim nie rozmawiała o tamtych wydarzeniach. Było widać, że to dla niej wciąż bolesne wspomnienie.

Co ją przekonało?

Zmieniła zdanie po obejrzeniu mojego pierwszego filmu "Regretters", który składał się z rozmów dwóch mężczyzn - obaj zdecydowali się na operację zmiany płci, a później tego pożałowali. Maria uznała, że potrafię opowiadać o kontrowersyjnych sprawach w delikatny i wyważony sposób, z szacunkiem dla bohaterów. Postanowiła mi zaufać, uwierzyła, że jej nie skrzywdzę. Dzisiaj jest bardzo zadowolona z udziału w naszym projekcie. Promuje ze mną film na festiwalach, spotyka się z publicznością.

Jak wyglądało pierwsze spotkanie uczestników eksperymentu po latach?

Było dużo śmiechu i przytulania. Jest między nimi bliskość, niemalże jak między rodzeństwem. To było niesamowite, że doświadczenia sprzed tak wielu lat związały ich ze sobą tak mocno. Zdjęcia do części kręconej w studiu, w otoczeniu repliki tratwy trwały dziesięć dni. Kiedy bohaterowie zaczęli rozmawiać, zaskoczyło mnie, jak dobrze pamiętają tamtą wyprawę. Jednocześnie zdziwiłem się, kiedy okazało się, że mają sobie do powiedzenia bardzo wiele rzeczy związanych z tamtym doświadczeniem. Wydawało mi się, że kiedy przebywasz na ograniczonej przestrzeni w małej grupie, po trzech miesiącach nie macie przed sobą żadnych tajemnic. Tymczasem bohaterowie dopiero teraz otwierali się przed sobą i mówili o swoich emocjach. Mary, która uciekła na tratwę przed mężem, bo ją bił, opowiedziała o tym po raz pierwszy pozostałym członkom załogi właśnie podczas zdjęć do dokumentu. Chyba najbardziej wzruszyła mnie Afroamerykanka Fe. Na tratwie na Atlantyku zdała sobie sprawę, że jest prawdopodobnie pierwszą ciemnoskórą kobietą, która płynie tą samą trasą co jej przodkowie wywiezieni statkami jako niewolnicy.

Twój film rozpoczyna się od słów Santiago - wspomina bycie zakładnikiem terrorystów porywających samolot. O tym, co dla większości z nas byłoby doświadczeniem traumatycznym, twój bohater mówi jak o mannie z nieba dla naukowca, który chce badać ludzką skłonność do przemocy. Kim był Santiago Genovés? Poważnym naukowcem, prowokatorem czy performerem?

Był dość ważną osobistością latynoskiego świata nauki. Na kilka lat przed jego śmiercią jedna z meksykańskich uczelni urządziła konferencję naukową na jego cześć. Miał rozległe kontakty, także w Stanach Zjednoczonych i Europie. Przed fiaskiem eksperymentu z tratwą rysowała się przed nim perspektywa obiecującej kariery. Ale tamte wydarzenia mocno zaważyły na jego zawodowej przyszłości. Środowisko naukowe się od niego odwróciło, stracił finansowanie dla swoich badań.

Mimo wszystko udało mu się przetrwać ten kryzys. W późniejszych latach kontynuował pracę na uniwersytecie i osiągał umiarkowane sukcesy, choć nigdy nie udało mu się w pełni zrealizować swoich ambicji.

Co znalazłeś w jego notatkach?

Santiago pisał nie tylko książki naukowe, był także poetą. Miał fascynującą osobowość i temperament bliższy artyście niż badaczowi. We wspomnianym przez ciebie eseju o porwaniu samolotu skupiają się jego fascynacje i obsesje. Ekscytacja człowieka, który został zakładnikiem, mówi o nim więcej niż badanie, które przeprowadził.

Trawiła go nieposkromiona potrzeba zrozumienia świata, w którym funkcjonował. Santiago miał ambicje zrozumieć, skąd bierze się w człowieku przemoc, czy jest to immanentna część jego osobowości wypływająca z fizjologii i biologii organizmu, czy może stajemy się brutalni dopiero w określonych warunkach. Z dzisiejszej perspektywy trudno zrozumieć, że taki eksperyment jak "Acali" w ogóle doszedł do skutku w świecie nauki.

Jego pomysł kojarzy się ze współczesnymi programami reality tv.

Trudno nie zauważyć tego podobieństwa. Co ciekawe, niewiele brakowało, by "Acali" naprawdę stała się pierwszym reality show w historii telewizji. Jednym ze sponsorów projektu była meksykańska telewizja, na pokładzie tratwy była kamera, która uważnie rejestrowała codzienne wydarzenia. Niestety z jakiegoś powodu producenci nie zdecydowali się użyć tego materiału. Santiago jednak był bardzo niezadowolony, kiedy współczesna prasa porównywała jego badania do programów reality tv. Uważał, że "Acali" była czymś więcej.

Kierownik produkcji Simone Grau Roney i reżyser Marcus Lindeen na planie filmu 'Eksperyment na tratwie' (mat. prasowe)
Kierownik produkcji Simone Grau Roney i reżyser Marcus Lindeen na planie filmu 'Eksperyment na tratwie' (mat. prasowe)

Materiał archiwalny z tratwy, nakręcony na taśmie 16 mm, przeleżał nieużywany przez ponad 40 lat. Jak udało ci się do niego dotrzeć?

Wiedziałem, że po zakończonym eksperymencie archiwalia trafiły do meksykańskiej telewizji. Szukałem ich bezskutecznie przez wiele miesięcy w tamtejszych archiwach, później w bibliotekach. Dochodziły mnie słuchy, że materiał mógł zaginąć podczas trzęsienia ziemi w Meksyku w 1985 roku, w którym śmierć poniosło ponad pięć tysięcy osób. W jednym z pudełek w piwnicy naukowca znalazłem raport - wynikało z niego, że Santiago wywołał rolki z taśmą filmową gdzieś w Meksyku. W tych samych notatkach zauważyłem w nazwie tratwy literówkę - nazwa "Acali" była napisana przez dwa "l". Na początku nie przykładałem do tego większej wagi, ale kiedy straciłem już nadzieję na odnalezienie materiału, dla świętego spokoju postanowiłem się temu przyjrzeć. Zadzwoniłem ponownie do archiwum uniwersyteckiego i poprosiłem, żeby sprawdzili swoją bazę raz jeszcze, tym razem z literówką. I bingo, znaleźliśmy osiem godzin materiału nakręconego przez jednego z uczestników eksperymentu. Nikt nie oglądał tych zdjęć od wielu lat. Wtedy wiedziałem, że uda mi się ukończyć film.

W jaki sposób Genovés dobierał uczestników eksperymentu?

Jego celem było zebranie ludzi jak najbardziej różniących się od siebie. I najlepiej takich, dla których trzymiesięczna rozłąka z domem będzie trudnym doświadczeniem - celował w małżeństwa, osoby wychowujące małe dzieci. Wierzył, że różnice są źródłem konfliktu. Załogę tratwy kompletował, opierając się na dość naiwnych kontrastach - kolor skóry, wyznanie, kraj zamieszkania. I tak w rejs wypłynęli między innymi angolski ksiądz, izraelska lekarka, japoński fotograf, młoda Afroamerykanka, kelnerka ze Stanów Zjednoczonych, dla której eksperyment też stał się sposobem na ucieczkę od przemocowego związku.

Genovés chciał odtworzyć w ten sposób świat w skali mikro. Postanowił władzę na tratwie powierzyć kobietom - kapitanem była Szwedka, a załogowym nurkiem Francuzka. Miało to odzwierciedlić dynamiczne zmiany społeczne, jakie zachodziły w latach 70., i być próbą sprawdzenia, czy wyznaczenie kobiet na decyzyjne stanowiska będzie oznaczało mniej konfliktów. Po cichu jednak liczył na to, że obecność kobiet u władzy wywoła u mężczyzn zazdrość i frustrację.

Naukowiec chciał także, aby uczestnicy byli atrakcyjni - zamierzał przekonać się, czy doprowadzi to do pojawienia się napięcia seksualnego, które bezpośrednio uruchomi konflikt między mężczyznami rywalizującymi o względy kobiet.

Tymczasem zamiast konfliktu pojawiła się zbudowana na zaufaniu więź. Uczestnicy zaczęli się ze sobą zaprzyjaźniać, niektórzy romansowali. Seks jednak nie okazał się źródłem agresji, jak zakładał Santiago.

Żeby wywołać konflikt, Genovés ograniczył swoim obiektom doświadczalnym prywatność. Toaleta była pozbawioną intymności, widoczną z każdej strony ławką wiszącą nad oceanem. Wielu uczestników rejsu nabawiło się przez to na początku problemów z wypróżnianiem. Jedna z kobiet wspomina, jak bardzo bała się rekinów, kiedy korzystała z tej prowizorycznej łazienki podczas okresu. Z czasem jednak wszyscy przywykli do wzajemnej obecności, nawet podczas intymnych czynności. Uprawianie seksu na tratwie było wyjątkowo skomplikowanym logistycznie przedsięwzięciem. Można było próbować romansować w grupowej sypialni w nadziei, że reszta współlokatorów śpi, albo podczas dyżuru przy sterze. Jedna ręka jednak zawsze musiała być zajęta sterowaniem tratwą.

Kadr z filmu 'Eksperyment na tratwie' (mat. prasowe)
Kadr z filmu 'Eksperyment na tratwie' (mat. prasowe)

Santiago obserwował uczestników i skrupulatnie notował ich zachowania, szukając powtarzalnego wzoru. Analizował cykle menstruacyjne kobiet, porównywał ich nastroje z temperaturą powietrza, fazami księżyca. Z czasem członkowie załogi przyzwyczaili się do niecodziennych warunków i zaprzyjaźnili się ze sobą. Potraktowali eksperyment jak przygodę, wakacje w wersji ekstremalnej. Zaczęło się robić nudno. Kiedy naukowiec zobaczył, że jego założenia nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, spanikował. Zaczął ingerować w swój eksperyment, bo chciał, żeby zaczęło się dziać coś ekscytującego.

Złamał tym samym jedną z podstawowych naukowych zasad - stał się jednocześnie badaczem i aktywnym uczestnikiem eksperymentu.

Bardzo go za to krytykowano od samego początku. Już w latach 70. jego podejście było cokolwiek radykalne. Genovés nie wierzył w obiektywizm, dlatego wziął udział w eksperymencie osobiście, a kiedy zachowanie grupy nie spełniło jego oczekiwań, spróbował wywołać konflikt sztucznie. Zmuszał uczestników do "gry w prawdę", czytał na głos odpowiedzi z kwestionariuszy wypełnianych przez nich anonimowo - zdradzał, kto z kim chce iść do łóżka, kto kogo irytuje, kogo najchętniej wyrzucono by z tratwy.

To nie napięcie seksualne, lecz potrzeba obsesyjnej kontroli, którą miał Genovés, doprowadziła do wybuchu agresji. I to nie u obiektów eksperymentu, ale u badającego ich naukowca, który w pewnym momencie zbuntował się przeciwko kapitance i przeżył załamanie nerwowe.

Sprawy przybrały dramatyczny obrót, kiedy pod koniec rejsu tratwa znalazła się w zasięgu dużego huraganu. Maria, kapitan, podjęła decyzję o zawieszeniu eksperymentu i przeczekaniu niebezpieczeństwa w najbliższym porcie. Genovés, na tym etapie mocno sfrustrowany dotychczasowymi niepowodzeniami, przejął kontrolę nad tratwą i brutalnie odsunął kapitan od władzy. Odzyskała ją dopiero wtedy, gdy naukowiec stracił panowanie nad tratwą, i to w momencie, gdy konstrukcja była na kursie kolizyjnym z kontenerowcem. To jedyny moment, kiedy uczestnicy eksperymentu byli bliscy użycia przemocy i rozważali zamordowanie naukowca. Meksykanin na tym etapie kompletnie się załamał. Wpadł w depresję.

W filmie wspomina, że na tratwie doznał oświecenia, kiedy zaczął płakać po raz pierwszy od dzieciństwa.

Pod koniec podróży Santiago zrozumiał, że to on był źródłem problemu i konflikt, którego szukał wśród uczestników, tak naprawdę skrywał głęboko w sobie. Ta historia jest szalenie aktualna w dzisiejszych czasach, kiedy zaczynamy rozmawiać o patriarchacie i toksycznej męskości, szkodliwości kultury macho, do której Genovés przynależał. W gruncie rzeczy ten eksperyment okazał się dla niego ważną lekcją. Ze wszystkich obiektów badawczych największą drogę przeszedł sam naukowiec.

Marcus Lindeen (fot. marcuslindeen.com)
Marcus Lindeen (fot. marcuslindeen.com)

A co eksperyment dał jego uczestnikom?

Każdy z nich przeszedł zupełnie inną drogę. Edna, izraelska lekarka, wróciła z rejsu do kraju owładniętego wojną. Mary, dla której tratwa stała się ucieczką od męża brutala, znalazła dzięki eksperymentowi siłę, by odejść od oprawcy. Stała się silniejszą i bardziej niezależną kobietą. Fe mówi o eksperymencie jako ważnym dla niej doświadczeniu w budowaniu jej tożsamości ciemnoskórej kobiety w Ameryce. Z kolei Maria, kapitan, nadal twierdzi, że gdyby mogła cofnąć czas, nigdy by nie zgodziła się na udział w eksperymencie.

Myślę, że wielu z nich taka trzymiesięczna przygoda pomogła przemyśleć swoje życiowe wybory. Przyglądając się naszym sprawom z dystansu, zyskujemy lepszą perspektywę. Reszta wróciła do swoich spraw jakby nigdy nic, a rejs "Acali" stał się wspomnieniem największej przygody ich życia, jednorazowym wyskokiem, który nigdy się nie powtórzył.

Nurtuje mnie jeszcze jedna kwestia: reżyser ma wiele wspólnego z demiurgiem z obsesją na punkcie kontroli. Odtworzyłeś tratwę, dotarłeś do uczestników i zebrałeś ich, podobnie jak Genovés, na ciasnej przestrzeni, żeby opowiedzieć historię. Czułeś pokusę pociągania za sznurki?

Genovés miał w sobie wiele z artysty. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że lepiej odnalazłby się w świecie sztuki i performance'u. W swoich notatkach wielokrotnie pisał o tym, że nauka powinna czerpać ze sztuki, być eksperymentalna, spontaniczna. Jego wyprawa w nieznane, której owocem miało być zrozumienie ludzkiej natury, ma w sobie coś niemalże poetyckiego, jest jak opowieść wyjęta z mitów greckich.

Na początku wydawało mi się, że jestem zupełnie inny niż on. W moim wyobrażeniu odcinałem się od patriarchalnych wzorców, byłem pokorny i otwarty. Z czasem zacząłem jednak dostrzegać coraz więcej paraleli. Obaj zbudowaliśmy tratwę, sfinansowaliśmy szalony projekt, do którego zaprosiliśmy ludzi z całego świata. On próbował skłócić ze sobą uczestników, by wywołać konflikt, który tak bardzo go interesował. Podczas pracy nad moim dokumentem zauważyłem, że robię dokładnie to samo. Byłem sfrustrowany, kiedy moi bohaterowie byli dla siebie mili i we wszystkim się zgadzali. Szukałem punktów zapalnych, skrajnych emocji, które mogłyby pociągnąć tę historię w nieznanym, ekscytującym kierunku. Konflikt, obiektywnie rzecz biorąc, jest lepszy dla filmu niż harmonia. W gruncie rzeczy odbyliśmy z Santiago tę samą podróż.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Marcus Lindeen. Szwedzki reżyser, studiował w Dramatiska Institutet w Sztokholmie. Jego dokumentalny debiut "Regretters" zdobył m.in. Prix Europa dla najlepszego dokumentu, nagrodę Kristallen (szwedzka Emmy) i nagrodę Szwedzkiej Akademii Filmowej. Debiut fabularny "Accidentes Gloriosos" miał swoją premierę na MFF w Wenecji, gdzie otrzymał nagrodę dla najlepszego średniometrażowego filmu w sekcji Orizzonti. Lindeen pracuje też jako reżyser teatralny, jego spektakle były wystawiane w teatrach w Szwecji, Norwegii i Niemczech. Najnowszy film "Eksperyment na tratwie" będzie można obejrzeć w ramach 16. Festiwalu Filmowego Millennium Docs Against Gravity.

Małgorzata Steciak. Dziennikarka. Publikowała m.in. w ''Polityce'', ''Gazecie Wyborczej'', ''K-MAG-u'' czy w serwisie dwutygodnik.com. Wcześniej była m.in. redaktorką portali Onet.pl, Gazeta.pl.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (41)
Zaloguj się
  • menel13

    Oceniono 48 razy -24

    Krótko mówiąc eksperyment udowodnił że ten cały lewacko-feministyczny bełkot to bełkot.

  • gr_ub_y

    Oceniono 22 razy -12

    Zbiorowość nie premiuje indywidualności, tylko grupy społeczną, których fundamentem jest rodzina.

    Eksperyment na tratwie obalił najważniejsze dogmaty lewactwa. Może dlatego nie jest szczególnie znany.

  • nasza_droga_sic_gw

    Oceniono 21 razy -9

    Zmieniła zdanie po obejrzeniu mojego pierwszego filmu "Regretters", który składał się z rozmów dwóch mężczyzn - "... obaj zdecydowali się na operację zmiany płci, a później tego pożałowali."
    Całkiem jak Krzysztof Bogdan Bęgowski vel Anna Grodzka.

  • mr.knox

    Oceniono 21 razy -7

    Najglupszy eksperyment ma obecnie miejsce w Europie (UE) ale widac, ze pomalu tez dobiega konca.

  • pawelo73

    Oceniono 25 razy -7

    Co to jest kapitanka ? jakaś czapka, kurtka? Kapitan to kapitan, a feminizm to zmiana na siłę ustalonych nazw, rewolucjonistki, pożal się boże. Premiera, ministra, socjolo-"loszka", poruczniczka. Natomiast na pewno może być idiotka, kretynka,

  • myslacyszaryczlowiek1

    Oceniono 14 razy -4

    Mógł pojechać do amazońskiej dżungli i sobie poobserwować zamkniętą grupę ludzi niemającej żadnej prywatności. zwłaszcza, że był antropologiem. Ale biorąc pod uwagę dobór uczestników być może eksperyment mógł polegać na tym ( a wielka szkoda, że o tym autor nie wspomina ani słowem, więc tylko pozostają moje domysły) czy zróżnicowanie etniczne, kulturowe doprowadzi od konfliktów. Takie USA w pigułce. Eksperyment dowiódł, że nie. Czyli multi kulti się udało. Biorąc pod uwagę inny eksperyment, w którym narzucono role strażników i więźniów królikom doświadczalnym można wysnuć wniosek, że konflikty powstają, gdy mamy narzucone role przez zewnętrzne czynniki, jak chociażby terytorium, narzucone pozycje społeczne itd. Czyli taka Europa w pigułce. Czyli wniosek jest prosty, multi kulti może się udać na jakieś wysepce, gdzie przenosi się uczestników i tworzą oni nowe społeczeństwo, ale nie w Europie, gdzie są ludy z dziada pradziada, co włodarze Unii nie mogą zrozumieć, i uskuteczniają jakieś mrzonki Kalergi, którego imieniem rozdają medale dla zasłużonych w multi kulti. Już pomijam wywody Kalergi o Żydach jako przyszłych arystokratach, jako narodu który doświadczając licznych pogromów, jest predysponowany do takich ról, bo przetrwały osobniki najbardziej inteligentne. Jak pokazał holokaust był w wielkim błędzie. Bo w dużej mierze przetrwały osobniki najbardziej odrażające, jak chociażby policjanci żydowscy i ci co współpracowali z nazistami w eksterminacji własnego narodu. W dodatku mało inteligentni, bo naród polski nigdy się nie zgodzi na jakieś odszkodowania.

  • qcleszek1

    Oceniono 4 razy -2

    Żeby wypalił eksperyment powinno być 4 panie i 5 panów !

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX