Nina Simone w 1965 roku

Nina Simone w 1965 roku (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)

ludzie

Nina Simone. Najwyższa Kapłanka Soulu, którą zniszczyły jej własne demony

Nazywano ją Kapłanką Soulu, była obdarzona boskim głosem, ale zawodowo śpiewać zaczęła nie z wyboru, a z konieczności. Drogę do sukcesu zamknęły jej panujące w USA rasowe uprzedzenia. Dlatego jako dorosła kobieta tworzyła protest songi, traktujące o walce czarnoskórych o godne życie. Ale zaangażowanie w politykę stało się początkiem końca jej kariery.

Urodziła się w podzielonej, pełnej uprzedzeń Ameryce, gdzie osoby czarnoskóre traktowano jak obywateli drugiej kategorii. Postanowiła więc wykorzystać muzykę jako oręż do walki o godność i wolność. Osiągnęła sukces. Jej piosenki królowały na listach przebojów, a sale na koncertach pękały w szwach. Ale sytuacja polityczna i własne demony, z którymi się zmagała, sprawiły, że życie i kariera Niny Simone były przeplatane spektakularnymi sukcesami i upadkami na dno.
 
Pierwszy rząd (nie) dla rodziców 
 
Simone przyszła na świat 21 lutego 1933 roku jako Eunice Kathleen Waymon. Była szóstym z ośmiorga dzieci ubogich metodystów z niewielkiego miasteczka Tryon w Karolinie Północnej. Jej ojciec, John Divine Waymon, na początku Wielkiego Kryzysu stracił źródło utrzymania - pralnię chemiczną i zakład balwierski - i odtąd nie miał stałej pracy. Matka, Mary Kate, była kaznodziejką w lokalnym kościele, więc pierwszym instrumentem, z jakim zetknęła się dziewczynka, były organy. 
 
Małą Eunice szybko okrzyknięto cudownym dzieckiem - już w wieku trzech lat potrafiła grać religijne hymny, a jako sześciolatka akompaniowała śpiewom wiernych podczas mszy. Talent dziewczynki sprawił, że zainteresowała się nią kobieta, u której jej matka dorabiała sprzątaniem. Muriel Mazzanovich wiedziała, że Waymonowie, jak większość Afroamerykanów, są w trudnej sytuacji finansowej i nie mogą sobie pozwolić na muzyczną edukację córki. Dlatego zaproponowała, że będzie bezpłatnie dawać Eunice lekcje gry na fortepianie. Dzięki niej dziewczynka poznała dzieła Bacha i zakochała się w muzyce klasycznej. Mazzanovich, widząc, że jej podopieczna ma szansę na karierę pianistki, założyła specjalny fundusz, by Eunice mogła dalej się kształcić, już poza Tryon. Szybko okazało się jednak, że największą przeszkodą w realizacji muzycznych ambicji będą nie pieniądze, a uprzedzenia rasowe. 

Nina Simone w Amsterdamie w 1969 roku (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)
Nina Simone w Amsterdamie w 1969 roku (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)

Dorosła Nina Simone w swojej autobiografii "I put a spell on you" wspominała, że momentem, w którym zrozumiała, że ciemnoskórzy Amerykanie są traktowani jako obywatele drugiej kategorii, był jej pierwszy publiczny koncert. Rodzice Eunice usiedli w pierwszym rzędzie, jednak tuż przed początkiem występu zostali zmuszeni do przejścia na tył sali, by zrobić miejsce dla spóźnionej pary białych widzów. 12-letnia pianistka oświadczyła wtedy ze sceny, że nie zagra, jeśli jej rodzice nie wrócą na swoje siedzenia. Dopięła swego i Waymonowie oglądali występ z najlepszych miejsc.  
 
Wkrótce potem Eunice, dzięki funduszowi założonemu przez panią Mazzanovich, wyjechała do Nowego Jorku, aby kształcić się w słynnej szkole muzycznej Juilliard School. Kolejnym etapem miały być studia w prestiżowym Curtis Institute of Music w Filadelfii. Ale o ile 12-letniej Eunice udało się wygrać z rasowymi uprzedzeniami, o tyle tym razem nie dane jej było postawić na swoim. Niedostateczny talent pianistyczny był tylko pretekstem, aby odrzucić jej kandydaturę. Prawdziwą przeszkodę, zdaniem Eunice, stanowił jej kolor skóry. Rozczarowanie było tym większe, że cała społeczność Tryon kibicowała jej i była przekonana, że "cudowne dziecko" się dostanie. Sporą część czesnego miał pokryć stworzony przez panią Mazzanovich fundusz, na który sukcesywnie podczas studiów wpłacano by środki. Tymczasem okazało się, że talent nie był dla komisji najważniejszy. Dorastającej dziewczynie to upokorzenie dobrze zapadło w pamięć.  
 
Eunice, która zdążyła już przywyknąć do życia w wielkim mieście, nie chciała wracać do Tryon. Ale żeby się utrzymać, musiała znaleźć pracę. Najpierw pracowała jako akompaniatorka przy lekcjach śpiewu dla białych dzieci. Ale wynagrodzenie w wysokości 50 dolarów miesięcznie było tak niskie, że ledwo wystarczało na podstawowe potrzeby. Dlatego kiedy znajoma zaproponowała Eunice wyjazd do Atlantic City, gdzie w licznych barach łatwo było o dobrze płatną pracę, nie zastanawiała się długo. W Midtown Bar&Grill miała grać klientom "do kotleta", ale tygodniowo zarabiała niemal dwukrotność wcześniejszej miesięcznej pensji. Przychodzący tam ludzie nie chcieli jednak słuchać klasycznych utworów. Szef w obliczu ich skarg zagroził Eunice, że albo zmieni repertuar na lżejszy i zacznie śpiewać, albo on znajdzie kogo innego na jej miejsce. Wobec widma utraty źródła utrzymania pianistka zgodziła się. Tyle że jej matka muzykę dzieliła na "boską" i "szatańską". W definicji tej drugiej kategorii mieściło się wszystko, co nie było kościelnymi hymnami czy klasyką. Dlatego początkująca gwiazda, nie chcąc ryzykować gniewu rodzicielki, musiała występować pod pseudonimem. Jej ówczesny chłopak, Chico, z pochodzenia Meksykanin, nazywał ją "nina" [hiszp. dziewczynka, malutka - przyp. aut.]. Simone zaś wzięło się od francuskiej aktorki Simone Signoret, którą Eunice podziwiała, odkąd po raz pierwszy zobaczyła ją na kinowym ekranie.  

Tak w 1954 roku narodziła się Nina Simone. Jej nowatorskie podejście łączące jazz, bluesa i folk z elementami muzyki klasycznej szybko zostało zauważone, a kariera młodej artystki zaczęła nabierać rozpędu. Jej występy przestały być już tylko dodatkiem do steka dla odwiedzających bar pijanych mężczyzn. Teraz to dla niej przychodzili tam studenci, bitnicy, fani jej muzyki. 
 
Czarna muzyka klasyczna 
 
Pierwszy singiel Niny Simone - utwór "I loves you, Porgy" z opery George'a Gershwina "Porgy and Bess" - okazał się sukcesem. Piosenka wskoczyła do Top 20 listy przebojów Billboard, a krytycy z "Down Beat", "Variety" i "New York Times" chwalili jej talent. Młoda kobieta nie próżnowała i w zaledwie 24 godziny nagrała swój debiutancki album "Little Girl Blue". Chociaż początkującej artystce kwota 3 tysięcy dolarów, którą miała zarobić na albumie, wydawała się niebotyczna, w późniejszych latach dotarło do niej, że dała się oszukać. Szacuje się, że w ciągu następnych pięćdziesięciu lat straciła na kontrakcie milion dolarów. To właśnie z tego albumu pochodzi jeden z największych hitów Simone - "My baby just cares for me".  
 
Nina za namową agenta przeniosła się do Nowego Jorku. W wielkim mieście doskwierała jej jednak samotność, więc kiedy aspirujący malarz, bitnik Don Ross oświadczył się jej, zgodziła się bez wahania. Para wzięła ślub, a Nina zaczęła koncertować w artystycznej dzielnicy Greenwich Village, w klubach, gdzie śpiewał m.in. Bob Dylan. Kiedy jednak recenzenci nazywali wykonywaną przez nią muzykę jazzem, oburzała się. Uważała, że to termin, który biali wymyślili, żeby nazwać muzykę czarnych. Wolała określenie "czarna muzyka klasyczna".  
 
Niezależnie od terminologii twórczość Niny zdobywała uznanie coraz szerszej publiczności. W 1959 roku wystąpiła w słynnym nowojorskim teatrze The Town Hall, potem były koncerty w znanym klubie Village Gate i prestiżowej sali koncertowej Carnegie Hall. Na widowni zasiadały takie znakomitości jak Frank Sinatra czy Lauren Bacall. A Nina, w tradycyjnym stroju, etnicznej biżuterii i fryzurze afro lub turbanie, wyglądająca jak afrykańska królowa, szturmem zdobyła serca wszystkich. 

Nina Simone (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)
Nina Simone (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)

Również serce Niny nie znosiło pustki. Ale po tym, jak po zaledwie kilku miesiącach rozwiodła się z wiecznie pijanym mężem bitnikiem, chciała mężczyzny, na którym mogłaby polegać. Kiedy na horyzoncie pojawił się Andy Stroud, walczący z gangami policyjny detektyw, wydawał się być idealnym kandydatem na odpowiedzialnego męża, w którym Nina znajdzie podporę. Istotnie, Andy był bardzo opiekuńczy, tyle że chwilami aż za bardzo. Był bowiem chorobliwie wręcz zazdrosny. Po latach Nina wspominała w autobiografii, że bronił ją przed wszystkimi, poza sobą samym. 
 
Stroud często zaglądał do kieliszka, co potęgowało jego obsesję i agresję. Kiedy fan wręczył Ninie bilecik, a ona schowała go do kieszeni, Andy dotkliwie pobił narzeczoną. Był wówczas tak pijany, że kilka dni później nawet tego nie pamiętał i zaskoczony zapytał posiniaczoną Simone, kto jej to zrobił. Dowiedziawszy się, że to on, kajał się tak długo, aż uzyskał przebaczenie.  
 
Cztery miesiące później, w 1961 roku Nina i Andy pobrali się. Stroud został nie tylko jej mężem, ale też menedżerem, a wkrótce również ojcem ich córeczki, Lisy Celeste. Andy był zazdrosny nawet o nią - zabronił Ninie karmić niemowlę piersią. W późniejszych latach dziewczynka wielokrotnie była świadkiem przemocy, jakiej ojciec dopuszczał się wobec jej matki. Choć zarobki Niny pozwoliły na zakup pięknego domu, życie rodziny było dalekie od sielanki. Problemem był nie tylko wybuchowy temperament Andy'ego i jego skłonność do przemocy, ale też to, co działo się poza domem. Bo o ile dom państwa Stroudów był polem bitwy, o tyle prawdziwa wojna toczyła się na ulicach amerykańskich miast. 

Kapłanka Soulu na barykadach 
 
Nina Simone w wywiadach podkreślała, że najważniejszym zadaniem artysty jest odbicie rzeczywistości za pomocą sztuki. Dlatego gdy w latach 60. w Stanach Zjednoczonych rozpoczynała się rasowa rewolucja, artystka aktywnie brała w niej udział. 
 
Kiedy w 1963 roku Medgar Evers, aktywista na rzecz praw Afroamerykanów, został zamordowany na progu swojego domu, a zaraz potem cztery czarnoskóre dziewczynki zginęły w zamachu bombowym w kościele w Birmingham, Nina wpadła w szał. W pierwszym odruchu chciała samodzielnie skonstruować broń, wyjść na ulicę i kogoś zabić. Porywczy na co dzień mąż ten jeden raz wykazał się zdrowym rozsądkiem i powstrzymał żonę. Tłumaczył jej, że muzyka też może być bronią. Miał rację.  
 
Utwór "Mississippi Goddam", który Nina napisała w jeden wieczór i zaśpiewała na stadionie piłkarskim dla ponad 40 tysięcy zgromadzonych, uświadomił jej, że za pomocą protest songów może wpłynąć na ludzi. Zaczęła pisać kolejne, nacechowane politycznie piosenki, występowała na zgromadzeniach i wiecach. Ale jej podejście do sprawy równouprawnienia czarnoskórych obywateli było bardzo dalekie od pokojowych propozycji Martina Luthera Kinga. Simone ze sceny nawoływała fanów do walki wręcz, a nawet do zabijania przeciwników, o ile okaże się to konieczne. Miała własną wizję rewolucji, czuła się częścią ruchu obywatelskiego, czuła się potrzebna. W ramach kontraktu z holenderską wytwórnią Phillips Records nagrała też kolejne, wpisujące się w nurt muzyki zaangażowanej hity, takie jak "Sinnerman", "I Put a Spell on You", "Please Don't Let Me Be Misunderstood". Została nazwana przez branżowe media "Najwyższą Kapłanką Soulu".  

Nina Simone (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)
Nina Simone (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)

Nina na fali sukcesu wyruszyła na podbój Europy, która przyjęła ją z otwartymi ramionami. W paryskiej Olympii nagrodzono ją owacją na stojąco, tłumy fanów błagały o autografy. Niestety, w tym samym czasie zaczęła się odzywać mroczna strona osobowości piosenkarki. Simone była agresywna, zaczepna, ze sceny klęła jak szewc, pomiatała organizatorami i technikami. Nie pomagał fakt, że sporo piła. Znów zaczęła kłócić się z mężem, dochodziło do karczemnych awantur i rękoczynów. Zarzewiem konfliktu był teraz fakt, że Nina czuła się przez męża wyzyskiwana, uważała, że traktuje ją jak maszynkę do zarabiania pieniędzy.  
 
Tymczasem w USA większość przyjaciół Simone miała problemy z prawem, m.in.  z powodu udziału w ulicznych zamieszkach, część została zmuszona do emigracji, a nią samą zaczęło się interesować FBI. Stacje radiowe nie chciały grać jej protest songów. Wszystko to sprawiło, że po jednej z awantur z mężem Nina zostawiła obrączkę na stole i wyjechała na Barbados. Po powrocie do USA czekały na nią papiery rozwodowe i pismo z urzędu skarbowego, który domagał się uregulowania zaległych podatków. Piosenkarka nie płaciła ich w ramach protestu przeciw wojnie w Wietnamie i brakowi równości rasowej. 
 
Tymczasem ruch obywatelski umarł, dawni przyjaciele wyjechali, a kolejne albumy Simone nie sprzedawały się dobrze. Nina zaczęła cierpieć na stany depresyjne, które leczyła hurtowymi ilościami alkoholu. Wszystko wskazywało na to, że kariera Kapłanki Soulu zabrnęła w ślepą uliczkę. 

Nina Simone podczas koncertu w 1969 roku (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)
Nina Simone podczas koncertu w 1969 roku (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)

Ucieczka 
 
Nina czuła się rozczarowana Ameryką. Uważała, że ojczyzna nie ma jej już nic do zaoferowania, więc znów wyjechała. Tym razem do Liberii. W państwie założonym przez wyzwolonych niewolników znów była traktowana jak królowa. Lokalni mieszkańcy chętnie udzielali jej gościny, karmili i poili winem palmowym. Na szczęście dla Simone, bo jej finanse były w opłakanym stanie. Mimo braku pieniędzy piosenkarka ściągnęła po jakimś czasie do Liberii swoją córkę Lisę, ale relacje z nastolatką, delikatnie mówiąc, nie wyglądały najlepiej. Nina po okresie depresji zaczęła miewać napady szału, podczas których urządzała córce awantury o najmniejsze przewinienie. Wyzywała ją i okładała pięściami. A potem w poczuciu winy upijała się na umór i tańczyła nago w klubach. Lisa, widząc matkę w takim stanie, cierpiała tak bardzo, że zaczęła mieć myśli samobójcze. W końcu nie wytrzymała i wróciła do ojca. A Nina, bez grosza, postanowiła reaktywować swoją karierę. Nie chciała jednak wracać do USA i za namową przyjaciół postawiła na Szwajcarię, gdzie wystąpiła na Montreux Jazz Festival. Ale choć jej występ przyciągnął sporą publiczność, jego przebieg - ciągłe przerwy, żeby zmienić mikrofon czy rzucić agresywny komentarz w stronę widowni - sprawił, że okazał się fiaskiem. 
 
Pokonana Nina, praktycznie bez grosza, wyjechała do Paryża. Ale miasto, w którym niegdyś była gwiazdą, zdążyło już o niej zapomnieć. Ci, którzy pamiętali wielką Kapłankę Soulu, nie wierzyli, że występuje w podrzędnym klubie, w którym dostawała ułamek tego, co w czasach swojej świetności.  
 
Zarabiała tak mało,że stać ją było zaledwie na wynajem obskurnego, niewielkiego mieszkanka. Nina zrobiła z niego prawdziwą pijacką melinę, pełną pustych butelek i śmieci. Kiedy odwiedził ją jeden ze znajomych, przeraził się. Podzielił się tym, co zobaczył, z innymi, dawnymi przyjaciółmi Simone, i wspólnie zdecydowali, że trzeba ją stamtąd zabrać. Wywieźli Ninę do Holandii - tamtejszy lekarz znalazł przyczynę jej epizodów depresyjnych przeplatanych napadami szału. Diagnoza brzmiała: choroba afektywna dwubiegunowa. Pod wpływem przepisanych leków Nina zaczęła wracać do zdrowia. Po pewnym czasie doszła do siebie na tyle, że była gotowa, aby wrócić na scenę. 


 
Królowa powraca 
 
Do triumfalnego powrotu Niny Simone przyczyniła się piosenka z jej pierwszego albumu. Kawałek "My baby just cares for me" został wykorzystany w reklamie perfum Chanel No.5 i natychmiast stał się hitem, trafił do ścisłej czołówki list przebojów. Nina znów występowała, napisała autobiografię, zapraszano ją do telewizji, gdzie chętnie udzielała wywiadów. Dawni fani odkrywali jej twórczość na nowo, młodzi dopiero ją poznawali. W 1998 roku śpiewała na 80. urodzinach Nelsona Mandeli.
 
Sukces nie był jednak pełny. Simone po rozwodzie z Andym już nigdy nie wyszła za mąż i czuła się samotna. W dodatku pomnej jej ataków szału córce długo zajęło, zanim potrafiła znów zaufać matce i pozwolić jej na kontakt z wnukiem. Na domiar złego leki, które Nina musiała codziennie brać, miały skutek uboczny - zaburzały motorykę, sprawiały, że u artystki pojawiły się problemy z chodzeniem, coraz mniej wyraźnie mówiła. W obawie przed problemami z grą na pianinie i śpiewem piosenkarka zaczęła je coraz mniej regularnie przyjmować.  
 
Powróciły napady szału. Próby stawały się koszmarem. Nina wrzeszczała na wszystkich, miotała się z wściekłości. W poszukiwaniu ukojenia przeniosła się na południe Francji, ale nie udało jej się zostawić demonów za sobą. Pewnego wieczoru głośno imprezujący na basenie sąsiedzi wyprowadzili ją z równowagi tak bardzo, że pijana strzelała do nich z wiatrówki. Raniła wtedy 15-letniego chłopca. Epizod skutkował wyrokiem skazującym piosenkarkę na osiem miesięcy w zawieszeniu. 

Ostatnie lata życia Nina spędziła samotnie w malowniczo położonym domku w prowansalskiej miejscowości Carry-le-Rouet. Piosenkarka cierpiała na raka piersi, a za jedyne towarzystwo miała osobistego asystenta, Cliftona Hendersona. Ten całkowicie wyizolował artystkę od reszty świata. Kiedy Simone odwiedzali znajomi, oszukiwał ich, że nie ma jej w domu. Ninie zaś wmawiał, że wszyscy ją porzucili.  
 
Kapłanka Soulu zmarła samotnie, we śnie, 21 kwietnia 2003 roku. Po burzliwym życiu spotkał ją spokojny koniec. Jej piosenki oparły się próbie czasu. Były wielokrotnie wykorzystywane w filmach, m.in. w "Ukrytych pragnieniach" Bernarda Bertolucciego czy "Rewersie" Borysa Lankosza.  

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Natalia Jeziorek. Absolwentka Wydziału Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UJ i Wydziału Form Przemysłowych ASP. Na florenckiej Polimodzie studiowała fashion marketing i organizację eventów. Obecnie współpracuje z magazynem "K MAG", portalami Sezon, Pride i Enter the Room.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (30)
Zaloguj się
  • mgrzemow

    Oceniono 25 razy 23

    Jest takie nagranie Niny Simone, gdzie na koncercie wysiadło jej nagłośnienie. Cóż - śpiewała po prostu głośniej. Wielki szacunek.

  • dk2017

    Oceniono 16 razy 16

    Te wszystkie rasistowskie komentarze powinny zostać usunięte. Tylko Polacy byli najwięksi i najwięcej cierpieli, ludzie puknijcie się w czoło. Najpierw poczytajcie o rasiźmie, douczcie się a potem komentujcie.
    Wspaniała artystka soulowa. W jak złych czasach przyszło jej żyć.
    Świetny artykuł

  • twzelnik

    Oceniono 15 razy 9

    Fajnie śpiewała, ale poza tym była autodestrukcyjna i agresywna.
    Można cenić artystę za jego dokonania artystyczne i nie cenić człowieka, który jest tym artystą.

  • p.bronski

    Oceniono 4 razy 2

    Super tekst! rewelacyjnie się czytało. Więcej takich

  • romek-z

    Oceniono 2 razy 0

    Dla Pani redaktor: przesadza Pani z używaniem zwrotu "hurtowe ilości alkoholu". Dziś to już drugi Pani artykuł z tym zwrotem.

  • asd-61

    Oceniono 1 raz -1

    Ja bym jeszcze coś napisał o jej "Ain't Got No, I Got Life".

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX