Widok na Gaszerbrum II

Widok na Gaszerbrum II (fot. Shutterstock)

społeczeństwo

"Zapewniam, że trudniej walczyć z ludzką głupotą niż z górą. W górę można wbić haki"

Szwajcarski himalaista Erhard Loretan, wspinaczkowy partner Wojtka Kurtyki, był trzecim - po Messnerze i Kukuczce - człowiekiem, który zdobył wszystkie czternaście ośmiotysięczników. W książce "Ryczące ośmiotysięczniki" wspomina swoje najbardziej emocjonujące wyprawy.

Trzeba sobie wyobrazić katedrę z granitu, z lasem dzwonniczek oraz organami o wysokości 1200 metrów, wznoszącą się na 6257 m n.p.m. Dopiero wtedy będzie można zrozumieć proporcje tej budowli i dwóch mężczyzn idących przez nawę. Na drodze prowadzącej do Concordii, w sercu Karakorum, podróżny stopniowo odkrywa zadziwiający masyw - grupę szczytów Trango Towers. W tej alei, która prowadzi ku jednym z najwyższych gór Ziemi, ku światu składającemu się z lodu, śniegu i bieli, Wieże Trango dają świadectwo ciemnej nieśmiertelności skały. Ta linia szczytów, ta grupa ścian kojarzy się z Andami Patagońskimi i nie trzeba być szczególnie przenikliwym obserwatorem, by dostrzec tu bliźniaka iglicy skalnej Cerro Torre, a także brata syjamskiego Fitz Roya.

W czerwcu 1988 roku jestem z Wojtkiem Kurtyką u stóp iglicy Trango Nameless Tower, Wieży bez Imienia (6239 m n.p.m.). Zamierzamy dokonać czwartego wejścia na ten granitowy obelisk - najpiękniejszy, jaki kiedykolwiek widziałem - i po raz pierwszy dotrzeć na jego szczyt ścianą wschodnią. Planujemy najpierw pokonanie lodowego kuluaru o długości 1000 metrów, a następnie filaru liczącego 1200 metrów.

Erhard Loretan (fot. Alamy/BE&W)
Erhard Loretan (fot. Alamy/BE&W)

Pomysł ten zrodził się w umyśle Wojtka. Ten polski wspinacz nie czekał na mnie, by osiągnąć pozycję jednego z największych himalaistów naszych czasów. Ma oczywiście na koncie kilka pięknych wejść na ośmiotysięczniki (pierwsze wejście na ścianę wschodnią Dhaulagiri, nowe drogi na Hidden Peak, czyli Gaszerbrum I, oraz na Gaszerbrum II, trawers trzech szczytów masywu Broad Peak), ale przede wszystkim jest autorem niezwykłego wejścia na Gaszerbrum IV. W 1985 roku pokonał imponującą ścianę zachodnią tej piramidy mierzącej 7925 m n.p.m. Kiedy wraz z Robertem Schauerem przygotowywał się do ataku szczytowego, zatrzymała go nawałnica, nie jadł przez cztery dni i nie pił przez trzy... Po zejściu z Gaszerbruma IV Wojtek stał się legendą. Taki status śmiertelnicy rezerwują dla tych, którzy otarli się o śmierć.

Wieża bez Imienia

W 1988 roku Wojtek ma czterdzieści jeden lat. W Trango Towers zakochał się kilka lat wcześniej, ale pierwsza próba, podjęta wspólnie z dwoma Japończykami, zakończyła się fiaskiem zaledwie po dwóch wyciągach. Kiedy spotkałem go w Katmandu, wracał właśnie z tej pechowej wyprawy i pocieszał się marzeniami o podniebnych akrobacjach, jakie obiecywały te granitowe iglice.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Natychmiast uwiódł mnie ten projekt. W moim przypadku ekspedycja na Trango Towers wyznacza koniec czarnej serii. Jesienią 1986 roku Pierre-Alain Steiner ginie na moich oczach podczas wyprawy na Czo Oju. Na początku 1987 roku łamię sobie dwa kręgi podczas próby zdobycia trzynastu kolejnych ścian północnych w Alpach. Wiosną wypadek na paralotni kosztuje mnie dwa kolejne kręgi. A wiosną 1988 roku Jean Troillet łamie nogę podczas podejścia pod ścianę Makalu.

Informuję Wojtka, że jestem dostępny, i umawiamy się w Islamabadzie. W stolicy Pakistanu spotykamy się 1 czerwca. Wyruszymy wspólnie na podbój Nameless Tower. Wycofanie się Jeana Troilleta bardzo nas smuci, ale jednocześnie wiemy, że dzięki temu unikniemy opóźnienia. Wraz z początkiem ery Mummery'ego blisko sto lat temu skończyły się czasy, w których za najbezpieczniejszy wariant uznawano wspinaczkę we trójkę. We dwóch będziemy mogli wspinać się skuteczniej pod względem technicznym.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Opowieść o Trango Towers nie byłaby oczywiście kompletna bez akapitu o problemach administracyjnych. To klasyk górskich opowieści, wątek, w którym alpinista marzący o błękicie nieba boleśnie zderza się z niskim sufitem administracji i marnymi urzędniczynami. W Islamabadzie, mieście zrodzonym w kanciastej wyobraźni urbanistów, spędzam prawie dwadzieścia dni w oczekiwaniu na oficera łącznikowego. W tym czasie cały sprzęt zabrany przez nas na ekspedycję gotuje się w magazynie, w temperaturze 43°C w cieniu. O ile karabinki, haki i liny nieźle znoszą taki ukrop, o tyle czekolada, salami i ser osiągają temperaturę topnienia.

Czyż jednak Szwajcaria nie jest krajem dyplomatów? Jestem Szwajcarem, a zatem również dyplomatą - udaje nam się w końcu znaleźć wyjście z administracyjnego impasu i 14 czerwca opuszczamy Islamabad. 20 czerwca, po sześciu dniach marszu, w eskorcie 27 tragarzy docieramy do bazy położonej na wysokości 4000 metrów. Zapewniam, że trudniej walczyć z ludzką głupotą niż z górą. W górę można wbić haki.

Czterysta metrów liny

Wita nas nietypowa w tym masywie piękna pogoda. 22 czerwca robimy mały rekonesans w ogromnym skalnym labiryncie. Lodowy kuluar wiedzie z gigantycznego osypiska w górę, do wieży, "naszej" wieży. Po powrocie do bazy badamy ścianę lornetkami. Odkrywamy szczelinę po lewej stronie piramidy, co oznacza, że pancerz Nameless Tower jest nieszczelny. Nazajutrz przygotowujemy sprzęt niezbędny do wejścia - ponad 120 kilogramów żywej wagi, w tym 400 metrów liny. Zamierzamy wykonać dwa kursy. Z szybkich obliczeń wynika, że wychodzi po 30 kilogramów na osobę. Na próżno przeglądamy po raz kolejny sprzęt i żywność - z niczego nie możemy zrezygnować. Każdy gram pełni ściśle określoną funkcję. Lekko się niepokoję. Jak mój osłabiony dwoma wypadkami kręgosłup zniesie takie obciążenie?

A teraz w kilku słowach postaram się wyjaśnić, w jaki sposób odbyła się ostatecznie nasza wspinaczka. Każdego wieczoru schodziliśmy do obozu, a obozy założyliśmy trzy. Obóz I znajdował się na wysokości 5000 metrów, obóz II (5300 metrów) ulokowaliśmy na pasie śniegu, który oddzielał obelisk szczytowy od podstawy; i wreszcie obóz III (5800 metrów) założyliśmy na tarasie. Każdego ranka po wyjściu z obozu, w którym danej nocy spaliśmy, wciągaliśmy liny do najwyższego punktu, do którego dotarliśmy poprzedniego wieczoru.

W piątek 24 czerwca, około 0:30, opuszczamy z Wojtkiem obóz. Musimy koniecznie dotrzeć do stóp ściany przed świtem. Kuluar prowadzący do wieży jest wyeksponowany: promienie słońca każdego dnia rozświetlają go, czyniąc zeń tor wyścigowy dla spadających skał. Potrzebujemy siedmiu godzin, żeby pokonać 1200 metrów deniwelacji. Nie obawiam się o kręgosłup. Nie odczuwam żadnych dolegliwości, oczywiście jeśli nie liczyć męki związanej z siedmiogodzinnym marszem przy 30-kilogramowym obciążeniu. Chodzi mi o to, że nie odczuwam żadnych nadprogramowych dolegliwości. Jestem pełen wdzięczności dla naszej epoki, która oferuje nie tylko złe rzeczy (zanieczyszczenia, wyrąb lasów, efekt cieplarniany, bombę atomową...), ale też doskonałych lekarzy.

U szczytu kuluaru, tysiące kilometrów od wszelkich rentgenów, błogosławię medycynę! Czeka nas długi dzień. Wojtek zarządza dwugodzinną przerwę, po której zakładamy biwak na pokrytym śniegiem tarasie na wysokości 5000 metrów. Następnie poręczujemy pierwszych kilka metrów na pierwszym filarze. Od miesięcy czekaliśmy na moment, w którym będziemy mogli zaatakować ten monolit. Gdy tylko nasze dłonie dotykają powierzchni skały, spełnia się nasze marzenie. Musimy teraz zdecydować, komu przypadnie w udziale przywilej otwarcia. Ponieważ żaden z nas (zwłaszcza Wojtek) nie chce aż tak się poświęcać, nie mamy wyboru i musimy zagrać w orła i reszkę. Powinienem był wybrać orła!

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Pierwszy wyciąg o długości 40-50 metrów dostaje Wojtek. Skalę trudności oceniamy na IV-V+. Na szczęście tego dnia możemy sobie jeszcze pozwolić na zrobienie drugiego wyciągu, ruszam więc w górę, wspinając się stylem klasycznym po wspaniałej skale. Około siedemnastej wracamy do biwaku. Wsuwamy się do śpiworów, a żeby uczcić ten pierwszy kontakt z iglicą, Wojtek otwiera puszkę przywiezionego z Polski kawioru. Najwyraźniej za żelazną kurtyną można znaleźć prawdziwe rarytasy! Ja tymczasem potwierdzam swoje proletariackie korzenie i kroję w powietrzu salami oraz ser.

Nazajutrz pokonujemy 100 metrów, które zaporęczowaliśmy dzień wcześniej, i zakładamy linę poręczową na kolejnych 200 metrach. Jak dotąd wspinaliśmy się na przemian stylem klasycznym i hakówką. W tym miejscu Kopciuszek porzuca jednak swój pantofelek i rusza do tańca uzbrojony w haki, raki i dwie kotwy. Śnieg wydaje się nieskończenie głęboki i muszę odłożyć plecak, żeby posuwać się naprzód. Grzęznę po brzuch, a 100 metrów dzielące nas od drugiego bastionu, właściwego obelisku szczytowego, wymaga ponad godziny ciężkiej pracy. Zostawiamy tu cały swój sprzęt i wracamy do punktu wyjścia, gdzie spędzimy drugą noc. Zasypiamy bez problemu - szesnaście godzin wysiłku nie jest tu zapewne bez znaczenia.

26 czerwca prowadzę kolejny wyciąg (IV+ z fragmentem V), a następnie schodzimy do bazy. Nie wystarczyłoby nam żywności na dalszą wspinaczkę. Z min oficera łącznikowego i kucharza wnioskujemy, że nasze wyczyny budzą ich głęboką obojętność - a nawet znudzenie. Nie możemy się jednak z nimi pożegnać. Tęsknilibyśmy nie tyle nawet za ludzkimi odruchami oficera, ile przede wszystkim za kulinarnym talentem kucharza.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Zgadzamy się z Wojtkiem co do tego, że bilans tych pierwszych dni wypada pozytywnie. Nakreśliliśmy dobrą linię wspinaczki, choć pozostaje jeszcze kilka zagadkowych miejsc na środku ściany. Czeka nas ogromny wysiłek: musimy pokonać 700 metrów absolutnie pionowej ściany. Na razie jednak rozkoszujemy się dwoma czy trzema dniami przerwy. Na ostatni sprint, który powinien potrwać od dziesięciu do piętnastu dni, wyruszymy wypoczęci i pełni energii. To sprint zarezerwowany dla maratończyków. Podczas tej kilkudniowej przerwy Wojtek wykazuje się prawdziwym profesjonalizmem: postanawia dostać kręczu szyi w bazie, w bezpiecznej przestrzeni, w której gwarantowane jest szybkie wsparcie medyczne. Dzięki jego wyczuciu czasu kontuzja nie przekreśla dalszej wspinaczki.

Na zmianę

W sobotę 2 lipca wracamy wytyczoną już drogą na Nameless Tower, uginając się pod ciężarem plecaków, w których mamy zapasy na kolejnych piętnaście dni. Wspinamy się po linach poręczowych aż do obozu II na wysokości 5300 metrów. Czy pająka nigdy nie męczy wbieganie w górę po nitce? Około piętnastej docieramy do obozu. Mamy 1300 metrów deniwelacji w nogach, ramionach, a przede wszystkim kręgosłupach. Wieczorem, przed snem, owijam się w pasie sznurem, który mocuję do liny wpiętej w punkt asekuracyjny. Oczywiście góra wygląda solidnie, nie należy jednak zapominać, że łańcuch taki jak Karakorum nic sobie nie robi z nietrwałej równowagi skorupy ziemskiej. Jednym słowem nasza platforma może się w każdej chwili przemieścić!

3 lipca ruszamy dalej. Postanowiliśmy każdego dnia zmieniać się na prowadzeniu. W ten sposób ten, który wspina się jako drugi, ubiera się ciepło, otula się puchową kurtką i podąża za ewolucjami lidera. Lina, która przesuwa mu się w dłoniach, zdradza każdy element wspinaczki: zawahania, przyspieszenia, luz i przeciwności.

Erhard Loretan (fot. Alamy/BE&W)
Erhard Loretan (fot. Alamy/BE&W)

Od czasu do czasu niespodziewany luz sygnalizuje drugiemu, że prowadzący odpadł i za ułamek sekundy trzeba będzie go asekurować oraz zapewnić mu możliwie bezpieczne lądowanie. Tego dnia to Wojtek jest pierwszy na linie. Już na początku urządza sobie dziesięciometrowy lot, podobnym zamyka też dzień. W wyniku tych dwóch prób ucieczki przed siłą przyciągania uszkadza sobie łokieć i kciuk. Te dwa incydenty naznaczą go na resztę wejścia i będą nam nieustannie przypominały o zachowywaniu maksymalnej ostrożności. Nawet najmniejszy wypadek miałby teraz katastrofalne skutki. Nie jesteśmy na Eigerze czy Matterhornie, nie zabawiamy się na hotelowych balkonach. Zakładamy liny poręczowe i schodzimy do biwaku.

Podczas tych dni prawie nic nie jemy. Ciężko pracujemy, krążąc między piekarnią a kopalnią. Wstajemy o czwartej rano i kładziemy się około dwudziestej. Każdego wieczoru biwak wita dwóch wygłodniałych ludzi, ale nasze żołądki są ściśnięte przeżywanym przez cały dzień stresem, więc jemy niewiele. Karta dań nie jest zresztą długa: fondue z dużą ilością czosnku (czosnek doskonale wpływa na tętnice i na prostatę, a o jego wielkim znaczeniu jeszcze się przekonamy), chleb, ser, salami... Później zaś nasze najedzone, zmęczone ciała obleka noc. Mózg wykorzystuje fizyczną bezczynność, żeby się aktywować: przygotowuje się na następny dzień, oblicza ewentualne ryzyko, programuje zbawienne odruchy...

Krótko mówiąc, pracuje na pełnych obrotach. Jutro moja kolej na prowadzeniu: czeka mnie wyciąg, na którego końcu wisi ogromny, unieruchomiony blok skalny. Czy wytrzyma? Jutro poznam odpowiedź.

Dlaczego nie brazylijska plaża?

"Voy, be careful, I'm very uncomfortable", mówię po pokonaniu szczeliny o szerokości 10 centymetrów i stwierdzeniu, że nie da się tu założyć nowego stanowiska asekuracyjnego. Uświadamiam sobie, że ostatni przelot znajduje się pięć metrów niżej. Jestem na szóstym wyciągu, grozi mi odpadnięcie i upadek z 10-12 metrów, oczywiście przy założeniu, że asekuracja wytrzyma. A to się dopiero okaże. Muszę myśleć jak najszybciej, bo siły ulatują błyskawicznie. Panika jest w mojej sytuacji luksusem, na który nie mogę sobie pozwolić.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Wspinać się dalej czy się wycofać? Oba rozwiązania wydają się ryzykowne. Znajduję inne wyjście: wbić spit! Potrzebuję do tego spitownicy, młotka i wolnej ręki, ponieważ obie moje dłonie są zajęte szczeliną i opóźnianiem momentu upadku. Jakimś cudem udaje mi się zakleszczyć w szczelinie kolano i uwalniam ręce. W normalnych warunkach potrzebowałbym od pięciu do piętnastu minut na założenie dobrego spitu. W tym przypadku muszę na to poświęcić pół godziny - dopiero wtedy mogę odetchnąć i zawisnąć na tym kawałku metalu. W górze sytuacja okazuje się lepsza, niż zakładałem: zaklinowany blok wydaje się stabilny. Uznaję jednak, że lepiej nie ryzykować, i nie wbijam haka bezpośrednio przy nim. Około dziewiętnastej wracamy do biwaku.

Wkrótce w półśnie czuję, że zaczyna mi brakować powietrza, przestrzeń zamyka się nad moją głową, robi mi się ciasno, tkwię w dziwnym sarkofagu... Czyżbym śnił? Otwieram oczy - otacza nas śnieg. Małe lawiny schodzą po ścianie i zatrzymują się na pierwszej płaskiej powierzchni, jaką napotkają, czyli dokładnie w miejscu, które wybraliśmy na schronienie. Cały nasz sprzęt został przykryty śniegiem! Trzeba reagować, i to szybko. Ach! Oto i but... Najlepiej byłoby jeszcze znaleźć drugi... Mój Boże! Gdzie łopata? Niepokój narasta. Czy powinniśmy schodzić? Nie, biorąc pod uwagę nachylenie zbocza i lawiny, które po nim schodzą, lepiej będzie zabezpieczyć biwak na tarasie i zaczekać tu na poprawę pogody. W takich kryzysowych momentach, kiedy sytuacja wymyka się spod kontroli, ogarnia nas nagle tęsknota za wygodą i bezpieczeństwem, zastanawiamy się, dlaczego zamiast w Himalaje nie wybraliśmy się na brazylijską plażę.

Uwięzieni na platformie w górskim zboczu, bardziej doceniamy kruchość życia, jego piękno i wartość. Te miesiące umartwiania się uczą nas na nowo smaku prostoty.

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Agora (mat. prasowe)
Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Agora (mat. prasowe)

*Fragmenty książki Jeana Ammanna i Erharda Loretana "Ryczące ośmiotysięczniki" w tłumaczeniu Marii Zawadzkiej-Strączek. Możecie ją kupić w Publio.pl >>>

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (18)
Zaloguj się
  • antirussia81

    Oceniono 15 razy 11

    O, kto by przypuszczał - artykuł o alpinizmie, a pod nim żadnego komentarza o samobójcach, osieroconych dzieciach, ubezpieczeniach i odpowiedzialności. Ale spokojnie, jeszcze kwadrans i się zacznie :)

  • tinley

    Oceniono 14 razy 6

    Jeszcze 100 lat temu człowiek na Baltoro był równie proawdopodobny do zobaczenia jak Yeti. Dziś biali znów wpychają się ze swoim zgniłym światem komercyjnych wartosci w jeden z dziewiczych zakątków ziemi. Stworzyli sobie małpi gaj do wbijania haków i przeprowadzania komercyjnych projektów. Góry są zasyfione plastikiem i żelastwem. To jest właśnie głupota

  • kotkotson

    Oceniono 2 razy 0

    abstrahujac od tematu - slabe, sztuczne tlumaczenie

  • marcindziedzic

    Oceniono 3 razy -1

    Przy tym zdjęciu które jest w artykule warto zaznaczyć że czekana (turystycznego, nie do wspinaczki lodowej) się tak nie trzyma, chyba że pomagamy sobie w bardzo stromym terenie albo wyrąbujemy stopień (co jest pokazane na zdjęciu). Trzymanie go tak przy marszu skończy się przy próbie hamowania upadku wyrwaniem czekana z rąk.

  • zagadkowy_komandos

    Oceniono 4 razy -4

    Umarli nie mają racji.

  • malinajan

    Oceniono 7 razy -7

    Proszę, nie kreujcie samobojcow na bohaterów. Wspinanie się w strefie śmierci to taka sama głupota jak głupota, jaką wykazuje się pijaczek zasypiający nocą na środku drogi.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX