Katarzyna Niewiedział

Katarzyna Niewiedział (fot. Joannan Szproch)

wywiad gazeta.pl

Katarzyna Niewiedział: Polacy są bardzo proeuropejscy. Nie tylko dlatego, że otrzymują dotacje z Unii

- Wiem, co to znaczy przybyć do obcego kraju i zaczynać od zera - przyznała na konferencji prasowej Katarzyna Niewiedział. Polka została pełnomocniczką ds. migrantów i integracji w Berlinie. Nam opowiada m.in. o swojej emigracji z Polski i o tym, czym jest sukces w obcym kraju.

Są lata 90., nastoletnia Kasia jedzie z Polski do sąsiedniego kraju. To pani historia.

Przyjechałam do Niemiec z rodzicami. Miałam 12 lat. Wcześniej mieszkałam w Gryfinie koło Szczecina. W Polsce zostawiłam swoją siódmą klasę, przyjaciół. Decyzja o przeprowadzce została podjęta przez moich rodziców, nie przeze mnie. Wyjazd w nowe, nieznane miejsce budził moje obawy. Miasto Bremerhaven, do którego się wyprowadziliśmy, było w porównaniu do Gryfina ogromne. Przeżyłam lekki szok, gdy tam trafiłam.

Jak długo trwała adaptacja pani rodziny? Czy mieliście trudności, żeby znaleźć szkołę, pracę, mieszkanie?

Wyjechaliśmy do Niemiec jako przesiedleńcy. Część mojej rodziny ma niemieckie korzenie, co jednak nie znaczy, że mówiłam w języku niemieckim lub znałam niemiecką kulturę. Byliśmy najpierw w obozie przejściowym, gdzie wyrabialiśmy wszystkie dokumenty, potem długo mieszkaliśmy w hotelu, który został przerobiony na mieszkania dla migrantów. Nie dostaliśmy mieszkania od razu. Chyba dopiero po roku przeprowadziliśmy się do własnego lokum. Ten mój początek w Niemczech wydawał mi się strasznie trudny. Miałam wrażenie, że nigdy nie ogarnę miasta, bo jest takie duże, że nigdy nie zrozumiem języka, bo jest zbyt skomplikowany. I to wszystko rzeczywiście troszeczkę trwało. Jednocześnie tata powtarzał mi, że każdy początek jest trudny.

Co pani pomagało?

To, co dzisiaj tak się neguje: bycie w gronie ludzi z mojego kraju. Miałam polskich znajomych i polskie koleżanki, a więc fundament dobrego funkcjonowania, poczucie bezpieczeństwa. Z czasem to grono się zmieniło, ponieważ im lepiej umiałam mówić po niemiecku, tym bardziej krąg moich przyjaciół otwierał się na inne narodowości. Po dwóch latach już nikt nie chciał wierzyć, że jestem z Polski, bo szybko nauczyłam się języka.

(fot. Ewa Gontarski)
(fot. Ewa Gontarski)

A potem jak wyglądała pani droga edukacji? Czym się pani kierowała przy kolejnych wyborach życiowych?

W Niemczech do dziesiątej klasy jest podstawówka. Potem trzeba podjąć decyzję, czy chce się iść do liceum i robić maturę, czy wybrać drogę zawodową, a wtedy szuka się pracy i uczy zawodu. Ja poszłam do liceum, gdzie musiałam określić swoje priorytety. Już wtedy postawiłam na politykę i język niemiecki. Podobało mi się, że niemiecki system edukacji jest bardzo otwarty na kontekst i szerokie myślenie o problemach. Bardzo mało było uczenia się na pamięć.

Fascynowało mnie na przykład to, jak można uczyć się historii. Z mojej siódmej klasy w Polsce znałam różne daty historyczne, do dzisiaj je zresztą pamiętam. Gdy przyszłam do niemieckiej szkoły, okazało się, że nasza nauczycielka w ogóle nie chce dat, tylko chce wiedzieć, dlaczego pewne rzeczy wydarzyły się tak, a nie inaczej.

W podstawówce moja klasa była międzynarodowa. Miałam koleżanki z Jugosławii, Grecji, Turcji oraz z Polski. Im dalej szłam w systemie edukacyjnym, tym mniej moich najbliższych koleżanek szło ze mną. Miałam wrażenie, że na studiach jest już takie czysto niemieckie towarzystwo, a wszyscy moi dobrzy znajomi ze szkoły podstawowej gdzieś zostali. I oni wcale nie byli mniej inteligentni. Zawsze ubolewałam nad tym, że im wyżej zawodowo, tym mniej migrantów. Miałam dużą motywację, żeby nad tym pracować.

Katarzyna Niewiedział podczas jednej z dyskusji, w których na co dzień bierze udział  (fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Niewiedział podczas jednej z dyskusji, w których na co dzień bierze udział (fot. archiwum prywatne)

Wybrała pani studia z polityki.

Zaczęłam studia z politologii i ekonomii w Oldenburgu. Potem wyjechałam na rok do Irlandii na Erasmusa. Po powrocie przeprowadziłam się do Berlina i studia skończyłam już tam. Pierwszą praktykę w czasie studiów miałam w biurze pełnomocnika ds. integracji i migracji - teraz po 15 latach wracam i będę tym biurem kierować. Tak nawiasem mówiąc, wolałam wtedy praktyki w obszarze integracji europejskiej. To był czas, kiedy Polska miała wejść do Unii Europejskiej. Ale przez przypadek dostałam się do wydziału integracji społecznej, co otworzyło przede mną całkowicie nowy obszar wiedzy, która okazała się na tyle fascynująca, że na stałe zostałam w tej tematyce.

Mówi pani, że im wyżej w edukacji, tym mniej migrantów. A czy mogłaby pani podać przykłady z pani otoczenia, znajomych, którzy są migrantami, a zajmują wysokie stanowiska urzędnicze, państwowe albo odnieśli sukces w jakiejś dziedzinie?

Tak zwani gastarbeiterzy, którzy przyjechali do pracy w latach 60. i 70., nie byli dobrze wykształceni, ale już ich dzieci, a także nowa fala migrantów nie ma tego problemu. Moja koleżanka z Hiszpanii jest grafikiem i pracuje we własnym biurze w Berlinie. Rodzina mojej dobrej przyjaciółki z Turcji od wielu lat prowadzi dobrze prosperujący sklep. Mój kolega z Indii ma wyśmienitą restaurację. Znam oczywiście wielu Polaków, którzy świetnie odnaleźli się w nowym kraju: są nauczycielami, fotografami, scenarzystami, architektami. Mój ginekolog, który przeprowadził mnie przez dość skomplikowaną ciążę, pochodzi z Algierii. Jest renomowanym profesorem w swojej dziedzinie.

Niestety, o takich pozytywnych przykładach mało się mówi, bo to mniej medialne. A jeśli już, to na zasadzie wyjątku, jednostki, której fartem się udało, podkreślając, że to ktoś z Polski, ktoś z Japonii albo z Turcji. Nie mówi się o tym, że są to imigranci, którzy wzbogacają ten kraj swoją wiedzą i pracą. Zapomina się także, że to efekt dobrze funkcjonującej polityki integracyjnej w Niemczech.

Katarzyna Niewiedział, w pierwsza z przodu po prawej (fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Niewiedział, w pierwsza z przodu po prawej (fot. archiwum prywatne)

Od czego, pani zdaniem, zależy sukces w obcym kraju?

Co przez to rozumiemy? Nie dla wszystkich sukces oznacza intratne posady i dużo pieniędzy. To jest tylko jedna możliwość. Druga to realizowanie się na co dzień, życie w swoich rękach, bycie szczęśliwym, założenie rodziny. Są różne miary sukcesu. Myślę, że generalnie do pomyślności w innym kraju potrzebny jest przede wszystkim otwarty klimat, w którym człowiek czuje się dobrze, społeczeństwo, w którym można się odnaleźć. Jeśli ludzie czują się niechciani, szybko tracą pozytywną energię. Niby są w danym miejscu, bo jest lepiej niż gdzie indziej, ale prawdziwie zadowoleni nie są.

W Niemczech znacznie wzrosła liczba deportacji - z 7102 w 2017 roku do 8858 w 2018 roku. Z czego to wynika?

Jedna z przyczyn to wynik przesunięcia czasowego z lat 2015-2016 - to był szczytowy moment migracji z powodu wojny w Syrii. Czasem procedury, zanim sprawa zostanie rozpatrzona, trwają bardzo długo. Jeżeli wniosek o azyl jest odrzucony, to można jeszcze odwołać się do sądu i to też zajmuje trochę czasu. Dlatego fala z lat 2015-2016 ujawniła się w statystykach deportacji dopiero w 2018 roku. Drugą przyczyną jest oczywiście presja polityczna, ponieważ siły antyemigracyjne są na tyle głośne, że powodują ogólną zmianę polityki w kraju i szybsze egzekwowanie prawa, czyli odsyłanie migrantów, którzy nie mają podstawy prawnej, aby w Niemczech przebywać.

Wśród Niemców największe obawy związane z napływem cudzoziemców nie dotyczą rynku pracy czy przestępczości - wynika z ankiety Fundacji im. Friedricha Eberta. To lęk przed wzrostem prawicowego ekstremizmu i przemocy motywowanej rasizmem (86 proc.). Na drugim miejscu są obawy przed podziałem w społeczeństwie (81 proc.). W Polsce sytuacja wygląda odmiennie, boimy się przede wszystkim przestępczości i obcej kultury. Część mediów konserwatywnych straszy, że jeślibyśmy przyjmowali migrantów, możemy stać się drugimi Niemcami, w ich obrazie krajem dzikim, gdzie gwałty i przestępstwa są na porządku dziennym, a nasza kultura przez to zginie. Jak pani myśli, z czego biorą się te nasze polskie lęki?

Te lęki funkcjonują wszędzie na świecie na podobnych zasadach, w Niemczech też jest ich całkiem sporo, są podsycane przez różne nacjonalistyczne ugrupowania. Mam bardzo prostą teorię, dlaczego tak się dzieje w Polsce: tam, gdzie jest mało migrantów, tam jest przed nimi największy lęk. Jeżeli w rejonach, w których mieszkają w większości sami Niemcy, ma powstać dom dla uchodźców, mieszkańcy często protestują. Z kolei w wielokulturowych dzielnicach Berlina nie ma z tym problemu. Wtedy Syryjczyk nikomu nie przeszkadza, nie rzuca się w oczy, daje mu się normalnie żyć, tak jak każdemu innemu obywatelowi.

Współcześnie w Europie siły populistyczne i prawicowe pojawiły się dużo wcześniej niż w Niemczech. Myślę, że również z tego powodu, że Niemcy znają swoją historię i nie chcieli, żeby się powtórzyła. Jeśli to się zmieni, będzie bardzo niedobrze dla całej Europy.

Katarzyna Niewiedział (po prawej) fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Niewiedział (po prawej) fot. archiwum prywatne)

Niedawno na forum Unii Europejskiej była dyskusja dotycząca "kwot" migrantów, które miały przyjmować poszczególne kraje. Niemcy w tej dyskusji byli, na czele z Angelą Merkel, prowodyrem i głównym rozgrywającym. Polska, niestety, okazała się mało solidarna z Unią Europejską. Mija właśnie 15 lat od naszej akcesji do Unii Europejskiej i zastanawiam się, czy potrzeba więcej czasu, żeby Polska zmieniła swoje podejście do spraw integracyjnych, stała się bardziej solidarna z UE?

Myślę, że nie chodzi o solidarność. Polacy są bardzo proeuropejscy. Nie tylko dlatego, że otrzymują dotacje z Unii Europejskiej. Wspólnota z innymi europejskimi krajami jest dla Polaków wartością samą w sobie. To pokazują różne badania.

W Niemczech w politykę integracyjną wkłada się miliony euro. W wielu krajach nie ma takiego podejścia, nie ma wiedzy na temat integracji i wcale się nie dziwię, że pojawiają się obawy i znaki zapytania również po stronie rządzących. Niestety, jest to krótkoterminowe myślenie.

Tak samo jak Niemcy, tak i Polskę też czekają zmiany demograficzne. I na pewno sami Ukraińcy nie rozwiążą problemu ujemnego przyrostu naturalnego i braku rąk do pracy. Polska ma tradycje wielokulturowe i do nich powinna się odwoływać. Do przedwojennej historii, do wartości, która kiedyś jeszcze była w Polsce obecna, czyli do tolerancji. Ale na to trzeba czasu i trzeba polityków, którzy czują odpowiedzialność w tej materii. To, co dzieje się teraz w Polsce, wygląda zgoła odwrotnie, lansuje się lęk i nienawiść, nie tylko w stosunku do uchodźców.

Jak rozmawiać z osobami, które są przeciwne przyjmowaniu migrantów do kraju? Czy ma pani jakieś swoje sprawdzone sposoby?

Jeżeli widzę, że ktoś ma negatywne nastawienie, to zawsze próbuję przedstawić fakty. Nie nauczam, nie mówię ludziom, że są głupi, że nic nie wiedzą. Pokazuję, jakie są moje doświadczenia. Bardzo często też pytam: Czego właściwie ty się boisz, w czym jest problem, co ci ludzie ci zabiorą? Rzucam też ogólne pytanie: Jaki kraj chcesz budować dla swoich dzieci? Próbuję bardzo indywidualnie podchodzić do ludzi i wtedy dyskusja zaczyna być osobista. I nie kończy się jakimś konfliktem. Wręcz przeciwnie.

Bardzo często mam tego typu spotkania w urzędzie miasta, w którym pracuję, w dzielnicy Pankow. Regularnie organizujemy rozmowy np. w sprawie utworzenia nowego domu dla uchodźców. Po to, żeby poinformować, pokazać fakty i próbować pokonać lęki mieszkańców. Zależy nam, żeby dać ludziom możliwość wyrażenia swojej opinii, żeby ich nie zostawić z tym tematem samych. Ważne jest, żeby odbierali decyzje polityczne jako coś, o czym można podyskutować. Istotne argumenty mieszkańców bardzo często są brane przez nas pod uwagę.

Uchodźcy idą przez Węgry. Dla wielu to Niemcy stały się nowym domem (fot. Joachim Seidler/wikimedia.org/CC BY 2.0)
Uchodźcy idą przez Węgry. Dla wielu to Niemcy stały się nowym domem (fot. Joachim Seidler/wikimedia.org/CC BY 2.0)

Jakie są największe trudności, które pojawiają się w integracji, jeśli chodzi o Niemcy?

Zacznijmy od kontekstu. Cały system socjalny w Niemczech dlatego tak dobrze funkcjonuje, ponieważ każdy człowiek w tym społeczeństwie ma świadomość, że jest częścią układanki. Wiem, że do niego wpłacam, i wiem, że jak będę miała problemy, to państwo mi pomoże. I ten system funkcjonuje tylko wtedy, jeżeli wiem, że mój sąsiad i moja sąsiadka tak samo myślą i w tej sprawie się zgadzamy.

Bardzo trudno jest niektórym wytłumaczyć, dlaczego system socjalny ma wspierać ludzi, którzy jeszcze niczego do niego nie włożyli, przychodząc z zewnątrz. A jest on zbudowany na podłożu zaufania społecznego. Gdy społeczeństwo się zmienia i staje się bardziej różnorodne, pojawia się duże zagrożenie utraty tego zaufania, a z nim erozja państwa i publicznych instytucji. Dużo na ten temat obecnie w Niemczech rozmawiamy - jak zbudować państwo, w którym sobie pomagamy, wspieramy się wspólnie i w którym dajemy szansę ludziom z zewnątrz, którzy do nas przychodzą?

Jakie pojawiają się argumenty i pomysły, które pozwoliłyby zbudować nowy model pomocy państwa i nowego systemu socjalnego?

Ważna jest praca sąsiedzka, tworzenie miejsc publicznych, w których można się spotkać, poznać innych ludzi, porozmawiać na wspólne tematy, o pracy czy dzieciach w szkole, o nowym ogródku na podwórku czy proteście w sprawie nowej ulicy. Szukanie takich wspólnych obszarów w życiu codziennym wydaje mi się kluczem do tego, żeby nie dystansować się wobec innych ludzi.

Oczywiście to nie zmienia sytuacji globalnej. Bywa, że bardzo dobrze mogę się rozumieć po sąsiedzku z moim tureckim albo arabskim kolegą, ale to, co przeczytam w mediach społecznościowych czy obejrzę w telewizji, to zupełnie inna sfera. W mediach jesteśmy straszeni napływem mas ludzi z Afryki. Buduje to irracjonalny lęk. Obalanie tego medialnego obrazu jest bardzo trudne. W gruncie rzeczy łatwiej budować codzienne dobre relacje.

Ostatnich pięć lat zajmowała się pani integracją imigrantów w stołecznej dzielnicy Pankow, teraz wchodzi pani poziom wyżej. Z jakimi założeniami obejmuje pani stanowisko pełnomocnika ds. migrantów i integracji w Berlinie?

Pankow to jeden z okręgów Berlina, ma 400 000 mieszkańców, jest jak ogromne miasto. Teraz będę pełnomocnikiem na cały 3,7-milionowy Berlin, w którym żyje ponad 700 000 obcokrajowców, a prawie 1,3 miliona ludzi ma korzenie nieniemieckie. Już nie jestem w administracji miejskiej, tylko na poziomie landu, mam większe możliwości legislacyjne w tworzeniu prawa. I większy budżet.

Na szczycie listy moich priorytetów są otwartość i tolerancja - przynajmniej na takim poziomie, na jakim mamy je obecnie. Drugą bardzo ważną sprawą jest otwarcie urzędu miasta na pracowników różnych narodowości. Chciałabym, żeby ludzie, którzy od lat mieszkają w Niemczech, czuli się jak u siebie w domu, a to oznacza również identyfikację z państwem. Praca dla państwowych instytucji jest w tym kontekście dość istotna. Brakuje nam urzędników polskiego, tureckiego, arabskiego lub azjatyckiego pochodzenia w takich instytucjach jak Jugendamt, Sozialamt czy nawet w bibliotekach publicznych. Nie chodzi tylko o ich język, ale także o nową perspektywę, którą mogliby wnieść do takiej instytucji. Trzecią rzeczą jest niezawężanie obrazka migracji do uchodźców. Mówmy szerzej, o większej grupie ludzi, szczególnie o Europejczykach, którzy nadal dużą grupą przyjeżdżają do Berlina, co roku to między 30 000 a 40 000 osób.

Katarzyna Niewiedział z mikrofonem, w środku (fot. Edyta Gontarski)
Katarzyna Niewiedział z mikrofonem, w środku (fot. Edyta Gontarski)

Skąd przybywają?

Na pierwszych miejscach "świeżej" emigracji z krajów Unii Europejskiej w ostatnich latach byli Polacy, Włosi i Bułgarzy. Patrząc na migrację globalnie, największą grupę w Berlinie stanowią Turcy, drugą - Polacy, a trzecią - ludzie z Syrii.

Jak te "stare" mniejszości funkcjonują i odnoszą się do nowej fali imigrantów?

Wie pani, jak to z ludźmi bywa - różnie. Jedni mają dobre doświadczenia ze swoich początków, bo ktoś im pomógł, i dlatego teraz sami pomagają. Inni musieli ciężko się napracować na to, co mają, i im wydaje się niesprawiedliwe, że inni będą mieli łatwiej.

Ja staram się nikomu "nie misjonarzyć". Sama należę do osób, które mówią, że nawet jeśli na początku przeżyłam trudny czas, to dla nowego pokolenia chciałabym łatwiejszego startu. Spotykam się z dużą grupą ludzi, którzy tak samo myślą. I wspólnie tworzymy lepszy klimat dla migrantów.

Czym różni się sytuacja migrantów w Berlinie od sytuacji w pozostałych regionach kraju?

Szanuję Berlin i pracuję dla Berlina, ale w różnych innych częściach Niemiec, choćby na zachodzie, te sprawy funkcjonują jeszcze lepiej. Na południu migrantom dużo łatwiej jest znaleźć pracę, do dyspozycji mają więcej mieszkań i generalnie klimat jest jeszcze bardziej przychylny.

Z czego to wynika?

Przede wszystkim z historii. Berlin przez dziesięciolecia był podzielony na wschód i zachód. Bardzo ciężko było z pracą, mieszkania stały puste, przyrost ludności był minusowy. Z kolei regiony południowe i zachodnie miały dobre doświadczenia, jeżeli chodzi o gastarbeiterów w latach 70.

Niemcy są krajem federalnym, więc landy funkcjonują niezależnie od siebie. To nie jest tak, że centrum kraju jest stolica i wszystko, co najważniejsze, dzieje się tutaj, wręcz przeciwnie. Migranci często myślą, że najlepiej wybrać stolicę, bo najszybciej znajdzie się pracę i mieszkanie. Niekoniecznie to okazuje się prawdą. Czasem w Monachium albo Stuttgarcie jest dużo łatwiej.

Moja koleżanka, która przez kilka lat mieszkała w Berlinie, wspomniała mi o mieszkaniach współdzielonych. Czy mogłaby pani opowiedzieć więcej o tej inicjatywie?

Niemcy, szczególnie Berlin, słyną z tego, że jest tutaj wielu młodych ludzi, którzy wynajmują mieszkania. Gdy pojawiła się bardzo duża grupa uchodźców i brakowało lokali, wielu studentów oferowało im pokoje w swoich wynajmowanych mieszkaniach. Efekty były bardzo pozytywne, bo uchodźcy nie tylko mieli zakwaterowanie, ale i od razu kontakt z mieszkańcami Niemiec.

Co jeszcze może być alternatywą dla ośrodków uchodźczych, które, jak już wiemy, nie są najlepszym pomysłem, bo tworzą się w nich getta?

Budowanie mieszkań.

A buduje się je w Berlinie?

Tak, ale nie tak szybko, jak by sobie niektórzy życzyli. Berlin rozrasta się, ale ciągle nie nadąża za swoimi potrzebami. Konkurencja na rynku mieszkaniowym jest bardzo duża. Uchodźcy muszą rywalizować o lokale z innymi mieszkańcami, bo oni także chcą mieć swoje cztery ściany.

Żeby domów uchodźczych nie było, musi powstawać jak najwięcej mieszkań komunalnych. Z drugiej strony te okryte złą sławą domy uchodźcze to bardzo ładne budynki. Szkoda marnować ich potencjał, dlatego one zostaną. Natomiast strategia miasta zmienia się w kierunku otwierania ich na różnych lokatorów. Może to jest sposób, żeby nie tworzyły się, jak pani to nazwała, getta.

Berlin-Tempelhof (fot. pixabay.com)
Berlin-Tempelhof (fot. pixabay.com)

Co się stanie z wielkim konglomeratem uchodźczym na byłym lotnisku Tempelhof?

Tymczasowe kontenery, w których ludzie aktualnie mieszkają, zostaną zlikwidowane, a uchodźcy - przeniesieni do nowo budowanych bloków, o których wspomniałam.

Kiedy to nastąpi?

Krok po kroku oddawane są do użytku kolejne nowe budynki, a kontenery się zamyka. Nie tylko na Tempelhof, ale również w innych częściach Berlina. Na przykład w okręgu w Pankow mamy 12 ośrodków uchodźczych, z czego trzy kontenerowe. Wszystkie jeszcze w tym roku będą zamknięte.

Życie w kontenerach na pewno do najprzyjemniejszych nie należy i każdy o tym wie. Zostały postawione w czasach kryzysu, gdy ludzie koczowali na ulicach albo w halach sportowych, bo nie mieliśmy dla nich innych miejsc noclegowych. Czas pozwolił na znalezienie lepszych rozwiązań.

Ale mieszkanie to nie wszystko.

Intensywnie tworzymy różnorodne projekty, w ramach których organizowane są spotkania, żeby uchodźcy mieli możliwość wyjścia na zewnątrz i mogli spotkać się z innymi ludźmi. Organizujemy festyny, atrakcje, wycieczki, kolonie dla dzieci, korepetycje dla uczniów, żeby im pomagać w odrabianiu prac domowych, nauce niemieckiego. Bardzo dużo dzieje się wokół domów dla uchodźców, ponieważ każdy zdaje sobie z tego sprawę, jak uciążliwe jest życie w takich warunkach.

Ta ogromna pomoc społeczeństwa, która pojawiła się w latach 2015-2016, w Niemczech nadal jest realizowana. Statystyki pokazują, że w szczytowym momencie fali migracyjnej w pomocy dla migrantów na terenie Niemiec uczestniczyło ok. 10 milionów ludzi. To tak duża społeczna skala, jakiej nie było nawet przy obaleniu muru berlińskiego. Mówimy o zaangażowaniu Niemców niespotykanym w dotychczasowej historii.

Agnieszka Żądło. Dziennikarka i redaktorka, współpracowała m.in. z "Dużym Formatem", "Polityką", "Pismem", "Krainą Bugu", "Tęczą". Współautorka książek reporterskich i poetyckich ("Światła małego miasta", "Ni zaciszna...", "Dopo il viaggio", "Grała w nas gra" i innych). Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka Stypendium im. Leopolda Ungera. W 2017 roku nominowana do Grand Press w kategorii wywiad.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (153)
Zaloguj się
  • disoprivan

    Oceniono 38 razy 24

    Dzieci w DE chodza do podstawowki czyli "Grundschule" 4 lata a nie 10. Pani albo zapomniala jak jest w DE albo celowo bredzi. Ciekawostka: niemieckie gminy sa zobowiazane do budowania mieszkan dla uchodzcow a nie sa zobowiazane do zapewnienia mieszkan swoim obywatelom.

  • rikol

    Oceniono 48 razy 20

    Propaganda, jakiej nie powstydziłaby się Trybuna Ludu. A zwłaszcza opinia tej pani na temat edukacji. Widać, że edukację ma słabą, bo gdyby się uczyła, wiedziałaby, czym się kończy społeczeństwo wielokulturowe - masakrą jak w byłej Jugosławii. Ludzie są jacy są, zawsze wolą swoich - ona zresztą też. Byłoby super, gdyby wszyscy byli cudowni, mili i tolerancyjni, ale to jest myślenie życzeniowe, które dotyczy zwłaszcza nowych imigrantów, pardon, uchodźców. Jeśli przykład Jugosławii to za mało, proszę spojrzeć na kraje afrykańskie, gdzie granice zostały wyrysowane, jak się białym podobało. W jednym kraju żyją tam narody i plemiona, które się nienawidzą i prowadzą wieczne wojny.

    Po kilku latach pobytu w Niemczech pracę znalazła 1/4 uchodźców, to o czymś świadczy. 75% nie pracuje i żyje z socjalu. bezpieczeństwo oczywiście spadło, może w Berlinie nie widać różnicy, bo tam już wcześniej było niebezpiecznie. Natomiast doskonale widać to na prowincji.

    To nieprawda, że starzy imigranci nie protestują przeciw uchodźcom. Sama wyborcza kiedyś opublikowała wywiad ze szwedzkim Afgańczykiem, który krytykował swoich ziomków. Pamiętam też wywiad z Syryjczykiem polskim, który sprzeciwiał się przyjęciu uchodźców ze względu na ich radykalizm. Polscy Tatarzy też są przeciwni przyjmowaniu muzułmańskich uchodźców, boją się radykalizacji swoich dzieci i rozłamu w społeczeństwie.

    Polacy są bardzo otwarci, na pewno znacznie bardziej niż Niemcy. Wystarczy porozmawiac z obcokrajowcami, którzy żyli w kilku krajach. Natomiast Polacy otwarcie sprzeciwiają się narzucaniu nam kultury i zwyczajów ze średniowiecza - co akurat jest bardzo dobre. Nie życzę sobie w Polsce obrzezania kobiet czy małżeństw dzieci - co jest normą wśród imigrantów na Zachodzie Europy.

    Kolejnym błędem jest mieszanie imigantów narodowości europejskiej i tych spoza Europy. W Wielkiej Brytanii policzono, że budżet państwa zyskuje na imigracji, ale tylko wtedy, kiedy imigrantami są Europejczycy. Natomiast budżet traci, kiedy przyjmuje się imigrantów spoza Europy - są oni gorzej wykształceni, nie mają umiejętności, no i ich poglądy cofają kraj o kilkaset lat co najmniej.

    Jeszcze jedna ciekawa rzecz. Gdyby to biały miał takie poglądy jak przeciętny muzułmanin (antysemityzm, nienawiść do kobiet i homoseksualistów), nikt z agory nie podałby mu ręki, bo to neonazista. Jeśli taki zakuty łeb jest muzulmaninem, wtedy to jest "inna kultura, którą musimy szanowac".

  • kolega303

    Oceniono 25 razy 17

    niech mi Pani powie, dlaczego imigranci nie chcą pracować np przy zbiorach szparagów? pracy w bród, a jak Polacy zrezygnowali z kierunku zachodniego, to lament, że nie ma komu zbierać. A imigrantów miliony...Dlaczego nie zrobicie tak, że kto nie przyjmie oferty z urzędu pracy, traci prawo do zasiłków? Jakieś obawy?

  • dreambrother

    Oceniono 38 razy 16

    Przemilczano tu dwa duże problemy. To że wiele osób żyje z socjalu nie pracując i nie mając intencji kiedykolwiek pracować (Pani mówi "budują się mieszkania", a z czyich pieniędzy się budują wie Pani? Z pieniędzy ludzi pracujących). Oraz kwestię tworzenia gett, wzrostu przemocy, terroryzmu. Z powodu tych przemilczeń ta Pani nie jest wiarygodna. Bo jej przekaz brzmi wszystko jest pięknie, a problemy są zamiecione pod dywan.

  • tornemorgren

    Oceniono 16 razy 12

    Przypomina mi się czytanka, bodaj z szóstej klasy, o pianierskom łagierie Artiek. I Gruzin, i Uzbek, i Kazach i Turkmen....

  • asaf73

    Oceniono 42 razy 12

    Wow, Niemcy wysłali swojego urzędnika z agitką :) Bardzo dziękujemy, uprzejmie wysłuchaliśmy.

  • kocia07

    Oceniono 17 razy 11

    Boże, co za propaganda! Polska jest najbezpieczniejszym krajem w Europie. Też mamy milionów emigrantów, którzy pracują, coś robią, a nie wołają : DEJ, BO MI SIĘ NALEŻY, A JAK NIE TO CIĘ ROZWALĘ, ALBO ZASZTYLETUJĘ. Polacy zarabiają 4 razy mniej od Niemców, więc nie dziwię się, że nie mają zamiaru utrzymywać tej uprzywilejowanej kasty zwanej uchodźcami. Członkostwo w Unii Europejskiej nie oznacza przyjmowania hord przybyszów z wrogich nam kultur, którzy nigdy się nie zintegrują i nie będą pracować ani płacić podatków. Jestem ciekawa jak wygląda system emerytalny czy zdrowotny w tych socjalistycznych krajach mlekiem i miodem płynących?

  • zdziwiony6

    Oceniono 14 razy 10

    Wbrew powszechnych opinii Polacy są bardzo pragmatyczni i wiedzą co jest dla nich dobre a co złe. Od kilku dzisięcioleci podróżujemy po świecie do pracy i turystycznie. Dzięki temu potrafimy ocenić jaki przekrój społeczny imigracji jest dla nas korzystny a jaki nie jest. Imigranci z podsaharyjskiej Afryki to tragedia. Wystarczy poczytać o przestępczości w Nigerii, Sudanie... Nie chcemy tego w Polsce.

  • rave8

    Oceniono 13 razy 9

    Zastanawia mnie co musi się stać aby takie tęgie głowy przejrzały na oczy? Zamachy ich nie wzruszają. Gwałty nie robią wrażenia. Pewna Szwedka propagująca multikulturalizm i nawołująca do bez zobowiązującego seksu z uchodźcami skończyła marnie. Została pobita , zgwałcona i katowana w męczarniach zmarła. Niestety nie mieliśmy okazji się dowiedzieć czy zmieniła zdanie w kwestii uchodźców. To jest coś na kształt stadnego syndromu sztokholmskiego. Dziwie się tylko , że jeszcze jest garstka ludzi która mimo setek dowodów, twierdzi , że ziemia jest płaska.
    Wczoraj bodajże Wyborcza obchodziła 30 lecie istnienia i się radowali we własnym kółku, ze jacy to oni są ponad wszystkimi, jakie to oni artykuły ambitne tworzą, niemalże dotykając wiedzy kosmicznej , nadludzkiej. Był bankiecik, piękne stroje , nadmuchane kacze dzióbki, wzajemne gratulacje, poklepywanie się po plecach, wymyślanie orderów, wręczanie sobie tych orderów, istny cyrk. Jak czytam tego typu wypociny to mam wrażenie , że żyjecie w jakimś matriksie , tak jak ludzie wierzący , że folia aluminiowa na głowie ochroni ich przed promieniowaniem z kosmosu.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX