Katarzyna Siewruk

Katarzyna Siewruk (fot. archiwum prywatne)

wywiad gazeta.pl

Katarzyna Siewruk ma 30 lat i za sobą dwa udary mózgu. "Życie po udarze może być spełnione"

Jedyną sensowną odpowiedzią na pytanie: "Dlaczego ja?" jest: "A dlaczego nie?". Mam nawet taki tatuaż: "Why not?!" - mówi Katarzyna Siewruk. Dziś pracuje, jest wolontariuszką, uwielbia randkowanie i pomaga innym chorym na blogu lewaczka.pl. Nie przestaje też marzyć: o mężu, dziecku i dalekich podróżach.

Ludzie, którzy przeszli ciężkie choroby czy traumy, często dzielą życie na "przed" i "po". I czas "przed" wydaje im się odległym kosmosem, innym światem, który nawet trudno sobie przypomnieć. Też pani tak ma? 

Tak. Bardzo mocno to odczuwam.

Nazwa pani bloga lewaczka.pl wzięła się stąd, że po przebytym udarze mózgu cierpi pani na lewostronny niedowład. Trzydziestolatka po udarze - to brzmi szokująco. Powszechnie uważa się, że na tę chorobę zapadają tylko seniorzy. 

Ja pierwszy przemijający atak niedokrwienny miałam w wieku 23 lat. 

To taka lżejsza postać udaru?

Tak. Jego objawy bardzo szybko mijają. 

Co się wówczas wydarzyło?

Kierowałam samochodem, wjeżdżałam na parking centrum handlowego i nagle poczułam, że ręce mam bezwładne. Zaczęłam bełkotliwie mówić. To było takie uczucie, jakby ogromna bańka mydlana wydobywała się z ust. Straciłam przytomność.

Musiała pani być przerażona.

Właśnie nie, bo po chwili mi to wszystko przeszło. Stanęłam na nogi, otrzepałam się i fizycznie czułam się doskonale. Przyjaciółka, która była ze mną, i tata, po którego zadzwoniła - oni byli przerażeni. Chcieli mnie od razu zawieźć do szpitala, ale nie zgodziłam się. Marzyłam tylko o tym, żeby jechać do domu i odpocząć. Tacie obiecałam, że pójdę do neurologa. 

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

Co pani usłyszała od lekarza?

Że według WHO, czyli Światowej Organizacji Zdrowia, każdy człowiek ma prawo raz w życiu zemdleć. Słowo "udar" nie padło. Może żeby mnie nie straszyć? Miałam rezonans i badanie EEG. Ale ponieważ to był tylko epizod niedokrwienny, zmiany w mózgu były malutkie. Nie było widać ognisk udarowych. 

I życie wróciło do normy?

Przez miesiąc nie piłam alkoholu, ale potem przestałam się przejmować. Ile można chorować? Tamto wydarzenie stało się tylko anegdotą. Ciekawą historią do opowiadania znajomym. 

Jaki tryb życia pani prowadziła?

Niezdrowy. 

Co to znaczy?

Mocno imprezowy: były balangi, alkohol, papierosy. Prędzej czy później to musiało się źle skończyć.

Nie powiedziałabym: kiedy ja studiowałam, wszyscy tak żyliśmy.

(śmiech). I moje życie było dokładnie takie, jakie prowadzili moi znajomi i przyjaciele.

Nie miałam zamiaru z tego żartować. Przed rozmową z panią czytałam sporo tekstów, w których lekarze alarmują o wzroście liczby udarów wśród ludzi młodych. Jako przyczyny wymienia się: życie w ciągłym pośpiechu, złe odżywianie, zanieczyszczenie powietrza, ciągły stres. Tyle że znów - większość z nas tak właśnie żyje.

Ja byłam kłębkiem nerwów i w życiu osobistym, i w pracy. Do tego dochodziły nadwaga, przyjmowana antykoncepcja, depresja i bezsenność. A kiedy czynniki ryzyka się łączą, groźba udaru wzrasta.

Kolejny udar - kiedy był?

W grudniu 2014 roku. Miałam 25 lat. Do Bożego Narodzenia zostały trzy dni. Sprzątałam mieszkanie, postawiłam na gazie ryż do obiadu, weszłam do łazienki i upadłam. Uderzyłam głową w ścianę. Usiłowałam wstać, ale nie mogłam. Współlokatorka mówiła mi później, że strasznie jęczałam. Pewnie próbowałam wołać o pomoc. Mój ówczesny chłopak wybił szybę w drzwiach, bo ja w tej łazience byłam zamknięta od środka. Wyciągnęli mnie stamtąd i Ania - moja przyjaciółka - zadzwoniła po pogotowie. Usiłowałam krzyczeć, że mi przejdzie i żeby nie wzywała żadnego pogotowia. Ale na szczęście nikt mnie nie posłuchał. Nikt zresztą nie zrozumiał, co próbuję powiedzieć.

Jeden z ratowników medycznych zapytał moją przyjaciółkę: "Ona zawsze miała taką twarz?".

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

Taką, czyli jaką?

Opadający kącik ust. Kiedy patrzę na zdjęcia, które mi potem robiono w szpitalu, widzę mocno asymetryczną twarz. 

Co się działo w szpitalu?

Nie pamiętam, czy ratownicy wynieśli mnie z mieszkania, schodząc po schodach, czy jechaliśmy windą. Pamiętam za to, że usiłowałam krzyknąć, że na gazie został ryż. Ale nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu. Na szczęście mieszkanie nie spłonęło.

Ze szpitala mam tylko przebłyski: jak lekarz pyta, czy się zgadzam na leczenie. A ja na to: "Łyłłły" - coś bełkotałam. "Proszę całym zdaniem" - nalegał. "Tak, zgadzam się". Tyle pamiętam. Trafiłam na oddział udarowy z intensywną opieką neurologiczną. Święta spędziłam w szpitalu. Mama przyniosła barszcz i uszka. Tata - choinkę. W ogóle bardzo wiele osób mnie wtedy odwiedzało. Ale pierwszych odwiedzin nie pamiętam za bardzo. Dopiero te jakiś czas po udarze. 

To na pewno bardzo cieszy, kiedy przyjaciele, znajomi przychodzą do szpitala.

Współlokatorki odwiedziły mnie nawet w samą Wigilię! Pomyślałam: "Kurczę, one naprawdę muszą mnie kochać". Ciągle przychodzili ludzie. Ale potem zaczęłam się zastanawiać, czy może myśleli, że trzeba się ze mną pożegnać? Byłam przecież w stanie zagrożenia życia. 

Tak pani uważa? Że przychodzili się pożegnać?

Pamiętam bardzo dobrze te ich smutne uśmiechy. To jest taki typ wymuszonego uśmiechu, który ma choremu dać sygnał, że wszystko będzie dobrze. Ale ja widziałam, że oni są przerażeni. Kiedy to sobie uzmysłowiłam, też się przeraziłam.

Ile czasu pani spędziła w szpitalu?

Wtedy około dwóch miesięcy. To była walka o życie. Miałam ogromny obrzęk mózgu. Na szczęście obszary odpowiedzialne za funkcje życiowe nie obumarły.

Jednak po udarze został m.in. niedowład lewej strony ciała.

Mogłam ruszać kończynami, ale w ograniczonym zakresie. Szklanki bym nie uchwyciła. Nogą, owszem, mogłam poruszyć, ale stanąć na niej - już nie.

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

Rehabilitacja zaczęła się już w szpitalu?

Tak. Miałam świetną rehabilitantkę. Ale też pecha, bo to był okres świąteczny, a wtedy w szpitalu jest martwy czas. Lekarze na dyżurze zostają, ale rehabilitanci - już nie, pracę z rehabilitantką zaczęłam więc nieco później. Najpierw rodzice dostali instrukcje, jak mają ze mną ćwiczyć. Więc machałam rękami i nogami. Rodzice bardzo tego pilnowali. Mnie to męczyło, buntowałam się, ale gdyby nie oni - o wiele dłużej dochodziłabym do siebie. Dużo też czytaliśmy w szpitalu na głos. Przeczytałam tak dwie książki. Niczego z nich nie zapamiętałam, ale wtedy nie chodziło o trenowanie pamięci, a mówienia. Do dziś mam problemy z wypowiadaniem długich słów. Tata pilnował, żebym czytała każdego dnia.

Bez rodziny i przyjaciół bym sobie nie poradziła. I mój braciszek! On tak się mną opiekował. Poprosił o przeniesienie z Cypru do polskiego przedstawicielstwa firmy. Żeby być przy mnie. Przynosił mi do szpitala pyszne jedzenie, nawet dwa razy jedliśmy tam razem sushi! On do tej pory bardzo mnie wspiera. Rodzice też. I robią to z miłością.

Hospitalizacja to jedna z sytuacji, kiedy człowiek uświadamia sobie, jakie to szczęście mieć bliskich. 

Ogromne. Po udarze zrobiłam w Warszawie imprezę dla znajomych i przyjaciół. Zaprosiłam tylko tych, którzy byli u mnie w szpitalu. Robiąc listę gości, uświadomiłam sobie, że to 63 osoby! Ich obecność niezwykle mi pomagała. Trafić pierwszy raz w życiu do szpitala, i to na tak długo, to bardzo ciężkie doświadczenie. Człowiek zostaje wyrwany ze swojego życia. Ten szpitalny rygor, gaszenie świateł o ustalonej porze, problemy z higieną, toaletą. Do tego nuda. I brak prywatności. Sale wieloosobowe. A na neurologii większość pacjentów to starsi ludzie. W nocy jest głośno, bo pacjenci chrapią. Ale to wszystko nic. Najgorsze zaczęło się, kiedy odzyskałam zdolność korzystania z telefonu, czytania i zaczęłam googlować, co to takiego ten udar.

"Googlowanie" chorób to zwykle kiepski pomysł.

Wyczytałam, że będę niepełnosprawna do końca życia. Że nie będę mogła chodzić ani pracować. Już nigdy. A do tego wyliczenia procentowe ryzyka kolejnego udaru: 40 proc. prawdopodobieństwa w ciągu najbliższego miesiąca! Byłam przerażona. Wtedy sobie uświadomiłam, że to koniec życia, które znałam. 

Czy lekarze powiedzieli, dlaczego tak się stało? 

Chodziłam od szpitala do szpitala. Wykryto mi wadę serca - przetrwały otwór owalny - która mogła spowodować, że zakrzepła krew dostała się do mózgu. Przeszłam zabieg operacyjny. Ale to nie załatwiło sprawy. Dwa lata później miałam kolejny udar. 

Pomimo operacji.

I całkowicie zmienionego trybu życia! Po pierwszym udarze rzuciłam palenie. A po pierwszym ataku padaczkowym całkowicie przestałam pić alkohol.

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

Padaczki to następstwo udaru?

Tak. Ostatni atak miałam w czerwcu ubiegłego roku. Trwał dwie godziny.

Po kolejnym udarze dalej szukano przyczyn?

Tak. Intensywnie. W końcu każdy kolejny udar to duże ryzyko śmierci. Lekarze więc mnie diagnozowali, a ja miałam kolejne duże deficyty w chodzeniu - gibałam się jak kaczuszka albo pingwinek. I okazało się, że prawdopodobnie mam toczeń.

To ciężka choroba autoimmunologiczna.

Ja mam łagodną odmianę. Biorę leki i na dziś moją jedyną bolączką jest to, że tracę włosy.

W dalszej diagnostyce wyszło też rozwarstwienie tętnicy szyjnej. Kolejny czynnik ryzyka.

Strasznie tego dużo.

Na swoim blogu napisałam o tym, że można wyeliminować wiele prawdopodobnych przyczyn udaru. Ale - jak pokazuje mój przypadek - niektóre rzeczy są poza nami. W Polsce każdego roku około 80 tys. osób przechodzi udar. Z tych 80 tys. aż 30 tys. osób umiera.

Jakie ma pani doświadczenie z naszą służbą zdrowia?

Byłam trzykrotnie na oddziale rehabilitacyjnym, na kardiologii leżałam pięć razy, kolejne hospitalizacje były na neurologii i na endokrynologii - raz. I wspominam te pobyty w szpitalach raczej dobrze! Choć są oddziały, na które nie chciałabym wracać. Na przykład raz byłam w pokoju ze starszą panią, która oddała mocz do pampersa. Poszłam do pielęgniarek, powiedziałam, że ta staruszka leży w moczu. "Tak, tak, już idziemy", a potem długo nikt do niej nie przychodził. Mnie się to nie mieściło w głowie. I uderzyło mnie, że nie docenia się pracy salowych. A to są osoby najczęściej otwarte, uśmiechnięte, ciężko pracujące, a bardzo nisko opłacane.

Widzę też bezsens pewnych procedur. Na przykład to, że przyjmuje się chorego i trzyma w szpitalu trzy dni tylko po to, żeby pierwszego dnia się położył, drugiego - miał jedno badanie. I trzeciego też jedno. To jest bez sensu, ale chyba jest dla szpitali opłacalne. 

Powiedziała pani, że po udarze uświadomiła sobie, że to koniec dotychczasowego życia. Jakie ono było?

Wszędzie mnie było pełno. Skończyłam kulturoznawstwo i dziennikarstwo. Pracowałam w portalu ślubnym, później w agencji literackiej. Byłam podróżniczą duszą. W roku, w którym dostałam udaru, odwiedziłam Oman i USA. Oman to moje ukochane państwo, a Nowy Jork. Nowy Jork to było coś! Ja się wychowałam na Woodym Allenie. Musiałam zobaczyć to miasto. A już po udarze pojechałam sama do Barcelony. Tyle że wtedy jeszcze nie miałam padaczek. Teraz nie wiem, czybym się wybrała za granicę bez towarzystwa. 

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

Co jeszcze zabrała pani choroba?

Wiele rzeczy. Muzykę mi zabrała. Wcześniej niektórzy znajomi się śmiali, że ja żyję w musicalu. Chodziłam po ulicy i nuciłam pod nosem. Jeździłam na koncerty. Grałam na pianinie i gitarze. A teraz muzyka mnie okropnie męczy! Męczy mnie nawet słuchanie radia!

Warszawę też mi choroba zabrała. Tam studiowałam, mieszkałam, miałam przyjaciół. A teraz to już nie jest moje miasto. Wróciłam do rodzinnego Szczecina. Choroba zabrała mi też marzenia o jeździe samochodem.

Wróciła pani do Szczecina, do rodziców, żeby łatwiej było żyć?

Żeby w ogóle żyć! Udar zabrał mi samodzielność. 

Z czego pani się teraz utrzymuje?

Fartem udało mi się dostać rentę. Zgodnie z przepisami, jeśli się obroniło pracę magisterską w terminie i podjęło legalną pracę w terminie do trzech miesięcy po zakończeniu studiów, to można było wnioskować o rentę. Ja spełniałam te warunki ZUS-u.

Warunkiem była praca na etacie?

Nie miałam etatu, ale umowę-zlecenie z opłacanymi składkami.

W załatwianiu wszystkiego bardzo mi pomagała mama. ZUS to jest bardzo nieprzyjazna instytucja, gdzie człowieka traktują tak, jakby z założenia był oszustem. Często też odsyłają od okienka do okienka i w każdym mówią co innego!

Na komisję lekarską czekała pani kilka miesięcy. Jak ona wyglądała?

Do pokoju weszłam razem z mamą, ale lekarka wskazała na kartkę na drzwiach i ją wyprosiła. "No przecież jest napisane, że pacjent wchodzi sam!" - powiedziała. Byłam przerażona.  Kiedy jestem zdenerwowana, zaczynają się u mnie problemy z mówieniem i logicznym myśleniem. Wtedy też odpowiadałam na pytania lekarza z dużym trudem. Teraz mówię dużo lepiej, ale wtedy bardzo długo szukałam właściwych słów. Miałam problemy poznawcze, z pamięcią krótkotrwałą, logicznym myśleniem. Kiedy lekarka zapytała, co konkretnie mi jest, nie potrafiłam tych słów odnaleźć w głowie. 

Dostała pani rentę?

Tak. Mam orzeczoną całkowitą niezdolność do pracy. 

Ile wynosi renta?

Na początku mniej niż 800 zł na rękę. Ale po ostatnich podwyżkach ta kwota wzrosła o przynajmniej kilkadziesiąt złotych. 

A ile trzeba mieć pieniędzy, żeby wykupić pani leki na miesiąc?

Rodzice mi je kupują. Na wszystkie moje schorzenia to jest między 200 a 300 zł.

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

Rehabilitacja?

70 zł za godzinę. Takie są najniższe stawki w Szczecinie. Na początku potrzebowałam dwóch godzin tygodniowo.

Sama rehabilitacja to byłoby 560 zł miesięcznie. Do tego dodajmy uśrednioną cenę leków, czyli 250 zł. Nie ma szans, żeby się utrzymać.

Nawet po ostatnich podwyżkach. Z tego się nie da żyć. Za moje leczenie płacą rodzice.

Teraz już nie chodzę na rehabilitację, ćwiczę sama. Na przykład z pudełka wyjmuję fasolki jedną po drugiej, żeby usprawnić ręce. I trenuję chodzenie, żeby dobrze stawiać stopy. Bez ćwiczeń one się wyginają.

A opadający kącik ust został?

Ja widzę, że on opada, ale ludzie tego nie zauważają. Bo się dużo śmieję! Mówię, że mam 30 lat, poczucie humoru jak 15-latka, a generalnie czuję się, jakbym miała z 85 lat. Naprawdę.

Ze względu na permanentne zmęczenie?

Kiedy mówię, że jestem wiecznie zmęczona, albo mam chroniczne bóle głowy, ludzie odpowiadają, że "to tak jak wszyscy". Frustrują mnie te słowa. Bo chociaż nie jestem w stanie tego udowodnić, zmęczenie po udarze jest czymś zupełnie innym, bardziej wszechogarniającym, większym i "dziwniejszym" niż każdy rodzaj zmęczenia, jaki znam z czasów przed udarem. Do tego dochodzą mdłości przy schylaniu się oraz bóle ręki. Po udarze miałam też poważne problemy neurologiczne: z pamięcią, orientacją w przestrzeni. Sama nie mogłam nawet wyjść do supermarketu - dla mnie te sklepy są koszmarnie głośne. Świat jest głośny! A mnie to tak męczy.

Na blogu pisała pani o tym, że chce pójść do pracy. Udało się?

W ubiegłym roku, w wakacje, podjęłam pracę, ale nie przedłużono ze mną umowy. Teraz jestem na specjalnym stażu dla niepełnosprawnych. Pracuję jako copywriter i mam dokładnie takie warunki, jakich potrzebuję: zero stresu, cudownych szefów i kanapę, na której się mogę przespać, gdy potrzebuję. Po dwóch, trzech godzinach mam już z mózgu gąbkę. Myślenie po prostu mnie męczy. Dodatkowo po pracy zawsze w domu przesypiam dwie do trzech godzin.

Na wolnym rynku dziś nie miałabym szans na pracę. Ale wierzę, że mój stan będzie się tylko poprawiał i w przyszłości będę w stanie normalnie pracować, jak wszyscy.

A co pani robi dla siebie? Dla przyjemności?

Trzy razy w tygodniu trenuję strzelectwo w klubie dla niepełnosprawnych. Jestem też wolontariuszką w Jadłodzielni. I staram się, ile mogę, chodzić na randeczki! Przed każdą zawsze robię sobie drzemkę. Żeby mieć siłę. (śmiech)

Randkuje pani? 

Jasne, że tak! Z chorobami są związane tematy tabu. Nie mówi się o tym, że w szpitalu trzeba czasem założyć pieluchę. Nie mówi się też o tym, że chorzy ludzie uprawiają seks. A i jedno, i drugie jest faktem. Mnie brakuje ludzi, nowych twarzy wokół. Staram się poszerzać grono znajomych przez Internet. Nie mam stałego partnera, ale nawet jednorazowe spotkania bardzo poprawiają humor.

Choroba zabrała pani wiele rzeczy. A czy coś od tego czasu zmieniło się na lepsze? 

Bardzo się staram takie rzeczy zauważać. Co roku, w rocznicę udaru, piszę na blogu o tym, co się zmieniło na lepsze. Czasem to są strasznie naciągane bzdury, ale i tak mnie cieszą. Nauczyłam się wielu rzeczy, np. szydełkować. Idzie mi to kiepsko, bo kiepsko, ale idzie! W stopniu komunikatywnym nauczyłam się też hiszpańskiego, bo pani neurolog powiedziała, że kiedy się czegoś uczymy na pamięć, to mózg ładnie się regeneruje. No więc się uczyłam i wciąż uczę.

Zakładając lewaczkę.pl, napisała pani, że to "przez brak wiedzy i nadziei". Czyli kiedy lekarze wypisywali panią po udarach ze szpitala, nie informowali, co robić, żeby się to nie powtórzyło?

Jakieś wskazówki dostałam: nie wolno palić, alkohol należy ograniczyć do minimum. A na którymś ze szpitalnych wypisów znalazło się tylko jedno zdanie - że mam "prowadzić zdrowy styl życia". Ale też miałam generalnie wielkie szczęście. Byłam dobrze leczona. Lekarze okazywali się przeważnie przyjaźni i pomocni. Wtedy jeszcze się nie mówiło o udarach u młodych osób, byłam więc sensacją na oddziale.

A skoro sporo dowiedziałam się o chorobie, chcę się dzielić tą wiedzą z innymi ludźmi w podobnej sytuacji. Ponieważ ja doszłam do dobrej sprawności, uznałam, że mój przypadek da im nadzieję.

Powiedziała pani, że nie chce być udarowym ekspertem. Ale chyba jednak nim pani jest! Wiele osób do pani pisze.

Bardzo dużo, i młodych, i starszych. Ale jestem bardziej adwokatem chorych niż ekspertem.

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

A najmłodsza osoba chora, o której pani wie?

Udaru można dostać już w łonie matki! Ostatnio pisała do mnie matka siedmioletniej dziewczynki, która jest po udarze. Zaproponowałam, że porozmawiam z jej córką na Skype. Chciałam jej opowiedzieć o sobie, żeby uwierzyła, że życie po udarze może być fajne i spełnione. Mama ją do tej rozmowy namawiała, ale ostatecznie ta dziewczynka nie chciała. Szkoda.

Ludzie mi piszą, że to, co robię, ma sens. Że dzięki informacjom z mojego bloga wiedzą na przykład, jak zareagować na padaczkę. Dla mnie takie słowa to jak dwa litry karmelu na duszę!

Może pani dziś o sobie powiedzieć, że jest osobą zdrową?

W życiu nikt na nic nie ma gwarancji. Ale nie boję się kolejnego udaru. Ja się boję tylko samotności. 

Zadaje pani sobie pytanie: "Dlaczego ja?".

Jedyną sensowną odpowiedzią na pytanie: "Dlaczego ja"? jest: "A dlaczego nie?". Mam nawet taki tatuaż: "Why not?!". Nie złoszczę się, że choruję. Czasem jest mi po prostu smutno. Jak czuję, że omija mnie coś fajnego w życiu. Znajomi jadą na Open'era, a ja wiem, że bym tam umarła po dwóch godzinach: tłum, słońce, hałas. Kiedyś uwielbiałam takie wyjazdy, a teraz to brzmi jak jakiś koszmar. Ale mój blog daje mi siłę. To jest teraz moje dzieciątko i najlepsza rzecz, która mi się przydarzyła po udarze. Żyję intensywnie. Choć jest to okupione bólem.

O czym pani marzy?

Bardzo bym chciała mieć rodzinę. Kobiety z padaczką, toczniem, po udarze - rodzą. Bardzo tego pragnę. Ale też jestem ciekawa świata! Nie widzę przeszkód w podróżowaniu po świecie z dzieckiem, nawet malutkim, i jego ojcem. Pierwszy krok do usamodzielnienia się już wykonałam, bo wyprowadzam się od rodziców. 

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Anna Kalita, absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (48)
Zaloguj się
  • wilma.flintstone

    Oceniono 41 razy 35

    800 zl renty...Panstwo polskie dba tylko o zycie poczete. Narodzone - juz mniej.

  • bikej5

    Oceniono 30 razy 26

    Nie boję się następnego udaru, a samotności
    I tu mamy odpowiedź na ludzkie potrzeby.

  • gaudia

    Oceniono 36 razy 26

    I mądrość i uroda - ponadprzeciętne. Zdrowia!

  • lukasz2711

    Oceniono 26 razy 24

    Świetnie czyta się o takich ludziach jak ta pani. Życzę pani powodzenia i powrotu do realizacji marzeń na tyle na ile zdrowie pani pozwoli a mam nadzieję że pozwoli na wiele.

  • bonnieblue6

    Oceniono 23 razy 23

    Mózg się potrafi w dużym stopniu "zregenerować" (tzn. skompensować uszkodzenia), jeśli padaczka jest opanowana i są włączone przeciwdepresanty. Zwłaszcza u osoby młodej, 25-30 lat to jeszcze końcówka mielinizacji, dopiero po 30tce jesteśmy w pełni dorośli. Proszę ćwiczyć i się uczyć, to będzie dawać efekty.

  • pemu

    Oceniono 22 razy 22

    Dziewczyna obciążona genetycznie.
    Problemy z serduchem spowodowały pierwszy udar.
    Potem rozwarstwienie tętnic i kolejna tragedia.

    Można było tego uniknąć. Tylko kto z nas w wieku 20 lat miał robione echo i Doppler tętnic szyjnych???

  • amarcord47

    Oceniono 18 razy 18

    piękne, wzruszające...Spełnienia WSZYSTKICH marzeń!!! :-)

  • koles_ziom

    Oceniono 16 razy 16

    Najgorsza jest samotność...
    I wiem o tym doskonale...
    Z autopsji...
    Może dlatego, że mój stan "po" neurochirurg określił jednym zdaniem: "ludzie po udarach i wylewach mogą panu zazdrościć, że mieli tak mało...".
    Nie macie czego... Niestety...

  • konrad.ludwik02

    Oceniono 15 razy 15

    Podziwiam Pani odwagę, męstwo, cierpliwość, tolerancję dla współludzi - to MUSI dać owoce, w przeciwnym razie Świat byłby bez sensu. A więc: "Bądź wierna Idź!"
    konrad

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX