Rodzina Staudte'ów

Rodzina Staudte'ów (fot. archiwum prywatne)

społeczeństwo

Umierają nagle, jeden po drugim. Tragiczne zrządzenie losu? Tylko pastor ma wątpliwości

Kiedy mąż i syn Diane umierają w odstępie zaledwie kilku miesięcy, wydaje się, że limit nieszczęść przypadający na jedną rodzinę został wyczerpany. Żałoba i przygotowania do pogrzebu sprawiają, że mało kto zwraca uwagę na słowa jednej z córek Diane. Zaledwie kilka godzin po pożegnaniu brata Rachel pisze na Facebooku: "Myślcie sobie, co chcecie, ale dawno nie widziałam mamy tak bardzo odprężonej".

Niedziela Wielkanocna, 8 kwietnia 2012 roku. Diane Staudte, szczupła, skromna kobieta po pięćdziesiątce, wraca do domu z kościoła i znajduje swojego męża na podłodze. Natychmiast wzywa pogotowie, krzycząc do słuchawki, że jej mąż chyba nie żyje. Ratownikom tłumaczy, że ostatnio Mark nie czuł się najlepiej, nie chciał nawet iść z nią na mszę. W ciągu minionych tygodni co najmniej trzy razy omdlewał, ale mimo jej usilnych próśb nie zgłosił się do lekarza.

W domu nie ma śladów wypadku ani włamania. Na ciele Marka nie widać żadnych obrażeń, przybyła na miejsce policja niemal od razu wyklucza więc udział osób trzecich. Lekarz sądowy dr Douglas Anderson po wysłuchaniu Diane i oględzinach ciała nie widzi potrzeby przeprowadzenia sekcji zwłok ani innych szczegółowych badań. Uznaje przyczynę śmierci 61-latka za naturalną i zatwierdza zgodę na jak najszybszą kremację. Takie było ostatnie życzenie zmarłego.

Zwykłe życie

Springfield w stanie Missouri na wyżynie Ozark. Ponad 150 tys. mieszkańców, a licząc przedmieścia - niemal dwa razy tyle. To tu mieszka rodzina, którą właśnie dotknęła tragedia. 

Diane i Mark poznali się w luterańskiej szkole w Kansas, od wczesnej młodości byli bardzo religijni. Regularnie chodzili do kościoła. Mark próbował swoich sił jako dziennikarz, ale za każdym razem wdawał się w dyskusje z przełożonymi, przez co utrzymanie stałego miejsca pracy okazywało się problemem. Głównym żywicielem rodziny od lat była więc Diane, zatrudniona w służbie zdrowia jako opiekun kliniczny. Mieli niewiele, ale jak zapewniali, do szczęścia wystarczało im zdrowie i rodzina. Podczas gdy Diane zarabiała na utrzymanie domu, Mark opiekował się dziećmi, a wieczorami dorabiał, śpiewając w zespole bluesowym Messing With Destiny.

W 2012 roku państwo Staudte przeprowadzili się do skromnej dzielnicy Springfield. Zamieszkali w domu z trzema sypialniami. Diane pracowała od świtu do zmierzchu, ale znajdowała jeszcze czas na grę na organach w pobliskim kościele. Najstarsze dziecko małżonków Staudte, 26-letni Shaun, miało łagodną formę autyzmu. Objawiała się problemami z adaptacją, które z kolei sprawiały, że nie mógł znaleźć pracy, ale Mark wierzył, że to tylko kwestia czasu, aż syn rozwinie skrzydła. Także młodsza o dwa lata Sarah, mimo ukończenia studiów z wyróżnieniem, była bezrobotna. Z kolei najmłodsza, 11-letnia, Brianna, miała nieustanne kłopoty z nauką. Najlepiej z czworga dzieci państwa Staudte radziła sobie 22-letnia Rachel, studentka Uniwersytetu w Missouri. Była wygadana i zaradna. Nie sprawiała żadnych problemów, dorabiała jako kelnerka, a ku radości Diane znajdowała jeszcze czas i ochotę na grę na flecie w kościele. 

Rachel pisze na Facebooku

Podczas nabożeństwa pogrzebowego Marka przyjaciele i rodzina są zdziwieni zachowaniem Diane, które niemal graniczy z radością. "Nie było w niej smutku, rozpaczy. Nie było łez. Sprawiała wrażenie nieobecnej, lekko uśmiechniętej, przyćmionej lekami. Myśleliśmy jednak, że to jej sposób na żałobę, jej metoda na poradzenie sobie z bólem" - powiedział przyjaciel Marka, Rob Mancuso

Niedługo po pogrzebie Marka firma ubezpieczeniowa akceptuje wypłatę pieniędzy z polisy wykupionej na jego życie. Diane dostaje na siebie i troje dzieci 30 tys. dolarów. Nie ma w tym nic podejrzanego. W Stanach wiele rodzin ma wykupioną polisę na życie, dbając o zabezpieczenie swoich bliskich. 30 tys. dolarów to nie fortuna, ale wystarczająco dużo, żeby Diane mogła kupić większy dom w lepszej części miasta.

Rodzeństwo Staudte (archiwum prywatne)
Rodzeństwo Staudte (archiwum prywatne)

Pięć miesięcy później rodziną Staudte wstrząsnęła kolejna tragedia. 2 września umiera Shaun. Diane informuje lekarza sądowego, że jej syn miał regularne napady padaczkowe i najprawdopodobniej to właśnie one przyczyniły się do zgonu. Diane nadal pracuje w służbie zdrowia, nie ma więc powodów, żeby jej nie wierzyć. Po raz kolejny dr Douglas Anderson zatwierdza akt zgonu, a Diane występuje o szybką kremację.

I wszystko byłoby bez zarzutu, gdyby nie jeden fakt: dzień po śmierci Shauna policja w Springfield dostaje anonim od "przyjaciela rodziny Staudte". Według informatora Mark i Shaun zostali otruci. Ale policja niewiele może z tą wiedzą zrobić. Ma do dyspozycji tylko akty zgonu. Brak wyników sekcji zwłok, nie ma też ciał, które można byłoby ekshumować.

Zaledwie kilka godzin po pożegnaniu brata Rachel pisze na Facebooku: "Myślcie sobie, co chcecie, ale dawno nie widziałam mamy tak bardzo odprężonej".

Wakacje na Florydzie

Niecały rok po pogrzebie Shauna, 10 czerwca 2013 roku, do szpitala w stanie krytycznym trafia Sarah Staudte. Odżywają domysły i spekulacje, a policja dostaje kolejny anonim. Jak się później okaże, informatorem jest pastor kościoła, w którym udzielają się Diane i jej bliscy. To właśnie on powiadamia policję w Springfield, że w rodzinie Staudte dzieje się coś złego.

Tym razem policja deleguje do zbadania sprawy detektywa, Neala McAmisa. Jako pierwsi przesłuchani zostają lekarze i pielęgniarki opiekujący się Sarah. Według personelu szpitalnego matka walczącej o życie pacjentki zachowywała się, delikatnie rzecz ujmując, dziwnie. Odwiedziła córkę na chwilę, jakby od niechcenia, a potem żartowała z personelem. Jedna z pielęgniarek zeznaje: Diane Staudte powiedziała, że nie pozwoli, by choroba córki zniweczyła jej plany wakacyjnego wyjazdu na Florydę. Z kolei lekarz opiekujący się Sarah opisuje jej stan jako "bardzo podejrzany". Sugeruje otrucie.

To wszystko wydaje się absurdalne. Diane jest przecież kochającą żoną i matką. Detektyw McAmis wzywa ją na komisariat. Wystarcza krótkie przesłuchanie, żeby 20 czerwca 2013 roku poirytowana kobieta przyznała się do otrucia trojga członków swojej rodziny. Ze szczegółami opowiada, jak zaczęła dodawać płyn przeciwko zamarzaniu do ulubionego napoju izotonicznego męża. Kilka miesięcy później w ten sam sposób doprowadziła do śmierci syna. A potem aplikowała płyn córce.

Rachel i Diane Staudte (archiwum prywatne)
Rachel i Diane Staudte (archiwum prywatne)

Pozostaje pytanie: Dlaczego Diane postanowiła zabić najbliższych? Mark zginął, bo jak zeznaje Diane, "nienawidziła go", a Shauna uważała za "gorszego od szkodnika". Sarah też miała zostać otruta, bo Diane bała się, że córka "nie dostanie pracy i nie będzie w stanie spłacić pożyczek studenckich". Kobieta upiera się, że mordując Marka i Shauna, działała sama, a o tym, jak dawkować truciznę, dowiedziała się z Internetu. Zostaje aresztowana, ale detektyw McAmis czuje, że to jeszcze nie koniec sprawy. Wydaje natychmiastowy nakaz przeszukania domu, w którym umarli Mark i Shaun. I wtedy śledczy odnajdują pamiętnik Rachel. Schowany w szafie, z szokującym wpisem pochodzącym sprzed śmierci ojca. "To trochę smutne, kiedy zdaję sobie sprawę, że mój ojciec odejdzie w ciągu najbliższych dwóch miesięcy", napisała. "Shaun, mój brat, wyruszy wkrótce po nim. Trudno będzie przyzwyczaić się do zmian, ale wszystko się ułoży".

Dla detektywa to dowód, że w spisek zamieszana jest również Rachel. A ona podczas przesłuchania przyznaje, że pomagała matce w truciu ojca i rodzeństwa. Mówi:
"Jeśli chodzi o tatę, zrobiłam to dla świętego spokoju mamy".
"Dlaczego Shaun? Bo był irytujący".
"A Sarah była po prostu wścibska. Bardzo wścibska".

Rachel opowiedziała, że wybrały z matką środek przeciw zamarzaniu, ponieważ wierzyły, że lekarzom trudno będzie go wykryć. Zamówiły w Internecie specjalną, bezwonną i bezsmakową wersję.

"Wolę być ocalałą niż ofiarą"

21 czerwca 2013 roku prokurator okręgu Greene oskarża Diane i Rachel o dwa morderstwa i napaść. Sędzia odmawia obu kobietom zwolnienia za kaucją. W maju 2015 roku Rachel przyznaje się do winy. Zgadza się zeznawać przeciwko swojej matce w zamian za złagodzenie kary. Sędzia skazuje 25-latkę na podwójne dożywocie plus 20 lat więzienia. Nie wyjdzie z niego przed ukończeniem 42. roku życia. Jej matka dzięki pójściu na układ z prokuraturą i przyznaniu się do winy unika kary śmierci.

W maju 2016 roku stacja ABC News weszła w posiadanie taśm wideo z przesłuchania policyjnego obu trucicielek. "Zarówno Shaun, jak i Sarah po prostu... niszczyli nasz dom. Nigdy w niczym mi nie pomagali" - mówiła Diane. "Nie jestem morderczynią. Jestem po prostu głupia. Żałuję tego. Naprawdę. Spieprzyłam wszystko. Zniszczyłam całą moją rodzinę".  

Sarah przeżyła, choć doznała trwałego uszkodzenia mózgu. Na nowo musiała uczyć się mówić i chodzić. Przykładała się do rehabilitacji, bo za wszelką cenę chciała usiąść w pierwszym rzędzie w sądzie. Teraz wraca powoli do sił w domu pomocy. "Wolę być ocalałą niż ofiarą" - mówi. Jej siostra Brianna trafiła do rodziny zastępczej. 

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (42)
Zaloguj się
  • valaril

    Oceniono 34 razy 32

    Taką mam refleksję, że dużo łatwiej jest dokonywać zbrodni, gdy społeczeństwo się zupełnie tego po tobie nie spodziewa. Warto o tym pamiętać, gdy długoletnie nadużycia w pewnej szacownej instytucji wychodzą na jaw.

  • groupen

    Oceniono 28 razy 20

    ach te miłujące Pana parafianki... :)

  • jael53

    Oceniono 22 razy 20

    Od wieków wiele dziwnych spraw działo się w zdrowych, tradycyjnych rodzinach.

  • minkat

    Oceniono 16 razy 14

    chetnie ogladam programy o morderstwach i to niesamowite jak czesto ci koscielni zamiast sie rozwiesc morduja.

  • jozinzpolski

    Oceniono 16 razy 12

    Phi ! U nas szafarz (świecki pomocnik księdza rozdający w czasie mszy Ciało Chrystusa) spalił żywcem całą swoją rodzinę. Amerykanie to są jednak 100 lat za murzynami

  • qcleszek1

    Oceniono 14 razy 6

    Jeden nierób , drugi pasożyt nic dziwnego ,że była pełna euforii .

  • usmiech_nocy

    Oceniono 14 razy 6

    Sędzia skazuje 25-latkę na podwójne dożywocie plus 20 lat więzienia. Nie wyjdzie z niego przed ukończeniem 42. roku życia.

    Podwójne dożywocie + 20 lat to jakby dostała dożywocie to nie poszłaby do więzienia w ogóle? ;)

  • white_lake

    Oceniono 7 razy 5

    no i miej tu człowieku rodzinę...

  • baaag

    Oceniono 12 razy 4

    Przynajmniej dobrze że chodziła regularnie do koscioła...Na Sądzie statecznym będzie to wzięte jako okoliczność łagodząca.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX