Bioenergoterapeuta

Bioenergoterapeuta (fot: Shutterstock.com)

wywiad Gazeta.pl

"Nie każdy bioenergoterapeuta wyciągnie 40 tys. zł miesięcznie. Ale każdy ma kolegę, który tyle zarabia"

Nad bioenergoterapeutami nie ma żadnego nadzoru. Nie ma instytucji monitorującej ich działania. Wystarczy zarejestrować działalność gospodarczą i można otworzyć gabinet. Lekarze starają się walczyć z nieuczciwymi praktykami, ale to często walka z wiatrakami - mówi Katarzyna Janiszewska, autorka książki "Ja nie leczę, ja uzdrawiam. Tajemnice bioenergoterapeutów".

Chuchają, dmuchają, dotykają. Co jeszcze robią bioenergoterapeuci?

Długo można by wymieniać: naprawiają ubytki w aurze poprzez przekaz energii, również na odległość, za pomocą zdjęcia albo telewizora. Uruchamiają czakry do prawidłowej pracy. Masują, przepisują zioła, leki homeopatyczne. Uwalniają od klątw i podłączeń, przepędzają złe moce. Diagnozują choroby na podstawie tęczówki oka albo za pomocą wahadełka.

I wierzą, że to faktycznie pomaga?

Myślę, że większość z nich wierzy. Są przekonani, że posiadają moc, która może uzdrawiać.

Wielu bohaterów pani książki mówi, że nie zajmuje się leczeniem, tylko poprawianiem aury, poprawianiem nastroju, towarzyszeniem w chorobie.

W zasadzie wszyscy to mówią. W każdym razie ci, którzy chcą być "elitą", czyli przechodzą kursy, wstępują do cechów, ubezpieczają się, rejestrują i regulują swoją działalność. Podkreślają, że oni w żadnym wypadku nie odciągają od lekarzy, nie każą nikomu rezygnować z medycyny konwencjonalnej, a nawet sami zalecają badania kontrolne. Prowadzą terapię wspomagającą działania lekarzy. Pobudzają siły życiowe organizmu, mobilizują organizm do walki, stymulują układ immunologiczny do samonaprawy. Co w dużej mierze jest prawdą, bo nawet lekarze mówią o tym, jak ważne w procesie leczenia są wiara i pozytywne nastawienie.

Nad bioenergoterapeutami nie ma żadnego nadzoru (Shutterstock.com)
Nad bioenergoterapeutami nie ma żadnego nadzoru (Shutterstock.com)

Pamięta pani pierwszego bioenergoterapeutę, którego spotkała?

Tak. Jakieś pięć, sześć lat temu znalazłam informację o spotkaniu ze Zbyszkiem Nowakiem w Krakowie. Znałam jego program "Ręce, które leczą", widziałam magnetyzację wody i przekaz energii przez telewizor. Pomyślałam, że to może być ciekawy temat na reportaż. Zastanawiałam się, jak to się dzieje, że zwyczajny z pozoru człowiek, nawet przeciętny, jest w stanie tak zawładnąć ludzkimi umysłami. Pacjenci wierzą mu bezkrytycznie, współpracownicy są w niego wpatrzeni jak w obraz. Po prostu guru. Bardzo ciekawe zjawisko. Tym bardziej dla mnie, twardo stąpającej po ziemi. W zeszłym roku Wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi zgłębienie tematu. Przy okazji niczego nie narzucając. Nie było żadnej tezy, nic nie zakładaliśmy z góry, jedynie badanie zjawiska i pokazanie go z możliwie szerokiej perspektywy. Rzetelnie i obiektywnie. Zależało mi, żeby każdy, kto przeczyta książkę, sam wyciągnął wnioski i sformułował swoją opinię.

To widać w książce. Czy pani bohaterowie chętnie zgadzali się na rozmowę? Jak ich pani szukała?

Bywało różnie. Niektórzy zgadzali się bardziej chętnie, innych musiałam dłużej namawiać i zabiegać o spotkanie. Chciałam przedstawić tych najbardziej znanych, o których słyszały nawet osoby będące bardzo daleko od tak zwanej medycyny alternatywnej. I tych mniej znanych, którzy są rozpoznawalni w węższym gronie zwolenników bioenergoterapii. W tym drugim przypadku zależało mi, żeby to byli uzdrowiciele posługujący się w swojej pracy różnymi metodami.

Czy można ich jakoś podzielić?

Można wyróżnić radiestetów, którzy z pomocą wahadełka dobierają na przykład leki, irydodiagnostów, którzy są w stanie wyczytać choroby na podstawie tęczówki oka, białych magów, którzy oczyszczają z klątw, mistrzów reiki, hipnotyzerów, naturopatów, jasnowidzów. Niektórzy stosują masaż leczniczy, homeopatię, ziołolecznictwo. Zdecydowanie najwięcej jest jednak bioenergoterapeutów.

To weźmy dwóch najbardziej znanych. Na początku pomówmy o Zbyszku Nowaku, który sławę zdobył dzięki programowi w telewizji. Czy wcześniej też uzdrawiał?

Nowak parał się różnymi zajęciami: pracował w Desie, prowadził ogrodnictwo szklarniowe, prowadził wytwórnię galanterii drzewnej, handlował dewocjonaliami. Drzwi do sławy otworzył mu program "Na każdy temat". Zrobił wówczas bardzo dobry PR-owy ruch, bo przyprowadził do studia osoby, które zaświadczyły, że je uleczył. To byli poważni ludzie, na stanowiskach. Jak na przykład pułkownik wojska polskiego, który w wyniku wypadku na poligonie stracił słuch. Opowiadał, że dzięki interwencji Nowaka odrosły mu błony bębenkowe.

Miał coś takiego, jak przełom w życiu?

W Kuwejcie w latach 80., jak twierdzi, uzdrowił żonę szacha, która cierpiała na gruczolaka przysadki mózgowej. Mówi, że położył ręce na jej głowie i guz zniknął. Wtedy zdał sobie sprawę ze swoich niezwykłych możliwości i prawdziwego powołania. Porzucił dotychczasowe zajęcia. I został uzdrowicielem na pełny etat.

Po programie telewizyjnym ludzie szturmowali bramę do jego posiadłości. Wkrótce dostał własny program w telewizji publicznej. Wśród jego pacjentów są celebryci, duchowni.

On jest chyba nadal bardzo popularny, prawda?

O tak, jest bardzo aktywny. Przyjmuje pacjentów u siebie, w Podkowie Leśnej. Jeździ po całej Polsce. Na spotkania z nim przychodzi naprawdę dużo osób. Można wtedy kupić miody z jego pasieki, kalendarze ze zdjęciami czy deseczki do energetyzacji wody. Pisze artykuły. Ma nawet swój własny program telewizyjny. Jego nazwisko kojarzy chyba każdy.

A jak to było w przypadku Ryszarda Bąka?

On również odkrył swe "moce" przypadkiem. Opowiada, że dotknął robotnika, który spadł z rusztowania, i ten momentalnie poczuł się lepiej. Choć Bąk już wcześniej zauważał, że lgną do niego zwierzęta, a ludzie lepiej się czują w jego towarzystwie. Dziś ciągną do niego tłumy. Uzdrowiciel dotyka, dmucha w watkę, a ludziom przechodzą ponoć niemal wszystkie dolegliwości. Co więcej, ten "dar" ma również jego syn. Przyjmują pacjentów razem.

Jak opisują swoją pracę? Czym dla nich jest?

Myślę, że zdecydowana większość uzdrowicieli, z którymi rozmawiałam, wierzy w to, co robi. Wierzą, że mają moc i dzięki niej mogą pomagać chorym. Taki cynizm, że ktoś udaje, że leczy tylko po to, by na tym zarobić, rzadko się zdarza.

Na pytanie "po czym poznać dobrego uzdrowiciela" jeden z nich odpowiada...

...że po stanie konta bankowego. No tak. Bo to jest bardzo dochodowy biznes. Tym najbardziej znanym uzdrowicielom udało się stworzyć wielkie imperia. Sprzedają zioła, filmy ze sobą w roli głównej, plakaty ze swoim zdjęciem, watkę nasączoną cudownym oddechem. Koszt wizyty waha się od 150 do 250 zł. Jak w porządnym gabinecie lekarskim. Dla większości to po prostu praca, normalne źródło dochodu. Mają zarejestrowaną działalność, wystawiają paragony. Choć nie lubią mówić o pieniądzach. Trudno mi powiedzieć dlaczego.

Ile zarabiają rocznie największe sławy?

To na pewno są dobre zarobki. Możemy zacytować jednego z moich rozmówców, który mówi, że "nie każdy bioenergoterapeuta wyciągnie 40 tys. zł miesięcznie. Ale każdy ma kolegę, który tyle zarabia".

Zaciekawiło mnie, że wśród uzdrawiaczy jest tak mało kobiet. Dlaczego?

Nie, nie, to nie tak. Może w książce nie udało mi się zachować parytetu, ale panie uzdrowicielki są. Rzeczywiście niewiele ich jest wśród tych znanych, głośnych nazwisk. A dlaczego tak jest? Nie wiem, trudno mi odpowiedzieć na to pytanie.

Luty 2016. Targi niezwykłości we Wrocławiu (fot: Kornelia Głowacka-Wolf)
Luty 2016. Targi niezwykłości we Wrocławiu (fot: Kornelia Głowacka-Wolf)

Bioenergoterapeuci są z jednej strony bardzo popularni w Polsce - w książce to doskonale widać - ale z drugiej strony mają bardzo złą passę. Są oskarżani o szarlataństwo, szkodzenie ludziom.

Nie powiedziałabym, że mają złą passę. Wydaje mi się, że jest wręcz przeciwnie. Te przypadki, o których pan wspomina, są bardzo głośne i dramatyczne, ale to jednak rzadkość. Zaledwie niewielki promil działalności uzdrowicieli w Polsce - szacunki mówią o 100 tysiącach bioenergoterapeutów, naturopatów, irydodiagnostów, szamanów i białych magów. Owszem, bardzo wielu ludzi podchodzi do ich działań krytycznie, zarzekają się, że nigdy by nie skorzystali z takiej formy pomocy, bo to ciemnota i zabobon, zwykłe oszustwo i naciągactwo. A jednak gabinety uzdrowicieli notują 1,3 mln wizyt rocznie.

Ale ciągle słyszymy o tym, że znachorzy komuś zaszkodzili. Sam sobie tego nie wymyśliłem.

Nagłaśniane są przypadki dramatyczne, kiedy w wyniku korzystania z usług znachorów dochodzi do tragedii: śmierci pacjenta bądź trwałego uszczerbku na zdrowiu. I wtedy rzeczywiście uzdrowiciele są piętnowani. Ale to nie zdarza się często. Poza tymi przypadkami działają sobie spokojnie, nie niepokojeni przez nikogo.

Być może to problem, skoro potrafią zaszkodzić?

Prawda jest taka, że nad bioenergoterapeutami nie ma żadnego nadzoru. Nie ma instytucji monitorującej ich działania. Są cechy - bo bioenergoterapia jest zawodem rzemieślniczym, są Izby Rzemieślnicze, Związek Rzemiosła Polskiego. Ale przynależność do nich jest dobrowolna. Są kursy i szkolenia, ale też wcale nie trzeba ich przechodzić. Wystarczy zarejestrować działalność gospodarczą i można otworzyć gabinet. Lekarze starają się walczyć z nieuczciwymi praktykami, ale to często walka z wiatrakami. Ministerstwo Zdrowia się uzdrowicielami nie zajmuje, bo teoretycznie nie prowadzą oni działalności medycznej. Urząd skarbowy mógłby ewentualnie zainteresować się kwestią tego, czy prawidłowo się rozliczają, i to tyle. Mają więc wolną rękę i wcale niemało klientów.

Po której stronie tego sporu jest pani?

Państwo godzi się na istnienie takiego zawodu. Mamy swobodę działalności gospodarczej. I mnóstwo pacjentów, którzy twierdzą, że im to pomaga. Jeżeli uzdrowiciele nie łamią prawa - a zabronione jest leczenie bez uprawnień i stawianie diagnoz - to trudno im zabronić prowadzenia swoich praktyk. Można co najwyżej zastanawiać się nad kwestiami etyki, poczuciem odpowiedzialności za zdrowie tych, którzy do bioenergoterapeutów przychodzą. Uzdrowiciele powinni otwarcie mówić, co mogą zrobić dla chorego, a czego nie, w czym tkwi siła i skuteczność ich "leczenia". Z drugiej strony efekt placebo polega na tym, że nie wiemy, że to placebo.

A dlaczego aż tylu dorosłych Polaków i Polek korzysta z ich usług? Nie ufają lekarzom?

Jest wiele powodów. Spadek zaufania do lekarzy jest na pewno jednym z nich. Medycyna boryka się z różnymi słabościami. Brakuje lekarzy, są przepracowani, nie mają czasu. Pacjenci uzdrowicieli, z którymi rozmawiałam, mówią o tym, że lekarze z nimi nie rozmawiają, niczego nie tłumaczą, bo uważają, że pacjent i tak nie zrozumie, oni zajmują się leczeniem, i to ma wystarczyć. Na termin badania czy na miejsce w szpitalu czeka się miesiącami. A uzdrowiciel jest dostępny od ręki.

Na przykład leczenie onkologiczne - jest bolesne i wyniszczające. Każda operacja wiąże się z ryzykiem. Człowiek się boi, więc woli wybrać coś prostszego, mniej inwazyjnego, a skoro uzdrowiciel mówi: "ja cię uleczę energią", to po co iść pod nóż? Do uzdrowicieli najczęściej kierują się ludzie, którym medycyna nic już nie może zaoferować. Lekarz bezradnie rozkłada ręce. I wtedy pojawia się ostatnia deska ratunku w postaci znachora. Wiadomo, nadzieja umiera ostatnia. Człowiek zrobi wszystko, by ratować życie, to jedna z najsilniejszych motywacji. Czasem pacjent po prostu oczekuje, że ktoś go poklepie po ramieniu i powie: "będzie dobrze, ja cię wyciągnę z tej choroby, poradzimy sobie". To właśnie znajduje u bioenergoterapeutów: nadzieję, ciepło, zrozumienie.

Chwila, ale przecież oni kłamią. Przecież kosmiczną energią nie można wyleczyć raka! Czy czasem nie daje im pani alibi?

Nie. Mówię tylko o tym, czego w pewnych sytuacjach oczekuje pacjent. Pewnie, że kosmiczna energia nie wyleczy raka. Ale kiedy w oczy zagląda człowiekowi śmierć, to racjonalne wybory tracą sens. Mało kto kieruje się wówczas logiką. Chce wierzyć do końca. I w tym tkwi siła bioenergoterapeutów: dają choremu nadzieję. Poza tym oni przeważnie nie formułują tak jednoznacznych komunikatów: wyleczę panią/pana z raka. Mówią, że pomogą, że wspomogą. Ci, z którymi ja się spotykałam, nie odradzają leczenia. A przynajmniej tak deklarują.

9 kwietnia 2014 r. Brzezna. Napis 'mordercy' na tablicy z nazwą wsi, w której rodzice zagłodzili na śmierć sześciomiesięczną dziewczynkę, bo kierowali się radami znachora i podawali dziecku jedynie rozwodnione kozie mleko (fot: Jarosław Sidorowicz/ Agencja Gazeta)
9 kwietnia 2014 r. Brzezna. Napis 'mordercy' na tablicy z nazwą wsi, w której rodzice zagłodzili na śmierć sześciomiesięczną dziewczynkę, bo kierowali się radami znachora i podawali dziecku jedynie rozwodnione kozie mleko (fot: Jarosław Sidorowicz/ Agencja Gazeta)

Luty 2019, Sąd Rejonowy w Szczecinie. Na zdjęciu - irydolog Krzysztof Z., oskarżony o udzielanie porad zdrowotnych bez uprawnień. Jedna z kobiet, która korzystała z jego usług w ciężkim stanie trafiła do szpitala po tym, jak nieleczony guz rozerwał jej pierś (fot: Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)
Luty 2019, Sąd Rejonowy w Szczecinie. Na zdjęciu - irydolog Krzysztof Z., oskarżony o udzielanie porad zdrowotnych bez uprawnień. Jedna z kobiet, która korzystała z jego usług w ciężkim stanie trafiła do szpitala po tym, jak nieleczony guz rozerwał jej pierś (fot: Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

Rocznie umiera około 5 tys. osób z rozpoznanym nowotworem, które przerwały leczenie pod wpływem sugestii bioenergoterapeutów. Dlaczego państwo na to nie reaguje?

Bardzo trudno jest udowodnić związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy tym, że ktoś przerywa leczenie pod wpływem namów znachora, a rozwojem choroby nowotworowej. A dopiero wtedy można mówić o odpowiedzialności karnej. No i pytanie, dlaczego ktoś bardziej polega na zdaniu znachora niż wykształconego lekarza? To nasz wybór, decydujemy sami za siebie, nie można nikogo zmusić, by poddał się leczeniu. Poza tym kluczowe są tutaj dowody: zeznania pokrzywdzonego, świadków, wyjaśnienia podejrzanego. A ludzie wcale nie chcą zeznawać, bo na przykład się wstydzą, że dali się oszukać. Albo nie potrafią tego dostatecznie uargumentować. Rodzice Madzi z Brzeznej, którzy zrezygnowali z leczenia córki, długo nie chcieli przyznać, że to znachor jest winien śmierci ich dziecka. Podobnie mama Przemka z Łukowicy - do końca całą winę brała na siebie.

A co z etyką tego zawodu? W książce wielokrotnie jest mowa o tym, że nie ma nigdzie spisanych zasad, kodeksu moralnego.

Nie ma. Każdy cech ma swoje zasady, coś w rodzaju konstytucji. Ale przynależność do cechu nie jest obowiązkowa. Więc każdy uzdrowiciel kieruje się po prostu swoim sumieniem i poczuciem etyki.

Czy spotkała się pani z bioenergoterapeutami, którzy odradzali wizytę u lekarza?

Nie. A w każdym razie tak deklarowali, rozmawiając ze mną.

Co łączy wszystkich opisanych przez panią bioenergoterapeutów?

To zdecydowanie ludzie bardzo pewni siebie. Nie mają żadnych wątpliwości, jest tak jak mówią i kropka. Charyzmatyczni, potrafiący pociągnąć za sobą tłumy, przekonać do swoich metod. Narcystyczni, no ale trudno się dziwić, kiedy czują, że mają podziw tylu pacjentów. Niezwykle energiczni, choć mają już swoje lata. To również bardzo hermetyczne środowisko, i to mnie trochę zaskoczyło. Wyobrażałam sobie, że są otwarci i prostolinijni. I w kontaktach z pacjentami rzeczywiście tacy są. Jednak kiedy chciałam z nimi porozmawiać jako dziennikarka, stawali się ostrożni, zdystansowani. Chcieli wiedzieć, co dokładnie zamierzam napisać, w jakim świetle zostaną przedstawieni, indagowali, a po co, a dlaczego i czy ja się w ogóle na tym znam? Obawiali się. Niełatwo było czasem przełamać tę początkową niechęć.

Sierpień 2014 r. Bazylika Najświętszego Serca Jezusowego w Warszawie. Rekolekcje z udziałem o. John Bashobory (fot: Franciszek Mazur/ Agencja Gazeta)
Sierpień 2014 r. Bazylika Najświętszego Serca Jezusowego w Warszawie. Rekolekcje z udziałem o. John Bashobory (fot: Franciszek Mazur/ Agencja Gazeta)

Ciekawy jest też wątek relacji z Kościołem.

Który oficjalnie jest przeciwny bioenergoterapii. Uważa, że praktykowanie jej i korzystanie z niej to grzech przeciwko pierwszemu przykazaniu. Księża porównują bioenergoterapię do czarnej magii, praktyk okultystycznych, które są niebezpieczne, bo mogą otworzyć człowieka na złe moce. Przestrzegają, że bioenergoterapia może prowadzić nawet do opętania. Ale są też księża, którzy przyznają otwarcie, że sami korzystają z takiej formy pomocy. Arcybiskup Bolesław Pylak jest zwolennikiem radiestezji i wierzy w jej moc. Ksiądz Leon Kantorski mocno wspierał działalność Zbyszka Nowaka. Sama byłam świadkiem tego, jak do uzdrowiciela zadzwonił znany duchowny. Bioenergoterapeuta dmuchał w słuchawkę, by przekazać mu energię. To jednak wyjątki. Z drugiej strony Kościół promuje o. Bashaborę, duchownego z Ugandy, który uzdrawia na stadionach, a nawet przypisuje mu się wskrzeszenia zmarłych. Nie zostało to nigdzie potwierdzone, ale też Kościół jednoznacznie tego nie zanegował. Wystąpienia Afrykańczyka w Polsce wspiera swym autorytetem arcybiskup Henryk Hoser. Więc jest w tym stanowisku Kościoła pewna niekonsekwencja.

Chociaż jeszcze w czasach PRL-u uzdrawiacze działali wyłącznie na terenie kościołów. Co się zmieniło w czasach transformacji?

Może nie wyłącznie, bo również w sanatoriach, domach wczasowych, salkach parafialnych, nawet w przychodniach zdrowia. Ale rzeczywiście na początku Kościół był na nich otwarty. Johannes Rongen, holenderski magnetyzer mieszkający w Polsce do dziś, przyjmował w kościołach. Tak samo jak Clive Harris, który zapoczątkował i rozpropagował bioenergoterapię w Polsce. Dopiero kiedy przyznał się, że przemawiają przez niego duchy niewiadomego pochodzenia, Kościół zamknął przed nim drzwi. Zaczęto się głośno zastanawiać, skąd ta siła uzdrowicieli pochodzi, czy na pewno od Boga? Czy wręcz przeciwnie? Uzdrowiciele stali się przez Kościół niemile widziani.

Katarzyna Janiszewska, 'Ja nie leczę, ja uzdrawiam. Prawdziwa twarz polskich bioenergoterapeutów', Wydawnictwo Otwarte (fot: Andrzej Banaś)
Katarzyna Janiszewska, 'Ja nie leczę, ja uzdrawiam. Prawdziwa twarz polskich bioenergoterapeutów', Wydawnictwo Otwarte (fot: Andrzej Banaś)

Katarzyna Janiszewska. Jest dziennikarką, absolwentką politologii i podyplomowych studiów dziennikarskich na krakowskim Uniwersytecie Pedagogicznym. Stypendystka Instytutu Dziennikarstwa Polskapresse. Nominowana do Nagrody Dziennikarzy Małopolski w kategorii reportaż prasowy. Przez 13 lat związana z "Gazetą Krakowską". Pisze reportaże, głównie o tematyce społecznej. "Ja nie leczę, ja uzdrawiam. Tajemnice bioenergoterapeutów" to jej debiut książkowy.

Arkadiusz Gruszczyński. Dziennikarz i animator kultury.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (92)
Zaloguj się
  • menosky

    Oceniono 33 razy 29

    Zaklinacze mają świetlaną przyszłość!
    W szkole 2 lekcje religii w tygodniu; matematyka, fizyka i nauki przyrodnicze w odstawce.
    Suweren nie musi się już wstydzić braku wykształcenia i miłości do discopolo.
    Głupota, chamstwo, bezrefleksyjność prostaczków to raj dla uzdrawiaczy

  • supermarjan

    Oceniono 32 razy 24

    -kraj chlopa panszczyznianego.
    - zabobonstwo propaguje kosciol tolerujac wynalazki takie jak 'ojciec baszbora' czy jak sie tam zwie. a on nie jedyny z tej sekty uzdrawia jezusem....
    - wszechobecna zapasc cywilizacyjna polskiej tzw tfu sluzby zdrowia...Terapie leczenia raka w pl sa 30 lat do tylu za swiatem. trzoda wnioskuje wtedy ze nie ma szans u lekarza i ciśnie do znachora.
    no wiec co bys chcial? no co byś chciał?

  • andrzej.duxa

    Oceniono 25 razy 21

    takich zawsze bylo wielu, najslynniejszy wystartowal 2000 lat temu

  • piwowiec

    Oceniono 22 razy 20

    Położył ręce na głowę żony szacha. Ciekawe, kiedy mu te ręce potem oddali. Już widzę szacha, który obcemu facetowi pozwala macać żonę

  • kozieradka2012

    Oceniono 24 razy 20

    Ciekawe, jak miałaby wyglądać regulacja zawodu bioenergoterapeuty. Pewnie jakaś komisja złożona z wybitnych autorytetów decydowałaby, że pan X. naprawiający aurę za pomocą watki ze swoim oddechem to szarlatan, a pan Y. robiący to samo przez nakładanie rąk i wypowiadanie mantry trzyma się naukowo potwierdzonych metod.

    Na marginesie, być o coś oskarżanym w mediach, to mieć złą prasę, a nie passę.

  • zdziwiony6

    Oceniono 19 razy 19

    Z tych wszystkich znachorów bioenergoterapeuci sa najmniej szkodliwi. Ich działanie to zwykły bajerek. Machają przed klientem rękami i robią mądre miny. Nie wciskają ludziom żadnych alternatywnych lekarstw i nie odradzają korzystania z usług normalnej medycyny. Oni wręcz mówią, że ich działanie wspiera to co robią lekarze. Moja babcia chodziła do takiego szpenia gdy miała bóle reumatyczne. Babcia już nie żyje więc nie można zapytać czy jej to pomogło.

    Problemem są antyszczepionkowcy i szpenie tacy jak inżynier Zięba, ten on witaminy C.

  • tinley

    Oceniono 19 razy 17

    Od wieków najłatwiej zarabiało się na ludzkiej głupocie, naiwności i pazerności.

  • st.marek

    Oceniono 16 razy 16

    Poznałem w latach '80 XXw pana Henryka Giemzę. Starszy, wysoki, szczupły pan z marynarką na ramionach doskonale rozpoznawał choroby, leczył na odległośc i przekazywał swoje umiejętności starszym ok. 55 - 60 letnim paniom, niepracujący, a chcącym zaistnieć w swoim środowisku. Świetny psycholog, oszust i naciągacz. Brał tylko dolary lub marki RFN. Mógłbym długo opowiadać. Obserwowałem go i jego sprytne oszustwa.

  • viggen

    Oceniono 16 razy 16

    Clive'a Harrisa miałem okazję poznać. Miły, starszy pan. Ale totalny manipulator, ciągnął za sobą ludzi, uzależniał, często niszczył.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX