Coraz więcej polskich nastolatków się okalecza

Coraz więcej polskich nastolatków się okalecza (fot: Shutterstock.com)

wywiad Gazeta.pl

Rodzice zmusili ją, żeby poszła do klasy biologiczno-chemicznej. "Wyrywała sobie skórki tak, że miała całe pokrwawione palce wokół paznokci"

Co szósty polski nastolatek w wieku 11-17 lat okalecza się - to dane Fundacji "Dajemy Dzieciom Siłę" z 2018 r. - Według niektórych badaczy istnieje 40 proc. zagrożenia, że młoda osoba, która się samookalecza, w końcu podejmie próbę samobójczą. Może być tak, że zrobi to świadomie, albo tak, że przesuwając ciągle granicę bólu, w końcu przetnie sobie żyłę lub tętnicę - mówi psycholog Żaneta Rachwaniec-Szczecińska.

Z dziećmi, które się samookaleczają, styka się pani przede wszystkim w szkołach.

Prowadzę zajęcia profilaktyczne z zakresu zdrowia psychicznego. Niektóre dzieci po takich zajęciach zostają w sali i opowiadają o swoich problemach. Często jest tak, że dopiero ze mną mogą o tym porozmawiać, otworzyć się, bo czują, że w końcu pojawił się ktoś, kto nie zbagatelizuje ich problemu.

Co mówią?

Że robią sobie krzywdę. Zadają sobie ból. Pokazują, jakie mają patenty na ukrywanie narzędzi, którymi się okaleczają. Tak żeby nikt ich nie znalazł.

Psychoterapeutka: Dzieci chowają końcówki nożyków do tapet albo skalpeli pod nakładki na smartfony (fot: Grzegorz Skowronek/ Agencja Gazeta)
Psychoterapeutka: Dzieci chowają końcówki nożyków do tapet albo skalpeli pod nakładki na smartfony (fot: Grzegorz Skowronek/ Agencja Gazeta)

Jakie to są patenty?

Chciałabym podkreślić, że przy dzieciach nigdy o tym nie mówię, żeby nie podpowiadać im gotowych rozwiązań. Dowiedziałam się na przykład, że chowają końcówki nożyków do tapet albo skalpeli pod nakładki na smartfony. Te narzędzia są płaskie, mieszczą się pod taką obudową. Gdy coś się w szkole dzieje, pokłócą się z kimś albo mają problemy w nauce, idą do toalety i się ranią. Ta metoda była dla mnie całkowitym zaskoczeniem, nie wpadłabym na to, pewnie podobnie jak większość dorosłych.

Gdy mowa o samookaleczeniach wśród młodzieży, często pojawia się też informacja, że dzieci okaleczają się na rękach czy nogach. Nie jest to prawda, bo te rany bardzo szybko zostałyby wykryte - mogłoby zwrócić uwagę, że wszystkie dzieci wkładają krótkie spodenki na zajęcia z wuefu, a to jedno nosi długie spodnie dresowe.

W jaki jeszcze sposób dzieci się samookaleczają?

Sposoby są różne. To przypalanie żelazkiem, papierosami, wyrywanie sobie włosów, rzęs, skórek z okolic paznokci, wbijanie przedmiotów pod paznokcie, podduszanie się, przypalanie się gorącymi płynami, substancjami chemicznymi, uderzanie głową o ścianę. O samookaleczeniach mówimy również w przypadku podtruwania się różnymi substancjami, zjadania włosów z nerwów [zaburzenie obsesyjno-kompulsyjne o nazwie trichotillomania - przyp. red.]. Taka osoba potrafi sobie wyhodować w żołądku kołtun włosów, który potem trzeba chirurgicznie usuwać.

Skąd się bierze potrzeba samookaleczania się?

Z nieumiejętności radzenia sobie z emocjami. Mechanizm zadawania sobie bólu ma działanie spustowe, a w związku z tym, że pozwala szybko zredukować negatywne emocje, powtarza się je. Samookaleczanie ma silny walor uzależniający. W świecie dorosłych takim zachowaniem jest np. sięganie po alkohol, który pozwala się na chwilę znieczulić. To jednak droga donikąd, bo z czasem pojawia się potrzeba coraz silniejszych doznań. Dotychczasowe przestają skutecznie redukować to napięcie.

Widziała pani na własne oczy skutki samookaleczania się przez dzieci czy młodzież?

Znam osoby dorosłe, które mają całe ręce pokryte bliznami. To świadczy o ich trudnej historii życiowej.

Psychoterapeutka: Znam osoby dorosłe, które mają całe ręce pokryte bliznami. To świadczy o ich trudnej historii życiowej
Psychoterapeutka: Znam osoby dorosłe, które mają całe ręce pokryte bliznami. To świadczy o ich trudnej historii życiowej

Powiedziała pani, że dzieci chcą ukryć to, że się okaleczają. Skąd więc w nich potrzeba, żeby podzielić się tym, co robią, z panią?

Jest w tym pewna ambiwalencja. Z jednej strony robią to potajemnie, z drugiej - mają po cichu nadzieję, że ktoś to zauważy i się nimi zainteresuje. Dzieci często nie dzielą się z dorosłymi, których mają w otoczeniu, swoimi problemami. Pamiętam taki dramatyczny przypadek: po warsztatach na temat depresji, które prowadziłam w jednym z liceów, podszedł do mnie chłopak i wyznał, że od 12. roku życia molestuje go trener. Gdy słyszy się coś takiego, od razu pojawia się milion myśli - od tej, kogo poprosić, żeby odebrał twoje dziecko z przedszkola, bo ty już wiesz, że szybko do domu nie wrócisz, po tę, z kim się skontaktować, żeby najlepiej zająć się tą sytuacją.

Jak się skończyła ta historia?

Jak można się domyślić, nie był on jedyną ofiarą trenera. Ten mężczyzna ostatecznie został skazany za swoje czyny.

To był szczególny przypadek. Jakie jeszcze są przyczyny samookaleczania?

Bardzo różne - czasem wynikają z zaburzeń depresyjnych, problemów z samoakceptacją, pierwszych zawiedzionych miłości, problemów w grupie rówieśniczej. W idealnym świecie powinno być tak, że rodzice codziennie siadają z dzieckiem i rozmawiają z nim o tym, co u niego słychać. Co działo się w szkole, jak się czuje w związku z różnymi zdarzeniami, dlaczego jest smutne, dlaczego zamyka się w pokoju. Rodzice rzadko zadają pytania w ten sposób. Częściej pojawia się po prostu: co tam w szkole? Czyli w domyśle: jakie masz oceny i dlaczego gorsze niż kolega.

Dorośli w tych czasach są bardzo zapracowani. Czasem po prostu nie zauważają, że z dzieckiem dzieje się coś złego, często mają przekonanie, że jeśli zapewnią mu byt materialny, to wszystko się jakoś poukłada. Innym razem działa u nich mechanizm wyparcia, czyli nie chcą dopuścić myśli, że ich dziecko może się okaleczać. Ten mechanizm może być bardzo silny. Miałam pacjentkę, która przez rok po samobójstwie córki codziennie dzwoniła do szkoły, żeby powiedzieć, że córka się źle czuje i nie przyjdzie na lekcje. Było to dla niej zbyt trudne, żeby uświadomić sobie, że jej już nie ma.

Inny przykład: do szkoły, w której kiedyś pracowałam jako psycholog, chodziły bliźniaki ze zdiagnozowanym przez poradnię autyzmem. Jednocześnie ich matka utrzymywała, że nie potrzebuje żadnej pomocy psychologicznej w pracy z nimi, bo jej zdaniem diagnoza jest błędna. Nie była w stanie sobie poradzić z tą wiedzą.

Konfrontacja z tym, że dziecko się okalecza, również bywa bardzo trudna, bo to może oznaczać, że ja, rodzic, mogłem popełnić błąd. Rodzice boją się, że jak zaczną z kimś o tym rozmawiać, to wyjdzie na jaw, że w domu są kłótnie czy że ktoś popija. Nie chcą narazić swojej opinii na szwank.

Rodzice często są problemem?

Niestety, często. A bez ich zgody i współpracy ja jako psycholog niewiele mogę zrobić. Bo jeżeli dziecko się okalecza, to znaczy, że coś nie działa w systemie rodzinnym. Więc nawet jeśli zacznę pracę z takim dzieckiem, to mam nikłe szanse, żeby mu realnie pomóc. Bo ono wciąż będzie tkwić w środowisku, które było przyczyną jego autoagresywnych zachowań.

Dzieci często nie dzielą się z dorosłymi, których mają w otoczeniu, swoimi problemami (fot: Shutterstock.com)
Dzieci często nie dzielą się z dorosłymi, których mają w otoczeniu, swoimi problemami (fot: Shutterstock.com)

Pamięta pani taki przypadek?

Pamiętam dziewczynę, uzdolnioną humanistkę, która marzyła o tym, żeby pójść do klasy humanistycznej. Niestety, jej rodzice, lekarze, mieli inną wizję jej przyszłości i zmusili ją, żeby poszła do klasy biologiczno-chemicznej. Ona zupełnie sobie tam nie radziła. Wyrywała sobie skórki, ale tak, że miała całe pokrwawione palce wokół paznokci. Te rany się praktycznie nie goiły. Próbowała też cięcia. Interweniowałam w jej sprawie u jej rodziców. Gdy zapytałam ich, czy naprawdę warto układać córce życie na siłę, kiedy ewidentnie nie jest to jej droga, odparli, że oni rozumieją, że jej złe stopnie mogą obniżyć poziom szkoły i w związku z tym przeniosą ją do innej. Bo nie chcą szkole przynieść wstydu. Nie słuchali, gdy mówiłam, że jeśli będą tak dalej postępować, to ta sytuacja może skończyć się dramatycznie. Ale nic nie mogłam zrobić. Bo żeby współpracować z niepełnoletnim, muszę mieć zgodę rodziców. Mogłam wnieść do sądu o wgląd w sytuację tej rodziny, ale wątpię, żeby ktokolwiek powziął jakieś działanie - to byli wykształceni ludzie, dziecku w domu niczego nie brakowało, chodziło w drogich ubraniach, uczęszczało na korepetycje.

Wie pani, co się z tą dziewczyną później stało?

Na swoich zajęciach na uczelni spotkałam chłopaka, który był z nią w jednej klasie. Powiedział, że skończyła ten "biol.-chem.", ale na medycynę już nie poszła. Natomiast jak funkcjonowała emocjonalnie, tego nie wiem.

Może udało jej się przepracować problem, a teraz, gdy na przykład wyrwała się z domu i zrobiła to, czego chciała, tamte problemy nie wrócą.

Problemy leżące u podłoża samookaleczeń same się nie rozwiążą. Jeśli rodzic zobaczy, że jego dziecko się okalecza, musi szukać pomocy psychologicznej lub psychiatrycznej. Bo nawet jeśli ten konkretny problem zniknie, jakoś go rozwiążemy, za chwilę pojawią się nowe, może nawet trudniejsze, i wtedy ta osoba znów sięgnie po sprawdzony sposób na poradzenie sobie z nimi. To nie musi być koniecznie samookaleczanie się, ale na przykład kompulsywne zachowania seksualne, nadużywanie alkoholu, narkotyków, zaburzenia żywieniowe.

Czy szkoła też powinna skuteczniej działać w przypadku dzieci samookaleczających się?

Nauczyciele często nie mają takich kompetencji. Są ekspertami w tym, jak uczyć swojego przedmiotu, a nie jak zapewniać psychologiczną pomoc. Szkoła straciła swoją rolę wychowawczą z różnych przyczyn systemowych. Zwykle jest przeładowana, na godzinach wychowawczych często nadrabia się zaległości z innych przedmiotów. W wielu placówkach nie ma etatowych psychologów, raz w miesiącu przyjdzie pani z poradni i z dziećmi porozmawia. I tyle.

Dorośli na ogół nie potrafią reagować na problemy młodzieży. Zerwał z tobą chłopak? Znajdziesz nowego. Nie rozumieją, że dla porzuconej dziewczyny to może być największy dramat w życiu. Zdarzyło mi się też usłyszeć od dyrekcji szkoły, że "przesadzam". Wezwała mnie na konsultację po tym, jak jedna z dziewczynek wyskoczyła z pierwszego piętra na trawnik. Powiedziałam wtedy, że sytuacja jest poważna, bo ona za chwilę może wyskoczyć z czwartego piętra. Dyrekcja jednak uznała, że ona tylko chciała wszystkich nastraszyć, że to taki żart. To jest bagatelizowanie problemu, bo prawda jest taka, że wiele prób samobójczych nie kończy się śmiercią nie dlatego, że dziecko tak naprawdę nie chciało się zabić, ale zrobiło to nieumiejętnie. To nie jest tak, jak w filmach amerykańskich, że wystarczy łyknąć tabletki i popić je alkoholem.

Jak blisko jest od samookaleczania się do próby samobójczej?

Według niektórych badaczy, takich jak między innymi psychiatra Joana Asarnowa, istnieje 40 proc. zagrożenia, że młoda osoba, która się samookalecza, w końcu podejmie próbę samobójczą. Może być tak, że zrobi to świadomie, albo tak, że przesuwając ciągle granicę bólu, w końcu przetnie sobie żyłę lub tętnicę.

Według danych fundacji "Dajemy Dzieciom Siłę" dzieci, które doświadczyły przemocy rówieśniczej, trzykrotnie częściej się okaleczały niż te, które tej przemocy nie doznały.

Skala przemocy rówieśniczej jest ogromna. Myślę, że nie ma tak naprawdę dziecka, które nie doznałoby jakiejś jej formy. Dziś najczęściej występuje cyberprzemoc, która obejmuje też relacje. Na przykład w klasie jest osoba, która jako jedyna nie jest członkiem grupy klasowej na Facebooku. Albo ktoś się zwierzy komuś, komu ufa, na Messengerze i potem się okazuje, że ta rozmowa została skopiowana, wiele osób poznało jej treść i się z tego śmieją. Nie można już użyć argumentu, że "ja tego wcale nie powiedziałem", bo wszystko jest czarno na białym. Albo jeden uczeń nagra filmik, jak inny nie radzi sobie na zajęciach z wuefu, i wrzuci go na Facebooka albo YouTube'a. To są często przypadki bardzo trudno uchwytne, subtelne.

Psychoteraputka: Dziś najczęstszą formą przemocy rówieśniczej jest cyberprzemoc (fot: Shutterstock.com)
Psychoteraputka: Dziś najczęstszą formą przemocy rówieśniczej jest cyberprzemoc (fot: Shutterstock.com)

Odwiedzałam kiedyś szkołę, w której była taka sytuacja, że w sylwestra dwie maturzystki zaszalały - wypiły za dużo i poszły gdzieś z grupą kolegów. Jedna była tak pijana, że właściwie już nie kontaktowała. I ci koledzy wykorzystali ją seksualnie. Jej bardziej trzeźwa koleżanka, zamiast pomóc, wszystko nagrała telefonem, a filmik wrzuciła do sieci. Na szczęście ta wykorzystana dziewczyna była bardzo silna psychicznie. Po Nowym Roku weszła do klasy z podniesioną głową. Wszystkie złośliwe komentarze ucinała. W przypadku osoby o innym charakterze mogłoby to się skończyć dużo gorzej.

Czy ci chłopcy ponieśli jakieś konsekwencje?

Nie. Bo wszyscy byli pełnoletni, a ona nie protestowała. Polskie sądownictwo w takich przypadkach najczęściej uznaje, że do gwałtu nie doszło.

Co jest w pani pracy najbardziej frustrujące?

Poza niewspółpracującymi rodzicami na pewno sytuacja służby zdrowia w zakresie zdrowia psychicznego w Polsce. Psychologów jest za mało, dostęp do psychologa czy psychiatry, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, jest ograniczony. Czasem, żeby dostać się do specjalisty, rodzina musi dojechać kilkadziesiąt kilometrów, a niekiedy nie stać jej nawet na PKS. Jeśli nawet komuś uda się dostać na terapię, to często jest tak, że spotkań bezpłatnych jest maksymalnie 10. A 10 wizyt to jest nic w przypadku takich problemów, jak samookaleczenia, próby samobójcze. To dopiero początek.

I oddziały psychiatryczne - są przeładowane. Jeśli wiem, że dziecko potrzebuje natychmiastowej pomocy, bo za chwilę może dojść do tragedii, mówię rodzicom, żeby od razu wzywali pogotowie, bo jak pojadą na oddział psychiatryczny, to zostaną odprawieni z kwitkiem, a termin konsultacji psychiatrycznej będzie za trzy miesiące.

Łódź. Oddział psychiatryczny dzieci i młodzieży (fot: Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)
Łódź. Oddział psychiatryczny dzieci i młodzieży (fot: Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)

Psychoterapeutka: Skala przemocy rówieśniczej jest ogromna. Myślę, że nie ma tak naprawdę dziecka, które nie doznałoby jakiejś jej formy (fot: Shutterstock.com)
Psychoterapeutka: Skala przemocy rówieśniczej jest ogromna. Myślę, że nie ma tak naprawdę dziecka, które nie doznałoby jakiejś jej formy (fot: Shutterstock.com)

Zdarzają się momenty satysfakcji z pracy?

Tak, wtedy, gdy rodzice współpracują. Miałam taką rodzinę - biedni, prości ludzie, bez wyższego wykształcenia, ojciec spawacz, mama sprzątaczka - w której córka się samookaleczała, bo była wyśmiewana przez rówieśników z tego powodu, że pochodzi z gorszego domu, nie chodzi w markowych ubraniach, tylko w szmatach. Nie pamiętam rodziców, którzy byliby tak zmotywowani, żeby pomóc swojemu dziecku. Śmieję się, że to chyba jedyny znany mi przypadek, w którym 500 plus zostało odpowiednio zagospodarowane, bo właśnie dzięki temu świadczeniu mogli oni opłacić leczenie córki. Pracowałam z nimi naprawdę intensywnie, i to było niesamowite, bo robili wszystko, co im mówiłam. Dziewczyna z czasem zaczęła coraz lepiej funkcjonować. Bardzo chciałabym, żeby takich rodzin, które robią wszystko, by pomóc dziecku, było więcej.

Żaneta Rachwaniec-Szczecińska (fot: archiwum prywatne)
Żaneta Rachwaniec-Szczecińska (fot: archiwum prywatne)

Żaneta Rachwaniec-Szczecińska. Psycholożka, socjolożka, psychoterapeutka. Założycielka i prezes Fundacji Po Skrzydła, w której tworzy i realizuje projekty społeczne związane z obszarem zdrowia psychicznego. Doktorantka, wykładowca Śląskiego Uniwersytetu Medycznego oraz Uniwersytetu Humanistycznospołecznego SWPS. Jest autorką kilkudziesięciu publikacji naukowych i popularnonaukowych o tematyce psychologicznej.

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku