Część 'Trzynastki' w 1995 roku

Część 'Trzynastki' w 1995 roku (fot. flickr.com/photos/nasacommons)

Trzynastka kontra siódemka. Dlaczego Amerykanki nie poleciały w kosmos

Kobiety nie są dyskryminowane wprost. Raczej tworzy się prawo, przez które nie są w stanie spełnić wszystkich wymagań - mówiła Geraldyn Cobb. Potrafiła precyzyjnie pilotować każdy samolot, za sterami którego usiadła. Jej imię mogłoby być równie znane jak Walentyny Tierieszkowej, gdyby tylko amerykańscy pionierzy eksploracji kosmosu zechcieli dopuścić do rywalizacji kobietę.

Może moglibyśmy wykorzystać kobietę w kolejnej misji na orbitę, (...) mogłaby polecieć zamiast szympansa - stwierdził Gordon Cooper, astronauta amerykańskiego programu Merkury, zapytany przez dziennikarzy o to, czy Amerykanie wzorem Sowietów powinni znaleźć dla kobiet miejsce w programie kosmicznym. Był rok 1963. Beatlesi właśnie wydali swój pierwszy album "Please Please Me", na ekrany kin wszedł film "Kleopatra" z Elizabeth Taylor w roli tytułowej, przeprowadzono pierwsze testy boeinga 727, a dwa mocarstwa, Związek Radziecki i Stany Zjednoczone, toczyły zaciętą walkę o prymat w przestrzeni kosmicznej.

15 maja Gordon Cooper pierwszy raz poleciał w kosmos, był to zarazem ostatni lot orbitalny programu Merkury. Miesiąc później jego wyczyn powtórzyła Walentyna Tierieszkowa. Stała się pierwszą w historii kobietą w kosmosie, tym samym skupiając na sobie uwagę mediów na całym świecie. W USA dziennikarze regularnie pisali o kobietach-pilotkach, które śpiewająco przeszły wymagające testy dla astronautów. Tego było za wiele.

Gordon Cooper w 1963 roku (fot. flickr.com/photos/nasa2explore)
Gordon Cooper w 1963 roku (fot. flickr.com/photos/nasa2explore)

- Mężczyźni walczą na wojnie i latają samolotami, a potem wracają i projektują kolejne samoloty. Kobiety się tym nie zajmują, bo taki jest porządek społeczny - stwierdził w trakcie przesłuchania przed amerykańskim kongresem John Glenn, astronauta, który wykonał pierwszy amerykański lot orbitalny, wiele lat później - również senator. Kłopot w tym, że kobiety na wojnie latały samolotami. Uczyły nawet latać mężczyzn.

Ale gdy wojenny pył opadł, a do domów wrócili mężczyźni, nawet najlepszym pilotkom została praca przy opylaniu upraw. Nie godziły się na to. Gdy raz zasmakowały wolności i sprawdziły się w swoim fachu, nie chciały pokornie usunąć się w cień. Wielu uważało, że nie powinny.

Lekarz, który wierzył w kobiety

Pierwsze lądowanie na Księżycu w 1969 roku obejrzało na całym świecie 530 milionów osób, około 18 procent ówczesnej populacji. Już od przeszło dekady, czyli od pierwszej udanej próby umieszczenia na orbicie sztucznego satelity (1957 rok, radziecki Sputnik 1), podbój kosmosu był jednym z głównych tematów medialnych. Trwała wielka kosmiczna olimpiada, w której uczestniczyły dwa mocarstwa. Amerykanie zaprzęgli do pracy nad programem własnych specjalistów oraz tych przechwyconych z nazistowskich Niemiec. Ale do momentu wypowiedzenia przez Neila Armstronga słynnych słów: "To mały krok dla człowieka, ale wielki dla ludzkości", to Sowieci wygrywali praktycznie każdą konkurencję - pierwszy satelita na orbicie, pierwszy lot suborbitalny i orbitalny, wreszcie pierwsza kobieta w kosmosie. Mogli wygrać przynajmniej w tej ostatniej "dyscyplinie", gdyby mocarstwo szczycące się swoim umiłowaniem wolności i równości faktycznie w tę równość i wolność wierzyło. Bo kiedy Tierieszkowa dopiero została wybrana do programu szkolenia kosmonautów, Amerykanie mieli już aż 13 kobiet, które przeszły testy na astronautki, były znakomitymi pilotkami i marzyły o szansie na podbój kosmosu.

John H. Glenn podczas ćwiczeń w Langley Field w stanie Virginia (fot. flickr.com/photos/nasacommons)
John H. Glenn podczas ćwiczeń w Langley Field w stanie Virginia (fot. flickr.com/photos/nasacommons)

A wszystko zaczęło się od przyjaźni pewnego chirurga i kobiety, przed którą chyliły karki największe lotnicze sławy, czyli Williama Randolpha Lovelace'a II i Jacqueline Cochran.

"Randy" Lovelace, absolwent harvardzkiej szkoły medycznej i ceniony lekarz, nie miał pojęcia, co tak naprawdę powinien zbadać. Powierzono mu zadanie ocenienia zdrowia, sprawności fizycznej i możliwości pierwszych amerykańskich astronautów. Kłopot w tym, że nikt jeszcze w kosmosie nie był i określenie, jakie przymioty fizyczne mogłyby wspomóc przyszłego astronautę, a jakie - pozornie nieistotne - cechy w sytuacji wyprawy poza umowną granicę kosmosu mogłyby go zabić, nie były określone. Jednak Lovelace podjął rękawicę. Wykorzystując doświadczenie, które zdobył jako chirurg pracujący dla wojsk lotniczych, rozpoczął tworzenie wieloetapowego programu zdrowotnej selekcji przyszłych astronautów. Programu, po pewnych modyfikacjach związanych z rozwojem wiedzy medycznej i eksploracji kosmosu, stosowanego do dziś.

Przyszli bohaterowie narodu byli mierzeni, ważeni, sprawdzano ich poczucie równowagi, a mierniki, wzierniki i termometry wkładano im w każdy otwór ciała. Dosłownie. Jak powiedział w trakcie konferencji prasowej John Glenn: Nie wiedziałem, że mam w ciele aż tyle otworów, nie miałem też pojęcia, jak są głębokie. Badano wytrzymałość na zimno i na ciepło, na obniżone i podwyższone ciśnienie, zmniejszano ilość tlenu w powietrzu, by ocenić, po jakim czasie stracą przytomność, poddawano wielogodzinnym badaniom wzroku, wkładano im do gardeł gumowe rury, by badać kwasy żołądkowe, wreszcie wlewano im do uszu lodowatą wodę, by ocenić, po jakim czasie wrócą do pełni władz fizycznych i umysłowych. W trakcie jednego z takich badań Lovelace zadał sobie ważkie pytanie: A gdyby testom poddano kobiety? Są w końcu mniejsze i lżejsze niż mężczyźni, co może działać na plus w niewielkiej przestrzeni statku kosmicznego. A umiejętnościami nie odstają przecież od mężczyzn.

Jacqueline Cochran w 1961 roku (fot. flickr.com/photos/nasacommons)
Jacqueline Cochran w 1961 roku (fot. flickr.com/photos/nasacommons)

Lovelace miał pewność, że istnieją kobiety, które poradzą sobie z najbardziej wymagającymi testami, którym poddawani są piloci wojskowi. Od lat 40. przyjaźnił się z Jacqueline Cochran - bizneswoman, ale przede wszystkim wyjątkową pilotką, która miała na swoim koncie wiele lotniczych rekordów, w tym pierwszej kobiety, która przekroczyła barierę prędkości dźwięku. Cochran była nieustraszona. Razem w inną znakomitą pilotką, Amelią Earheart, pracowały na rzecz otwarcia lotnictwa, również wyczynowego, na kobiety. Wygrała wiele wyścigów i biła kolejne rekordy, aż przyszła II wojna światowa. Uznała, że będzie służyć krajowi tym, co potrafi najlepiej - pilotując samoloty. Założyła kobiece lotnictwo wojskowe (Women Airforce Service Pilots), którego zadaniem było testowanie nowych rodzajów samolotów i dostarczanie ich do baz wojskowych. Była pierwszą kobietą, która usiadła za sterami bombowca. Wiele lat później stała się również pierwszą kobietą pilotującą myśliwce i odrzutowce.

Jakby tego było mało, w ostatnim okresie wojny zajęła się dziennikarstwem. Była na Filipinach w trakcie podpisania kapitulacji Japonii, przeprowadziła wywiad z Mao Zedongiem i relacjonowała na potrzeby amerykańskiej prasy procesy norymberskie. W dodatku jej mężem był Floyd Odlum, producent filmowy i dyrektor zakładów produkujących dla wojska samoloty. To dzięki niemu Cochran mogła przetestować każdą maszynę, również taką, której pilotowania zakazywało jej prawo. Znając Cochran, Lovelace był przekonany, że tak zdeterminowanych, wytrzymałych i mających prawdziwy talent do latania kobiet jest więcej i że należy dać im szansę spróbowania sił w kosmicznym wyścigu.

Jerrie Cobb podczas ćwiczeń w 1961 roku (fot. flickr.com/photos/nasacommons)
Jerrie Cobb podczas ćwiczeń w 1961 roku (fot. flickr.com/photos/nasacommons)

"Trzynastka" z Merkurego

- Naturalnie, że chcę polecieć na Księżyc, w końcu mam ośmioro dzieci - miała powiedzieć dziennikarzowi Jane "Janey" Hart, matka, żona senatora, ale przede wszystkim kobieta, która wylatała tysiące godzin na różnych typach samolotów oraz helikopterów. Wraz z trzydziestoma innymi pilotkami wzięła udział w programie doktora Lovelace'a mającym sprawdzić fizyczne zdolności kobiet do lotu w kosmos. Lovelace i Cochran (również chciała zostać astronautką) wytypowali kilkadziesiąt kobiet. Zaprosili je do udziału w badaniach, jakie wcześniej przeszli astronauci programu Merkury - siedmiu pilotów testowych, którzy zanim jeszcze dali się wystrzelić w przestrzeń w swoich niewielkich statkach, już byli bożyszczami tłumów.

Pierwszy etap obejmował bardzo precyzyjne badania fizyczne, dokładnie takie same, jak te, które przeszli mężczyźni. - Wstrzykiwano nam do uszu wodę o temperaturze 10 stopni. Wtedy moje ciało przestawało działać, nie miałam nad nim żadnej kontroli - wspominała później najmłodsza z uczestniczek, 20 letnia wówczas Wally Funk. Po pięciu dniach nieustannych testów w grze pozostało 13 kobiet, okrzykniętych przez prasę, w nawiązaniu do męskiej drużyny Merkury 7, Merkury 13. Wśród nich wyróżniała się Geraldyn "Jerrie" Cobb, kobieta, o której mówiono, że gdzie diabeł nie może, to ją pośle. - Byłam po prostu dziewczyną, która nigdy nie miała dość latania - powiedziała w wywiadzie radiowym "Jerrie" Cobb.

Cobb urodziła się 5 marca 1931 roku w Norman w Oklahomie jako druga córka porucznika Williama "Harveya" Cobba. W czasie II wojny światowej jej ojciec stacjonował w bazie Sheppard Field w Wichita Falls w stanie Texas, i to właśnie tam młoda "Jerrie" po raz pierwszy wsiadła do samolotu. Pilotem samolotu Waco był jej ojciec. Cobb zakochała się w lataniu. Patrzenie na ziemię z wysokości dało jej - wówczas nieśmiałej dziewczynie - pewność siebie.

Jerrie Cobb przy kapsule Merkury, 1961 r. (fot. flickr.com/photos/nasacommons)
Jerrie Cobb przy kapsule Merkury, 1961 r. (fot. flickr.com/photos/nasacommons)

Cztery lata później Geraldyn, wtedy 16-letnia mieszkanka Oklahoma City, miała już licencję pilota. Aby zarobić na lekcje pilotażu, grała w profesjonalnej kobiecej  lidze softballa. W wieku 18 lat miała nie tylko licencję pilota komercyjnego, ale także była certyfikowanym instruktorem lotniczym, sklasyfikowanym znawcą prawa lotniczego, nawigacji, meteorologii, a także inżynierii lotniczej. Sporo, jak na osobę, która dopiero weszła w dorosłość.

Gra w softball przynosiła jej wciąż pewne pieniądze, jednak żeby zarobić na wymarzony samolot, zdecydowała się na pracę w rolnictwie - pilotowała samoloty rozpylające związki chemiczne nad polami uprawnymi. Nie był to szczyt jej marzeń, ale odkładane pieniądze pozwoliły jej kupić pierwszy własny jednopłatowiec Fairchild PT-23. Nadała mu imię "Par-a-dice Lost.". Przez kolejne lata imała się praktycznie każdej pracy, która pozwalała jej siadać za sterami samolotów. Opuściła Oklahomę na rzez Florydy, ponieważ zaoferowano jej pracę pilota samolotu pasażerskiego DC-3. Pracy jednak nie dostała, ponieważ... okazała się kobietą. Niedoszły pracodawca, widząc dokonania pilotki i imię "Jerrie", był przekonany, że zatrudnia mężczyznę. I chociaż w tamtych czasach kobiety- pilotki świetnie sprawdzały się za sterami nawet najbardziej wymagających maszyn, nie miał odwagi zatrudnić Geraldyn. Bez grosza przy duszy, niechętnie myśląc o powrocie do Oklahomy, "Jerrie" zdecydowała się podjąć pracę sekretarki w biurze międzynarodowego lotniska w Miami. Tam poznała Jacka Forda, prezesa Fleetway Incorporated, firmy dostarczającej samoloty.

Ford miał problem. Jego firma podjęła się dostarczyć do Peru dwa AT-6, samoloty wojskowe używane w czasie II wojny światowej. Prezes samodzielnie miał pilotować jeden z samolotów, jednak drugi pozostawał bez pilota. Wówczas "Jerrie" wybłagała go o szansę, chciała udowodnić, co potrafi. Polecieli razem, jednak Jack nie radził sobie z maszyną i zakończył lot w Kolumbii. "Jerrie" doleciała samotnie do Peru. Był to przełomowy moment w jej karierze. Zyskała pełne zaufanie Jacka i przez kolejne lata dostarczała samoloty w niemal każde miejsce na świecie. Latała niewielkimi samolotami treningowymi, samolotami pasażerskimi, a nawet ciężkimi samolotami bombowymi dalekiego zasięgu.

'Siódemka' misji Merkury w 1959 (fot. flickr.com/photos/nasacommons)
'Siódemka' misji Merkury w 1959 (fot. flickr.com/photos/nasacommons)

Po tym doświadczeniu w 1955 roku wróciła do Oklahoma City, gdzie zaoferowano jej pracę pilota testowego. Brała też udział w pokazach lotniczych, biła kolejne rekordy prędkości i długości lotu. Aż w 1959 roku 28-letnia wówczas "Jerrie" otrzymała wyjątkową propozycję udziału w testach dla astronautów.

Nie wahała się nawet sekundy. Wszystkie badania przeszła znakomicie, z wieloma poradziła sobie znacznie lepiej niż jej koledzy po fachu. Jednym z wyjątkowo trudnych testów było możliwie długie przebywanie w komorze deprywacji sensorycznej, która miała symulować stan nieważkości. Komorą był pojemnik z wodą o temperaturze ciała. Badanych odcinano od źródeł wszelkich bodźców, kładziono na piance utrzymującej ciało na wodzie i zostawiano samym sobie. Po chwili tracili zmysły - nie czuli swojego ciała, wody, nie mogli określić miejsca, w którym się znajdują, i często wpadali w panikę. Najlepsi spośród mężczyzn wytrzymali w takim stanie trzy godziny. "Jerrie" spędziła w komorze dziewięć i pół godziny. Na pytanie dziennikarza, jak to się stało, odpowiedziała, że do badania doszło w momencie, gdy była dość zapracowana i ten czas "poza światem" pomógł się jej wreszcie zrelaksować.

Ostateczny cios

"Trzynastka" z Merkurego była rozchwytywana przez media. Kobiety czekał jeszcze jeden test. Miały wybrać się do bazy wojskowej, trenować w wirówkach grawitacyjnych i pilotować odrzutowce, gdy program z dnia na dzień przerwano. Wszystko przez entuzjazm doktora Lovelace'a, który udał się z wynikami testów do Waszyngtonu, by nakłonić rządzących do włączenia do programu kosmicznego kobiet. Chyba sam nie przewidział oporu, z jakim się spotka. Był zdruzgotany. Jednak w sukurs przyszła mu jedna z "Trzynastki", wspomniana już Jane Hart. Mąż Jane był senatorem i pomógł zorganizować przesłuchanie przed kongresem, który miał - a przynajmniej takie pokładano w nim nadzieje - wymusić na rządzących zmianę polityki. Na przesłuchaniu pojawiły się Jane oraz "Jarrie".

Centrum Kontroli Misji Merkury (fot. nasa.gov)
Centrum Kontroli Misji Merkury (fot. nasa.gov)

Zwracając się do kongresmenów, Jane Hart mówiła: - Uważam, że kobiety powinny mieć swoją rolę w badaniach kosmosu. To niewyobrażalne, by przestrzeń kosmiczna miała być zarezerwowana tylko dla mężczyzn (...). Sto lat temu nie do pomyślenia było, by kobiety pracowały w szpitalach polowych. Uważano je za zbyt słabe fizycznie i emocjonalnie, by mogły znieść ten horror. Ostatecznie wyrażono zgodę, by podjęły się tego brzydkie kobiety w średnim wieku, bo miały mieć silniejszy charakter. Zapewniam, że pomysł, by kobiety latały w kosmos, nie jest bardziej niedorzeczny, niżby pracowały jako sanitariuszki.

Wtórowała jej Geraldyn Cobb: - My, pilotki pragnące eksplorować przestrzeń kosmiczną, nie próbujemy brać udziału w wojnie płci. Chcemy tylko należnego nam miejsca w kosmicznej przyszłości narodu. Jako obywatelki naszego kraju prosimy o zgodę na wzięcie udziału w tworzeniu historii.

Na sali zawrzało, a na pierwszych stronach gazet ukazały się zdjęcia kobiet proszących kongres o szansę na udowodnienie swoich możliwości. Coraz więcej osób mówiło, że szansę zostania astronautą powinien mieć każdy, kto przejdzie testy, bez rozróżnienia na płeć. Ale przesłuchanie przed kongresem było dwudniowe. Kolejnego dnia stawili się w aureoli zdobywców kosmosu John Glenn i Scott Carpenter, którzy wypowiedzieli się jednoznacznie przeciwko udziałowi kobiet w programie kosmicznym, twierdząc, że pomysł ten jest pogwałceniem amerykańskiego sposobu życia i wartości społecznych. Jednak ostateczny cios pomysłowi zadała kobieta, sama Jacqueline Cochran, która jeszcze niedawno zachęcała koleżanki po fachu do udziału w badaniach.

Pierwsze astronautki NASA w 1980 r. Od lewej: Margaret Seddon, Kathryn D. Sullivan, Judith A. Resnick, Sally K. Ride, Anna L. Fisher, and Shannon W. Lucid (fot. flickr.com/photos/nasacommons)
Pierwsze astronautki NASA w 1980 r. Od lewej: Margaret Seddon, Kathryn D. Sullivan, Judith A. Resnick, Sally K. Ride, Anna L. Fisher, and Shannon W. Lucid (fot. flickr.com/photos/nasacommons)

- Załogowe loty kosmiczne są kosztowne i ważne dla interesu państwa, dlatego podczas wyboru astronautów podjęto słuszną decyzję, by szukać ich wśród pilotów, którzy sprawdzili się w testowaniu samolotów i mają doświadczenie w lataniu precyzyjnym z dużą prędkością (...). Przyjęcie dużej grupy kobiet wiązałoby się ze znaczącymi stratami finansowymi, bo kobiety odejdą z pracy po ślubie - stwierdziła w swoim oświadczeniu pilotka, której małżeństwo w żaden sposób nie przeszkodziło w karierze.

Niedoszłe astronautki były zdruzgotane. Ta, która była dla nich symbolem silnej, zdeterminowanej kobiety, która nie bała się przeciwstawiać nikomu i niczemu, która wreszcie zachęcała inne kobiety do podjęcia wyzwania, zwróciła się przeciwko nim. Ponoć odwrót ten został wymuszony przez wojskowych, którzy zagrozili Cochran, że jeśli nie wycofa swego wsparcia dla projektu, to odbiorą zakładom męża rządowe kontrakty. Ponoć wiele lat później przyznała, że ubolewa nad swoją słabością i tym, że uległa naciskom. Jednak sprawa została zakończona. Kongres nie zrobił nic w sprawie dostępu kobiet do szkolenia astronautów, a wiceprezydent Lyndon B. Johnson podpisał dokument nakazujący przerwanie projektu Lovelace'a. Miał na nim własnoręcznie dopisać: "to musi się skończyć natychmiast!". Był lipiec 1962 roku, rok przed tym, jak Walentyna Tierieszkowa 22 razy okrążyła Ziemię.

Epilog

Pierwsza Amerykanka poleciała w kosmos dopiero 21 lat później, w 1983 roku. Była nią Sally Ride. Na start wahadłowca Challenger, którym udała się poza umowną granicę kosmosu, zaprosiła kobiety z "Trzynastki" z Merkurego. NASA przydzieliła im honorowe miejsca i jednocześnie włączyła ich starania w oficjalną historię eksploracji kosmosu, nazywając je pionierkami.

Sally Ride podczas misji w 1983 roku (fot. flickr.com/photos/nasacommons)
Sally Ride podczas misji w 1983 roku (fot. flickr.com/photos/nasacommons)

Aktualnie amerykańska agencja kosmiczna prowadzi kilka równoległych programów mających wspierać kobiety zajmujące się naukami ścisłymi i badaniem kosmosu. A w maju ubiegłego roku w Centrum Lotów Kosmicznych imienia Lyndona Johnsona, tego samego, który domagał się zakończenia programu kobiecych lotów kosmicznych, odbyła się konferencja poświęcona pracom nad najnowszym dziełem NASA, które ma zanieść ludzi ponownie na Księżyc, a później dalej, na Marsa, czyli nad statkiem kosmicznym Orion. W konferencji brały udział same kobiety, które  prowadzą poszczególne zespoły opracowujące "perłę w koronie" NASA. Świat zmienił się o 180 stopni. W aż - lub w tylko - 60 lat.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka. Dziennikarka i redaktorka zajmująca się głównie tematyką popularnonaukową. Związana m.in z Życiem Warszawy i Weekend.Gazeta.pl oraz z Magazynem Wirtualnej Polski.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (16)
Zaloguj się
  • lesnojeziorska

    Oceniono 18 razy 14

    Ponieważ w kosmos latają faceci, nie potrafią założyć bazy nawet na Księżycu, nie mówiąc już o Marsie. Kobiety dawno by to wykonały.

  • wesslingharald

    0

    Do komentarza, który usunęliście dodam tylko, ze z tych samych powodów ( rozbuchana empatia, nieumiejętność odrzucenia uczuć, niechęć do ryzyka i brawury) kobiety nie nadają się również na przywódców. Nie mówię o kierowniczkach przedszkoli i drużynowych w ZHP. Mowię o przywódcach.

  • czarnydoktor

    Oceniono 10 razy 0

    Ta potęgę kobiecego mózgu i fenomenalny zmysl przestrzenny obserwuje prawie codziennie. Każdego jednego dnia widze kobiety, które zatrzymuja sie w najmniej odpowiednim miejscu, najczęściej najwezszym, aby wykonac druga czynność. Przyklad jak jedna geniuszka spotyka druga geniuszke w drzwiach albo przy wejsciu do windy. Oczywiście musza sie zatrzymac, zablokować caly ruch, aby pocwierkac o hipotezie Riemanma i w ogole innych epokowych wynalazkach. W piatek natomiast jedna niedoceniona geniuszka majac do dyspozycji chodnik szeroki na jakies 2m, musiala wraz ze swoim rowerem zatrzymac sie akurt w miejscu, gdzie staly wielkie donice i chodnik mial jakies 70cm. Z calej dostepnej przestrzeni wybrala aby sie zatrzymac akurat w najwezszym miejscu.... ot jeden z wielu przykladow. A o czytaniu mapy i rozróżnianiu kierunkow świata to lepiej nie wspomnę

  • spoxel

    Oceniono 12 razy 0

    autorka rozumuje jak dziecko. celem misji było osiągnięcie jakiegoś celu a nie wypromowanie idei równości. jeśli mieli po testach grupę najlepszych 10 kandydatów, w tym np 2-3 kobiety i to już w pierwszej piątce, a 2 miejsca w projekcie wartym miliardy to trudno żeby się kierowali parytetami. cycki nie są kompetencją.

  • leonleonidas

    Oceniono 12 razy -8

    Gdyby kobiety "wyladowaly" na Ksiezycu to nie utrzymano by tego w tajemnicy ze Ksiezycem bylo studio.

  • von_braun666

    Oceniono 12 razy -10

    prawde mowiac interesujace jest ze w latach 60 wyladowali a dzis nie sa w stanie, ciekawy jest tez fakt braku jakichkolwiek znakow ladowania od dysz silnikow - nie mowiac juz o tym ze aparaty byly na sztywno przyczepione do torsu astronautow i np fotka sladu pod tym katem .... tylko pytam - no idlaczego miedzy cape canaveral w prostej lini lezy studio Walta disneya ---

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX