Nowojorczycy świętują wprowadzenie pozwolenia na sprzedaż 3,2-procentowego piwa w 1933 roku

Nowojorczycy świętują wprowadzenie pozwolenia na sprzedaż 3,2-procentowego piwa w 1933 roku (fot. Shutterstock)

"Osuszanie" Nowego Jorku. "Nielegalne picie było centralnym punktem wieczoru"

Do Konstytucji Stanów Zjednoczonych Ameryki, która do tej pory była symbolem swobód obywatelskich, wpisano Poprawkę XVIII, w myśl której nie wolno było produkować, sprzedawać, przewozić i pić alkoholu. Z dniem 16 stycznia 1920 roku człowiek złapany z drinkiem mógł stanąć przed sądem, gorzelnikowi zaś groziły trzy lata więzienia. O tym, jak Nowojorczycy radzili sobie z zakazem pisze Ewa Winnicka w książce "Zbuntowany Nowy Jork. Wolność w czasach prohibicji".

Prohibicja prostą drogą do alkoholizmu*

Pewnego prohibicyjnego wieczoru w Nowym Jorku grupa aktorów, pisarzy, dramaturgów oraz bywalców innej proweniencji zgromadziła się w nielegalnym klubie Tony's na Czterdziestej Dziewiątej Ulicy. Tony Soma, właściciel, przyciągał gości nie wyrafinowaną muzyką, ale niezrównanym włoskim jedzeniem oraz dobrym wyborem alkoholi podejrzanej jakości, które pochodzić miały od pewnego dentysty, fałszującego zamówienia na spirytus lekarski. Drinki były tanie, można było się napić już za 1,25 dolara. Dentysta, jak widać, miał hojną rękę i gruby bloczek z receptami.

Tego dnia gościem Tony's był rysownik i humorysta Robert Benchley, jeden z najznakomitszych artystów swojej dziedziny. Przyszedł z przyjaciółką z redakcji pisma "Vanity Fair", pisarką Dorothy Parker. O ile wiadomo było, że Dorothy raczej nie wylewa za kołnierz, o tyle Benchley był zatwardziałym prohibicjonistą. Pochodził z wyjątkowo "suchej" rodziny i akceptował zalecenia matki. Podczas gdy koledzy celebryci zalewali się co wieczór, on pił wodę i soki.

Sylwester w środku lata. Szaleńcze picie przed wprowadzeniem tzw. wojennej prohibicji, czerwiec 1919 roku (fot. Biblioteka Kongresu, New York World-Telegram and the Sun Newspaper Photograph Collection)
Sylwester w środku lata. Szaleńcze picie przed wprowadzeniem tzw. wojennej prohibicji, czerwiec 1919 roku (fot. Biblioteka Kongresu, New York World-Telegram and the Sun Newspaper Photograph Collection)

Rozmowa jak zwykle zeszła na prawo antyalkoholowe i Benchley postanowił w końcu przekonać się, o co robi się tyle hałasu. Whisky z lodem okazała się całkiem niezła. To był pierwszy krok Roberta do choroby alkoholowej.

Według legendy pewnej nocy w połowie lat dwudziestych Benchley zdołał odwiedzić 38 melin. Można też powiedzieć - nie miał wyjścia. Życie towarzyskie i biznesowe, poważne i mniej poważne rozmowy artystów toczyły się w klubach i melinach. Nielegalne picie było zwyczajowo centralnym punktem wieczoru, tak jak była nim obecność na broadwayowskim przedstawieniu. Te zwyczaje skończyły się tragicznie dla Benchleya. Pod koniec dekady był już nałogowym alkoholikiem, zmarł z powodu powikłań zapalenia wątroby.

Dorothy Parker też nie piła przed wprowadzeniem zakazu. Teraz z powodu temperamentu towarzyskiego urządzała prywatki w swoim apartamencie w hotelu Algonquin. Odwiedzali ją najważniejsi w mieście: Irving Berlin czy Harpo Marx.

Nathaniel, syn Roberta Benchleya, opowiadał, że pokolenie rodziców chciało się po prostu bawić. Tak więc picie nielegalnego alkoholu było zabawne, kpienie z niemądrego prawa było zabawne. Nieuprzejmością było natomiast odmawianie zaproponowanego w towarzystwie drinka.

Obejście zakazów

Od pierwszego dnia po wprowadzeniu prohibicji było oczywiste, że ów zakaz może być trudny do zrealizowania. Także dlatego, że Poprawka XVIII okazała się w sposób przykry zaskakująca. Pojawiało się tam na przykład stwierdzenie, że zakazane będą intoxicating beverages (napoje trujące). Wielu ludzi myślało, że to określenie nie dotyczy piwa i wina. Jednak szczegółowe przepisy definiowały intoxicating beverages jako wszystkie zawierające więcej niż 0,5 procent alkoholu. To Wayne B. Wheeler - przywódca Ligi Antysalonowej - nalegał, aby przykręcić śrubę.

Imigrancka Mulberry Street, 1900 rok (fot. Biblioteka Kongresu, Detroit Publishing Company Photograph Collection)
Imigrancka Mulberry Street, 1900 rok (fot. Biblioteka Kongresu, Detroit Publishing Company Photograph Collection)

Jak już wiemy, w głębi kraju poprawka została przyjęta z większą pokorą. Wyraźnie spadła liczba leczących się alkoholików, notowano mniejszą liczbę aresztowań za pijaństwo. Ale w Nowym Jorku i innych wielkich miastach znakomita pijąca większość piła jeszcze więcej. W najlepszym przypadku starała się ignorować nowe prawo.

Stosowała następujące sposoby.

Recepty od lekarza. Ponieważ producenci leków, które zawierały alkohol, mieli prawo pozostać w biznesie, kilka destylarni nadal mogło funkcjonować, produkując whisky wykorzystywaną jedynie do celów medycznych. Lekarze wypisywali whisky na receptę i był to zupełnie legalny sposób na zakupienie i przyniesienie jej do domu. Spowodowało to niemałą "epidemię", bo do 1933 roku, kiedy zniesiono poprawkę, lekarze wypisali ponad 6 milionów recept.

Rodziny wyznania żydowskiego miały zagwarantowane miesięczne racje wina na dorosłego człowieka. Od rodziny wymagało się certyfikatu wydanego przez rabina. W związku z tym już w pierwszym roku obowiązywania prohibicji liczba rodzin żydowskich wzrosła dziesięciokrotnie. Jeszcze szybciej rosła liczba samych rabinów wydających certyfikaty. W Nowym Jorku zaczęli pojawiać się rabini czarnoskórzy, irlandzcy oraz włoscy.

Przemyt na wariata. Szybko okazało się, że statki z rumem z Bimini, Belize lub St. Pierre wpływały do amerykańskich portów, udając, że przewożą inny towar, albo kotwiczyły wcześniej i przerzucały swój ładunek na szybkie łodzie motorowe, które mogły przybić do każdej zatoczki.

W Detroit przez rzekę przeprawiały się promy z dobrą kanadyjską whisky. Pośród innych całkowicie legalnych i należycie oznakowanych towarów przemycano gin. Alkohol był też ukrywany w pociągach przekraczających granicę z Kanadą. Dzięki sprytnemu manipulowaniu pieczęciami przerzucano czasem całe wagony whisky. Niejaki Roy Olmstead, były porucznik policji z Seattle, został aresztowany, kiedy złapano go na przewozie alkoholu przemyconego z Kanady. Został zwolniony ze służby. Olmstead zapłacił grzywnę i zajął się bootleggingiem [nielegalną produkcją lub przemytem alkoholu na dużą skalę - przyp.aut.]. Nazywano go Good Bootlegger, ponieważ zatrudnił przy tym tylu ludzi, że stał się w pewnym okresie jednym z największych pracodawców w rejonie Seattle. Wystarczyło opłacić władze miasta i kilku znajomych w policji.

Agenci federalni, którzy zlikwidowali nielegalną wytwórnię alkoholu, 1922 r. (fot. Shutterstock)
Agenci federalni, którzy zlikwidowali nielegalną wytwórnię alkoholu, 1922 r. (fot. Shutterstock)

Te różne formy przemytu były tak skuteczne, że w 1925 roku Lincoln C. Andrews z departamentu skarbu stwierdził, że jego agenci przechwytują jedynie 5 procent alkoholu szmuglowanego do Stanów Zjednoczonych. Wartość alkoholu, który przeniknął do Ameryki tylko w 1924 roku, szacowano na 40 milionów dolarów.

Instrukcje warzenia. Szerokim strumieniem lało się piwo. Pokątne browary kwitły i zarabiały wielkie pieniądze. Wielcy browarnicy też dawali sobie radę. Ponieważ napoje piwopodobne kompletnie się nie przyjęły, zaczęli sprzedawać całkowicie legalny ekstrakt słodowy, który nie był jeszcze sfermentowany. Robili to na przykład Pabst czy Anheuser Busch. Słód można było w warunkach domowych łatwo zmienić w piwo.

Uzdatnianie płynów przemysłowych. Ilość alkoholu przemysłowego przerabianego nielegalnie na cele konsumpcyjne oceniano w połowie lat dwudziestych nawet na 15 milionów galonów rocznie. W 1930 roku, kiedy rząd ulepszył swoje metody walki z tym źródłem alkoholu (między innymi przez kontrolę systemu pozwoleń), szef Biura Prohibicyjnego (Bureau of Prohibition) przyznał, że nielegalna produkcja rośnie.

Warto wyjaśnić, że szefowi urzędu chodziło o spirytus, którego jeden galon, rozcieńczony i zabarwiony, dawał trzy galony podrabianego trunku, zabarwionego i rozlewanego do butelek z nalepką szkockiej whisky i zachwalanego obywatelom jako towar "prosto z łodzi".

Nielegalne gorzelnie okazały się najobfitszym źródłem alkoholu. Pod koniec lat dwudziestych dostarczały one, według szacunków Biura Prohibicyjnego, mniej więcej osiem razy więcej alkoholu niż nielegalna produkcja uboczna spirytusu przemysłowego. Za jakąś miarę powszechności nielegalnego wytwarzania alkoholu można przyjąć wielkość produkcji cukru kukurydzianego. Pomiędzy rokiem 1919 i 1929 jego produkcja wzrosła sześciokrotnie, pomimo że, jak stwierdzał raport Wickershama, legalne zastosowania cukru kukurydzianego "są nieliczne i trudno je bliżej określić". Ten ogromny wzrost produkcji należy przypisać bez wątpienia wytwarzaniu bourbona, czyli whisky kukurydzianej.

Oczywiście klient miał szczęście, jeśli whisky lub rum "prosto z łodzi" rzeczywiście nadawały się do picia. Gazety, zwłaszcza te "mokre", przeciwne prohibicji, donosiły o powszechnych zatruciach nielegalnym alkoholem. Zdarzały się oślepnięcia i paraliż. Nielegalny alkohol zawierał często silnie trujące substancje. Zidentyfikowano nawet poalkoholową jednostkę chorobową i nazwano ją Jake leg, od zażywania Jamaica Ginger [Człowiek pod wpływem Ginger Jake'a - sprzedawanego jako lekarstwo osiemdziesięcioprocentowego ekstraktu alkoholowego z imbiru lekarskiego - tracił władanie zwłaszcza w kończynach dolnych i chodził w charakterystyczny sposób określany jako Jake leg - przyp.aut.]. Powodował uszkodzenia układu nerwowego, co doprowadzało do uszkodzenia mięśni, a w rezultacie do utrudnienia lub uniemożliwienia poruszania rękami i nogami.

Nowojorczycy mieli wiele sprawdzonych sposobów na omijanie przepisów (fot. Shutterstock)
Nowojorczycy mieli wiele sprawdzonych sposobów na omijanie przepisów (fot. Shutterstock)

Rodzinne pędzenie. Beczułka soku winogronowego dojrzewającego w szafie sypialni doglądana co jakiś czas przez człowieka przysłanego z "serwisu". John Kayne, nowojorczyk odpytany przez Kena Burnsa, reżysera dokumentu Prohibition z 2011 roku, pamięta, że jako dziecko pomagał rodzicom robić wino, które przetrzymywali oni w domu na Dziewięćdziesiątej Trzeciej Ulicy. Wino nazywali Chateau 93, od numeru ulicy. Było okropne, ale rodzina piła je z konieczności. Kolejne wspomnienia mieszkanki Nowego Jorku: była studentką ostatniego roku w Cambridge, razem ze współlokatorką znalazły przepis na piwo. Ich eksperymenty skończyły się eksplozją w mieszkaniu. Eksplozja destylarni w 1920 roku zabiła niemowlę - synka właściciela destylarni w kuchni mieszkania na Zachodniej Jedenastej Ulicy w Greenwich Village.

Ludzie sami pędzili alkohol, nie zważając na konsekwencje. Prosty sprzęt do destylowania kosztował 7 dolarów, przepisy można było znaleźć w każdej bibliotece, a potrzebne produkty - w każdym sklepie. Samogon uzyskany metodą chałupniczą nazywał się moonshine albo mountain dew. W sklepach można było znaleźć nawet koncentrat z winogron z ostrzeżeniem, aby nie dodawać wody i nie zostawiać mieszaniny w ciemnym miejscu, ponieważ może sfermentować i doprowadzić do powstania nielegalnego wina.

Znalezienie klientów dla prywatnych drobnych producentów alkoholu było proste. Zapraszało się sąsiadów, a jeśli produkt był dobry, przychodziło ich coraz więcej, wszystkich się zaopatrywało, później przychodziła też policja, która dostawała trochę alkoholu i trochę pieniędzy. W ten sposób wszyscy byli zadowoleni. Jeden z mieszkańców Chicago pamięta, że niedaleko od jego domu mieszkała włoska rodzina, która produkowała świetne wina, ze wszystkich możliwych owoców. Sprzedawała je w sąsiedztwie. Zarabiała przy tym wystarczającą ilość pieniędzy, aby utrzymać się na imponującym poziomie. Ojciec rodziny zrezygnował z pracy pomocnika kucharza. Jedna z nowojorskich rodzin opracowała autorski system dostarczania alkoholu do odbiorców. Pomalowali swój samochód tak, żeby wyglądał jak wóz rozwożący mleko. O poranku przebierali się w białe stroje, identyczne jak te, jakie nosili rozwoziciele mleka, a dzbanki malowali tak, aby wyglądały na wypełnione mlekiem. Wlewali tam whisky i mogli ją swobodnie rozwozić. Jesienią na ulicach Little Italy, na południe od Greenwich Village ciężarówki z owocami blokowały ulice, a fioletowe wytłoczyny zapychały ścieki. Gospodynie śmiały się, że wino można kupować równie dobrze u fryzjera, co u sprzedawcy ryb czy szewca.

Picie w melinie. Zaczęły mnożyć się lokale ze staromodnymi kontuarami, gdzie podawano koktajle z pogardzanym przed prohibicją ginem (75 centów dla gości, za darmo dla policji). Niektóre lokale były przebudowywane w taki sposób, by w razie najazdu policji ukryć alkohol w specjalnych schowkach. Czasem lokal był dzielony ścianą na pół, tak więc "mokra" część imprezy była dostępna dla wybranych i niewidoczna dla policji. Szacuje się, że w 1929 roku w samym Nowym Jorku funkcjonowało 30 tysięcy nielegalnych pijalni alkoholu - tajnych barów (speakeasy). Dwa razy więcej niż przed prohibicją.

Policyjny nalot na klub lunchowy, 1923 rok (fot. Biblioteka Kongresu, National Photo Company Collection)
Policyjny nalot na klub lunchowy, 1923 rok (fot. Biblioteka Kongresu, National Photo Company Collection)

Piersiówka w kieszeni. Lub za podwiązką. Z piersiówek popijali zarówno mężczyźni, jak i kobiety podczas meczów futbolowych oraz wszelkich innych okazji towarzyskich. Kształty i wzory malutkich buteleczek stały się elementem mody damskiej i męskiej, tak jak fason butów.

Fałszywe sklepy. To znaczy lokale z mylącą klienta wystawą. Niejaki Lou Alpern z Manhattanu, młody człowiek, który nie mógł znaleźć sobie zajęcia przed prohibicją, po jej wprowadzeniu znalazł sposób na życie. Na Czterdziestej Dziewiątej Ulicy (między Broadwayem a Siódmą Aleją) otworzył pięć sklepów, na których wystawie stały wyłącznie butelki coli. W środku zaś sprzedawał tylko alkohol (wystarczała cotygodniowa łapówka dla policji). (...)

Skargi żon

W lutym 1920 roku "The New York Times" opisywał znój, z jakim odpowiedni departament do spraw prohibicji wdraża nowe prawo. Autorka pisze, że brak komfortu urzędników jest tym większy, że poważna część ludności nie rozumie istoty nowego prawa. Do biura codziennie przychodzą nowe listy, zwłaszcza od żon i matek.

Myślę, że rząd powinien zainteresować się tym, że sprzedawana jest obecnie whisky bardzo złej jakości. Mój mąż popijał sobie wcześniej, ale nigdy nie był potem podły dla mnie, nawet jak wracał pijany. Teraz stał się podły i myślę, że to z powodu gorszego alkoholu. Swoją whisky kupuje u Joego, wiecie gdzie. Idźcie tam i każcie mu sprzedawać lepszy towar.

Listów przychodzi 600 miesięcznie. Większość od kobiet i prawie wszystkie są anonimowe, z żądaniem polepszenia jakości alkoholu. Pojawia się jedynie nazwa lokalu. Lokale denuncjowane to nie tylko meliny, ale też drogie i prestiżowe kluby. Niektóre listy są pisane na drogim papierze, ale zdarzają się nawet pisane dziecięcym pismem, prawdopodobnie dyktowane przez niepiśmienną imigrantkę.

Dla nowojorczyków picie było rodzajem rebelii przeciwko moralistom (fot. Shutterstock)
Dla nowojorczyków picie było rodzajem rebelii przeciwko moralistom (fot. Shutterstock)

W kwestii nielegalnych prywatnych destylarni - jak dotąd wszystkie były prowadzone przez imigrantów i skargi na nie składali sąsiedzi, którzy nie mogli znieść dłużej smrodu. "Skonfiskowano 51 takich sprzętów, jeden był tak pięknie skonstruowany z tą gęstwiną rurek, że powinien być posłany do Waszyngtonu i pokazany na prestiżowej wystawie".

A zatem nowojorczycy pili, ponieważ picie było rodzajem rebelii przeciwko moralistom z ciężką łapą i ostrym językiem. Kupowanie whisky z przemytu, chodzenie do nielegalnych lokali, ryzykowanie, że będzie się złapanym przez policję - to były sposoby na to, by pokazać swą niezgodę i przynależność do kształtującej się od dawna kultury metropolitalnej. Jeśli chodzi o aspekt tej kultury związany z nielegalnym piciem - to charakteryzował się on wielką egalitarnością. Zbuntowani należeli do wszystkich klas społecznych.

Już w 1921 roku dziennik "Irish World" zauważył, że jednym z najbardziej zadziwiających rezultatów prohibicji jest to, że alkohol zyskał na społecznym znaczeniu. Ci, którzy mieli do niego stosunek obojętny, teraz zaczynają pić, żeby pokazać, że się nie zgadzają na zakaz picia. Picie było również grą, a znajomość reguł świadczyła o przynależności do wysublimowanej kultury miejskiej. Weźmy na przykład zamawianie drinka. Kiedy prosiło się o piwo imbirowe, liczyło się, że barman zapyta: "Krajowe czy z importu?". Oczywiście importowane oznaczało piwo przedprohibicyjne, wzmocnione dawką alkoholu.

Książka Ewy Winnickiej ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak (mat. prasowe)
Książka Ewy Winnickiej ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak (mat. prasowe)

Pewien dziennikarz "New Republic" wyjaśnił krótko w 1922 roku:

Nowojorczycy nie byli w odpowiednim nastroju na pokorne znoszenie zakazów. Zakazano palenia w metrze, zakazano kobietom palić w hotelowych jadalniach, zakazano chodzić po trawie w Central Parku. Ich cierpliwość się skończyła. Nie chcą słuchać, że nie mogą robić kolejnej rzeczy, która jest według nich dobra.

Tak więc przeciwstawianie się niepotrzebnym zakazom stało się ważną częścią tożsamości nowojorczyka lat dwudziestych.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

*Fragmenty książki "Zbuntowany Nowy Jork. Wolność w czasach prohibicji" Ewy Winnickiej

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (28)
Zaloguj się
  • 2doxa

    Oceniono 20 razy 14

    Ciekawe jest to, ze niczego to ludzi nie nauczylo. "War on drugs" jest niczym innym niz powielaniem tamtych bledow. Ludzie chca sie odurzac i beda to robic. Zabranianie prowadzi tylko do wiekszej patologii.

  • asperamanka

    Oceniono 9 razy 9

    Prohibicja wprowadzona w USA po I Wojnie Światowej była tylko konsekwencją wcześniejszego trendu ograniczania dostępu do alkoholu, narastającego przez kilkadziesiąt wcześniejszych lat, kiedy to decyzje o zakazie sprzedaży alkoholu podejmowano na szczeblu lokalnym. W efekcie już w początkach XX wieku około połowy hrabstw w USA było „suchych”. I jak każda z pozoru słuszna i szczytna idea, tak i ta przerodziła się we własną karykaturę.

    Nie da się skutecznie zakazać produkcji i sprzedaży czegoś, co każdy obywatel o IQ szympansa może szybko i niewielkim kosztem wyprodukować sobie w domu z powszechnie dostępnych surowców.

  • calidris

    Oceniono 7 razy 7

    Nie jestem pewien jak to było z interpretacją tekstu poprawki w USA, ale intoxicating liquor nie znaczy alkohol trujący tylko odurzający.

  • mniklasp

    Oceniono 6 razy 2

    na Manhattanie bylem w kilku speakeasy i tak samo wchodzi sie jak dawniej przez odrapana brame kamienicy dlugim korytarzem i wchodzi do super urzadzanego baru w mahoniu ze stylowym z tamtych czasow blatem baru z alumnium.

  • pedro.666

    Oceniono 5 razy 1

    "Drinki były tanie, można było się napić już za 1,25 dolara. Dentysta, jak widać, miał hojną rękę i gruby bloczek z receptami."
    Tanie? Serio? Hm. Na dzisiejsze złotówki wychodzi mi jakieś 96 złotych za drinka... ciekawe czy inne rzeczy w książce tej pani są równie wiarygodne...

  • michal.sajko

    0

    Przypomniał mi się dowcip: "aśnaebaem".

  • arkasza

    Oceniono 18 razy 0

    U nas jak zawsze odwrotnie. Chlajcie i chodźcie na msze. Ale może doczekamy się kiedyś zakazu kościołów. Każdej rasy.

  • c47

    Oceniono 3 razy -3

    Przy okazji: ale się wczoraj schlałem. Zabierzcie mi to dziadostwo.

  • sholay

    Oceniono 9 razy -3

    W dyskusjach o amerykańskiej prohibicji zapominam się niemal zawsze o pozytywach, skupiając na atrakcyjnych medialnie i kulturowo historiach o rozroście zorganizowanej przestępczości, przemycie i nielegalnych imprezowniach.

    Poziom alkoholizmu, przemocy rodzinnej spowodowanej alkoholem, umieralność na choroby związane z alkoholem powróciły w Stanach do punktu sprzed prohibicji dopiero w latach sześćdziesiątych. Było więc sporo istotnych pozytywów.
    Kto nie wierzy, niech pogugla na ten temat. Zapewniam, że prohibicja to nie tylko, jazz, Al Capone i nielegalne spelunki.

    &

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX