Rodziny żołnierzy muszą przygotowane na długie rozłąki

Rodziny żołnierzy muszą przygotowane na długie rozłąki (Fot. Paweł Sowa / AG)

społeczeństwo

"Mój mąż właśnie do tego został stworzony". Opowieść żony żołnierza

Tęsknota, samotność, rozłąka. Przede wszystkimi tymi słowami można opisać życie z żołnierzem. Tak też większość swojego małżeństwa wspomina Marzena, która od 30 lat jest żoną Darka: - Pamiętam, że kiedy mi się oświadczał, powiedział: "Jeżeli komu otwarta jest droga do nieba, to tym, co służą ojczyźnie". Wtedy rozbawił mnie tymi słowami. Podkreślał, że najpierw ślubował krajowi, a dopiero potem mnie. Wiedziałam, że będę tą drugą. Ale kochałam go, więc nie mogłam się na to nie zgodzić.

Wiedziałam, że będę tą drugą*

Kiedy Darek wrócił z pierwszej misji, swoim zachowaniem przywodził na myśl surykatkę. Podobnie jak te zwierzęta, był niezwykle czujny, w nieustannej gotowości, żył z obawą, że wszystko, co się dzieje dookoła, może stanowić realne zagrożenie. Nasłuchiwał, obserwował, całe otoczenie było dlań podejrzane.

Któregoś dnia wybraliśmy się do banku. Ot, załatwialiśmy zwykłe formalności. Darek spostrzegł leżącą na podłodze koło wejścia paczkę zapałek. Pomyślałam, że komuś wypadła z kieszeni albo z torby z zakupami. Mąż natomiast czujnym wzrokiem, podenerwowany, lustrował pomieszczenie. Nagle coś stuknęło. Darek znalazł się na ziemi. Był pewien, że jego życiu zagraża niebezpieczeństwo, a w zapałkach jest bomba. W Iraku bomby były wszędzie, każda najmniejsza rzecz mogła kryć ładunek.

Miał problem z najprostszymi czynnościami. Na co dzień wszystko go denerwowało: korki na ulicy, kolejki w sklepach, sprawunki, które trzeba było załatwić. Nie umiał się odnaleźć w banalnych realiach. Mówił: "Boże, jak tu się ciężko żyje! Tam musiałem tylko przeżyć! A tu tyle kłopotów. I to trzeba załatwić, i tamto". Przerażające było to, że porównując dosłowną walkę o przeżycie na wojnie z codziennym życiem w czasie pokoju, dochodził do wniosku, że walka na niebezpiecznym terenie jest łatwiejsza niż formalności w banku czy urzędzie.

Rosomaki podczas patrolu w prowincji Ghanzi w Afganistanie, 2009 r. (fot. Damian Kramski / AG)
Rosomaki podczas patrolu w prowincji Ghanzi w Afganistanie, 2009 r. (fot. Damian Kramski / AG)

Co mogłam zrobić. Odłożyć na bok emocje i jak zwykle postawić się na drugim miejscu. Mogłam i chciałam poświęcić się dla męża, którego kocham, i oddać się w całości, i emocjonalnie, i psychicznie. 

Dla Darka niezbędne były miłość i wsparcie, lecz także stanowczość - rozumiana przeze mnie jako pewna logika w stawianiu granic jego zachowaniu. Mawiałam do niego: "Słuchaj, to, co ty mówisz, jest nierealne. To nie ten świat". Nie rozumiał. Nocami budził się wystraszony, a ja musiałam go uspokajać, przekonywać, że jest w domu i nic mu nie grozi.

Odzyskanie równowagi po pierwszej misji trwało blisko dwa lata. Dla naszej rodziny był to stresujący czas. Jego dziwaczne zachowania widzieli także znajomi, którzy nie okazywali takiej wyrozumiałości, jakbym chciała. Pojawiały się uśmieszki pełne drwiny. Jako rodzina przeżywaliśmy trudne chwile. Gdzie w tym wszystkim byłam ja - matka, żona, kobieta? Jestem rok młodsza od męża. Gdy się poznaliśmy, miałam siedemnaście lat, Darek osiemnaście. Po trzech latach znajomości zaręczyliśmy się. Pamiętam, że kiedy mi się oświadczał, powiedział: "Jeżeli komu otwarta jest droga do nieba, to tym, co służą? ojczyźnie". Wtedy rozbawił mnie tymi słowami. Podkreślał, że najpierw ślubował krajowi, a dopiero potem mnie. Wiedziałam, że będę tą drugą. Ale kochałam go, więc nie mogłam się na to nie zgodzić. (...)

Najtrudniej o obecność

Jesteśmy z Darkiem małżeństwem od dwudziestu dziewięciu lat. Szesnaście lat z tego to małżeństwo weekendowe. Mąż nieustannie przebywał - i trwa to nadal - w odległych jednostkach w Polsce na ćwiczeniach czy delegacjach, a dodatkowo wyjeżdżał na misje, co stanowiło kolejne, długie, niebezpieczne rozłąki. Nasze małżeństwo nauczyło mnie przede wszystkim tęsknoty. (...)

Baza Warrior na południu prowincji Ghazni w Afganistanie (fot. Damian Kramski / AG)
Baza Warrior na południu prowincji Ghazni w Afganistanie (fot. Damian Kramski / AG)

Mimo tylu lat razem cieszymy się każdym gestem. Nie odbieramy tej rozłąki jako czegoś, co mogłoby nas poróżnić. Wręcz przeciwnie, tęsknota, choć przyznaję to z bólem wywołanym rozłąką - spaja nas. Każdego dnia wysyłamy sobie rano esemesy: "Pięknego dzionka", "Już wstałeś, kochanie", "Jak się czujesz?", "Jak minęła noc".

Nie zawsze tak było. Darek jest typowym facetem, nigdy nie lubił rozprawiać o uczuciach, mówi o sobie "twardy facet". Tłumaczyłam mu: twardy nie znaczy stępiały emocjonalnie, możesz czuć i zarazem być twardzielem, to dwa różne obszary. Uczyłam męża okazywania uczuć i tego, by świadomie przeżywał emocje.

Jako psycholog zwracam na to uwagę swoim pacjentom. Zaznaczam, że małżeństwo to niełatwa praca, która wymaga naprawdę wielkiej czujności, wsparcia i obecności. Kiedy masz męża żołnierza, najtrudniej o obecność.

Mając tę świadomość, pracowałam nad modelem naszej żołnierskiej rodziny. Gdy Darek spełniał się jako żołnierz, ja nie oszczędzałam na własnym rozwoju ani edukacji zawodowej. Najpierw ukończyłam studia psychologiczne na SWPS w Warszawie, a później uzupełniałam je innymi studiami podyplomowymi z psychoterapii, terapii rodzinnej, coachingu i mediacji oraz licznymi kursami z zakresu psychologii, w tym również pod kątem PTSD (posttraumatic stress disorder), czyli zespołu stresu pourazowego. Szkoliłam się u najlepszego specjalisty na świecie doktora Davida Berceli - dla Darka, by umieć mu pomóc. (...)

Ważna dla mnie była i jest wiara. Modliłam się i nadal modlę za niego, za rodzinę. Modlitwa i wiara pozwoliły mi przetrwać niejedną trudną chwilę. Nie myślałam więc o byciu z kimkolwiek innym niż Darek. Mimo jego decyzji, tak trudnych, często niezrozumiałych dla mnie, wiedziałam, że sakramentalnie jemu ślubowałam i chcę, i muszę w tym wytrwać. Sądzę, że aspekt duchowy jest bardzo istotny. Człowiek jest istotą holistyczną: ma ciało, duszę i psyche. Aby osiągnąć szczęście, trzeba dbać, by te trzy elementy się równoważyły. I wtedy da się przetrwać wiele trudów. (...)

Powrót żołnierzy z misji w Afganistanie, Szczecin 2010 r. (fot. Cezary Aszkiełowicz / AG)
Powrót żołnierzy z misji w Afganistanie, Szczecin 2010 r. (fot. Cezary Aszkiełowicz / AG)

Wśród naszych znajomych panowała opinia, że żołnierze wracający z misji w ogóle nie potrafią funkcjonować w normalnym świecie, że mają zaburzenia związane z zespołem stresu pourazowego. I myślę, że to był właśnie mój największy lęk: kim będzie mąż , gdy wróci z misji? Długo o tym rozmawialiśmy. Darek powiedział, że chce pojechać. Że chce się sprawdzić. Odpowiedziałam mu tylko:

- Wiesz, że się na to nie godzę. To, co chcesz zrobić, jest w ogóle wbrew moim pragnieniom.

Ale nie miałam prawa mu tego zabronić. Moje potrzeby zawsze były na drugim planie. Zawsze pamiętałam słowa Darka: "Najpierw ślubowałem ojczyźnie, później żonie". Wiedziałam wtedy, że będzie ciężko. Nie wiedziałam jednak, że aż tak. Decyzja męża przekonała mnie do tego, że muszę zadbać o siebie, o możliwość samodzielnego funkcjonowania, skupienia się nie tylko na rodzinie, ale i karierze. Tak naprawdę nigdy nie chciałam być "żoną męża".

Postawić granicę

Takie sytuacje jak ta w banku zdarzały się przez cały czas po powrocie z misji. Niby drobne rzeczy, jednak ich nieustanna powtarzalność doprowadzała mnie do szału. Jakiś samochód, który zatrzymał się nietypowo, fantazje na temat różnych intryg i niebezpieczeństw i ciągłe ich urealnianie. Do tego ogromne, towarzyszące nam każdego dnia napięcie.

Uważam, że niewłaściwe jest, iż po powrocie z misji żołnierze odpoczywają na długim urlopie. Myślami tkwią w świecie wojny, wszędzie wokół widzą urojone sytuacje. Pamiętam, że po pierwszej misji Darek zrobił coś ciekawego i dobrego - wziął Lecha, przyjaciela, z którym był na misji, i pojechali razem na Mazury. To był wspaniały pomysł. Oderwali się od świata. Mogli porozmawiać, przystosować się, oswoić. Nie ugrzęźli psychicznie w wojennej rzeczywistości. Natomiast co do zasady, po powrocie z misji żołnierz odpoczywa w domu. Żyje między śniadaniem, obiadem, wyjściem z psem na spacer. W domu najczęściej do popołudnia nikogo nie ma, bo nasze życie toczy się bez zmian. Praca, szkoła, zakupy.

(...) Po trzeciej misji w Afganistanie - choć wydawało mi się, że to już trzecia z kolei, więc jestem dobrze przygotowana - było mi wyjątkowo trudno. Pomyślałam w pewnym momencie, że tego dłużej nie wytrzymam, że nie jestem w stanie znieść zachowań Darka, tego wszechobecnego napięcia. Na szczęście moi znajomi i przyjaciele, w większości także psychoterapeuci, byli przy mnie i dzielnie mnie wspierali. Pamiętam długie rozmowy z Małgosią, która odgrywa szczególną rolę w moim życiu.

Baza Warrior na południu prowincji Ghazni w Afganistanie (fot. Damian Kramski / AG)
Baza Warrior na południu prowincji Ghazni w Afganistanie (fot. Damian Kramski / AG)

- Nie jestem w stanie tego wytrzymać - mówiłam.

- Jesteś! Bo go kochasz - odpowiadała. - Teraz się wypłacz, bo to jest ten właściwy moment, a później wróć do domu i będzie okej!

Najtrudniejsze jest postawienie granicy. Trzeba być łagodnym, a zarazem stanowczym. To jest tak cienka linia, że łatwo ją przekroczyć. Niejednokrotnie było tak, że reagując na zachowanie wywołane przez lęk Darka, musiałam ostro krzyknąć :

- Hola, stój! Stój i popatrz na mnie. Jesteśmy w Łodzi, jesteśmy w Polsce. Jesteś po misji. Skończyła się! To jest twoja fantazja, zrozum to. - Starałam się mówić spokojnie i stanowczo, ale w środku czułam złość.

On też się złościł.

- Ty nie rozumiesz, ale to jest możliwe - upierał się.

- Wyluzuj, oddychaj głęboko. Nie ma powodu do obaw.

Cały czas balansowałam między dawaniem wsparcia a wyznaczaniem granicy. Było trochę tak jak z wychowywaniem dzieci: kochaj i wymagaj. Cierpliwość to podstawa. Kochaj i bądź cierpliwa.

"Nie chcę, żeby tata wracał"

Nikt, kto tego nie przeżył, nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo praca żołnierza, czyli praca na odległość (bo to nie tylko misja jest rozłąką, lecz i ciągłe szkolenia, wyjazdy służbowe i przebywanie w oddziałach położonych kilkaset kilometrów od domu), zaburza relację między ojcem a dziećmi. Mamy dwóch synów. Sebastian miał około czternastu lat, Patryk około dwunastu, gdy Darek pojechał na pierwszą misję. Dla dzieci ten czas to tak zwany czas adolescencyjny, ojciec jest wtedy najważniejszy na świecie. Cóż z tego, że rozmawiali ze sobą przez telefon czy na Skypie Dzieci odbierają przede wszystkim sygnały niewerbalne. Nie jest ważne, co się mówi, dziecko obserwuje i czerpie z tego, co widzi i czuje.

Kiedy zdarzyło się Darkowi, że któregoś wieczoru nie zadzwonił, byłam w takim strachu, że wpadałam w panikę. Nie wiedziałam, czy nie stało się coś złego, najgorszego. Czekałam na telefon do późnej nocy. A może jednak zadzwoni? Innym razem dopiero po przyjeździe do Polski dowiedziałam się, że przeszedł udar, a kiedyś - też po powrocie - przyznał się, że wpadli na minę. Nie mówił mi o tym, dzwoniąc. Gdy nie odzywał się dłuższy czas, nie oglądałam wiadomości. Bałam się, że usłyszę coś, co rozbudzi moją wyobraźnię. Do dziś zresztą, gdy słyszę w wiadomościach o rejonach, w których toczy się wojna, muszę przełączać kanał. Gdy myślę o misjach i nieobecności Darka podczas niebezpiecznych wyjazdów, przechodzą mnie ciarki. Tego się nie da opisać. Wszyscy mamy za sobą ciężką traumę.

Uroczyste powitanie żołnierzy z 21 Brygady Strzelców Podhalańskich , którzy wrócili z pierwszej zmiany misji Resolute Support z Afganistanu, Rzeszów 2015 r. (fot. Patryk Ogorzałek / AG)
Uroczyste powitanie żołnierzy z 21 Brygady Strzelców Podhalańskich , którzy wrócili z pierwszej zmiany misji Resolute Support z Afganistanu, Rzeszów 2015 r. (fot. Patryk Ogorzałek / AG)

I to nie jest wcale tak zerojedynkowe, jakby się mogło wydawać. Nie potrzebowałam wcale długich rozmów ani wgłębiania się w szczegóły. Wystarczyło krótkie: "Jest okej, żyję". Tyle. To było najważniejsze w tym wszystkim.

Dzieci widziały, że rozłąka jest dla mnie trudna. Dla nich była nie mniejszym wyzwaniem. Nasz starszy syn powiedział w pewnym momencie:

- Ja nie chcę, żeby tata już wracał.

To była jego psychologiczna reakcja na tęsknotę. Odrzucenie wynikające z niechęci do nieustannego przeżywania rozłąki i strachu o życie ojca. Gdy mąż wrócił, usłyszał też wykrzyczane:

- Po co mi ojciec, którego wiecznie nie ma!

Nasz starszy syn w wieku dorastania był wymagającym dzieckiem i dał nam, rodzicom, odczuć bunt tego okresu. Mam jednak świadomość , że to była cena, jaką się płaci za wieczną rozłąkę.

Usunęłam się w cień. Weszłam w rolę matki, która sprząta, gotuje, pierze, a Darkowi zostawiłam resztę: władzę, relacje i kontakt z chłopakami. Mieli swoje męskie tajemnice, przygody, razem wyjeżdżali. Rozumiałam, że tylko bycie niewidzialną matką pozwoli im zbliżyć się do siebie. Udało się. Ich relacje bardzo się poprawiły.

Będę wiernie czekała

Od ostatniej misji minęło 7 lat. Odstęp między pierwszą a drugą był nieduży, od półtora roku do dwóch lat. Gdy się dowiedziałam, że znów wyjeżdża, wściekłam się! Tylko co mogłam zrobić? Szanowaliśmy swoje potrzeby i wolność, naszą przestrzeń. Argumentowałam i prosiłam ze względu na dzieci. Mówiłam, że jest nam potrzebny. Darek jednak, jako żołnierz z krwi i kości, tylko na prawdziwej wojnie widział przyszłość. Nie mogłam mu tego zabronić, bo wiedziałam, że zrobi, co zechce.

Jednak ta misja zrodziła we mnie najwięcej złości. Nie chciał słuchać, gdy mówiłam, że to chore, kiedy wciąż potrzebuje adrenaliny. Pytałam, po co mu to. Używał oczywiście argumentów finansowych. Ale powoływał się na nie, bo innych nie było. Może źle to zabrzmi, lecz kazałam mu wsadzić sobie te pieniądze gdzieś! Przekonywałam, że nie są warte tej traumy, przez którą przechodzimy jako rodzina. Niebezpieczeństwa, na jakie sam się naraża. Jednak żadne argumenty nie trafiały.

Baza w prowincji Ghazni w Afganistanie (fot. Damian Kramski / AG)
Baza w prowincji Ghazni w Afganistanie (fot. Damian Kramski / AG)

Czułam też żal, smutek, że mu wcale na mnie nie zależy, bo znowu wyjeżdża. Nie liczy się ze mną, nie martwi. A synowie? W czasie pierwszej misji odczuli efekt nowości. Tata na misji to było dla nich coś niezwykłego. Po drugiej wypierali się psychologicznie, bo rozłąka ich przerosła. Czuli złość. Na trzeciej byli już prawie dorośli. Do złości doszedł żal za zaniedbanie, przeżycie tylu lat bez ojca.

Tłumaczyłam Darkowi, że to wszystko, co robi, jego wyjazdy, decyzje musza? mieć swoje granice i że sam prowokuje los. Był już dwa razy i powinno mu wystarczyć, po co ten trzeci? Do dziś nie rozumiem i chyba nigdy nie zrozumiem.

Mieliśmy już kupioną działkę, na której budował się dom, chłopcy dorastali. Patryk, nasz młodszy syn, przygotowywał się do egzaminów na studia. Życie toczyło się swoim rytmem tu, dla nas, a gdzieś tam pomiędzy niebezpieczeństwem i wojną - toczyło się życie Darka.

Nasze dzieci zaczynały już żyć swoim życiem. I wtedy zostałam naprawdę sama. Wciąż towarzyszyło mi to przeświadczenie, niepewność , że mąż może nie wrócić. To był moment największej samotności. Pomagała tylko modlitwa i wiara w opatrzność Bożą. Poszłam na kolejne studia, by nie myśleć o najgorszym. Jednak z tyłu głowy wciąż tkwił lęk i nigdy mnie nie opuszczał.

Pamiętam, że jeździłam na budowę, ale miałam opory, by wejść do środka. Nie mogłam sama przekroczyć progu. Męża nie było, a wszystko kojarzyło mi się z nim. Wówczas korzystałam z własnej terapii, gdyż to był ten moment, że nawet ja już nie dawałam sobie rady z nieobecnością Darka. Wspólnie z terapeutką ustaliłyśmy moją "misję" na ten czas: wszystko, co robię, robię dla niego. Sadziłam więc kwiatki z nadzieją, że wróci i je zobaczy; kupowałam przy tym takie kwiaty, które lubił, wierząc, że w końcu przyjedzie. Wysyłałam mu zdjęcia roślin.

Pamiętam, że któregoś razu wyjechałam ze znajomymi psychoterapeutami na szkolenie. Koleżanka zauważyła u mnie ponapinane mięśnie. Rzeczywiście, miałam szczękościsk. Moje mięśnie na twarzy aż drżały. Było to spowodowane długotrwałym stresem, strachem.

Książka Sylwii Winnik ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak (mat. pasowe)
Książka Sylwii Winnik ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak (mat. pasowe)

Nie da się ukryć, że ze względu na prace, jakie wykonujemy, i ponieważ często żyjemy osobno - Darek tam, ja tu - mamy z mężem osobnych znajomych. Nie ukrywałam też nigdy, że pracowałam w korporacji po to, by mieć własne pieniądze i by móc się szkolić u najlepszych specjalistów. Wszystkie fakultety i doświadczenie zawodowe dały mi ogromną satysfakcję i spełnienie zawodowe, spełniłam się też w roli kobiety. Mimo wszystko to, co robiłam w ramach edukacji, robiłam dla męża i rodziny. By nam pomóc. Sądzę, że nieźle sobie z tym poradziłam. Mimo trosk, smutku i samotności, która tkwi wewnątrz mnie, czuję się szczęśliwą, spełnioną kobietą.(...)

Kiedy mąż wyjeżdżał na misję, zarabiałam tyle co on. Nie potrzebowaliśmy pieniędzy z misji. Darkowi nie o nie chodziło, lecz o coś głębszego. Coś, co jest w stanie zrozumieć chyba tylko inny żołnierz z powołania. Ludzie nie rozumieli też, że nie mam wpływu na decyzje męża. Jedyne, co mogłam zrobić, to wspierać go, by czuł, że mimo wszystko nie jest sam. Powiedziałam kiedyś do niego: "Będę cię wspierać, zostanę przy tobie i będę wiernie czekała". Nie było mi łatwo znieść nieustającą obawę i rozłąkę. Darek był na trzech misjach i za każdym razem było mi tak samo smutno. Ale mój mąż właśnie do tego został stworzony.

*Fragmenty książki "Tylko przeżyć. Prawdziwe historie rodzin polskich żołnierzy"

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Sylwia Winnik. Pisarka i blogerka. Ukończyła dziennikarstwo we Wrocławiu. Interesuje się historią, szczególnie drugą wojną światową. Jest autorką bloga Czas na Książki. W 2015 roku została wybrana przez czytelników magazynu "Fanbook" Książkowym Blogerem Roku. Jest pomysłodawcą i współorganizatorem Literackiego Festiwalu Czas na Książki. Autorka książek "Dziewczęta z Auschwitz" (2018) i "Tylko przeżyć. Prawdziwe historie rodzin polskich żołnierzy" (2019).

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (328)
Zaloguj się
  • cezar85

    Oceniono 80 razy 52

    ulice na wyspach są pełne bezdomnych, byłych żołnierzy

    use, abuse and spit out

    jeśli twój kraj wysyła cię na drugą stronę świata, abyś walczył z bosymi rolnikami

    wiedz, że coś jest z tym krajem nie tak

    a jeśli się na to godzisz, to wiedz, że to z tobą jest coś nie tak

  • strange_email

    Oceniono 47 razy 41

    Mam zdecydowanie większy szacunek do ludzi, którzy wstają rano, idą do pracy, płacą uczciwie podatki, starają się dobrze wychować dzieci i być dobrymi i rozsądnymi sąsiadami nie myślącymi tylko o sobie.
    Najemnicy jadą sobie na misję, zarabiają sporo (owszem, ryzykując zycie) ale rozwalają życie sobie i swoim rodzinom. W imię czego? Ojczyzny? Jaki interes jest dla Polski w Iraku czy Afganistanie?

  • tajemniczy_don_pedro

    Oceniono 39 razy 25

    A ja sobie pozwolę na taką amatorską psychoanalizę:
    Jeżeli wojna jest moja, jeśli jakaś swołocz przyjdzie "kolbami mi w drzwi załomotać", to się na tą wojnę idzie pod hasłem "na pohybel swołoczy". Zginę przy okazji, no to trudno, ale nie to jest najważniejsze.
    Ale gdy wojna nie jest "moja", gdy jadę tylko "na misję", a zabić przecież mogą, to najważniejszą myślą jest paranoiczny strach przed śmiercią lub kalectwem. I ten strach wyjada rozum, stąd te wszystkie zespoły stresu pourazowego.

  • elzbietttta

    Oceniono 41 razy 23

    Nazywanie „misją” strzelanie do ludzi i dostawanie za to pieniędzy uważam za grube nadużycie

  • arbor_1

    Oceniono 25 razy 21

    Ten fragment wypowiedzi żołnierza tłumaczy, dlaczego po wojnie wielu zostawało w lesie:
    "Miał problem z najprostszymi czynnościami. Na co dzień wszystko go denerwowało: korki na ulicy, kolejki w sklepach, sprawunki, które trzeba było załatwić. Nie umiał się odnaleźć w banalnych realiach. Mówił: "Boże, jak tu się ciężko żyje! Tam musiałem tylko przeżyć! A tu tyle kłopotów. I to trzeba załatwić, i tamto". Przerażające było to, że porównując dosłowną walkę o przeżycie na wojnie z codziennym życiem w czasie pokoju, dochodził do wniosku, że walka na niebezpiecznym terenie jest łatwiejsza niż formalności w banku czy urzędzie."

  • shane00

    Oceniono 21 razy 17

    Prawdziwy twardziel serio? To że ktoś sobie nie radzi że swoimi emocjami i udaje że ich nie ma nie oznacza że jest twardzielem. Twardzielem to jest ta kobieta która to wszystko cierpliwie wytrzymuje ma na głowie cała rodzinę i niedojrzalego emocjonalnie egoiste dla którego praca dumnie nazywana służbą jest ważniejsza od własnej rodziny i który rozkosznie obciąża sobą wszystkich wokół bo przecież jego praca i wybory są najważniejsze, cała reszta na się dostosować i to pokornie znosić. Żaden facet by czegoś takiego nie wytrzymał (gdyby odwrócić sytuację) a tutaj kobieta znosi to od tylu lat ale to on jest "bohaterem" :/

  • siwywaldi

    Oceniono 37 razy 17

    Podobnie jak ~realista62 zastanawiam się PO CO na siłę "rżnąć twardziela" i iść do wojsk operacyjnych, skoro jest się mięczakiem?

    70 lat temu setki tysięcy Polaków przeszły trwające całe lata szlaki bojowe II wojny światowej, a po jej zakończeniu i demobilizacji wrócili do domów, pozakładali rodziny i nie biegali po gabinetach psychologów ani nie narzekali na jakieś "syndromy pola walki". A przecież przeszli nieporównywalnie WIEKSZE traumy niż dzisiejsi uzbrojeni po zęby i "misjonarze" w kamizelkach kuloodpornych i kewlarowych hełmach.

    Wiem to z autopsji, bo jestem z pokolenia dzieci tamtych ludzi. Np. kuzyn mojego ojca przeszedł CAŁY szlak bojowy od Lenino do Berlina, łącznie z walkami o Kołobrzeg, Wał Pomorski i sam Berlin. W Armii Berlinga służył w działkach ppanc., a więc praktycznie przez cały czas był na pierwszej linii walk. Po wojnie ożenił się, miał dwoje dzieci i WCALE w nocy nie chował się do szafy na jakikolwiek niepokojący dźwięk. Ja jeszcze z tymi ludźmi pracowałem w latach 70-tych, więc miałem okazję wielu z nich znać osobiście.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX