Chorwacja

Chorwacja (fot. shutterstock.com)

społeczeństwo

"Sami siebie nazywamy 'Polonią Serc'". Jak się żyje Polakom w najmłodszym państwie UE?

Kawę pija się tu od rana do wieczora i wszystko można przy niej załatwić. Chorwaci to naród, który prędzej wyjdzie na ulice, jak wygra mistrzostwa świata w piłce nożnej, niż gdy wprowadzana jest kontrowersyjna reforma edukacji.

Aneta, 41 lat, Makarska

Kiedy znajoma teściowej Anety usłyszała, że Jakša żeni się z Polką, stwierdziła: "Całe szczęście, że nie z Czeszką!". - Oni mieli tu taką swoją skalę. Uważali, że najłatwiej zdobyć właśnie Czeszkę, najtrudniej Włoszkę. Polka była gdzieś pośrodku - śmieje się Aneta.

Skończyła filologię serbską i chorwacką. Zrobiła uprawnienia pilota wycieczek i tak dorabiała. Któregoś razu prowadziła turystów na szczyt Vošac. Przychodziło się tu oglądać zachody słońca. W drodze powrotnej wstąpiła do schroniska, przy stole siedziało dwóch chłopaków. Wychodząc, zauważyła naklejkę na drzwiach: "klub speleologiczny w Makarskiej". - Należałam do poznańskich grotołazów, od razu wróciłam do środka, wymieniliśmy kontakty - opowiada. Jeden z tych chłopaków to był właśnie Jakša.

Aneta nie lubi porównywać Polski i Chorwacji. Różnice widzi bardziej na zasadzie: duże miasto Poznań kontra mała Makarska. Na początku trudno jej było przywyknąć do tego, że wszyscy się znają. - Mam troje dzieci i ludzie są przyzwyczajeni, że wszędzie chodzę z nimi. Jak kiedyś pojawiłam się na rynku sama, od razu były pytania, gdzie dzieciaki - mówi Aneta. - Ale z drugiej strony to daje jakieś poczucie bezpieczeństwa.

Aneta w górach Biokovo (fot. archiwum prywatne)
Aneta w górach Biokovo (fot. archiwum prywatne)

Aneta podkreśla, że Chorwaci są mocno przywiązani do swojego pochodzenia: - Tutaj nikt się nie wstydzi, że jest ze wsi. Wręcz przeciwnie - to powód do dumy! Jest też takie powiedzenie, że człowiek może wyjechać z Dalmacji, ale Dalmacja go nigdy nie opuści.

Agnieszka, 37 lat, Zagrzeb

- Rodzina Ivicy pochodzi ze Splitu i jest jak przyroda w Dalmacji - ostra i surowa. Jego bliscy zaakceptowali, że mówię, co myślę, ale widziałam, że jak pojawiali się goście, byli spięci. Jakby się bali, że za dużo będę paplała - śmieje się Agnieszka. W Polsce skończyła kroatystykę i zdobyła uprawnienia do nauczania języka polskiego. Wzięła udział w konkursie ministerstwa i została wysłana jako lektor na Uniwersytet w Zagrzebiu. Pracowała tak prawie sześć lat. W tym czasie zrobiła uprawnienia przewodnika, a przede wszystkim poznała Ivicę, który został jej mężem.

Córkę urodziła w Splicie, do którego przenieśli się na jakiś czas. Po dwóch latach wrócili do Zagrzebia, gdzie Agnieszka pracuje dziś jako sales manager LOT na Chorwację i Słowenię. W stolicy Chorwacji czuje się znacznie lepiej, bo więcej tu obcokrajowców, a społeczeństwo - bardziej otwarte i liberalne. Chciałaby, żeby Zagrzeb odwiedzało więcej turystów i zauważało jego walory, bo według niej jest ich mnóstwo, i to wspaniałe miejsce na wakacyjną wyprawę albo kilkudniowy wyjazd. - Są tu doskonałe teatry, ciekawe muzea. Od kilku lat mamy boom turystyczny, organizuje się mnóstwo festiwali, przyjeżdżają najlepsi muzycy. Kiedyś tak nie było, miasto latem pustoszało.

Być może ten turystyczny boom ma związek z wstąpieniem kraju do UE. Agnieszka pracowała jako tłumacz, kiedy do Zagrzebia przyjeżdżali Polacy z różnych instytucji, by uczyć miejscowych, jak pozyskiwać skutecznie środki unijne. Zanim Chorwaci przekuli teorię w praktykę, trochę czasu musiało minąć. - Dopiero teraz ruszają konkretne projekty - mówi Agnieszka. Tym, co UE zmieniła gwałtownie, były kwestie związane z wyjazdami. Granice otworzyły się dla studentów, trwa fala wyjazdów zarobkowych.

Agnieszka, Gabriela i Ivica podczas wiosennego wypadu do miasta Umag na Istrii. Na co dzień mieszkają w Zagrzebiu (fot. shutterstock.com)
Agnieszka, Gabriela i Ivica podczas wiosennego wypadu do miasta Umag na Istrii. Na co dzień mieszkają w Zagrzebiu (fot. shutterstock.com)

Agnieszka porównuje czasem swoje życie w Zagrzebiu do tego, jak żyje się jej krewnym w Polsce i bilans wychodzi niekorzystnie. - Przejadamy znaczną część tego, co zarabiamy - twierdzi. Bez wahania chwali natomiast chorwacką służbę zdrowia. - Przez Internet można umówić badanie, potem przychodzą powiadomienia o wizytach. Bezpłatne są leki na receptę dla dzieci, a recepty są w formie elektronicznej - przesyłane przez lekarza bezpośrednio do apteki. Dziecko ubezpieczone jest też bez względu na to, czy rodzice są zatrudnieni - mówi.

Gdyby miała wymienić cechy wspólne Polaków i Chorwatów, na pewno byłoby to narzekanie. Chorwaci lubią utyskiwać nawet na pogodę. - Jak jest lato, mówią, że za gorąco, gdy nadejdzie zima, nie mogą się doczekać, kiedy znowu będzie cieplej - opowiada. Dodaje, że są i poważniejsze powody do narzekania: - Kiedyś usłyszałam złośliwe określenie, że w Chorwacji panuje jeszcze kultura plemienna i coś w tym jest - wspiera się krewnych, przyjaciół, znajomych, z tego wynikają nepotyzm i łapówkarstwo, dostrzegalne w wielu sferach.

Monika, 45 lat, Split

- Sami siebie nazywamy "Polonią Serc", bo najczęściej historia jest taka, że Polka przyjeżdża tu na wakacje, zakochuje się w Chorwacie i zostaje - mówi Monika Zymon-Waligórska, szefowa Polskiego Towarzystwa Kulturalnego Polonez, działającego w Splicie. Ale w jej przypadku ten scenariusz sprawdził się tylko w połowie. - Bardzo lubiłam jeździć do Chorwacji na urlopy. Romka poznałam w drodze powrotnej do Polski. Jechaliśmy tym samym autokarem, przez 17 godzin było o czym rozmawiać. On już mieszkał w Splicie, pracował w biurze podróży. Okazało się, że oboje jesteśmy z Krakowa, że chodziliśmy do tej samej szkoły i mieszkaliśmy na sąsiednich osiedlach - opowiada Monika. Po dwóch latach związku na odległość zrezygnowała z pracy w firmie z branży gazowniczej i przeniosła się do Splitu.

Monika mieszka z mężem w Splicie (for. shutterstock.com). Na zdjęciu obok - przy płycie Baczyńskiego postawionej przez towarzystwo Polonez (fot archiwum prywatne)
Monika mieszka z mężem w Splicie (for. shutterstock.com). Na zdjęciu obok - przy płycie Baczyńskiego postawionej przez towarzystwo Polonez (fot archiwum prywatne)

Dziś mąż jest przewodnikiem wycieczek, ona prowadzi towarzystwo Polonez, a wspólnie pomagają Polakom w kontaktach z miejscowymi służbami oraz doradzają, jak wejść na rynek chorwacki z własnym biznesem. - Znam niewielu ludzi, którym się to udało - mówi Monika. - Jeden pan, który w Polsce handluje antykami, podobny salon chciał otworzyć w Splicie. Nikt nie był zainteresowany. Ktoś próbował z food truckiem, ale miasto Split wprowadziło przepis, że jeśli chce się prowadzić tego typu gastronomię, to można tylko w klasycznej budce, bo food trucki nie komponują się z miejską architekturą.

Gdyby Monika miała wskazać piętę Achillesową Chorwacji, to byłyby to urzędy. Nie tylko ze względu na niektóre ograniczające przepisy, ale też - pewną niedbałość urzędników. - Kiedy starałam się o dokumenty pobytu, nadali mi przez pomyłkę numer OIP mężczyzny [w Polsce - NIP, zawiera informacje dotyczące płci - przyp. red.]. Błąd wyszedł na jaw dopiero, gdy poszłam do apteki zrealizować receptę. Wszyscy się dziwili - opowiada. Chwali za to bałkański styl życia. - W Polsce w pracy wszystko było na wczoraj. Tutaj nikomu się nie spieszy - stwierdza i dodaje, że ten brak pośpiechu widać też niekiedy w długim pozostawaniu na garnuszku u rodziców. - W Dalmacji panowie są synkami mamusi. Niby pracują, ale zarabiają na własne przyjemności. Dziewczyny ulegają zauroczeniu na słońcu, a potem się okazuje, że facet nie umie nawet zrobić kawy - kwituje.

Zdziwiło ją, że przy okazji większych zakupów przed imieninami pani przy kasie zapytała, czy chce je wziąć na kredyt. - U nas na kredyt kupuje się dom albo samochód. Tutaj nawet okulary i buty. Chorwaci muszą mieć wszystko markowe - opowiada. Tymczasem bezrobocie w Chorwacji jest wyższe niż w Polsce, mimo że na wybrzeżu tego w ogóle nie widać. - W Splicie 80 procent ludzi żyje z wynajmu apartamentów, ale przy granicy z Serbią czy Węgrami jest bieda. Nie działają państwowe firmy, pola leżą odłogiem, część jest jeszcze nieodminowana. Słyszy się, że poszedł ojciec z synem uprawiać ziemię i zginęli. Tutaj turysta widzi Dalmację, morze, słońce, a nie prawdziwe życie.

Monika Zymon-Waligórska (fot. archiwum prywatne)
Monika Zymon-Waligórska (fot. archiwum prywatne)

Jedną z pasji Moniki jest szukanie śladów Polaków w Chorwacji. - Mało kto wie, że w okresie międzywojennym wykupili na wyspie Šolta całą wieś, 4 hektary ziemi, i zbudowali dwa pensjonaty dla polskich elit. Wypoczywał tu na przykład w 1937 roku Baczyński, potem na wyspę przywieziono płytę pamiątkową na cześć Piłsudskiego. Na bazie hymnu Polski powstał też pierwszy hymn Chorwacji - mówi Monika. Towarzystwo Kulturalne Polonez promuje m.in. taką wiedzę. Bierze też udział w miejscowych imprezach. Jedną z nich jest Festyn Tysiąca Potraw z Bobu, organizowany na cześć najpopularniejszego w Chorwacji warzywa. Polonez ma swoje stoisko, na którym serwują pierożki krakowskie. Piecze się je, a do środka wlewa piwo. - Nawet Chorwaci chcieli wziąć przepis - mówi z dumą Monika.

Zuzanna, 27 lat, Dubrownik

- Wszystko załatwia się przy kawie - twierdzi Zuza. - Jest mocna, gotowana w tygielku. To kawa po bałkańsku, podobna do tureckiej, intensywna i aromatyczna. Serwowana najczęściej bez mleka.

Zuza pracuje w małej firmie projektowej, zajmuje się designem i fotografią. W Poznaniu skończyła filologię hebrajską na UAM i intermedia na Uniwersytecie Artystycznym. Mieszka z Mario, który uczy fizyki w szkole, w Dubrowniku. Ludzie są tu dumni przede wszystkim ze swojego miasta - Najpierw powiedzą, że są z Dubrownika, dopiero potem, że z Chorwacji - mówi Zuza.

Wspomina, że kiedy mieszkali jeszcze w Polsce, Mario postrzegany był jako człowiek bardzo otwarty i gadatliwy. A rodzina ma go za introwertyka. - Otwartość Chorwatów to pierwsza rzecz, na którą zwróciłam uwagę. Mają mnóstwo energii, są ekspresywni, wylewni. Szczególnie na wybrzeżu - mówi Zuza. Ale kiedy trzeba, okazują się cierpliwi - gdy uczyła się języka, czekali, aż się wysłowi.

Podoba jej się szybkość nawiązywania kontaktów. - Wystarczy, że spotkałeś się z kimś raz. Przy kolejnym będzie cię traktować jak dawnego znajomego - mówi Zuza. Mieszka tu od roku i czuje się częścią tego społeczeństwa. - Chorwaci na ogół nas lubią, ale o Polakach i Czechach mają opinię, że to tacy turyści, którzy pójdą w klapkach w góry i popłyną wpław do najbliższej wyspy.

Po lewej Zuza i Mario na Stradun - głównej ulicy Dubrownika; po prawej w- kawiarni (fot. archiwum prywatne)
Po lewej Zuza i Mario na Stradun - głównej ulicy Dubrownika; po prawej w- kawiarni (fot. archiwum prywatne)

Za oknem mieszkania Zuzy i Mario buduje się akademik. Budynek pnie się do góry bardzo szybko. Duży kontrast w porównaniu z tym, co Zuza zna z Polski. - Remont ulicy św. Marcina w Poznaniu ciągnął się w nieskończoność. Tu budowlańcy uwijają się od rana do wieczora, również w weekendy - opowiada, a Mario wtrąca, że muszą się spieszyć, żeby zdążyć w wyznaczonym przez Unię Europejską terminie. - Dopiero uczymy się pozyskiwać skutecznie środki. Dla mnie Polska jest przykładem, jak to robić perfekcyjnie. Jak mieszkałem z Zuzą przez rok w Poznaniu, byłem zdziwiony, ile budynków powstało przy wsparciu unijnych dotacji - mówi Chorwat.

Katarzyna, 42 lata, wyspa Brac 

- Mieszkałam już w Niemczech i w Wielkiej Brytanii. Męża poznałam w Gdańsku, namówił mnie na przeprowadzkę do Chorwacji - mówi Katarzyna.

Było tak: Katarzyna oprowadza po Gdańsku turystów, kiedy zaczepia ją dwóch młodych mężczyzn. Pytają, czy nie wie, gdzie w pobliżu można zjeść coś dobrego. Akurat ma przerwę, więc przystaje na ich propozycję dołączenia do stołu. Na początku myśli, że są Brytyjczykami. Toni okazuje się być Chorwatem. Pływa na statkach, w Gdańsku zostaje na dwa tygodnie. Trzy miesiące później zaprasza ją do siebie, na wyspę Brac . Ten wyjazd okazuje się nie do końca udany. - Przeraziły mnie ich koneksje rodzinne. Takie trochę biblijne życie. W Polsce młodzi zwykle próbują się z czasem uniezależnić od rodziców, a w Chorwacji jakby w drugą stronę. W dodatku tam był taki spokój. A ja żyłam w biegu. Nie moje klimaty. Nie widzieliśmy się z Tonim przez kolejne cztery lata. Ale w Dalmacji, jak już ktoś chwyci, to nie puszcza - wyjaśnia Katarzyna.

Cały czas pisał, wysyłał SMS-y. - W pewnym momencie zaprosiła go do nas moja przyjaciółka. Poszliśmy na kawę i wtedy już wszystko potoczyło się bardzo szybko. Ślub zorganizowaliśmy w trzy miesiące - opowiada Kasia. Najpierw mieszkali w Polsce, tu urodziły się dzieci: 10-letnia dziś Zosia i 8-letni Marcel. - Ale Chorwat im jest starszy, tym bardziej ciągnie go do łowienia ryb, podcinania drzewek oliwkowych, majsterkowania.

Postanowiła spróbować i przenieśli się na wyspę Brac , ale postawiła warunek: nie będzie mieszkać z teściami. Fizycznie udało się od razu, ale - jak przyznaje - walczyła kilka lat, żeby się od nich odciąć mentalnie i nawet teraz - po ponad czterech latach na wyspie - ocenia, że udało jej się w 75 procentach. - Tu panuje kult matki. A ja niezbyt teściowej odpowiadałam, bo Chorwaci są dość konserwatywni. Lepsza byłaby babeczka ze wsi, która robi cztery ciasta dziennie - śmieje się Kasia.

Kasia przed hotelem OSAM w Supetar- nazwa OSAM pochodzi od ośmiu oliwek, które tu posadzono (fot. archiwum prywatne)
Kasia przed hotelem OSAM w Supetar- nazwa OSAM pochodzi od ośmiu oliwek, które tu posadzono (fot. archiwum prywatne)

Wyspa Brac ma tylko 14 tysięcy mieszkańców. Na początku przeszkadzało jej, że wszyscy się znają. - Denerwowało mnie, że nie mogłam po prostu iść do sklepu, tylko muszę po drodze odpowiadać na durne pytania, bo wszyscy mnie zaczepiają. Mąż kupił skuter, żebyśmy dojeżdżali po zakupy, bo na niego też się ciągle ktoś rzucał, całował.

Poczucie bycia "pod ostrzałem" sprawia, że - jak mówi Katarzyna - "nie można nawet przytyć". - Zimą jem sporo słodyczy, a wiosną już są plotki, że jestem w ciąży. Ale przyznaje, że są też plusy życia w hermetycznej społeczności: - Dzieciaki nie są uzależnione od telefonu, Internetu, dzieciństwo spędzają tak jak ja. Ciągle są na dworze, wzajemnie dbają o swoje bezpieczeństwo. Tutaj bardzo ważne są sporty, maluchy w wieku 2,5 lat świetnie już pływają.

Kasi brakuje polskich znajomych i życia, do którego przyzwyczaiła się przez lata. Próbowała jego namiastkę zorganizować na wyspie: przez trzy lata co wakacje zapraszała do siebie studentki slawistyki. Opłacała im loty, dawała dach nad głową i wikt, a one miały odciążać ją od prac domowych, pomagać przy dzieciach. W wolnym czasie oczywiście plaża, zwiedzanie. Do tego - nauka języka. - Zrezygnowałam, bo kończyło się zwykle tak, że miałam o jedno dziecko więcej - mówi. Niezmiennie jednak co wakacje zaprasza do siebie przyjaciółkę z córką. Potrzebuje takiego kontaktu, bo czuje, że w miejscową społeczność nigdy nie wtopi się w pełni. - Ludzie traktują mnie trochę z dystansem - mówi. - Z każdym mogę usiąść na kawę, ale przyjaciółki od serca nie mam.

Mieszkańcy wyspy to bardzo praktyczni ludzie. Kupują to, co jest potrzebne, a nie coś, co się po prostu podoba. - Jak zabierałam do Chorwacji książki, mąż myślał, że wiozę je, żeby palić w piecu - mówi.

Katarzyna cieszy się, że rodziła w Polsce, bo na wyspie nie ma porodówki, a do najbliższego miasta jedzie się ponad pół godziny krętą drogą, potem kolejne 50 minut płynie promem. - I nie ma porodów rodzinnych, towarzyszenie żonie w takich chwilach jest uznawane za niemęskie - mówi. Dodaje, że jej rodzina w Chorwacji rzadko korzysta ze służby zdrowia. - Jak jest sezon na kąpiele, to leczy cię morze, a jak zima - to mandarynki.

Dość niekonwencjonalnie funkcjonują też urzędy. - Mąż zawsze mi mówi, żebym nie chodziła nic załatwiać rano, bo "pani będzie i tak piła kawę". W aptekach i na poczcie są z kolei przerwy w ciągu dnia. Zawsze mi się myli, gdzie o której, bo nie wszędzie jest tak samo. Rzeźnik na przykład pracuje tylko do 9.30. Dzięki temu, że go znam, piszę zawsze SMS-a, żeby mi odłożył jakieś mięso i idę je odebrać po południu, a płacę przy okazji. Zostawia je w lodówce - Kasia uzupełnia, że lodówka nie jest zamykana na klucz. Każdy mógłby wyjąć zostawioną dla niej porcję. Ale tego nie robi. - Z drugiej strony tu wszystko wciąż można załatwić przez łapówkę albo po znajomości. A cudzoziemców wciąż traktuje się jak obcych. Taki przykład: aplikowałam do hotelu, na stanowisko recepcjonistki. Trzy dni przygotowywałam się do rozmowy. Odbyła się oczywiście w kafejce. Pracę dostała moja kontrkandydatka, bo lepiej potrafiła się odnaleźć w tej konwencji: jej rozmowa z potencjalnym pracodawcą skończyła się na pokazywaniu zdjęć dzieci w telefonie. Gdybym wiedziała, fotografie swoich mogłabym nawet podrukować - mówi. Ostatecznie Kasia pracę dostała w hotelu, którego właścicielką też jest cudzoziemka.

Latarnia morska  na wyspie Brac (fot. pixabay.com)
Latarnia morska na wyspie Brac (fot. pixabay.com)

Na co dzień nie jest łatwo. Mąż pracuje w takim systemie, że wypływa na trzy miesiące, potem kolejne trzy jest w domu. Kasia śmieje się, że wszystko, co złe - choroby, popsuty samochód, cieknący kran - zdarza się właśnie wtedy, gdy go nie ma. Ale ona należy do tych twardych i umie się zorganizować. A jak wraca Toni, jest świeżość. - To służy naszemu związkowi - stwierdza. - Mąż rozumie, że mi ciężko i często wyjeżdżamy, nawet na drobne wycieczki. Ratuje mnie też to, że mam auto, mogę w każdej chwili w nie wsiąść i zmienić otoczenie.

Ale to nie jest tak, że nic jej się na wyspie nie podoba, dodaje: - Jak się przy kawie z kimś porozmawia, to można się podnieść na duchu. Bo ludzie tu są wiecznie szczęśliwi. A najbardziej cieszą się swoimi dziećmi. Wolniej się tu też żyje, więcej czasu poświęca rodzinie. Nikt sobie nie komplikuje życia na siłę.

Piotr, 27 lat, Zagrzeb

Piotr poznał swoją narzeczoną trzy lata temu na Erasmusie w Zagrzebiu. Zobaczył ją w parku i od razu zaprosił na kawę. Odmówiła. Przez kilka miesięcy widywali się przypadkowo, ale był uparty. Szkopuł w tym, że Erasmus się skończył i musiał wrócić do Polski. Dwa lata żyli na odległość. W końcu zdecydowali, że zamieszkają w Chorwacji. Jeszcze przed przyjazdem zaczął się uczyć języka, bo jak mówi - trzeba mówić po chorwacku, chcąc pracować w tym kraju, chyba że jest się programistą.  - Chorwacki ma wiele dialektów. Ludzie z Dubrownika mogą mieć problem, by zrozumieć tych z Zagrzebia. I nie chodzi wcale o regionalną gwarę i typowe dla różnych miejsc słówka, ale też o akcentowanie i konstrukcje zdaniowe - tłumaczy Piotr.

W Zagrzebiu mieszka od roku, pracuje w firmie zajmującej się dystrybucją pojazdów elektrycznych. Nie do końca podziela pogląd o Chorwatach - synkach mamusi. Poznał takich, którzy mieli ponad 30 lat i nadal mieszkali w domu rodzinnym, ale nie z wygody, a z braku pieniędzy. - Mówili mi: "stary, mnie nie stać, żeby żyć samemu". W Chorwacji ceny rosną o wiele szybciej niż płace. Dynamicznie rozwija się turystyka, ale inne branże upadają - opowiada.

Zadziwia tu go rozmaitość kuchni. Wystarczy odjechać 40-50 kilometrów od wybrzeża, a potrawy są cięższe, je się sporo mięsa. Wszędzie oczywiście serwuje się ryby i owoce morza. - W języku polskim mamy tylko jedno słowo na krewetki. Oni mają inną nazwę dla każdej odmiany - mówi. A jacy są ludzie? - Cieplejsi i mocno emocjonalni, przeżywają wszystko i egzaltują wiele kwestii. W zeszłym roku zmarł Oliver Dragojević - chorwacki piosenkarz pop. Płakał cały naród, rozpacz była ogromna. Mój związek też jest mocno emocjonalny i dynamiczny - przyznaje.

Ulice Zagrzebia (fot. pixabay.com)
Ulice Zagrzebia (fot. pixabay.com)

Piotra bardzo dziwi chorwackie podejście do polityki. - Tu ludzie wydają się mało nią interesować, niewiele na ten temat rozmawiają. Łatwiej mobilizują się w spontanicznych akcjach. Taki przykład: w Zagrzebiu rząd chce sprzedać jedno z najstarszych chorwackich kin, należących do skarbu państwa. Ta sprawa zgromadziła kilka tysięcy ludzi, którzy są przeciw. A jak rząd wprowadzał potężną reformę edukacyjną, która średnio podobała się społeczeństwu, protestowało - w skali całego kraju - pewnie nie więcej niż 10-15 tysięcy osób. Chorwaci szybciej wyjdą na ulicę, jak wygrają mistrzostwa świata w piłce nożnej, niż gdy dzieje się coś ważnego w polityce, co mocno dotyczy ich życia. Ta mała odpowiedzialność społeczna jest dla mnie zaskakująca. Ludzie nie wierzą, że są w stanie coś zmienić, bo tu wszystko załatwia się przez znajomości. Uważają, że nawet jak przyjdzie nowa władza, to zawsze gdzieś znajdzie się kolega - kwituje Piotr.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Izabela O'Sullivan. Dziennikarka prasowa i radiowa. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Publikowała m.in. w "Dużym Formacie" oraz w serwisach WP i Polki. Lubi dobrą kawę i literaturę faktu.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (88)
Zaloguj się
  • alik444

    Oceniono 21 razy 21

    "Jak zabierałam do Chorwacji książki, mąż myślał, że wiozę je, żeby palić w piecu"
    Za intelektualistę raczej nie wyszła.

  • wagadudu

    Oceniono 19 razy 15

    W zeszłym roku w Rogoznicy rozmawiałem z Chorwatem zarządzającym pensjonatem, w którym mieszkałem. W Chorwacji jest bardzo duże bezrobocie i nawet cale rodziny w sezonie wyjeżdżają na wybrzeże, żeby tu zarobić na resztę roku (dla nich sezon trwa nawet już od marca do października). Jednocześnie ceny na wybrzeżu są trzykrotnie wyższe niż w głębi kraju (stąd taka pieprzona drożyzna), więc pracując tutaj starają się żyć bardzo oszczędnie. Zatem nie jest tak różowo i bajecznie.

  • kozieradka2012

    Oceniono 28 razy 10

    Wynika z tego, że Chorwaci poszukujący żon-cudzoziemek uważają Czeszki za tanie k**wy, a Włoszki za pożądany, ale trudno dostępny (kosztowny?) towar. Gdyby Jaksa przyprowadził Włoszkę, jego matka byłaby prawdopodobnie wniebowzięta... Cóż, każdemu na jego miarę. Nasze rodaczki to średnia półka - przyzwoite, jako tako urodziwe i nie zadzierające nosa za wysoko. Szczerze mówiąc, jeśli rozmówczynie autorki nie kłamią, to z bałkańskimi facetami też nie ma szału, ale idzie się przyzwyczaić.

  • rainbow.warrior

    Oceniono 10 razy 8

    Chorwacja jest mała, ma tylko ~4 mln mieszkańców ( z tendencją spadkową cały czas), dlatego jak tu ktoś napisał często bywa prowincjonalna. Młodzi ludzie często wyjeżdżają lub pracują zagranicą: we Włoszech,Słowenii, Austrii...
    Jeżeli chodzi o Chorwatów to rzeczywiście istnieje coś co można nazwać kulturą plemienną, ja bym ich porównał trochę do naszych górali - często tworzą grupy w których się wspierają ( klany ) a jednocześnie mają grupy z którymi rywalizują, do tego są dość porywczy i zadziorni.
    Chorwaccy urzędnicy i metody załatwiania spraw to jest trzeci świat - można iść na umówioną wizytę po to aby posłuchać jak urzędnik załatwia prywatne sprawy lub coś tam robi w telefonie a potem usłyszeć że "nie da się", po czym przez znajomego sprawę załatwia się od ręki, no ale brak standardów daje urzędnikowi wolną rękę. Sami Chorwaci narzekają na łapówkarstwo urzędników i ich związki z różnymi "biznesami". Na korzyść mogę powiedzieć że od wejścia do UE dużo się zmienia na lepsze...

  • mocno_kwasny

    Oceniono 16 razy 8

    W Dalmacji panowie są synkami mamusi. Niby pracują, ale zarabiają na własne przyjemności. Dziewczyny ulegają zauroczeniu na słońcu, a potem się okazuje, że facet nie umie nawet zrobić kawy - kwituje.

    czyli potocznie mowiac kaleki zyciowe :-)

  • tinnman

    Oceniono 36 razy 6

    Nie macie wrażenia to seksistowski artykuł? Widoczny brak parytetu: 5 kobiet i jeden tylko mężczyzna. Artykuł raczej winien być o tym, dlaczego to raczej kobiety łączą się z Chorwatami a rzadko Polacy z Chorwatkami. I co zrobić, żeby to się wyrównało.

  • kl001

    Oceniono 17 razy 5

    Chorwacja jest prowincjonalna. Czułem się tam jak na wsi w Polsce.

  • maryjanek66

    Oceniono 5 razy 3

    po wojnie ustasze uciekali do argentyny, opłacając watykan

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX