Ewa Szelburg-Zarembina

Ewa Szelburg-Zarembina (fot. polona.pl)

ludzie

"Wszystko opowiedziałam w książkach". Ewa Szelburg-Zarembina w niewoli u dzieci

Z biografii wyrzuciła pierwszego męża, od którego odeszła, by związać się z o pięć lat młodszym Józefem Zarembą. Zaszufladkowana jako pisarka dziecięca, własnych dzieci nie miała. W domu pisarki z pięknym ogrodem dzwonek u drzwi został tak wysoko zainstalowany, by i cudze nie mąciły jej spokoju.

Sierpień '44, obóz w Pruszkowie. "Przechodząc przez bramę pokazuję SS-manowi kennkartę, on patrzy na mnie i powiada: O, "Johannas Wanderung". Widocznie czytał "Wędrówkę Joanny" przetłumaczoną na niemiecki. Książka ta weszła do lektury dzieł polskich dla oficerów w celu poznania duszy polskiej" - opowiada w 1977 roku Ewa Szelburg-Zarembina w jednym z ostatnich (nielicznych w ogóle) wywiadów.

W poprzednich wersjach tej historii większą rolę odgrywa Maria Kwaśniewska, oszczepniczka i olimpijka, w czasie wojny pracownica Czerwonego Krzyża. To ona w tłumie zauważa małżeństwo Zarembów i zwraca uwagę niemieckiemu oficerowi, że to autorka słynnej "Johannas Wanderung". We wszystkich wariacjach opowieści jest jedna puenta: literatura ratuje życie, powieść - największy sukces pisarki - odnosi kolejne, (bez)cenne zwycięstwo, bo Niemiec okazuje się być jej wielbicielem, więc Zarembowie nie tylko unikają wywózki do kacetu, ale i dłuższego pobytu w Pruszkowie.

Ta historia dobrze wpisuje się w biografię Ewy Szelburg-Zarembiny, dla której pisanie to sposób na życie i przeżycie. Granica między prawdą i fikcją jest u niej płynna. W książki wpisuje przeżyte traumy, obdarza bohaterki własnymi doświadczeniami, zapisuje swoistym szyfrem to, o czym publicznie nie mówi. Jednocześnie ze swego życia wypisuje niektórych ludzi, miejsca, wydarzenia. "Wszystko opowiedziałam w książkach" - deklaruje w wywiadzie, ale niełatwo to prawidłowo odczytać, bo jest mistrzynią w zacieraniu śladów.

Ewa Szelburg-Zarembina (fot. polona.pl)
Ewa Szelburg-Zarembina (fot. polona.pl)

Renia

Irena Ewa Szelburg przychodzi na świat 10 kwietnia 1899 roku w Bronowicach pod Puławami. Szybko wraz z rodzicami, Antonim i Elżbietą, przenosi się do małego domku w Nałęczowie. Dzieciństwo Reni, jak była nazywana przez najbliższych, to nieustanna inspiracja jej twórczości dla dzieci ("Wierszyki Reni", "Najmilsi") i dorosłych: rodziców - jako Joannę i Kaja - sportretuje w cyklu z lat 1935-1968 "Rzeka kłamstwa" ("Wędrówka Joanny", "Ludzie z wosku", "Miasteczko aniołów", "Iskry na wiatr," "Gaudeamus"), gdzie sama jest Salomeą. Ale i w licznych tekstach wspomnieniowych - im późniejszych, tym mocniej idealizujących Ojca i Matkę.

Szelburgowie to wysadzona z siodła szlachta. Antoni musiał więc zdobyć zawód - wybrał ogrodnictwo. Niestety, choroba w młodym wieku sprawia, że profesja Antoniego to bardziej hobby niż źródło utrzymania, na które, jako krawcowa, zarabia także Elżbieta. Krawiecki manekin, w którym chowa się mała Renia, i stukot maszyny to stałe elementy pejzażu dzieciństwa. Dorosła Ewa swą bezsenność przypisuje temu, że brak jej dźwięku wydawanego przez kupionego na raty Singera. Maszyna pozwala zarobić na życie, ale jednocześnie - w świetle przedwczesnej śmierci matki - systematycznie, po trochu je zabiera.

Elżbieta to tajemnicza postać. Dla Szelburgów jej małżeństwo z Antonim jest mezaliansem, w oczach córki - związkiem bardzo kochających się ludzi, ciężko pracujących i bezinteresownych. Ojciec jest dla córki wzorem społecznika, człowieka żyjącego w zgodzie z ludźmi i naturą. Szacunek dla pracy, miłość do przyrody, kult książek - to wyniesie z domu.

O ile obraz domu kreślony będzie jasnymi barwami, o tyle ówczesnego Nałęczowa, zwłaszcza w powieściach - ciemniejszymi. Na początku XX w. to modne uzdrowisko ściągające artystów, w tym pisarzy. Renia widzi przechadzającego się Żeromskiego, Or-Otowi recytuje jego wiersz, zagaduje do niej sympatyczny Prus. Ewa wpisze ich w swą prozę, zwłaszcza wspomnieniowe "Spotkania" (1951) i "Spotkania przy drodze" (1976).

Nałęczów jest ważnym ośrodkiem patriotycznym i miejscem, gdzie, w bólach, rodzi się społeczeństwo obywatelskie. Ewa-pisarka z ironią pokaże rywalizację głównych towarzystw, "Światła" i "Oszczędności", ideę spółdzielczości niszczącą drobnych, żydowskich sklepikarzy czy upokarzającą dobroczynność: ochronce nadano charakter półsierocińca dla dzieci, którymi rodzice nie są w stanie się zająć, więc posłanie tam swoich to wystawienie sobie rodzicielskiego antyświadectwa. Obnaży hipokryzję "postępowej inteligencji": w "Iskrach na wiatr" jej bohaterka Joanna wytyka ją żonie autora "Ludzi bezdomnych", która mówi o wyzysku, a jednocześnie urywa szwaczce pół rubla na koszuli.

To przyjezdni dyktują ceny usług i wyznaczają nieprzekraczalne granice. Dla nich są korty tenisowe. Miejscowi chłopcy mogą tylko podawać piłeczki. Dorosła Ewa będzie na takie podziały mocno wyczulona. Mała Renia zaś szybko poznaje inny: u fotografa chce pozować z "chłopackim" pluszowym pieskiem, ale dostaje "dziewczyńską" lalkę. W przyszłości jej bohaterki powtarzać będą, że lepiej urodzić się chłopcem.

Ma 4 lata, gdy ojciec uczy ją czytać, 8 - kiedy dostaje kredki i malowanki. Wtedy zaczyna układać pierwsze wierszyki: "Renia ma gazetę, Renia ma nożyczki/Wycina ludziki, usadza wokoło/Będą się bawili, będzie im wesoło". Później, już z innymi dziećmi, tworzy pisemko "Sami swoi". 13-latka wysyła wierszyki na konkurs "Przyjaciela Dzieci", podpisując je pseudonimem "Wiewiórka", pierwszym z wielu potem używanych. I tak przyszła ikona literatury dla dzieci debiutuje na łamach dziecięcej prasy - ojciec ten wycięty z gazety fragment do końca życia nosi w portfelu.

Rodzice chcą zapewnić jej możliwie najlepszą edukację. Chodzi do prowadzonej przez Polską Macierz Szkolną szkoły elementarnej, a po jej zamknięciu (1908) na tajne komplety. Jako dziewczynka "z nizin" powinna potem iść do szkoły rządowej, by szybko zacząć pracę, ale Szelburgowie wybierają prywatną szkołę Władysława Kunickiego w Lublinie. Jako Szkoła Handlowa podlega rosyjskiemu Ministerstwu Handlu, w rzeczywistości to placówka ze starannie dobraną polsko-rosyjską kadrą i nowoczesnym programem nauczania, łączącym przekazywanie wiedzy z wychowaniem patriotycznym i służbą społeczną. Uczy się dobrze, dorabia korepetycjami i działa: "W każdej klasie zawiązywało się tajne kółko niepodległościowo-samokształceniowe. Przeszłam przez wszystkie stopnie wtajemniczenia młodzieżowej organizacji". Do tego dochodzi działalność filantropijna, praca z ubogimi dziećmi. A w tle wojenne burze - podziela entuzjazm dla Legionów, przechodzi przeszkolenie sanitarne.

16-latka zdaje maturę i - jak wiele wychowanych na "Siłaczce" absolwentek - zostaje nauczycielką w lubelskiej szkole powszechnej. Życie nie przystaje do literatury. Jest "panią od oślaków", pracuje z dziećmi biednymi i zaniedbanymi, bezsilna wobec ich statusu. Ten epizod potem nieco wygładzi - nie napisze prawdy o swojej bezradności i frustracji. Wytrzymuje tylko (aż?) rok, ważny, bo inspirujący: szukając tekstów odpowiednich dla uczniów, sama zaczyna je wymyślać, układać scenki, opowiadać historie. Może wtedy rodzi się idea, by "napisać elementarz czytany jak 'Baśnie z 1001 nocy'". Lubelskie doświadczenia wykorzysta za kilka lat jako autorka podręczników.

Pierwszy cios: w 1916 roku umiera ojciec. Dwa lata później drugi: odchodzi matka. W międzyczasie, jesienią 1917 roku, zapisuje się na studia polonistyczne na UJ - w Krakowie spędza parę semestrów, ale naukę przerywa wybuch wojny polsko-bolszewickiej. Sale wykładowe zamienia na szpitalne w Rzeszowie i Przemyślu. Rok 1920 to cezura, jego doświadczenia naznaczą ją na całe życie. Widok cierpiących, okaleczonych ciał rówieśników wychowaną na literaturze romantycznej dziewczynę pozbawia złudzeń: śmierć za ojczyznę nie jest słodka ni lekka. Swoimi przeżyciami obdarzy tytułową bohaterkę "Chusty św. Weroniki" (1930) i białą siostrzyczkę ze wstrząsającego "Feliksa Gdula", a sama wojna będzie kanwą "Legend żołnierskich" (1924), które wpisując się w baśniową konwencję, łagodzą traumę. Z tego czasu wyniesie głęboki pacyfizm, niechęć do militarnego patriotyzmu, któremu przeciwstawi kult pracy. 10 lat później, już jako znana autorka literatury dziecięcej, pytana o lubiane przez dzieci szabelki, ostro odpowiada: "To coś strasznego, gdy matki pozwalają zabawiać się szabelkami. (...) Przecież przez takie wychowanie zabija swoje własne dziecko! Nie. Nie szabelka: kwiatuszek, źródełko, pisklę, narzędzie rzemieślnicze".

Nim jednak umysł spróbuje przepracować traumę, reaguje ciało: przechodzi załamanie nerwowe, trafia do sanatorium w Zakopanem. Nie wraca na studia - nieukończone pozostaną kompleksem kamuflowanym w różnych ankietach. Za to otwiera nowy rozdział życia - z Księciem u boku. Irena/Renia odchodzi.

Ewa Szelburg-Zarembina (fot. polona.pl)
Ewa Szelburg-Zarembina (fot. polona.pl)

Ewa, Książę i Józef

Starszy o dwa lata Jerzy Ostrowski nazywa ją Ewą. Zapewne poznali się w Lublinie, gdzie się uczył, a zbliżyły ich do siebie wojenne przeżycia - on walczył, był ranny. Łączą pisarsko-pedagogiczne doświadczenia, pozytywistyczne nastawienie. Jerzy jawi się jako Książę: przystojny, inteligentny, rycerski.

Dla Ostrowskich jego związek z sierotą z Nałęczowa to (znowu!) mezalians, ale akceptują Kopciuszka. Ślub 1 czerwca 1921 roki, potem wyjazd do Poznania, tu on kontynuuje studia, ona jest żoną przy mężu. Już wcześniej publikowała w prasie, teraz pisze debiutanckiego "Króla w wytartym paltocie" (1922). Ile weń wpisała z życia, przeżytych traum, poczucia niepewności w roli żony Księcia - wie tylko ona. Ostatecznie tekst nie zostaje opublikowany - pisarka stwierdzi, że rękopis zniszczyła, ale po latach ktoś go odnajdzie.

Może wcześniej pokazuje go teściowi. Stanisław Ostrowski to pierwszy krytyk jej twórczości, życzliwy, ale ze sprecyzowanym poglądem: powinna iść w bajkopisanie, ale w dobrym stylu, bo "literatura powinna być piękną i powinna człowiekowi dawać odpoczynek po całodziennej jednostajności i banalności, a babranie się w brzydocie dla mnie jest wstrętem".

Dla dzieci Ewa pisze i już wydaje "Przedziwne przygody Duszka Dzińdzinnika" (1922) i "Marysią służbę" (1923). Dla dorosłych "Legendy żołnierskie", w PRL-u, ze względu na 1920 rok, często przemilczane. I towarzyszy Jerzemu, najpierw w gimnazjum w Skolimowie, potem w seminarium nauczycielskim w Mławie. Ewa prowadzi szkolny teatr i uczy wymowy, tu też pisze "Polne grusze" (1925), w osobie młodego dyrektora portretując męża.  

Wreszcie 1925 rok i seminarium w Wymyślinie, ostatnia stacja małżeńskiej podróży, przerwanej najpierw wystrzałem z pistoletu, potem strzałą Amora. Wersja heroiczna (popularna w Nałęczowie): niedopuszczony do matury uczeń w akcie zemsty wpada do gabinetu dyrektora i strzela. W ostatniej chwili Ostrowskiego zasłania polonista Józef Zaremba. Realistyczna: zdenerwowany chłopak sam nie wie, do kogo chce strzelać albo chybia. Wersja Zaremby z 1976 roku, ze wspomnień "Było i tak": uczeń nie zastaje dyrektora w gabinecie, więc idzie do pokoju polonisty i strzela. Ewa nie ma swojej wersji, żadnej nie autoryzuje. Finał wszystkich jest ten sam: rannym opiekuje się dyrektorowa, zakochują się w sobie.

Zraniony Jerzy szybko daje rozwód i ucieka do Brazylii. Wróci, poślubi inną Ewę, Mrozównę, w przyszłości prof. Ostrowską, krakowską językoznawczynię. Będzie dalej pisał i działał w szkolnictwie. Ewa wypisze go ze swej autobiografii, przepisze jej poznański rozdział tak, że wykreśli go z życia jako męża, ale zostawi ślady obecności człowieka - "wspaniałego pedagoga, z którym w Mławie budowali Radosną Szkołę". Ze wspomnieniowego "Domu pod gwiazdami" (1945) wynika, że w latach 30. mieli kontakt, Ostrowski i Zaremba razem pisali podręczniki. Życie dopisze do tego związku dramatyczną puentę: w czasie wojny obie Ewy-żony, była i obecna, bezskutecznie próbują ratować aresztowanego Jerzego. Zginie w 1942 roku w obozie Mauthausen-Gusen.

Zaremba, młodszy o pięć lat były dziennikarz frontowy, pojawia się w większości tekstów wspomnieniowych Ewy jako towarzysz i partner dialogu. Zapisze go jako jedynego męża, potwierdzając swój status ostatecznie przyjętym w 1928 roku nazwiskiem Szelburg-Zarembina. Wielka miłość czy pretekst do ucieczki z poprzedniego związku? Biorą ślub jesienią 1926 roku w Wilnie, w kościele ewangelicko-reformowanym, a 40 lat później, po wielu zabiegach, ponowny w obrządku rzymsko-katolickim. Będą razem żyli długo, nie zawsze szczęśliwie. I przede wszystkim - od 1928 roku - w Warszawie.

Joanna, a potem "niewola u dzieci"

Rok 1932. "Cenzura gilotynuje piękny i szlachetny utwór literacki" - donoszą "Wiadomości Literackie", zamieszczając wywiad z autorką "Ecce homo", uwspółcześnionego misterium z Jezusem rodzącym się w przytułku i inwalidami wojennymi pod Grobem Nieznanego Żołnierza, sztuki, której nie mógł wystawić Stefan Jaracz. Ewa, oskarżona o "osłabianie obronności państwa" i "sączenie trucizny", broni się: "Trudno mi bowiem zgodzić się na to, żeby potęga państwa polegać miała na niedostrzeganiu tragedii współczesnego życia społecznego. (...) Prawdziwie groźną, choć wolno działającą trucizną jest pomijanie milczeniem tych spraw, o których doskonale wiemy wszyscy, a których ja w swej sztuce zaledwie dotknęłam".  

Dotyka nie raz: dwa lata później pisze, też kontrowersyjne, ale (po ocenzurowaniu) wystawione "Sygnały", nazywane "drugim 'Wyzwoleniem'". Sama z prowincjonalnej nauczycielki stała się już znaną warszawską pisarką, "przyjaciółką dzieci", autorką m.in. "Wesołych historii", "A..a...a.. Kotki dwa" (po latach ironicznie powie: moje monumentalne dzieło) i publikowanego na łamach "Płomyczka" ZUCHA (1928). "To rozkosz pisać dla dzieci" - deklaruje w 1930 roku, ale chce więcej dla dorosłych.  

Współpracuje z radiem, prasą dziecięcą, pismami nauczycielskimi i kobiecymi, m.in. "Bluszczem", którego naczelna, Stefania Podhorska-Okołów, staje się swoistą patronką jej warszawskiego debiutu, powieści "Dokąd?", przeczytanej potem przez Zofię Nałkowską. Ta wprowadza Kopciuszka na literackie salony, zwłaszcza własny, gdzie dyskutuje się o sztuce i życiu społeczno-politycznym. Stąd Ewa - bezpartyjna, ale z sercem zawsze po lewej stronie - jako przedstawicielka literatów zostaje wysłana w 1934 roku na tzw. proces kobryński, podczas którego sądzono przywódców nieudanego powstania na Polesiu. Tam widzi nędzę, łykowe kapcie niepiśmiennych białoruskich chłopów, rzekomych komunistów chcących obalić ustrój, absurd oskarżeń i niewspółmierność żądanej kary (śmierć) do winy. Efekt: wstrząsający reportaż "Myjcie owoce", oskarżenie państwa, które obnaża swą słabość, stosując siłę wobec słabszych.  

W twórczości dla dzieci też podkreśla wagę codziennej pracy, rolę robotników i kobiet. Kilkanaście lat później stalinowscy lustratorzy dostrzegą postępowość jej utworów, ale niedostateczną. Postara się więc zrehabilitować, m.in. pisząc wierszyki o stacji POM i zbiór "Kije samobije i inne baśnie" (1954). To nowe wersje znanych bajek, zabawne i poprawne politycznie, bo np. Kopciuszek wybiera szewca, gdyż ów, w przeciwieństwie do Księcia, ma fach w ręku.  

Ewa Szelburg-Zarembina (fot. Andrzej Szypowski / EastNews)
Ewa Szelburg-Zarembina (fot. Andrzej Szypowski / EastNews)

Wcześniej jednak pisze antybaśń, którą zapisze się w historii literatury, osiągając artystyczny i finansowy sukces, tym cenniejszy, że II RP to wysyp utalentowanych kobiecych piór. "Wędrówka Joanny" - owa "Johannas Wanderung", która ocali Zarembom życie - to literacki fenomen 1935 roku. Błyskawicznie rozchodzą się jej kolejne wydania, są i szybkie tłumaczenia, zachwyt krytyki i czytelników. Tytułowa bohaterka, Joanna Macierzanka, sierota deklarująca, że "chciała żyć dla samej siebie", to jedna z najciekawszych literackich bohaterek epoki. W 1936 roku Ewa pisze kontynuację - "Ludzi z wosku". Za dylogię dostaje Złoty Wawrzyn Akademicki PAL, zwany potocznie bobkiem, za który, jak inni laureaci, musi zapłacić.

Mimo sukcesu przekładającego się na nagrody, wygodne życie (podróżuje po Europie, ma piękne warszawskie mieszkanie i dom w Zakopanem), zainteresowanie mediów, czuje się środowiskową outsiderką. Dużo pracuje. Pytana wiosną '39 o plany, wyznaje: "Jestem  jeszcze w niewoli u dzieci. (...) Zajmuje mi to czas przeznaczony na inną pracę. Dlatego też chciałabym w tej chwili po prostu - uciec dzieciom. Nie na zawsze (wierny świat czytelników-dzieci jest mi zbyt bliski), ale na czas potrzebny mi na ukończenie 'Matki Judasza'". Skończy, ale rękopis ostatniej części planowanej trylogii o Joannie, razem z innymi tekstami i domem, spłonie w 1944 roku. Potem próbuje przepisać go z pamięci, ale efekt, "Miasteczko aniołów," to dowód, że nie ma powrotów, a ona najlepsze "dorosłe" książki już napisała.  

Po wojnie znowu "odda się w niewolę", pozostając żywym klasykiem literatury dziecięcej. Który jednak - jak sądzą mali sąsiedzi z ul. Malczewskiego, gdzie Zarembowie wybudowali dom z pięknym ogrodem - nie lubi dzieci. Dzwonek u drzwi jest tak wysoko, że żadne nie sięgnie. Dziennikarzowi tłumaczy, że ciągłe wizyty małoletnich czytelników pytających o kolejne książki zbyt odrywały ją od pracy. Może rzeczywiście dzieci nie lubi - albo trudno jej znieść obecność cudzych po stracie własnego. We wrześniu 1939 roku Zarembowie uciekają do Lwowa, gdzie, w efekcie nalotu, Ewa roni. Późna ciąża to (ponoć) próba ratowania małżeństwa. Poronienie uniemożliwia ucieczkę do Rumunii - Józef, wysoki urzędnik państwowy, ma wizy. O stracie dziecka nigdy nie opowie wprost, ale zaszyfruje w prozie ("Grudniowy wieczór") i poezji, zapisze dedykacją tomu "Matka i syn" (1961), powtórzoną na pamiątkowej tablicy w nałęczowskim kościele.  

Pierwsze powojenne lata to głównie działalność społeczna -  w Związku Literatów Polskich, Lidze Kobiet. Reprezentuje, podróżuje - Zaremba nadal robi karierę, m.in. jest ambasadorem w Rzymie - załatwia. Aktywność przeszkadza w pisaniu, zwłaszcza dla dorosłych. Albo jest dobrym alibi. Znowu jest "przyjaciółką dzieci", także jako matka chrzestna "Świerszczyka", potem członkini kapituły Orderu Uśmiechu i jego laureatka. Jej "dorosła" twórczość nie budzi takiego zainteresowania jak niegdyś, głośna bywa z powodów nieartystycznych: gdy Andrzej Kijowski, recenzując jej najlepszą powojenną książkę, "Samotność" (1961), pisze, że to anachroniczny kicz, do porządku przywołuje go partyjny dygnitarz od kultury, Wincenty Kraśko.

Coraz bardziej wycofana

W latach 60. i 70. Ewa opisywana jest głównie dwoma hasłami: pisarka z rekordowym nakładem (8, może 9 mln egzemplarzy łącznie) i autorka apelu (1965 r.) o uczczenie pamięci bohaterstwa polskich dzieci, który spotkał się z szerokim odzewem społecznym. Jej inicjatywę przejmuje Janusz Wieczorek i Rada Ochrony Pomników Walki i Męczeństwa, co budzi kontrowersje i rodzi legendy (np. o dziennikarce wyrzuconej z pracy za przypomnienie, kto był autorką pomysłu). Efekt: Szpital Pomnik Centrum Zdrowia Dziecka.  

Pisarka symbolicznie, łopatką ziemi, inicjuje budowę, ale dystansuje się od przedsięwzięcia. I coraz bardziej wycofuje się z życia publicznego - owszem, odnotowywane są kolejne jubileusze (kwiaty, życzenia od władz i czytelników etc.), nagrody, Wydawnictwo Lubelskie wypuszcza 12-tomowe "Dzieła" (1971), ale ona zaciera ślady: rzadko udziela wywiadów, nie chce ani muzeum w nałęczowskim domu, ani popiersia (to z lat 30., dłuta Hanny Nałkowskiej, zaginęło). Dba o spuściznę innych (muzeum Prusa w Nałęczowie), ale sama nawet nie pisze listów - by się nie zachowały. Nie chce być pamiętana, ale jednocześnie, co sugerują nieliczne wypowiedzi, boli ją bycie coraz bardziej zapomnianą, więc dba, by przy recenzjach pojawiały się zdjęcia. Zresztą lubi się fotografować - także z mężem i ukochanym chow-chowem Chenem. Ucieka w religijność, owocem fascynacji św. Franciszkiem są "Zakochany w miłości" i "Imię jej Klara".  

Grób Ewy Szelburg-Zarembiny i Józefa Zaremby w Nałęczowie (fot. Wikimedia Commons)
Grób Ewy Szelburg-Zarembiny i Józefa Zaremby w Nałęczowie (fot. Wikimedia Commons)

Na długo przed śmiercią razem z mężem wybierają grób na nałęczowskim cmentarzu. W 1972 roku, z okazji 50-lecia jej pracy twórczej, miejscowi stawiają na nim - bo do Warszawy daleko - kwiaty i znicze. Ta makabreska symboliczna, bo pisarka w jakimś stopniu rzeczywiście pogrzebana za życia.

Ostatnia jego dekada pozostaje nieopisana. Wspomnieniowe "Zawiłości prostej drogi" (1979) są przepisane z wcześniejszych książek, granica fikcji i rzeczywistości zostaje w nich zatarta. Być może pisane ręką męża, który, także prawnie, przejął opiekę nad żoną, bo ona od lat traci wzrok, traci i pamięć. Choroba okrutna, ból fizyczny i psychiczny - dla pary starych ludzi dom staje się więzieniem, bo Józef już nie chodzi. Z nikim nie utrzymują kontaktów. Którejś zimowej nocy Ewa bezradnie błąka się po ogrodzie - zamarzłaby, gdyby nie przypadkowy przechodzień.

Umiera 28 września 1986 roku. Media donoszą o śmierci pisarki, na której książkach (ponad 60 "dziecięcych") wychowały się pokolenia. Zmarłej swój felieton pt. "Z poczuciem winy" poświęca Krzysztof Mętrak: krytykując hipokryzję okolicznościowych notek, pisze o niedocenianej ofierze środowiskowych mód. Gdy trzy lata później TVP emituje serial "Rzeka kłamstwa", większość widzów jest zdziwiona, że autorka "Idzie niebo ciemną nocą" pisała też dla dorosłych.  

W historii literatury wciąż jest określana jako "przyjaciółka dzieci" - po 1989 roku żadna z jej "dorosłych" książek nie została wznowiona.  

Korzystałam m.in. z książek: Anna Marchewka, Ślady nieobecności. Poszukiwanie Ireny Szelburg, Kraków 2014; Tadeusz Kłak, Ewa Szelburg-Zarembina 1899-1986, Nałęczów 1999.   

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Katarzyna Wajda. Filmoznawczyni specjalizująca się w historii polskiego kina, wielbicielka kryminałów, która dla swojego pociągu do zbrodni znalazła alibi w postaci pracy naukowej. Lubi oglądać czarno-białe filmy i opowiadać o barwnych postaciach.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (66)
Zaloguj się
  • czekajska

    Oceniono 56 razy 56

    Bardzo ciekawy tekst. Gratuluję

  • mariola_g40

    Oceniono 49 razy 49

    Lubię weekendowe wydanie Gazety, miło czyta się tekst napisany "po polsku"

  • paher

    Oceniono 40 razy 40

    Bardzo ciekawy tekst. Aż do jego przeczytania wiedziałem o pisarce, że "Ewa Szelburg-Zarembina to autorka opowiadań dla dzieci". Dziękuję pani Katarzynie Wajdzie za przybliżenie osoby, której nazwisko było i jest wciąż szeroko znane natomiast jej droga życia z licznymi zakrętami i wybojami - mniej! Bardzo, bardzo ciekawy tekst.

  • wyjadacz_parkietuf

    Oceniono 30 razy 30

    Bardzo ciekawy artykuł. Przybliżył mi postać pisarki. Dziękuję p. Katarzyno!

  • umargos

    Oceniono 24 razy 24

    Życiorys zasługuje na biografię. Bardzo dobry artykuł.

  • betka36

    Oceniono 16 razy 16

    Dzięki za tekst.. W dzieciństwie rodzice czytali mi wiersze dla Reni. Myślałam że to o mnie. Bo też jestem Renia. Niesamowity artykuł. Zmusza do refleksji.

  • calber

    Oceniono 17 razy 15

    Uuups! Johann to polski Jan. Niemiecki tytuł książki to "JohannAs Wanderung".

  • lobuz5

    Oceniono 15 razy 13

    Smutna historia o pisarce od lat rozczarowanej zyciem. Za zadne skarby nie chcialbym takiego zycia i dlatego rozumiem, dlaczego chciala byc zapomniana

  • mniklasp

    Oceniono 14 razy 12

    Swietny artykul biograficzny o niezwyklej pisarce , no wlasnie nie tylko dla dzieci.Doskonale pamietam jej pisanie dla dzieci , wiele przeczytalem bedac dzieckiem , byla ona niezwykla , potrafila tworzyc piekne historie i , kije samobije, aaa kotki dwa, nie wiedzialem ze zainspirowala Swierszczyka , to byla "gazeta" wszystkich dzieciakow w latach 60 i 70 tych. I to co chce napisac, dlaczego PRL i wpsolczesna Polska nie publikuje jej doroslej tworczosci. To jest skandal zeby ukrywac jedna z najlepszych polskich pisarek. Ktos powinie napisac jej biografie. Pardoks ze Niemcy poznali sie na jej talencie a Polacy przmilczeli. To jest pisarka ktora przez literaure uksztaltowala wiele dzieciecych dusz i serc.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX