Wiele budynków komunalnych w Łodzi jest w opłakanym stanie

Wiele budynków komunalnych w Łodzi jest w opłakanym stanie (fot. Bartosz Józefiak)

reportaż

Budynki, które grożą śmiercią, to polska specjalność

Dom Eli może w każdej chwili zawalić się na głowę. Dom Ewy to wylęgarnia chorób dla całej rodziny. Dom Marii jest kompletnie pusty i zamieszkany jednocześnie. Tak to widzą urzędnicy.

Dom Elżbiety może ją zabić w każdej chwili.

Elżbieta codziennie wstaje przed piątą, żeby zdążyć do pracy. Zamyka drzwi, pędzi do tramwaju, nad maszyną do szycia myśli: "Ciekawe, czy będę miała do czego wrócić? Czy mój dom jednak się zawalił?".

Na ścianie jej domu widzimy wielką żółtą tabliczkę: "Budynek wyłączony z użytkowania. Zagrożenie - osobom obcym wstęp wzbroniony".

Obcym wstęp wzbroniony, przechodzień boi się nawet podejść, a Ela spędziła tu już osiem lat, z czego od czterech miesięcy mieszka pod żółtą tabliczką.

Budynek przy ul. Dąbrowskiego 5 w Łodzi (fot. Bartosz Józefiak)
Budynek przy ul. Dąbrowskiego 5 w Łodzi (fot. Bartosz Józefiak)

Rysa

Rysa ciągnie się od piwnicy aż po dach. Jakby ktoś ołówkiem narysował linię na elewacji. Albo rozciął kamienicę nożem. Widok jak z filmów katastroficznych, w których po trzęsieniu ziemi budynek zaczyna pękać, a potem się rozpada.

Ale to nie film. To ulica Dąbrowskiego w Łodzi.

W domu z rysą Ela codziennie zasypia i wstaje. - Przecież nie pójdę na podwórko - mówi. Okna są zamurowane, drzwi zamknięte na kłódkę. Tylko jedno mieszkanie - Eli - z firankami, kotem na parapecie, ale też kratką w oknie, żeby nikt nie wszedł.

Bo są rzeczy gorsze niż sufit, który może spaść na głowę. Na przykład szabrownicy. Usłyszeli, że kamienica pusta, to przyszli po fanty. Skrzynkę na listy zabrali, więc Ela korespondencję odbiera z poczty. Urywali rury i krany - Elę dwa razy zalało. Jedna ekipa przyszła o szóstej rano, Ela chwyciła za siekierę i ich pogoniła. Od tej pory śpi z siekierą pod bokiem.

Za te atrakcje płaci miesięcznie 388 złotych czynszu i rachunków.

Mama Eli mieszkała w kamienicy od 1992 roku, Ela wprowadziła się osiem lat temu, po rozwodzie.

- Ta ściana to pękła nagle? - pytam, bo nie mogę uwierzyć, że nikt - nadzór budowlany, urząd miejski - tego nie zauważył.

- E tam, nagle. Jak nagle może kamienica pęknąć? - Ela się dziwi mojemu zdziwieniu. - 15 lat temu zaczęła pękać. Wtedy ten budynek wyglądał dokładnie tak samo jak dzisiaj.

Pęknięciom nie ma się co dziwić. Po Dąbrowskiego od rana do nocy z zajezdni głośno sunęły ciężkie, stare tramwaje. Do tego budowy dookoła, remont ulicy. Drgania się nasiliły.

Kamienica przy Dąbrowskiego 5 w Łodzi (fot. Bartosz Józefiak)
Kamienica przy Dąbrowskiego 5 w Łodzi (fot. Bartosz Józefiak)

Ludzie jakoś się przyzwyczaili do rysy na ścianie, ale gdy zaczęli się zapadać w podłogi, to przestało być śmiesznie. Kiedy wieszali pranie na strychu, bali się, że wpadną do sąsiadów. Poszli do Stowarzyszenia "Bratnia Pomoc", które pomaga lokatorom. Wolontariusze szybko wezwali nadzór budowlany, a pani inspektor od razu wyłączyła budynek z użytkowania. Kazała zawiesić żółtą tabliczkę.

Nagle okazało się, że zarząd lokali ma mieszkania zastępcze, które urzędnicy przydzielili błyskawicznie. Ela ma więc już nowy dom, czeka tylko na przeprowadzkę. W kamienicy została sama. Te parę dni wytrzyma. Przynajmniej taką ma nadzieję.

Pełne ręce roboty

Marcina Wawrzyńczaka nic już nie dziwi.

Kamienice pęknięte na pół, zawalone dachy, chorobotwórcze grzyby - wszystko już przerabiał.

Na dyżury do "Bratniej Pomocy" ustawiają się kolejki. Pomóżcie, bo nam się dom zaraz zawali - proszą mieszkańcy. Marcin i inni ze stowarzyszenia nie dyskutują, wolą działać. Przygotowują pisma, pozwy, są konferencje prasowe, wezwania do nadzoru budowlanego i mieszkaniówki. W mieszkaniówce dobrze ich znają. Ale chemii raczej nie ma.

Weźmy budynek przy Dąbrowskiego. - Do 2018 roku z kamienicy nie wyprowadzono ani jednej rodziny, chociaż od ponad 20 lat urząd wiedział, w jakim jest stanie - mówi Marcin. "Bratnia Pomoc" zawiadomiła prokuraturę. Podstawą był artykuł 160 Kodeksu karnego: "narażenie na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu". - Wcale się nie zdziwię, jak usłyszymy za jakiś czas, że ten budynek się zawalił - twierdzi Wawrzyńczak.

Takich historii ma więcej.

Kamienica przy Dąbrowskiego 5 w Łodzi (fot. Bartosz Józefiak)
Kamienica przy Dąbrowskiego 5 w Łodzi (fot. Bartosz Józefiak)

Zgierska 153 - w części budynku zawalił się dach. W drugiej części wciąż mieszkali ludzie.

Kopernika 20 - budynek wyłączony z użytkowania, jeszcze zamieszkany. Nadzór budowlany nałożył na magistrat 40 tysięcy złotych kary za niewykonanie obowiązkowych remontów.

Limanowskiego 122 - nadzór budowlany wyłączył budynek z użytku. Zostały tam jeszcze dwie rodziny.

Na Kopernika i Limanowskiego jeszcze wrócimy.

Dlaczego magistrat nie wyprowadza mieszkańców z kamienic trupów? Po pierwsze, w Łodzi jest za mało mieszkań - przyznają ludzie z "Bratniej Pomocy". Choć z drugiej strony zdobyli z Zarządu Lokali Miejskich dane, że magistrat ma ponad siedem tysięcy pustostanów. Ale mieć to jedno, a doprowadzić do stanu używalności - co innego.

Po drugie więc, według Marcina, brakuje pieniędzy na remonty. W tej materii urzędnicy protestują. Jolanta Baranowska z magistratu tłumaczy: miasto rocznie remontuje tysiąc mieszkań. W ciągu trzech lat Zarząd Lokali Miejskich na ten cel wydał 200 milionów złotych.

Po trzecie, lata zaniedbań. Mówimy o kamienicach, które mają sto lat i więcej.

Uczciwie trzeba przyznać, że prezydent miasta nie siedzi z założonymi rękami. Zaczęło się od programu "Mia100 kamienic" - gruntownie odnowiono 200 budynków, blisko 1000 mieszkań. Parę lat temu ruszyła rewitalizacja. Na łódzkie śródmieście spłynął deszcz pieniędzy. 145 remontowanych kamienic w większości pójdzie na mieszkania komunalne. Do tego trzy nowiutkie bloki komunalne oddane w ostatnich latach. - Polityka mieszkaniowa jest priorytetem dla miasta. Nadrabiamy zaległości po poprzednikach, właściwie z 70 ostatnich lat - dodaje Jolanta Baranowska.

Tylko skoro jest tak dobrze, to dlaczego Marcin i jego ekipa wciąż mają pełne ręce roboty?

Pustka

Maria nie mieszka tam, gdzie mieszka.

Tak przynajmniej twierdzi nadzór budowlany. Inspektorka przyszła, obejrzała, coś zanotowała i zapisała w dokumentach, że kamienica przy Limanowskiego jest wyłączona z użytkowania. Czyli niezamieszkana. A to ciekawe, zdziwiła się Maria, skoro u niej w oknach wciąż wiszą firanki, na podwórku stoją kosze na śmieci, zaś furtkę bez problemu pokonuje jej 14-letnia suczka Tina.

Kamienica przy ul. Limanowskiego w Łodzi (fot. Bartosz Józefiak)
Kamienica przy ul. Limanowskiego w Łodzi (fot. Bartosz Józefiak)

Fakt, mogły inspektorkę zmylić okna - zamurowane na parterze, na wyższych piętrach zasłonięte dyktą. Ale bez przesady. Skoro Maria tu nie mieszka, to dlaczego wciąż płaci czynsz?

Na Limanowskiego trafiła po tym, jak z domu wyrzucili ją teściowie. Wychowała trójkę dzieci sama, pracując w zakładzie jako prasowaczka. Wszystko prasowała: sukieneczki, spódniczki, bluzeczki, paseczki. Dobrze, że sąsiedzi mogli z dziećmi zostawać, gdy Maria szła na drugą zmianę. Na sąsiadów nie narzeka, może z wyjątkiem jednej pani, która jej siekierą porąbała drzwi. No, ale nie wracajmy do dawnych czasów.

Starą łódzką tradycją praca była na akord - ile uprasowała, tyle zarobiła. Jak była młodsza, dawała z siebie wszystko i pracować na akord bardziej jej się opłacało. Z czasem było coraz ciężej. A jak skończyły się lata 90. i zakład przekształcono w spółkę, to pracowników - jak to pięknie się mówi - zredukowano, czyli wyrzucono bez odprawy. I poszło: kuronióweczka, haft komputerowy, sprzątanie. Chodziła po teatrach, kinach, przedszkolach, szkołach, fabrykach. Zostawiała CV. Wszędzie mówili: nie, dziękujemy, albo: tak, ale minimalna krajowa.

Dziś na pytanie, czy nie myślała o mieszkaniu z wynajmu, Maria uśmiecha się pobłażliwie. Przy zarobkach rzędu 1600 złotych na rękę raczej trudno liczyć na sukces.

Mieszka więc przy Limanowskiego, w budynku, który przez te lata niespecjalnie się zmienił. Ostatnio trochę papy spadło z dachu, schody się zapadły, no i z rur lało się jak z wodospadu. Poza tym - stabilnie.

A ile było remontów?

- No jak to ile? Zero! Wszystko my robiliśmy, lokatorzy. Rury sami położyliśmy, zrzucaliśmy się na instalację, malowaliśmy klatkę. Tak to nic się nie działo - mówi Maria.

Prosiła urzędników o zmianę lokalu, i to dobre 20 lat temu. Przyszedł pan z urzędu, rozejrzał się i rzucił: "A po co pani tyle dzieciaków narobiła?".

- Popłakałam się, poprosiłam, żeby wyszedł.

W 2004 roku dostała z sąsiadami pismo: budynek do rozbiórki. Przez lata nic się nie działo, w końcu do Marii zaczęły spływać propozycje nowych lokali. Ich wadą było to, że za bardzo nie różniły się od obecnego mieszkania. Raz dostała nawet klucze, co byłoby miłe, gdyby nie fakt, że lokal nie miał drzwi. Proponowano jej też mieszkania za duże, pod schodami, bez okien, z ogrzewaniem elektrycznym, które kosztuje majątek. Albo takie w śródmieściu, gdzie czynsz równał się połowie jej wypłaty. "Pani to pałaców żąda!" - denerwowała się urzędniczka.

Pani Maria mieszka z rodziną w kamienicy przy ul. Limanowskiego (fot. Bartosz Józefiak)
Pani Maria mieszka z rodziną w kamienicy przy ul. Limanowskiego (fot. Bartosz Józefiak)

Urzędnicy to już w ogóle na Marii uwagi kręcą głowami. - Lokale po remoncie mają nowe okna, drzwi, ściany, podłogi, łazienkę, kuchnię gotową do przygotowania posiłków - wylicza Jolanta Baranowska. Wnosimy tylko swoje rzeczy i mieszkamy. Gdy ktoś mówi "Ale to nie jest lokal do zamieszkania", to owszem, nie jest, ponieważ dopiero będzie, po remoncie. I tak pani Maria dostała aż dziesięć propozycji. Odrzuciła wszystkie. Jej umowa została wypowiedziana, do sądu trafił wniosek o opróżnienie lokalu. Nie można już czekać, bo kamienica się zawali. Chodzi o bezpieczeństwo!

To ciekawe, mówi Maria, bo inaczej zapamiętała standard tych mieszkań. Urzędnikom chciałaby powiedzieć tylko: - Nie to, że wymagam, ja tylko proszę: centralne ogrzewanie, dwa pokoje, kuchnia. Łazienka. Wszystko. Żebym mogła dobrze żyć. 40 lat pracowałam, płaciłam podatki, trójkę dzieci odchowałam, nabyłam przez to szereg chorób. Już się dość wysłużyłam dla Polski. Teraz Polska mogłaby coś zrobić dla mnie.

Kryzys

Nie, żeby Łódź była jakimś wyjątkiem.

W całym kraju aż 27 procent gminnych kamienic ma sto i więcej lat. Trafia tam co czwarta osoba, która korzysta z miejskich lokali. Co dziesiąty budynek gminny jest w złym stanie technicznym. Tak deklarują samorządy w badaniu dla Instytutu Rozwoju Miast i Regionów. Najgorzej jest m.in. w Olsztynie, Lublinie, Włocławku, Sieradzu, Opocznie, Ostrowcu Świętokrzyskim, Grudziądzu, Łomiankach. 

- Gminne mieszkania to często silnie zdegradowane zasoby i długa historia permanentnych zaniedbań - mówi dr Alina Muzioł-Węcławowicz, współautorka raportu "Mieszkalnictwo społeczne".

Na Ziemiach Odzyskanych kamienice zwykle mają podłączoną wodę, kanalizację i centralne ogrzewanie. Na terenach byłego zaboru rosyjskiego znajdziemy więcej tych z piecami na węgiel i wychodkiem na podwórku. Nic nie zmieniło dwudziestolecie międzywojenne ani PRL, który obiecywał zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych Polaków. Obietnicy nie spełnił, mimo milionów wybudowanych mieszkań. Przypomnijmy tylko, że 19. spośród 21 postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z 17 sierpnia 1980 brzmiał: "skrócić czas oczekiwania na mieszkania".

Szczególnie okrutnie Polska Ludowa obeszła się z kamienicami, które przetrwały wojnę. Przez lata nie robiono tam absolutnie nic. Nie wyburzano mieszkań, które przeżyły okres "śmierci technicznej", czyli przestały nadawać się do użytku. Taki niedoinwestowany "majątek" w posagu od wolnej Polski dostały samorządy. Gremialnie dalej nic z tym nie robiły. Nie miały zresztą łatwo. - Niewielu ludzi pamięta, ale na początku czynsze były centralnie regulowane. Nikt ich nie podnosił, bo rząd Mazowieckiego wiedział, że ludzie wszystkich podwyżek naraz nie wytrzymają. W górę poszedł prąd, ale nie czynsze. Mieszkaniówkę od początku transformacji przeznaczono na straty - dodaje dr Muzioł-Węcławowicz.

Kamienica przy ul. Limanowskiego (fot. Bartosz Józefiak)
Kamienica przy ul. Limanowskiego (fot. Bartosz Józefiak)

Gminy przez lata nie inwestowały w mieszkania, bo koszty zawsze były za duże. - Mieszkalnictwo jest najdroższym zadaniem samorządu w przeliczeniu na jednostkę. Na budowę mieszkania komunalnego dla trzyosobowej rodziny wydamy kilkaset tysięcy złotych. Dużo łatwiej jest przeznaczać pieniądze na drogi czy parki, z których skorzysta więcej osób - dodaje ekspertka.

Kolejne programy, jak "Mieszkanie dla młodych" czy "Mieszkanie plus", skierowane były do klasy średniej. Dla najbardziej potrzebujących pieniędzy nie ma. - A gminy same sobie nie dadzą rady. Mamy co prawda miasta, które są w awangardzie polityki mieszkaniowej, dofinansowują remonty, budują mieszkania komunalne, mieszkania w formule TBS - Gdańsk, Szczecin, Poznań, Wrocław, Słupsk, Stargard, Ostrów Wielkopolski. Ale mówimy o pojedynczych inwestycjach, a rzecz powinna dotyczyć dziesiątek tysięcy mieszkań rocznie. Konieczny jest rządowy, wieloletni program subsydiowania gmin. Na to potrzeba parę miliardów złotych. Te pieniądze samorządy przeznaczą na remonty i budowę nowych mieszkań. To jedyne wyjście. Inaczej kryzys będzie się pogłębiać. Bo jeśli chodzi o mieszkania dla najbardziej potrzebujących, to my już mamy kryzys - podsumowuje dr Alina Muzioł-Węcławowicz.

Grzyb

Ewa i Leszek uważają, że przez tę cholerną kamienicę ich dzieci chorują.

Najstarsza, Angelika, w szkole dostała takich duszności, że zabrało ją pogotowie. Diagnoza: astma. Pół podstawówki spędziła w sanatoriach.

Pani Ewa, mieszkanka kamienicy przy ul. Kopernika (fot. Bartosz Józefiak)
Pani Ewa, mieszkanka kamienicy przy ul. Kopernika (fot. Bartosz Józefiak)

Syn Alan, dziś lat 26, raz zemdlał na uczelni i zabrała go karetka. Opowiada: - Ostatnio byłem przez parę dni w Warszawie, u znajomych. Nie uwierzy pan, ale tam dopiero odetchnąłem. Wróciłem do domu i od razu zaczęła mnie głowa boleć.

Młodsza córka rok po tym, jak się wyprowadziła, dostała raka piersi.

Ewa ma zawroty głowy.

Leszek kaszle.

Jednym z podejrzanych o zdrowotne kłopoty rodziny jest grzyb, który ciągnie się od podłogi po sufit. - Cuda żeśmy robili: odwilgocenia, odgrzybiania. Nic nie dało. Budynek nie ma podpiwniczenia. Tego się nie wytępi. Grzejemy, jak możemy: węglem, piecem elektrycznym, zimą rachunki mamy po 600 złotych miesięcznie. I nie schodzi - mówi Ewa.

Wynająć coś na wolnym rynku? Ewa jako ekspedientka przeszła wszystkie transformacje sklepu - z Geanta na Reala, z Reala na Auchan. Leszek pracował w elektrociepłowni, potem w ochronie. Każdy grosz szedł na leki. Z takimi wydatkami trudno myśleć o wynajęciu mieszkania. Łapać drugi etat, dodatkowe godziny? Jak, skoro Ewa, jak tylko kończyła pracę, pakowała się w busa i jechała do Tuszyna bawić wnuki, bo córka nie mogła wstać po chemii.

Kamienica przy ul. Kopernika (fot. Bartosz Józefiak)
Kamienica przy ul. Kopernika (fot. Bartosz Józefiak)

Ewa zleciła badania, żeby sprawdzić, z jakim to grzybem mają do czynienia. Okazało się, że z trzema. Mieszka u nich między innymi rakotwórczy Aspergillus Versicolor. Eksperci z politechniki stwierdzili, że stan zagrzybienia znacznie przekracza dopuszczalny poziom i może powodować choroby. Ewa z analizą pobiegła do lokalówki. To było 12 lat temu. Urzędnicy najpierw twierdzili, że mieszkanie się nie należy, bo grzyb to Ewy i Leszka wina. Potem zmienili zdanie, ale sensowny lokal pokazali dopiero ostatnio, po interwencji "Bratniej Pomocy". - Jak człowiek jest zwykłym robolem, to nie ma siły przebicia - mówi Ewa.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Bartosz Józefiak. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje z Dużym Formatem Gazety Wyborczej, Tygodnikiem Powszechnym, portalem Weekend.Gazeta.pl. Dwukrotnie nominowany do nagrody dziennikarskiej im. Teresy Torańskiej w kategorii "Najlepsze w internecie". Pracuje nad książką reporterską o Łodzi

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (339)
Zaloguj się
  • ozziecat

    Oceniono 33 razy 27

    Ciekawy reportaż ale mocno jednostronny i pisany pod tezę. W zasadzie każdą sprawę można tak przedstawić.
    Wracając do mieszkań komunalnych. Łódź posiada najwięcej mieszkań komunalnych w kraju! Przy obecnej stopie bezrobocia to ilość mieszkań komunalnych powinna maleć. Nie dzieje się tak, ponieważ mieszkańcy mieszkań komunalnych uważają, że mieszkań się nie kupuje tylko dostaje od miasta. Nawet jeśli się zarabia. Poza tym jest cała rzesza mieszkańców niepłacących, za których musi płacić miasto. Czynsze w tych najsłabszych kamienicach są tak niskie, że nie da się remontować za nie tych kamienic. Od stawki bazowej należą się bonifikaty za stan mieszkania, lokalizację, brak wygód (toaleta, media miejskie) i wychodzi czynsz 388 zł już z rachunkami za wodę i ogrzewanie! Jak za takie kwoty utrzymać w dobrym standardzie budynek stary, który wymaga dużo wyższych nakładów niż nowy?
    Miasto powinno pomagać tylko najbardziej potrzebującym, ale jeśli próbuje ograniczyć wyłudzanie mieszkań to taki lokator od razu okazuje się chorą, samotną matką, bez możliwości podjęcia pracy. A że mieszka z nią partner (ojciec dzieci), który pracuje w szarej strefie (opłacamy mu składkę zdrowotną bo jest zarejestrowany) dobrze zarabiając na remontach czy budowie to już inna sprawa. Ludzie tak kombinują byle tylko spełnić wymagania formalne otrzymania mieszkania komunalnego. Przez takich kombinujących (których jest większość), którzy mogliby przy odrobinie wysiłku wynająć lub kupić mieszkanie komercyjnie cierpią takie osoby opisane w reportażu, które na prawdę potrzebują pomocy. Żadne miasto na świecie nie byłoby w stanie zapewnić mieszkań połowie swoich mieszkańców, a tego wymaga się od Łodzi. Państwo ma przede wszystkim stwarzać możliwość zarobienia na czynsz lub ratę. Obecnie nie jest najgorzej i przy odrobinie wysiłku da się to zrobić, więc nie widzę potrzeby pomagania wszystkim, którzy mogą sobie zarobić na własne utrzymanie.
    Na szczęście PIS wprowadzi niedługo ustawę dotyczącą mieszkań komunalnych, w której będą możliwości weryfikacji dochodów co jakiś czas, a nie tak jak było do tej pory, że na wejściu trzeba spełnić wymogi , a potem to już można mieć dom pod miastem i wynajmować to komunalne mieszkanie.

  • bosman64

    Oceniono 40 razy 24

    Prawda jest taka że nie da się mieszkać za darmo. Mieszkanie stanowi dość sporą wartość samą w sobie(od tego właścicielowi należy się jakiś tam procent) do tego dochodzą koszty remontów (powinny) podatku od nieruchomości jak i ubezpieczenia od strat elementarnych. To wszystko musi zrekompensować właścicielowi mieszkania wynajmujący. Za niecałe 400 zeta można wynająć w mieście może większy garaż ale nie mieszkanie. I nikogo niestety nie obchodzi że ktoś zarabia 1600 na tzw rękę. Komuna się skończyła i nie wróci, czas to w końcu pojąć a nie miałczeć że na ścianie coś tam wyrasta niezdrowego i mieszkać dalej bo tanio.

  • kamuimac

    Oceniono 37 razy 21

    Caly artykuł zawiera się rak naprawdę w zdaniu "ja nie chcę wiele 2pokoje kuchnia łazienka centralne ogrzewanie odmalowane umeblowane bo mi się należy bo pracowałam ". To są właśnie ludzie popierający PiS i 500 plua

  • k_r_m

    Oceniono 24 razy 16

    Ja musiałem sam kupić mieszkanie. Gdy przestało wystarczać wziąłem kredyt i kupiłem większe. A oni chcą, im się należy, im daj. Noż ...

  • czemublokujecie_mikonto

    Oceniono 20 razy 14

    Niestety, ludzie wciąż czekają, że ktoś da. No niestety, trzeba nie czekać tylko uzbierać wkład, zapisać się do spółdzielni, pracować, spłacać kredyt, albo wynajmować pokój jak się jest samemu. Ludzie emigrują za granicę i od zera się urządzają - i da się. Niestety - jak się zarabia 2000 netto-to starczy na jedzenie a nie na mieszkanie-tylko wynajęcie pokoju wchodzi w grę, to tak samo jak się samotnie mieszka w Londynie. Nie potrafią się starać o dopłatę do czynszu? No niestety -to nie PRL że się czekało i dawali.
    Tu wyrwane historie ludzi, którzy pracują, ale ile jest komunalek zdewastowanych przez to, że nikt nie płacił nawet minimalnego czynszu, niszczył, zasyfiał mieszkania i klatki schodowe, nie płacił za wodę i prąd. Tacy, którzy nie płacą bo uważają że ich nie stać bo braknie na piwo czy podobne podstawowej potrzeby produkty nie będą nagle mieszkać i płacić w nowym, to dla nich powinni budować baraki, a tym co rokują, pracują, wynajmować nowe mieszkania, kawalerki i dopłacać do czynszu na początku, a nie jak Cyganom dać wszystko gratis i jeszcze pińćsetplusa żeby się rozmnażali. Trzeba pracować! No trudno, jeśli pani uważa, że nie pójdzie do innego bo tam czynsz to połowa jej zarobków to nikt jej nic nie poradzi, niech zacznie żyć jak inni, którzy płacą czynsz więcej niż połowę swoich zarobków i pracują.

  • koszmarex

    Oceniono 15 razy 13

    Rozwiązanie jest proste: budynki sprzedać lub wyburzyć i sprzedać grunty (kasa dla miasta), a mieszkania komunalne zbudować na przedmieściach. Można dogadać się z okolicznymi gminami, gdzie grunty pod budynki są tańsze. I nie, że dla samotnej kobiety (z art. wynika, że dzieci się wyprowadziły) 2 pokoje, kuchnia, łazienka. 1 pokój z aneksem i łazienką wystarczy. A jeśli odrzuca, no to cóż... jej problem, konsekwencje też dla niej.

  • xyz_xyz1

    Oceniono 14 razy 12

    W czasach młodości tych kamienic mieszkania w nich nie były przewidziane dla osób z rodzin robotniczych. Ich nigdy na takie lokum nie byłoby stać. Tu mieszkały osoby zamożna których stać było na zapłacenie wysokiego czynszu właścicielowi/. Tak samo jest wszędzie tam gdzie obowiązują reguły rynku. Ktoś stawia budynek w wysokim standardzie to zada wysokiego czynszu. Im standard wyższy tym czynsz też wyższy. Jeśli budynek nie ma gospodarza / właściciela i jest użytkowany niezgodnie z zasadami na które był przewidziany to się kończy jak się kończy. Zabawa w socjalizm czyli jakakolwiek ingerencja w zasady rynku kończy się smutno. Bo jeśli gminy mają inwestować w budynki komunalne wynajmowane potem poniżej kosztów lub po kosztach to kasę na ich utrzymanie musza zabrać z innej półki. I wtedy np. braknie na remont drogi czy szkoły itd itp.

  • xezaq

    Oceniono 16 razy 12

    Jeszcze tylko status prawny. Ci ludzie nie są właścicielami ani najemcami. Oni są LOKATORAMI, a to oznacza, że dom im się należy, remontowany, na bieżąco utrzymany, niezależnie co sądzi o tym właściciel. I nie wyprowadzą się, bo to ich dom.
    Polską specjalnością jest tu pokraczna konstrukcja prawna, nic więcej.

  • tebarah

    Oceniono 32 razy 10

    "Maria, chciałaby powiedzieć tylko: - Nie to, że wymagam, ja tylko proszę: centralne ogrzewanie, dwa pokoje, kuchnia. Łazienka. Wszystko. Żebym mogła dobrze żyć."

    Takie dwa pokoiki to są warte ok min. 300 tyś. PLN.
    Rzeczywiście bardzo skromne wymagania.

    A ile zasług!
    "40 lat pracowałam"
    Brawo mogła przecież żebrać.

    "płaciłam podatki"
    Każdy płaci podatki. A ty płaciłaś mało, bo mało zarabiałaś.
    Ja płacę wysokie podatki, bo dużo zarabiam, więc należą mi się od Polski nie nędzne dwa pokoiki, ale przynajmniej pół kamienicy.

    "trójkę dzieci odchowałam"
    A co to za wartość? Kto cię o nie prosił? Z moich pieniędzy zostały one wykształcone.

    "Już się dość wysłużyłam dla Polski. Teraz Polska mogłaby coś zrobić dla mnie"
    Nie, droga pani, nie wysłużyła pani niczego dla Polski.
    Pracowała pani dla siebie samej, jak większość Polaków. Zarabiała pani pieniądze, aby móc je wydawać na własne potrzeby.
    Gdyby pani nie było, nikt by tego nie zauważył - Polska nie odczułaby żadnej straty. Wręcz przeciwnie. Pani Polsce przynosi tylko straty - musi fundować na wpół darmowe mieszkanie.
    .

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX