Jacek Borcuch na planie filmu 'Słodki koniec dnia' (fot. Sonia Szóstak / mat. prasowe)

Jacek Borcuch na planie filmu 'Słodki koniec dnia' (fot. Sonia Szóstak / mat. prasowe) (Jacek Borcuch na planie filmu 'Słodki koniec dnia' (fot. Sonia Szóstak / mat. prasowe))

wywiad gazeta.pl

Jacek Borcuch: Dzisiaj już tylko artyści mówią szczerze, co myślą

Chciałbym, żeby przywódcy rządzili światem mądrze, żeby patrzyli w dobrym kierunku. Nic jednak nie widzą, są ślepi - mówi Jacek Borcuch, reżyser filmu "Słodki koniec dnia", który właśnie wchodzi do polskich kin. Rolę główną gra w nim Krystyna Janda - za tę kreację otrzymała nagrodę na Sundance Film Festival.

Wcale nie taki słodki ten pański koniec dnia.

Film jest zaczepny, zgoda.

Bierze pan widzów podstępem?

To już zależy od interpretacji. Mam poczucie, że uczestniczymy w jakimś pięknym końcu czegoś, być może schyłku epoki. Imperium Rzymskie zaczęło się chylić ku upadkowi, gdy Rzymianie skupili się na konsumpcji dóbr i nie myśleli już, by się rozwijać. Ze współczesną Europą jest chyba podobnie. Jest nam za dobrze, a to rozleniwia i może się źle skończyć.

Zrobił pan film ku przestrodze?

Nigdy bym się nie odważył. Zrobiłem raczej film wynikający z moich lęków i jednocześnie tęsknoty za kimś, kto bez pruderii, bez kluczenia i poprawności politycznej powie głośno, co o tym wszystkim myśli. W filmie taką osobą jest poetka, bo mam poczucie, że dzisiaj już tylko artyści mówią szczerze, co myślą. Chciałbym, żeby przywódcy rządzili światem mądrze, żeby patrzyli w dobrym kierunku. Nic jednak nie widzą, są ślepi. Zostali nam już tylko artyści.

Krystyna Janda i Kasia Smutniak w filmie 'Słodki koniec dnia' (fot. Next Film)
Krystyna Janda i Kasia Smutniak w filmie 'Słodki koniec dnia' (fot. Next Film)

Wieszczy pan koniec?

Nie. Jestem dzisiaj, jak chyba każdy Europejczyk, trochę zalękniony. Łączy nas wspólny mianownik - nieznana przyszłość. Właściwie nie wiadomo, czego tak naprawdę się boimy. A łatwiej jest się bać czegoś, co rozumiemy, widzimy. Co ciekawe, ów strach odczuwają dziś wszyscy, wykształcenie czy pozycja społeczna mają tu drugorzędne znaczenie. I to jest coś nowego, coś, czego jeszcze dziesięć lat temu w Europie nie mieliśmy, więc nie bardzo wiadomo, jak sobie z tym poradzić.

Maria Linde, główna bohaterka pańskiego filmu, mówi córce, że kiedy była mała, też ją straszono - Cyganami. Dzisiaj straszy się muzułmanami.

Zawsze się przyda jakiś Cygan, który odwraca uwagę od realnych problemów. Na nim populiści budują swój kapitał polityczny. Strach przed obcym jest znakomitym paliwem wyborczym i rządzący wiedzą, że ludzie oddadzą bardzo dużo, by się nie bać.

Nawet wolność?

Nawet, ale wolność to nie tylko swobody obywatelskie czy możliwość podróżowania. To także akceptacja inności, wyciągnięcie ręki do drugiego człowieka i niezgoda na niesprawiedliwość. Problem zaczyna się wtedy, gdy ludzie mają poczucie, że ta wolność jest jakimś wyimaginowanym konceptem, że w codziennym życiu nie mają z nią styczności, że wolność to jest coś, o czym dyskutują mądrale i wykształciuchy.

Od pomysłu na film do jego wejścia na ekrany kinowe mija zwykle kilka lat. Nie bał się pan, że rzeczywistość pana przegoni?

Oczywiście, że się bałem, bo wszystko bardzo przyspieszyło. Jednak mimo opanowania wielkiej fali uchodźców problemy leżące u podłoża tej wędrówki ludów nie zostały rozwiązane. I nie chodzi tylko o wojnę w Syrii, ale o ocieplenie klimatu czy deficyt wody w różnych częściach świata. To wszystko powoduje, że do Europy będą przybywać kolejni ludzie, bo każdy ma tylko jedno życie i chce je przeżyć jak najlepiej. To instynkt przetrwania. Straszenie tymi ludźmi to droga do katastrofy.

Akcja "Słodkiego końca dnia" dzieje się we włoskiej Volterze, urokliwym toskańskim miasteczku o jeszcze etruskich korzeniach. Celowo nas pan zabiera w okolice prapoczątków łacińskiej cywilizacji?

Dobrze pan czyta moje intencje. Rzeczywiście zależało mi, żeby kręcić we Włoszech, które są naturalnym i centralnym punktem odniesienia w kwestii łacińskiego dziedzictwa Europy. Volterra nadawała się do tego znakomicie, można ją potraktować wręcz symbolicznie. Do tego Włochy są krajem, gdzie jest sporo obcych. Trudno byłoby nakręcić taki film w Polsce. Poza tym jest u nas wielu reżyserów opowiadających polskie historie. Pomyślałem, że może warto spróbować inaczej. Czułem też wielką przyjemność, kiedy kręciłem mój ostatni film, "Nieulotne", w Hiszpanii. Wszystko złożyło się na to, że "Słodki koniec dnia" powstał we Włoszech i stąd pomysł, by główną bohaterką była polska poetka na uchodźstwie. Ale poetka przypominająca bardziej Patti Smith niż Wisławę Szymborską.

Mnie przypomina Orianę Fallaci.

To też dobry trop, Fallaci także była silną, mówiącą głośno, co myśli, kobietą, która w ostatnich latach swojego życia została odrzucona.

Bo straszyła Europę muzułmanami obsikującymi zabytkowe kościoły.

Maria Linde ma w tej sprawie inne zdanie, ale przyznaję, że na początku pracy nad scenariuszem Oriana Fallaci gdzieś tam była obecna. Jednak z biegiem czasu powędrowałem z główną bohaterką w inną stronę - w stronę spełnionej poetki i noblistki, od której oczekuję czegoś więcej niż tylko głośnego sprzeciwu, od której chciałbym się dowiedzieć, dlaczego sprawy mają się tak, a nie inaczej. I jeszcze jedno: bardzo zależało mi na tym, by Maria była - w najlepszym znaczeniu tego słowa - sexy, żeby była fajna, zadziorna, ciekawa, żeby była bardziej punkowo anarchizująca niż mędrkująca.

Dlaczego?

Dlatego, że staram się z wiekiem być coraz mniejszym filmowym egoistą i coraz bardziej myśleć o tym, dla kogo robię film. W Polsce, jak wiadomo, czytelnictwo jest bliskie zeru, a czytelnictwo poezji to pewnie jakiś promil procenta. Do kina chodzą głównie młodzi ludzie, więc chcąc zrobić film o wybitnej intelektualistce, muszę stworzyć postać intelektualistki-rewolucjonistki, która będzie dla nich atrakcyjna i jednocześnie uważnie słuchana. To oczywiście intelektualny podstęp, ale wart grzechu.

Kadr z filmu 'Słodki koniec dnia' (fot. Next Film)
Kadr z filmu 'Słodki koniec dnia' (fot. Next Film)

Maria jest nie tylko poetką, noblistką, emigrantką, ale też Żydówką, która straciła rodzinę w Zagładzie, Polką pilnującą, by jej polsko-włoska rodzina używała polskiego, matką, babcią, kochanką. Właściwie o każdej z tych charakterystyk moglibyśmy zrobić oddzielną rozmowę.

To wszystko powoduje, że ona jest ciekawą, wielowymiarową postacią. Gdybym zapytał o pana życie, też nie odpowiedziałby mi pan pewnie jednym zdaniem, bo wiele wpłynęło na to, co składa się na pańską tożsamość. Maria ma podobnie.

Bardzo to jest ciekawe, jak różnorako widzowie odbierają i samą Marię, i cały film. Na festiwalu w Sundance rozmawiałem z amerykańskim dziennikarzem, który mi powiedział - i tu może pana zaskoczę - że najbardziej wstrząsająca była dla niego scena poszukiwań zaginionego wnuka Marii, kiedy przeczesujący okolicę policjanci krzyczeli: "Salvatore!". To imię chłopca, a jednocześnie "salvator" po łacinie znaczy "zbawiciel". Dziennikarz zinterpretował więc tę scenę jako krzyk rozpaczy pozbawionych metafizyki, świeckich i materialistycznych Europejczyków przywołujących Zbawiciela. Wspominam o tym dlatego, żeby powiedzieć, jak nieoczekiwanie filmy i ich bohaterowie wymykają się ich twórcom.

Wzniecając przy okazji całonocne rozmowy.

Myślę, że to jest marzenie każdego reżysera. A szczególnie tych, którzy wierzą w tak zwaną magię kina. Ja wierzę bardzo. I chciałbym robić filmy zabierające widzów w nieznane. Bardzo lubię mylić tropy i zwodzić. Wszystko po to, żeby nikt nie wiedział, co będzie w następnej scenie.

Rola Marii od początku była przewidziana dla Krystyny Jandy?

Tak. Od kiedy postanowiłem, że główną postacią będzie kobieta, polska poetka na emigracji, wiedziałem, że to musi być Krystyna Janda.

Która oddana jest głównie pracy w swoich warszawskich teatrach, więc nieczęsto widzimy ją na kinowych ekranach.

Tym razem też nie było łatwo logistycznie, ale się udało. Miałem to szczęście, że Krystyna obdarzyła mnie wielkim zaufaniem po naszej pracy przy serialu "Bez tajemnic" i kiedy zaproponowałem jej rolę, powiedziała, że jest zainteresowana. Przyniosłem jej więc pierwszą wersję scenariusza, potem drugą i trzecią. I tak to powoli szło w dobrym kierunku. Myślę, że Krystyna Janda znalazła trochę wspólnych cech z Marią Linde.

Jacek Borcuch na planie filmu 'Słodki koniec dnia' (fot. Laura Mielczarek / mat. prasowe)
Jacek Borcuch na planie filmu 'Słodki koniec dnia' (fot. Laura Mielczarek / mat. prasowe)

Powiedziała kiedyś, że nigdy nie zagrała roli, z którą by się nie zgadzała.

Coś tu jest na rzeczy, choć sama pewnie by nie porównała, jak robi to Maria, zamachu do dzieła sztuki. Natomiast łączy je na pewno odwaga, głośne mówienie o rzeczach fundamentalnych i świadomość intelektualnej prowokacji służącej większej sprawie.

Większość filmu Janda gra po włosku. To było duże wyzwanie?

Było, bo Krystyna nie mówi po włosku. Ale też, paradoksalnie, bardzo jej to pomogło w zbudowaniu roli. Kiedy się nie zna języka, w którym się gra, trzeba bardzo uważać, żeby nie robić błędów. A kiedy się uważa, mówi się wolniej. I oto nagle słynąca ze swojej ekspresji i szybkości Krystyna Janda zwalnia, co przekłada się na całą kreację. Do tego wszystkiego udało nam się Krystynę zmienić także wizualnie, czego, muszę powiedzieć, szczerze nie cierpiała.

A pan mówi po włosku?

Na poziomie podstawowym, co u mnie także powodowało jeszcze większe skupienie niż normalnie.

Po włosku mówi za to biegle Kasia Smutniak, która gra córkę Krystyny Jandy.

Skoro zdecydowaliśmy się na polską emigrantkę, która z włoskim mężem zakłada rodzinę, wiedzieliśmy, że ta rodzina musi być dwujęzyczna. Dlatego Kasia okazała się naturalną kandydatką. Scenariusz się jej spodobał, a jak się dowiedziała, że ma grać z Jandą, nie miała już wątpliwości. Na drodze stał nam już tylko Paolo Sorrentino, którego aktorzy muszą być do dyspozycji na ewentualne dokrętki przez pół roku po skończeniu zdjęć. Kiedy zaczęliśmy nasze zdjęcia, Kasia - grająca w jego ostatnim filmie "Oni" - martwiła się, że Sorrentino może w każdej chwili zadzwonić. Na szczęście nie zadzwonił.

Krystyna Janda w filmie 'Słodki koniec dnia' (fot. Next Film)
Krystyna Janda w filmie 'Słodki koniec dnia' (fot. Next Film)

Być może z Polski tego nie widać, ale Kasia ma we Włoszech status wielkiej gwiazdy i normalnie nie byłoby mnie stać na jej zatrudnienie. W "Słodkim końcu dnia" zagrała, bo miała po prostu ochotę na polski film, z czego bardzo się cieszę.

Publiczność w Sundance przyjęła film entuzjastycznie.

Amerykanie zrozumieli, że ta historia mogłaby także wydarzyć się u nich, że opowiadam nie tylko o kryzysie Europy, ale właściwie całego Zachodu. Przecież w Stanach cały czas toczy się gorąca debata, czy budować mur na granicy z Meksykiem, czy nie budować. To jest w gruncie rzeczy rozmowa nie o murze, ale o stosunku do obcych - ma więc wymiar uniwersalny.

Jak pański film, pytający nie tylko o wolność, ale także o rolę artystów, o granice sztuki, o strach, o konformizm, o manipulację. Jest pan szczególnie podniecony przed wejściem "Słodkiego końca dnia" do polskich kin?

Podniecenie to nie jest dobre słowo. Powiedziałbym raczej, że jestem ciekawy, bo nie mam naprawdę zielonego pojęcia, jak polscy widzowie przyjmą film, który jest niełatwy i wymaga dużego skupienia.

O które trudno w trakcie rozgrzanych nastrojów kampanii wyborczej, opartej zresztą głównie na stosunku do obcego. Każdy ma dzisiaj u nas gotowy pogląd w tej sprawie.

Dzisiaj w ogóle wszyscy mają natychmiast pogląd na wszystko. Ale kto wie, może się okaże, że zrobiłem film o czymś, co nikogo w Polsce nie obchodzi?

Jacek Borcuch na planie filmu 'Słodki koniec dnia' (fot. Sonia Szóstak / mat. prasowe)
Jacek Borcuch na planie filmu 'Słodki koniec dnia' (fot. Sonia Szóstak / mat. prasowe)

Jeżeli to jest temat, który nikogo nie obchodzi, to czas zapłakać nad naszym losem.

Może nie ma co płakać. Może rację ma Maria Linde, która mówi, że Europa - tak znieczulona na cierpienie innych - zasłużyła na swój marny los.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Jacek Borcuch urodził się w 1970 roku w Kwidzynie. Jest reżyserem i scenarzystą filmowym, który zaczynał jako aktor. Swoją najważniejszą rolę zagrał w 1999 roku w "Długu" Krzysztofa Krauzego. Jednocześnie rozpoczął karierę reżyserską. Jego najgłośniejszym dotychczas i nagradzanym dziełem jest "Wszystko, co kocham" z 2009 roku. Nowy film Borcucha, "Słodki koniec dnia", wchodzi do kin w najbliższy piątek, 10 maja. Swoją światową premierę miał na Festiwalu w Sundance, gdzie za kreację aktorską nagrodzono Krystynę Jandę. Muzykę do "Słodkiego końca dnia" skomponował brat reżysera, Daniel Bloom.

Mike Urbaniak jest dziennikarzem kulturalnym "Wysokich Obcasów", weekendowego magazynu Gazeta.pl i felietonistą magazynu "Vogue".  

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (191)
Zaloguj się
  • mg_40

    Oceniono 32 razy 18

    A w niemieckich miastach lewicująca klasa średnia nie chce posyłać swoich dzieci do szkół z dużą liczbą dzieci imigrantów. Rodzice przemeldowują dzieci do lepszych dzielnic aby mogły uczęszczać do szkoły wyłącznie z niemieckimi rówieśnikami
    Marksizm jako ideologia totalitarna charakteryzuje się obłudą, zakłamaniem i odwracaniem znaczenia pojęć

  • malinajan

    Oceniono 27 razy 17

    Protestuję przeciwko kreowaniu reprezentantów jednej grupy zawodowej - aktorów, na autorytety we wszystkich sprawach i problemach dzisiejszego świata. Umiejętność odklepania swojej roli w żaden sposób nie daje im żadnej legitymacji do takiej roli.

  • robotzombie2019

    Oceniono 43 razy 17

    Artyści mówią to za co zapłacą im sponsorzy.
    Próba obrony niekontrolowanego napływu muzułmańskich emigrantów jest skazana na porażkę, nawet jeśl tej próby podjeła się pani Janda.

  • zuuuraw

    Oceniono 26 razy 16

    "Straszenie tymi ludźmi (obcymi) to droga do katastrofy."
    Łatwo tak filozofować siedząc w ogródku hipsterskiej kawiarni na Placu Zbawiciela i popijając latte.
    Wróciłam właśnie ze Szwecji i zachęcam pana Borcucha do wizyty w jednym z dużych miast tego kraju, do niedawna oazy tego europejskiego dobrobytu, spokoju, stabilizacji, w dowolnym dużym mieście, Malmo, Goteborg, Sztokholm. Tam nie trzeba nikogo straszyć, Szwedzi już teraz pozamykali się w swoich domach . Sęk w tym, że nie ma tam ogrodzonych działek tak że czasami strach jest wyjść wieczorem do ogródka. Ten kraj, zdaniem tamtejszych socjologów i politologów, już nie za 100- czy 50-, ale za 20 lat będzie muzułmański ! Tego chcecie Borcuchy, Jandy ?

  • herrpietru

    Oceniono 20 razy 14

    W niemczech w 2018 roku BKA podała, że uchodźcy którym przyznano azyl oraz ci którzy jeszcze czekają na ten proces stanowią 1.8% populacji Niemiec i dokonali 8.5% wszystkich przestępstw dokonanych na terenie Niemiec.

  • zgryz3

    Oceniono 22 razy 14

    "Strach przed obcym jest znakomitym paliwem wyborczym"

    Skoro ten strach JEST, to może go najpierw nie wykpiwać, lecz zrozumieć i nawet - zaakceptować? I rządzić DEMOKRATYCZNYM państwem, uwzględniając strach demosa, a nie deklamować bez końca wyuczone mantry. Merkel nie uwzględniała.

  • malinajan

    Oceniono 30 razy 14

    Co za pokrętna logika: Nie słyszałem, żeby Cyganie organizowali jakieś zamachy, przykładów zamachów popełnionych przez islamistów mamy aż nadto. Takie porównanie jest niczym nieuprawnione i obraża Cyganów.

  • white_lake

    Oceniono 12 razy 12

    "Europa - tak znieczulona na cierpienie innych - zasłużyła na swój marny los"
    jak ja mam już dość tego jechania po Europie i obarczania jej winami za wszystko, jakby tu nie było biedy i cierpienia, jakby ludzie nie zamarzali na ulicach czy nie wegetowali bez nadziei na poprawę,
    ale to prawda, że w porównianiu z resztą świata większości żyje się tu lepiej, ale ma to też swoje przyczyny, nad którymi warto się zastanowić, może dlatego, że nie płodzą masowo dzieci, których nie mogą utrzymać, może dlatego, że odebrali władzę (formalną) religijnym oszołomom?
    poza tym Europa wydaje gigantyczną kasę na pomoc najbiedniejszym krajom, więc o jakim znieczuleniu mowa? że próbuje (nieskutecznie zresztą) ograniczać imigrację?

  • baby1

    Oceniono 20 razy 12

    "Europa - tak znieczulona na cierpienie innych"? A gdzie niby na świecie są czuli na cierpienie innych? Nie dajmy się zwariować. Nie jesteśmy i nie powinniśmy być jakimiś wymyślonymi Chrystusami XXI wieku, aby umartwiać się za cały świat. Jeśli chodzi o emigrantów, to po pierwsze nie powinniśmy robić "rewolucji demokratycznych" krajach arabskich, bo te są w dużej mierze odpowiedzialne za niekontrolowany napływ emigrantów z tych krajów. O tym się rzadko mówi, ale główny problem z emigracją jest i będzie z krajów subsaharyjskich, nie koniecznie muzułmańskich, bo to właśnie tam przyrost naturalny zbyt wysoki, panuje nędza i korupcja władzy.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX