Patrycja Volny

Patrycja Volny (fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Gazeta)

wywiad gazeta.pl

Patrycja Volny: Do Polski zawsze jadę z pustą walizką

Kiedy nie gram, mieszkam w Alzacji, zajmuję się domem i dzieckiem. Dorabiam w lokalnej szkole językowej, ucząc angielskiego - mówi Patrycja Volny, aktorka znana z ról w filmach "Pokot" i "Obywatel Jones" Agnieszki Holland oraz serialu Netflixa "1983", córka Jacka Kaczmarskiego. Od 15 marca możemy ją oglądać w "Kurierze".

Urodziłaś się w Niemczech, wychowałaś w Australii, grasz w polskich filmach, a mieszkasz we Francji. Niecodzienne połączenie.

Sama się śmieję, że kiedy ktoś mnie pyta, skąd jestem, nie mam na to łatwej odpowiedzi. Jestem Polką, ale przez pierwsze pięć lat mojego życia mieszkałam w Niemczech. Dorastałam w Perth w Australii. Studiowałam w Łodzi, a po dyplomie przeniosłam się razem z mężem na chwilę do Hongkongu. Teraz mamy dom w Alzacji na północy Francji.

Skąd w tej układance polskie kino?

To nie do końca jest kwestia mojego wyboru, ale możliwości. Zagraniczne rynki są bardzo hermetyczne i trudno się do nich przebić. Na razie najfajniejsze propozycje miałam w Polsce.

Trudno jest ci funkcjonować na odległość w polskiej branży filmowej?

Myślę, że paradoksalnie mam bardzo komfortowe warunki. Uwielbiam się przemieszczać, jestem z natury nomadą. Kiedy nie pracuję, jestem w Alzacji, zajmuję się domem i dzieckiem. Dorabiam w lokalnej szkole językowej, ucząc angielskiego. Nie potrafię usiedzieć w jednym miejscu i kiedy zdarzają mi się przerwy między projektami, chodzę po ścianach. Dzięki tej odskoczni czuję się jednak bezpiecznie. Nie muszę za wszelką cenę przyjmować ról, które z jakiegoś powodu mi nie odpowiadają.

Życie zawodowe bardzo ułatwiają mi self-tape'y [nagrania na casting przygotowywane samodzielnie aktora przez aktora - przyp. aut.], które mogę przygotować w dowolnym miejscu i przesłać reżyserom castingu przez internet. Jeśli moje nagranie się spodoba, wsiadam w samolot - EasyJet do Polski jest tańszy niż Intercity z Warszawy do Wrocławia. Mam bardzo elastyczny tryb pracy - kiedy skończymy rozmawiać, położę córkę spać, a później będę nagrywać kolejne demo, tym razem do roli we francuskim filmie.

Patrycja Volny w filmie 'Kurier' (fot. Kino Świat)
Patrycja Volny w filmie 'Kurier' (fot. Kino Świat)

Musisz być bardzo zorganizowana.

Zwykle udaje się to wszystko sensownie poukładać, ale zdarzają się sytuacje ekstremalne. W lecie ubiegłego roku pracowałam jednocześnie na planie serialu Netflixa "1983" i czeskiego filmu "Zlatý podraz". Wieczorem zaczynałam nocne zdjęcia w Książu do serialu, nad ranem wsiadałam w samochód i jechałam trzy godziny do Pragi na kolejny plan, a po południu wsiadałam w samolot z powrotem do Wrocławia.

Studiowałaś aktorstwo w łódzkiej filmówce. Przyleciałaś tam z drugiego końca świata.

W Australii byłam za młoda i nie przyjęto mnie na wydział aktorski. Dostałam się do jednej z londyńskich szkół artystycznych, ale ostatecznie zrezygnowałam. Nie miałam wtedy jeszcze obywatelstwa europejskiego i musiałabym płacić kosmiczne czesne, na które nie było mnie po prostu stać. Dzięki temu jednak trafiłam do łódzkiej szkoły, która okazała się dla mnie strzałem w dziesiątkę. Wspominam ten czas z dużą nostalgią. W szkole siedziałam od 7 rano do 22 otoczona bardzo małą grupą studentów. Spotkałam fenomenalnych profesorów, poznałam zasady działania polskiej branży. Znalazłam swoje miejsce.

Potem na kilka lat zniknęłaś. Zadebiutowałaś dopiero w 2017 roku w "Pokocie" Agnieszki Holland.

Pod koniec studiów zaszłam w ciążę, dyplomy grałam już z małą w brzuchu. Później wyjechaliśmy z mężem na półtora roku do Hongkongu, gdzie urodziłam i przez pewien czas byłam skupiona przede wszystkim na dziecku. Plany zawodowe siłą rzeczy zeszły na boczny tor.

Wtedy znajomy powiedział mi, że Agnieszka Holland szuka aktorki do swojego nowego filmu. Przeczytałam książkę Olgi Tokarczuk, potem scenariusz i byłam zachwycona. Czułam, że pasuję do roli Dobrej Nowiny, że to się może udać. Wysłałam z drugiego końca świata nagranie i stanęłam na głowie, żeby reżyserka je obejrzała. To było kilka lat temu, kiedy self-tape'y nie były jeszcze tak powszechne. Ja się jednak uparłam. Spodobałam się. Spotkałyśmy się z Agnieszką we Francji, a potem przeszłam po bożemu wszystkie kolejne etapy castingu.

Na premierę "Pokotu" poleciałaś na festiwal w Berlinie. Zresztą film zdobył tam Srebrnego Niedźwiedzia.

To było niesamowite doświadczenie, choć czerwony dywan był dla mnie wyjątkowo stresujący. Na szczęście kiedy w tym roku pokazywaliśmy "Obywatela Jonesa", nie musiałam pozować podczas premiery. Wiem, że to część mojej pracy, ale nie przepadam za tym.

Jako Dobra Nowina w filmie 'Pokot' (fot. Robert Pałka / Next Film)
Jako Dobra Nowina w filmie 'Pokot' (fot. Robert Pałka / Next Film)

O występ w "Obywatelu Jonesie" też musiałaś się starać?

Nie, w tym przypadku padła już bezpośrednia propozycja ze strony Agnieszki. A jak Agnieszka pyta, to się nie ma co zastanawiać, tylko trzeba lecieć (śmiech).

Gram zaledwie epizod, ale nawet w przypadku najdrobniejszej roli staram się zawrzeć w mojej bohaterce coś więcej, poszukać jej historii i emocji. Lubię postaci nieoczywiste. Nie interesuje mnie kino, które jest wyłącznie zapychaczem czasu i pustą rozrywką do pochłonięcia bezrefleksyjnie przy pudełku z popcornem.

Film Holland opowiada o Wielkim Głodzie na Ukrainie, ale aluzje do dzisiejszej sytuacji społeczno-politycznej, problemu wolności słowa i prasy są więcej niż czytelne. Co ten film dla ciebie znaczy?

Słyszałam wcześniej o Wielkim Głodzie, ale nie znałam sylwetki Garetha Jonesa. W ramach przygotowań do filmu przeczytałam "Czerwony głód" Anne Applebaum i mnóstwo artykułów poświęconych Jonesowi oraz sytuacji innych dziennikarzy piszących wtedy o ZSRR. To były czasy fascynujące, ale przede wszystkim okrutne i brutalne. Bardzo się cieszę, że dzięki filmowi świat pozna tę historię.

W "Obywatelu Jonesie" udało się uciec od dosłowności, ale jednocześnie dotknąć czegoś bardzo uniwersalnego. Sekwencja rozgrywająca się na Ukrainie jest sfilmowana w stonowany, subtelny sposób. Nie ma tu epatowania grozą, ale przez to ta opowieść jest według mnie jeszcze bardziej przejmująca. W tych kilku surowych kadrach zawarte jest apogeum zła, jakiego potrafi dopuścić się człowiek.

Podczas pierwszego seansu nie mogłam powstrzymać łez. A po pokazie na Berlinale na sali kinowej zapadła kompletna cisza.

Myślisz, że ten film może być dla nas przestrogą?

Chciałabym, żeby był. Nie chcę brzmieć jak pesymistka, ale obawiam się, że zalew bodźców i informacji, który stał się nieodłącznym elementem naszej codzienności, skutecznie znieczula nas na cudzą krzywdę. Coraz trudniej nam przejmować się, a co za tym idzie - wyciągać wnioski.

Agnieszka Holland powiedziała przy okazji "Pokotu" coś, co mi nie daje spokoju. Według niej skończyła się szczepionka drugiej wojny światowej. Niedługo odejdą ostatni świadkowie tamtych wydarzeń, a bez ich relacji, obecności kolejne pokolenia zapomną o piekle, jakie sobie zgotowaliśmy kilkadziesiąt lat temu. Obserwując bieżące wydarzenia, mam wrażenie, że powtarzamy scenariusz z lat 30. XX wieku.

Jednocześnie wierzę, że dobre kino może nas pobudzać do refleksji i uwrażliwiać na różne sprawy. Widz może się nie zgadzać z wizją reżysera, ale przy odrobinie szczęścia zastanowi się nad nią i przemyśli. Mam nadzieję.

W "Kurierze" Władysława Pasikowskiego grasz żołnierkę AK. Mimo że jest bohaterką drugoplanową, według mnie to najciekawszy wątek filmu.

Bardzo mi miło to słyszeć. Wchodząc na plan do Pasikowskiego, wiedziałam, że powinnam spodziewać się typowo męskiego kina. Mimo to wydaje mi się, że udało się przemycić do tego filmu odrobinę kobiecej perspektywy.

Jesteś chyba jedną z nielicznych bohaterek jego filmów, o której nie można powiedzieć, że jest "złą kobietą".

Nie pomyślałam o tym wcześniej! (śmiech) Podoba mi się to. Chociaż złą kobietę też chętnie bym kiedyś zagrała.

Marysię ulepiłam ze wspomnień wielu kobiet zaangażowanych w działalność AK i walkę w Powstaniu Warszawskim. Przeczytałam wspomnienia Jadwigi Branickiej, Aliny Janowskiej, Ireny Kwiatkowskiej. Rola kobiet w polskim podziemiu jest nie do przecenienia. Pracowały nie tylko jako sanitariuszki, były snajperkami, niektóre szmuglowały broń, pomagały ewakuować dzieci z płonącego miasta tuż pod nosem Niemców. Podczas powstania walczyły ramię w ramię z mężczyznami, nie było dla nich żadnej taryfy ulgowej. A jednak do dziś poświęca się im niewiele miejsca w historycznych rozprawach czy nawet filmowych biografiach. Dla mnie ogromną inspiracją okazała się historia Jadwigi Jeziorańskiej, żony Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Moja mama znała ją prywatnie i dzięki jej wspomnieniom mogłam do pewnego stopnia odtworzyć ją na ekranie.

Co ci o niej powiedziała?

Że to był "kawał cholery" (śmiech). Ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Moja mama zapamiętała ją jako niesłychanie inteligentną i przenikliwą kobietę, która nie pozwalała sobie wchodzić na głowę. Miała niesamowitego nosa do ludzi, co okazało się bezcenne w czasach partyzantki. Chciałam, aby moja Marysia również miała w sobie taki pazur i zadziorność. Jestem uczulona na kinowe babskie "uzupełniacze" z okrągłymi sarnimi oczami, którymi wpatrują się w męskiego bohatera niczym w obrazek.

Bardzo ważna była także dla mnie możliwość pracy w oryginalnych kostiumach z epoki. To są zupełnie inne tkaniny niż współczesne - sztywne, ciężkie żorżety, które inaczej pracują na ciele i zmieniają sposób poruszania się. Kostium zawsze odciska się na postaci, przymiarki i próby pomagają ją tworzyć w równym stopniu co tradycyjne przygotowania.

Masz na swoim koncie role w nagradzanych europejskich filmach i serialu Netflixa, stajesz się coraz bardziej rozpoznawalna. Zdarza ci się jeszcze, że bywasz w Polsce wciąż postrzegana jako przede wszystkim córka Jacka Kaczmarskiego?

Nie zastanawiam się nad tym. Osoby, na których zdaniu i szacunku mi zależy, nie patrzą na mnie w ten sposób.

Kilka lat temu udzieliłaś szczerego wywiadu "Dużemu Formatowi". Opowiedziałaś o swojej skomplikowanej relacji z ojcem. Ze strony fanów jego twórczości posypały się na ciebie gromy. Jak patrzysz na tę rozmowę z perspektywy czasu?

To był wywiad zorganizowany wokół premiery antologii wierszy mojego ojca. Zgodziłam się pomóc w promocji publikacji, ale zaznaczyłam, że kłamać nie będę. Miałam szczęście, że trafiłam wtedy na Izę Michalewicz, która jest nie tylko świetną dziennikarką, ale po prostu dobrym człowiekiem.

Takie rozmowy są potrzebne. Wkraczamy w epokę przełamywania tabu i upadku autorytetów. Ważną rolę odegrał tu ruch #metoo, który sprawił, że jest wokół nas odrobinę mniej zakłamania. Wychodzę z założenia, że jeśli ktoś mi zadaje pytanie, na które mogę odpowiedzieć, to odpowiadam szczerze. Trzeba zachować zdrowe proporcje między otwartością a ekshibicjonizmem. Nie zamierzam dzielić się moimi prywatnymi sprawami na forum publicznym. Jeśli chodzi jednak o istotne tematy typu przemoc w rodzinie, uzależnienie, demaskowanie nadużyć - czy to w rządzie, czy w Kościele - uważam, że trzeba o tym mówić otwarcie.

Patrycja Volny (fot. Arcadius Mauritz)
Patrycja Volny (fot. Arcadius Mauritz)

O swoich doświadczeniach zawsze się mówi najtrudniej. Zwłaszcza w dobie social mediów, kiedy każda wypowiedź natychmiast spotyka się z falą reakcji i komentarzy.

Dzisiaj jest mi też łatwiej, bo jestem starsza i mądrzejsza. Nie mieszkam też w Polsce, więc mogę się łatwo od tego aspektu mojego życia odciąć. Kiedy przeprowadziłam się do kraju tuż po maturze w 2007 roku, byłam stalkowana przez fanów ojca, którym nie podobało się, że "kalam" jego legendę. Nie wprowadzono wtedy jeszcze ustawy o nękaniu, nie byłam w stanie nic z tym zrobić. Miałam 19 lat, bardzo to przeżywałam. Dzisiaj jestem w zupełnie innym miejscu mojego życia, mieszkam na drugim końcu Europy i na szczęście nie muszę się tym martwić.

Polska jest jednak mocno obecna w twoim życiu. Na twoim Facebooku widać, że mocno angażujesz się w bieżące sprawy kraju.

Bardzo mnie obchodzą losy Polski, mam tu mnóstwo przyjaciół i rodzinę. Siłą rzeczy jestem zaangażowana w to, co się tutaj dzieje. Kocham też polską kulturę. Kiedy jestem w Warszawie, robię nalot na księgarnie i kupuję wszystkie nowości w literaturze, filmie. To chyba nawyk, który wyrobiłam w sobie, mieszkając tak długo w Australii. Wtedy zawsze jechało się do Polski z pustą walizką. Tak samo teraz, kiedy lecę do Warszawy z Francji, zawsze biorę jak najmniej rzeczy, żeby wypchać później bagaż książkami, czasopismami, filmami. Kończy mi się już miejsce na półkach w domu na te wszystkie zdobycze.

Zapuścisz korzenie we Francji?

Chyba jeszcze jestem nomadą. Nie wiem, może kiedyś pojadę w jakieś miejsce, na widok którego powiem sobie: "To jest to, tu chcę zostać na zawsze". Na razie jest mi bardzo dobrze tu, gdzie jestem. O dziwo Alzatczycy są pod pewnymi względami bardzo podobni do Polaków. Alzacja to poniemieckie tereny, taki "francuski Śląsk", z własną odrębną kulturą i dialektem, który zresztą do złudzenia przypomina śląską gwarę. Ludzie są bardzo spokojni, pracowici, chodzą co niedzielę do kościoła. W dodatku kultura francuska jest niesamowicie bogata i fascynująca. Jedzenie i wino są nie do przecenienia (śmiech).

Ale jeśli trzeba będzie znowu spakować walizki i pojechać na drugi koniec świata?

Chyba wszędzie ludzie są w gruncie rzeczy tacy sami, niezależnie od szerokości geograficznej. A tak serio, to chyba kwestia otwartego umysłu i chęci dogadania się z drugim człowiekiem. Wtedy przestaje mieć znaczenie, gdzie jesteśmy, bo wszędzie możemy się poczuć jak u siebie.


Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Małgorzata Steciak. Dziennikarka. Publikowała m.in. w ''Polityce'', ''Gazecie Wyborczej'', ''K-MAG-u'' czy w serwisie dwutygodnik.com. Wcześniej była m.in. redaktorką portali Onet.pl, Gazeta.pl.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (19)
Zaloguj się
  • gruetzi

    Oceniono 13 razy 13

    Ladne zdjecie, p. Patrycjo, to szarym golfie. Taka kalka Ewy, dla mnie bardzo sentymentalne. Znalem Pani rodzicow, oboje. Nawet Slave tez, stare czasy. Jacek i Ewa pasowali do siebie jak piesc do nosa. Jakby Pani czytala to serdeczne pozdrowienia dla Mamy. Brydz, Bogenhausen. Uklony.

  • sfuj_hlop

    Oceniono 4 razy -2

    My sobie pieklo zgotowalismy??? Mnie uczono, ze to niemcy zgotowali wszystkim pieklo w Europie i na swiecie. Wbij to sobie w glowe, ignorantko!

  • darazetes9898

    Oceniono 18 razy -8

    Proponuje pani Holland zrobienie filmu o mordzie 4 milionow Zydow przez ukraincow pod zarzadem niemieckim . 1,5 miliona na polach ukrainy , 2,5 miliona we wszystkich Obozach Smierci .

  • edwardrydz

    Oceniono 38 razy -14

    Pieklo jakie sobie zgotowalismy? Nie pamietam aby moj dziadek mordowal ludzi w Charkowie lub Stutthofie. A mowie ze nie lubi klamac.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX