Irena Kwiatkowska

Irena Kwiatkowska (Fot. Jacek Łagowski / AG)

wywiad gazeta.pl

Irena Kwiatkowska. Kobieta (głównie) pracująca

Syn Edwarda Dziewońskiego słuchał w radiu Ireny Kwiatkowskiej czytającej "Plastusiowy pamiętnik". Któregoś razu przyszedł do ojca do pracy i zobaczył aktorkę wchodzącą do pokoju. Od razu skojarzył jej głos z Plastusiem. Doznał gwałtownego rozczarowania. Zaczął płakać wniebogłosy i krzyczeć, że Plastuś nie może tak wyglądać. Tę i inne historie opowiada Marcin Wilk, autor biografii "Kwiatkowska. Żarty się skończyły".

Jak ci się pisało tę książkę?

Niełatwo, muszę przyznać. Nie będę udawał, że to było jak wskoczenie do baseniku i pluskanie się w nim. Raczej wpadłem do oceanu, na bardzo głęboką wodę, i spotkałem się z rekinem, jakim była Irena Kwiatkowska. Postać wielka i szanowana, kultowa dla wielu osób. Dla biografa wydawałoby się gratka. Problemem okazało się to, że jej życie prywatne było w dużej mierze - jeśli nie całkowicie - ukryte. Odsłaniała się o wiele rzadziej niż zwykle aktorzy. Aktor jest zawodem specyficznym. Gra, oczywiście, ale też wszystko, co dzieje się w świecie, o czym myśli, co przeżywa, przekłada na scenę. Aktorzy często opowiadając o swojej roli, mówią również o swoim życiu.

Irena Kwiatkowska - nie?

Nie. Ona była aktorką specyficzną. Mistrzynią ról komediowych czy wręcz slapstickowych. Nie były to pogłębione kreacje dramatyczne opowiadające o meandrach życia, z rozbudowaną psychologią postaci, tylko właśnie: Hermenegilda Kociubińska, hrabina Tyłbaczewska, kobieta pracująca, skecze...

"Wojna domowa". Wszyscy ją z tego pamiętamy.

I już przez charakter tego, co grała, dostęp do niej był utrudniony. A poza tym niechętnie mówiła o sobie. Nie miała też wokół osób bardzo bliskich, które dobrze by ją znały. Właściwie na taką wyrasta tylko Krystyna Kwiatkowska, jej bratanica. Ludzie z branży wiedzieli o niej raczej niewiele, była bardzo dyskretna. Więc dotarcie do tego, kim była, jak myślała, jak żyła, okazało się bardzo trudne.

Fot. Arek Ścichocki / AG
Fot. Arek Ścichocki / AG

Początek książki oparłeś na jej pamiętniku. Jest powszechnie dostępny? Skąd go miałeś?

Nie jest dostępny. Został zdeponowany u Krystyny Kwiatkowskiej.

Na szczęście dla ciebie miała tę bratanicę. Bez niej byłoby ciężko.

O, tak. Ale sam pamiętnik też ma swoje ograniczenia. Przede wszystkim takie, że obejmuje zaledwie około 10 lat z prawie stuletniego życia Kwiatkowskiej. Zapiski prowadzi z przerwami między 12. a 27. rokiem życia. To są lata ważne, bo wtedy kształtuje się charakter. Okres szkolny jest opisany w detalach. Potem wpisy są rzadsze, kilka stron zostało wyrwanych. Po roku 1940 urywa się dostęp do jej intymnego świata.

Cytujesz fragmenty tych dzienników. Robią wrażenie. Kiedy się je czyta, w głowie brzmi głos Ireny Kwiatkowskiej, tak bardzo przecież charakterystyczny.

Pamiętnik zaczęła pisać w 1925 roku. Była wtedy nastolatką. Potem, kiedy już występowała w teatrach prowincjonalnych, cały czas miała nadzieję na karierę aktorki dramatycznej. Ciągle wierzyła, że będzie grała w wielkich dramatach ukazujących przemianę bohatera, że przypadną jej w udziale role, które w świecie aktorskim są wyżej cenione niż skecze estradowe.

Że będzie miała swoją Lady Makbet na przykład?

Tak. Te marzenia były w niej rozhulane do wojny. O tym, co się stało z nimi potem - nie wiemy.

W czasach pisania pamiętnika towarzyszyły jej też często ciemne, ciężkie nastroje. Bywała smutna, depresyjna. Ale przynajmniej te trudne uczucia do siebie dopuszczała. Później nie było u niej raczej zbyt wiele miejsca na wybrzmienie emocji czy wahania.

Nie bardzo wiadomo, co się z nią działo w czasie wojny.

Na przykład. Nie ma na ten temat prawie nic w tych zapiskach. Nie wiem też, co działo się później - jak radziła sobie z nawałem pracy, jak czuła się w związku. Jej małżeństwo z Bolesławem Kielskim trwało bardzo długo, możemy sobie spekulować, że były tam i dobre, i złe dni, jednak nie znamy zbyt wielu szczegółów. Ale raczej bardzo się przyjaźnili niż szaleńczo kochali.

Przy tym skromnym materiale źródłowym udało ci się wyraźnie nakreślić Irenę Kwiatkowską. I wyłania się z twojej książki obraz niełatwej osoby. Być może nawet "niełatwa" to zbyt eufemistyczne określenie.

Tak mi się wydaje. Miało to, oczywiście, swoje przyczyny i w książce je dokładnie rozpisuję, starając się znaleźć uzasadnienia w jej historii, dzieciństwie, pochodzeniu. Ważne jest, że urodziła się w ubogiej rodzinie z warszawskiej Woli. Ojciec był zecerem. Nie miała dobrych relacji z mamą - a zdarza się przecież, że taki trudny kontakt z matką odpracowuje się potem przez całe życie.

Do tego dochodził też jej stosunek do samej siebie. Pozbawiona była tak zwanych "warunków" - często jej to powtarzano: nie taki głos, nie taki nos, nie taki wzrost. Za to nie brakowało jej ambicji, przebojowości. Ale na jej życiu kładły się cieniem ograniczenia charakterologiczne, o których przyczynach mówiłem wcześniej. Żyła też w niełatwych czasach. A jednocześnie była osobą wrażliwą na otoczenie. I baczną obserwatorką.

Fot. Jerzy Gumowski / AG
Fot. Jerzy Gumowski / AG

W tych czasach, które ograniczały, ona akurat radziła sobie doskonale. Podróżowała, zarabiała i była gwiazdą. Wyjeżdżała zaskakująco często jak na PRL.

Razem z mężem zjeździli Europę, USA, on przez jakiś czas był także dyplomatą w Indochinach, mieszkał w Azji. Mieli wspólne pasje, w tym właśnie podróże. Nie prowadzili jednak bujnego życia towarzyskiego.

Kwiatkowska dostała od losu kilka szans, które skrupulatnie wykorzystała: po wojnie była już ukształtowaną aktorką, a wtedy potrzebni byli lektorzy, bo rozwijało się radio. Więc trafiła do radia i ono okazało się trampoliną do dalszej kariery - w tym do telewizji. Kwiatkowska była bardzo pracowita i profesjonalna. Zawsze doskonale przygotowana, zawsze punktualna, skrupulatna, solidna. Również dzięki temu dostawała kolejne role. No i trafiała na świetne osoby. Choć te osoby powiedziałyby pewnie, że trafiły na świetną Irenę Kwiatkowską. A przecież współpracowała z Marianem Eile, z Kabaretem Starszych Panów, z Jerzym Gruzą.

Inna rzecz, że dzisiaj nam się wydaje, że to wielka aktorka XX wieku, ale jak uczciwie się popatrzy, to jej kariera rozwijała się małymi krokami. Przerwała ją wojna, w 1942 roku Kwiatkowska skończyła 30 lat, po wojnie była aktorką po trzydziestce. Teraz to się wydaje błahostką, ale w latach 40. to był zobowiązujący wiek. Po wojnie zaczęła pracować w tempie zawrotnym, ale też nie było tak, że pewnego dnia obudziła się jako osoba, która zrobiła karierę. Budowała ją długo. A Kabaret Starszych Panów, "Wojna domowa" i - przede wszystkim - "Czterdziestolatek", który przyniósł jej największą popularność, były projektami, które powstawały lata po wojnie.

Była zdeterminowana i wytrwała.

Ale pozostaje pytanie, czy Irena Kwiatkowska w innym otoczeniu, w innych realiach, z jej podejściem do pracy, ambicją, sumiennością, zdeterminowaniem i talentem nie zrobiłaby kariery z większym rozmachem. Na skalę polską była gwiazdą, ale pewnie mogła zdobyć więcej. To znowu spekulacje.

Kwiatkowska była bardzo apodyktyczna wobec współpracowników.

Tak, podporządkowywała sobie otoczenie. Wiedziała, czego chce. Klasyczny przykład: praca nad tekstami. Nikt nie śmiał manewrować przy twórczości Gałczyńskiego czy Młynarskiego. Ale ta niepisana zasada, którą się powszechnie szanowało, nie dotyczyła Kwiatkowskiej. Gdy tylko coś jej nie pasowało, skreślała, zmieniała słowa. Nie było dyskusji. Musieli się jej słuchać.

Powinniśmy się już przyzwyczaić, że ci aktorzy, którzy nas rozśmieszają, niekoniecznie są równie zabawni w życiu. Wiemy już, że niektórzy zmagają się z depresją, inni popełniają samobójstwa, jeszcze inni są trudnymi współpracownikami. Ale ja znowu dałam się nabrać i myślałam, że Irena Kwiatkowska była taka sympatyczna jak kreowane przez nią postacie.

Mnie się też rzuciło w oczy to napięcie pomiędzy jej wizerunkiem scenicznym a tym, jaka była prywatnie. Potrafiła być sympatyczna, serdeczna i życzliwa. Ale bywała też piekielnie trudna, szczególnie w pracy, której długo podporządkowywała swoje życie.

Książka Marcina Wilka ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak
Książka Marcina Wilka ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak

Jest w twojej książce taka scena dająca do myślenia. Bratanica wspomina, że ciotka odwiedzała ich raz w roku, w święta.

Tak. I od progu mówiła, że ma dla nich godzinę, bo musi biec do roboty. Po godzinie - z zegarkiem w ręku - wychodziła. Z drugiej strony, jak pomyślimy sobie o dzisiejszym trybie życia człowieka z dużego miasta, to zapracowani ludzie zachowują się dosyć podobnie. Też tak żyją.

A ona wtedy mogła mieć przekonanie, że musi coś nadrobić.

Ale co?

Lata wojny, lata życia w biedzie. Była potwornie wymagająca wobec siebie. Co z czasem zaczęło się przenosić na innych ludzi. Ci, którzy z nią pracowali - trochę anegdotycznie, trochę z szacunkiem - wszyscy opowiadali te same historie: że Irena Kwiatkowska nie lubiła spóźnień, że nie tolerowała ludzi nieprzygotowanych w pracy. Znała nie tylko swój tekst na pamięć, ale też kwestie innych osób. Myślę, że dla tych ludzi, którzy się śpieszyli, nie znali tekstu - ona musiała być potworem.

To jeszcze możemy rozpatrywać w ramach profesjonalizmu. Ale opowieść o tym, że nie pojechała na pogrzeb swojego ojca, bo miała próbę w teatrze, bardzo mnie uderzyła.

Mnie też zaszokowała ta sytuacja. Powiedziała mi o tym Krystyna Kwiatkowska. Myślę, że jeśli ludzie się podporządkowują jakiemuś uzależnieniu, to tak to właśnie wygląda. Jeśli ktoś się podporządkuje pracy, alkoholowi czy jakiemuś innemu demonowi, nie widzi różnorodności świata. Demonem Ireny Kwiatkowskiej była praca.

Na pewno znasz ją o wiele lepiej niż ja, ale zastanawiałam się, czy ona może nie miała z ojcem jakiegoś konfliktu. Chociaż z tego wczesnego pamiętnika wyłania się obraz dobrej relacji. To z matką miała trudno. Ale może potem coś tam się stało, że przestali mieć ze sobą kontakt?

Nie możemy tego wykluczyć, ale też nie mogę potwierdzić takiej teorii. Ja obstawiam, że chodziło jednak o pracę. Wydaje mi się, że ona, kiedy się wyrwała z domu i miała okazję nadrobić lata stracone przez wojnę, rzuciła się w pracę.

Próbowałem podjeść do Ireny Kwiatkowskiej z różnych stron i z tych rozmaitych perspektyw ją obejrzeć. Chciałem ją odbrązowić, uczłowieczyć. I pewne fakty z jej życia mogą zaskakiwać, tym bardziej że ludzie nie lubią słuchać o bolesnych sprawach - o biedzie czy o nastroju przygnębienia. Tymczasem Irena Kwiatkowska tę pierwszą wyniosła z domu, a ten drugi często jej towarzyszył. I to jest ludzkie.

Fot. Jacek Łagowski  / AG
Fot. Jacek Łagowski / AG

Udało jej się za to nawiązać bardzo ciepłą i bliską relację z bratanicą. Kiedy Krystyna Kwiatkowska była dzieckiem, to nawet jej mama była trochę zazdrosna, że dziewczynka tak bardzo lubi ciotkę, która kupuje jej piękne ubrania czy buty.

Rzeczywiście. Krystyna Kwiatkowska bardzo kochała i kocha nadal Irenę Kwiatkowską. To ona dba też o pamięć o swojej ciotce. Wszystko, co wiem o ich relacji, wiem od niej. Kiedy Krystyna była dziewczynką, ciotka nie miała dla niej zbyt wiele czasu. Nawet na rozmowę telefoniczną - a mała Krysia dzwoniła wtedy z budki telefonicznej, co w latach 50. czy 60. wymagało odstania swojego w kolejce. Ale potem, z roku na rok, coraz bardziej się do siebie zbliżały. Z czasem pokochała bratanicę jak własną córkę. Tak przynajmniej odbierała to Krystyna Kwiatkowska. Irena Kwiatkowska nie miała zresztą własnych dzieci.

Nie miała też przyjaciół.

Przez długą część życia liczył się dla niej właściwie tylko mąż.

Została zapamiętana z ról komediowych, ale też z tego, że czytała "Plastusiowy pamiętnik".

Słuchał go w radiu syn Edwarda Dziewońskiego. Któregoś razu przyszedł do ojca do pracy i zobaczył Irenę Kwiatkowską wchodzącą do pokoju. Od razu skojarzył jej głos z Plastusiem. Doznał gwałtownego rozczarowania. Zaczął płakać wniebogłosy i krzyczeć, że Plastuś nie może tak wyglądać.

Wtedy Kwiatkowska już była całkiem popularna. Ona zresztą umiała mądrze tą popularnością zarządzać. W siermiężnych latach PRL-u popularność się przydawała w różnych sytuacjach - jeśli chciało się przyspieszyć sprawy urzędowe, załatwić coś. Ona z tego korzystała.

Udzielała też setek wywiadów, co w przypadku osoby tak skrytej może dziś dziwić. Ale miała na nie opracowaną strategię. Z jednej strony była powściągliwa, z drugiej - mówiła na tematy zupełnie niezwiązane z pracą. Zwłaszcza po "Czterdziestolatku" - zamiast mówić o filmie, opowiadała na przykład o menu bożonarodzeniowym. Nie było wtedy określenia "celebrytka", ale jak na warunki PRL-u była kimś w tym rodzaju. Miała kilka dyżurnych anegdot, które powtarzała w wywiadach, podkręcała też je trochę, przyłapałem ją kilka razy na małych konfabulacjach, ale dziennikarze wtedy raczej nie dociekali.

fot. Maciej Zienkiewicz / AG
fot. Maciej Zienkiewicz / AG

Nie było Internetu i portali plotkarskich, które takie małe kłamstewka śledzą.

Była też inna kultura rozmowy. Dziennikarz zadawał pytanie i grzecznie słuchał. Jak ktoś nie chciał odpowiadać, dziennikarz nie drążył. To mi również sprawy nie ułatwiło. Irena Kwiatkowska opowiadała więc w kółko te same anegdoty, zagadywała nimi swoje życie, a ja nadal nie poznawałem na przykład jej prawdziwego stosunku do dzieci czy też ich braku. Nie wiem, czy fakt, że ich nie miała, to była świadoma decyzja. Nikt jej o to nie zapytał. O religii też wiele nie powiedziała. A przecież pod koniec życia była bardzo zaangażowana religijnie.

Była wierną słuchaczką Radia Maryja.

No tak. Ale przez wiele lat, przez cały czas PRL-u, nie znajdziemy śladu religii w jej życiu. Nikt nie wspominał, że Irena Kwiatkowska biegała w niedzielę do kościoła.

Nikt jej o to nie zapytał?

Nikt. Gdy udzielała wywiadów do gazet katolickich, pod koniec życia, mówiła o wierze, owszem, ale już nie o wątpliwościach czy wahaniach. Trudno ją rozgryźć.

Czy masz poczucie, że tobie choć trochę się udało? 

Niedawno ktoś, kto dość powierzchownie znał Irenę Kwiatkowską, przeczytał książkę. Napisał do mnie potem. Stwierdził: "Teraz wiele rozumiem".

Więc może troszeczkę się udało.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Marcin Wilk. Dziennikarz, autor literackiego bloga "Wyliczanka", kurator związanych z literaturą wydarzeń. Autor m.in. książek o polskich gwiazdach: "Kwiatkowska. Żarty się skończyły" (2019) oraz "Tyle słońca. Anna Jantar" (2015).

Dominika Buczak. Dziennikarka, współautorka książek "Gejdar" oraz "Pan od seksu". Publikuje między innymi w "Wysokich Obcasach", "Ja My Oni", "Urodzie życia". Specjalizuje się w wywiadach i reportażach. Najbardziej interesują ją historie wykluczonych, słabszych, bardziej kruchych. Im chce dać głos.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (44)
Zaloguj się
  • notremak

    Oceniono 43 razy 39

    Boszszsz... jak wielką aktorką i KIMŚ była w porównaniu z dzisiejszym g..., które każde swoje rozwolnienie musi sprzedać na fejsdupku, pudelku i oczywiście w pisemkach dla podkuchennych oraz pomocy fryzjerskich.

  • niebieskie_migdaly5

    Oceniono 36 razy 36

    Z tego wywiadu wynika, że Kwiatkowska była po prostu bardzo profesjonalna i żyła w zgodzie z zasadą, że aktor może nie pojawić się w teatrze tylko z powodu własnej śmierci. Marzyła o aktorstwie, więc kiedy udało jej się spełnić to marzenie, dbała żeby trwało jak najdłużej.

  • yosemitesam

    Oceniono 32 razy 32

    Świetna aktorka komediowa, bezsprzecznie najzabawniejsza kobieta w historii polskiego kabaretu. Zapamiętałem ją m.in. z "Wojny domowej", "Czterdziestolatka", "Zmienników", Kabaretu Starszych Panów, Dudka oraz z kapitalnych słuchowisk radiowych autorstwa Marii Czubaszek.

  • astygmatyk

    Oceniono 39 razy 29

    Była świetną aktorką. Więc tych, którzy ją pamiętają może zainteresować jej profesjonalizm czy punktualność. Była skoncentrowana na swojej pracy a skoro nie chodziła na około opowiadając jak się robi dzieci, piecze serniki, uszczęśliwia naród wolski albo jak być kobietą to powinniśmy jej dać spokój i nie grzebać w jej prywatnym życiu. Została po niej pamięć o jej sztuce i to jedyne co jej istotne.

  • schneckenkorn

    Oceniono 23 razy 23

    Nawet jako 'kobieta pracująca', była wszystko-wiedząca. Ale w kabarecie Dudek, widziałem, że cierpliwie słuchała rad Jana Kobuszewskiego.

  • siwywaldi

    Oceniono 25 razy 23

    Czyli z tym chodzeniem do kościoła do końca nie wiadomo, ale co na koniec przytulił Rydz to jego. 😂😂😂

  • j-ugo

    Oceniono 17 razy 15

    Panią Irenę widywałem w latach 90-tych w Jelitkowie. Raz do roku w "Rzemieślniku" spędzała wakacje.
    Raz nawet siedząc na jednej ławce porozmawialiśmy. Miła kobieta.

  • baba67

    Oceniono 18 razy 12

    Żeby w ogóle do wywiadu doszło trzeba było to zalatwić z jej mężem który ja musiał dobrze usposobić.Kontrast między rolami a jej osobowością niespotykany na skale światową. Może jeszcze Janusz Tracz mi przychodzi do głowy ale na odwrót- Kowalski zagrał super drania będąc miłym ciepłym i skromnym człowiekiem, do tego poboznym.

  • drabe1

    Oceniono 6 razy 6

    Do wiadomości pana dziennikarza : Irena Kwiatkowska po wojnie zaczynała karierę nie w " Plastusiowym pamiętniku " tylko w " Teatrzyku 7 kotów " w Krakowie..Pracowała tam w świetnym towarzystwie, bo działał dla tych siedmiu kotów sam kwiat polskiego aktorstwa, ale i literatury. Sam Konstanty Ildefons Gałczyński pisał dla niej teksty i nic w nich nie zmieniała. Przynajmniej wtedy.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX