Milwaukee Avenue w Chicago

Milwaukee Avenue w Chicago (fot. Shutterstock)

reportaż

Co leci do Polski w paczkach z USA? "Pakuję słodycze i kawę, bo przecież oni tam na to wszystko czekają"

Wysyłka jest rytuałem. Nie wysyła się od wielkiego dzwonu. Wysyła się regularnie. Chicagowski Polak w domu ma karton, do którego systematycznie pakuje wszystko, co przyjdzie mu do głowy. Gdy karton wypełnia się do magicznych siedemdziesięciu funtów, pudło jest zamykane i trafia do Polameru. O zwyczajach chicagowskiej Polonii opowiada Dorota Malesa w książce "Ameryka.pl".

Kłodra pałnda*

Klientka myląca Magdalenę Zawadzką z tajemniczą Barbarą najnowszy numer "Pani Domu" starannie wygrzebała spośród ciasno ułożonych w pięć rzędów periodyków. Żeby było trudniej - przywalonych jeszcze kartonem pełnym delicji szampańskich. Wybierając "Panią Domu", odrzuciła i magazyn "Kobra", i "Poradnik Domowy", i "Cienie i Blaski", i "Krzyżówki z Koroną", i kilkadziesiąt innych gazet. Klient musi mieć do dyspozycji wszystko, co tylko mu się w głowie umyśli. W tym polonijnym sklepiku na gazety w zasadzie nigdy nie ma promocji - i tak zejdą, bez względu na wszystko.

Upust jest na to, czym można lekturę zagryzać. Dziś na stojące tuż przy ladzie śliwki nałęczowskie. Trzy sztuki za zaledwie dolara. Dobry deal, smart shopping, nazywajcie to sobie, jak chcecie. Tu i tak po angielsku mówić nie wypada. Tu jest Polska. Choć nie do końca.  Ja dziś bowiem nie po gazety i nie po śliwki, lecz - jak Pani Ondulacja - po wędlinę, więc gdy przychodzi moja kolej, nieśmiało zaczynam: 
- To ja bym może tej szyneczki poprosiła. 
- A ile? 
- No. tak z piętnaście deko. 
- Czyli ile? 
- Nooo. piętnaście deko to piętnaście deko. 
- Bez sensu. Nic nie rozumiem. Kłodrę mogę ukroić. 
- A ile to kłodra? 
- Kłodra to kłodra! - ekspedientka traci do mnie cierpliwość, bo wykładam się na elementarnej wiedzy. 
- To poproszę. 

Dopiero w domu do mnie dociera, że w świecie polonijnych delikatesów zachowałam się jak ostatnia ignorantka. Widać, że ja nie stąd. Kłodra to kłodra. Kłodra pałnda. Quarter pound of ham. Ćwierć funta szynki. I już. 

Polskie sklepy w Chicago (fot. Kamil Krzaczyński / AG)
Polskie sklepy w Chicago (fot. Kamil Krzaczyński / AG)

Trzydzieści jeden kilogramów i siedemdziesiąt pięć gramów

Pani Wiesia Bochenek wychodzi na Milwaukee Avenue i bez wstępu mówi: -Ooooo taaakieee! Taaakie kolejki tu kiedyś były, proszę pani! Ludzie stali i czekali. Jak na Marszałkowskiej, choć ja jestem z Łodzi, więc wolę mówić, że jak na Piotrkowskiej. W 2017 roku kolejki już się tu nie uświadczy, ale akurat teraz w zarządzanym przez panią Wiesię Polamerze ruch jest dość spory. 

Polamer to największa polonijna firma wysyłkowa z centralą w Chicago. Środa to dzień seniora. Każdy powyżej sześćdziesiątki może wysyłać paczki taniej, więc ludzie korzystają. Do przypominającego pocztę biura pierwsza klientka przychodzi chwilę po dziewiątej, czyli tuż po otwarciu. Emerytka. Jej głos przebija się przez dźwięki płynące z telewizora - wzniosłe śpiewy Czerwonych maków na Monte Cassino, bo lokalna telewizja Polvision retransmituje właśnie uroczystości ku czci generała Andersa. Kobieta tacha za sobą dwa gigantyczne, wypełnione po brzegi kartony. Te pakunki to prawie większe od niej, a ona przecież jeszcze schodziła z nimi wcześniej z drugiego piętra chicagowskiej kamienicy. Teraz trafią do Kraśnika pod Lublinem. Wcześniej na centralne miejsce polamerowskiego biura: na sięgającą nieco powyżej kolan, pomalowaną na szaroniebiesko ladę, na której ustawiono wielką elektroniczną wagę do ważenia  paczek. 

- Boże, jaka pani silna, że to wszystko podnosi! - zachwyca się seniorka, gdy stawiam pudła na wagę, bo do takiej pomocy się dziś zaoferowałam. Chociaż tyle mogę zrobić, kolejnego problemu już nie rozwiążę. - Nie da rady. Za ciężkie. Obie paczki o siedem funtów za ciężkie - wyrokuje małomówna i konkretna pani Ewa, która ma dziś zmianę przy wadze. Wie, że do Polski nie wyślą nic, co waży więcej niż siedemdziesiąt funtów, czyli dokładnie trzydzieści jeden kilogramów i siedemdziesiąt pięć gramów. Sześćdziesiąt dziewięć centów za funt - jak słyszymy w reklamie w Polvision, gdy retransmisja uroczystości się kończy. "To najniższa cena paczek w całym Chicago" - zachwala lektor, ale sytuacji naszej klientki wcale to nie poprawia. 
- Matko Boska, jak to za ciężkie?! W domu na wadze przecież ważyłam i dobrze było! Po siedemdziesiąt funtów każda. Nie ma mowy, że za ciężkie! 
- Pani wchodzi, to sprawdzimy. 

fot. Kamil Krzaczyński / AG
fot. Kamil Krzaczyński / AG

I zaczynają się prawdziwe chicagowskie czary. W pierwszej chwili naiwnie myślę, że pani Ewa zaprasza po prostu klientkę do siebie za ladę. Błąd. Nie mija sekunda, a zmęczona seniorka z Kraśnika nagle objawia swoje supermoce: zdejmuje buty, podciąga spódnicę nad kolana, dziarskim ruchem wskakuje na ladę i gołymi stopami staje na wadze. 
- Ile pani waży na tej swojej domowej wadze? 
- Równiutko sto pięćdziesiąt dziewięć funtów, pani Ewo! 
- No to widzi pani, wszystko się zgadza - wyjaśnia spokojnie pani Ewa, jakby taki eksperyment przeprowadzała co najmniej kilka razy dziennie, i to z zamkniętymi oczami. 
- Pani waga domowa zepsuta. Nie doszacowuje. O siedem funtów. Proszę spojrzeć. 

Z nagimi faktami nie ma co dyskutować, nie ma też co sugerować, że może to jednak waga w placówce jest trefna. Czego jak czego, ale uczciwości pań z Polameru nigdy nie należy podawać w wątpliwość. One wszystkie tu jak rodzina. Trzeba dokupić nowe kartony i przepakować wysyłki. Do nowego pudła trafiają więc głównie ubrania, starannie otulane przez seniorkę workami na śmieci, żeby przypadkiem nic się na nie w czasie podróży nie wylało. W dwóch pozostałych pakunkach zostają ręczniki i pościele. W Polsce odbierze je rodzina, a gdy już wszystko zostanie wysłane, w ślad za paczkami podąży też sama klientka wraz z mężem. Po latach. Już na stałe. W Ameryce zostawią dywany, meble, krzesła. Ukochane, wyeksploatowane, zapisane we wspomnieniach, ale zbyt ciężkie, by był sens Polamerem wysyłać. Siedemnaście lat emigracji posortowane według etykiet "Polamer" albo "Śmietnik".

Gdy to wszystko kupowała, nie planowała powrotu. Ale mąż zachorował na raka wątroby. Zdecydował, że chce umrzeć w Polsce. Lot powrotny mają 4 lipca. 
- Fajerwerki po raz ostatni będę oglądać z samolotu. 

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Kiełbasa na Milłokach

Witryna kusi: "Świeży tatar * Sałatki * Wyrobów garmażeryjnych * Polskie soki * Drzemy i powidła". Pisownią i składnią nikt się nie przejmuje, bo to przecież nie uniwersytet, tylko Kurowski Sausage Shop przy 2976 N Milwaukee Avenue. Jeden z ostatnich biznesów garmażeryjnych na chicagowskich Milłokach 1 [potoczna nazwa polskiej dzielnicy w Chicago, pochodzi od głównej arterii dzielnicy - Milwaukee Avenue - przyp.red.] , czyli w sercu Polish Village. Dlatego tak cenny dla wszystkich, którzy tęsknotę za Polską leczą przez żołądek. 

- Trzydzieści lat temu to było zupełnie inne miasto! Mała Polska na Milłokach. Restauracja na restauracji. A dziś tu zostaliśmy tylko my, drugie deli Alex i jeszcze Bristol. A z restauracji tylko Czerwone Jabłuszko i Staropolska - wylicza mi zza stoiska mięsnego pani Jagoda, której tradycyjny sklepowy uniform - czarny fartuch z czarnym daszkiem - nie psuje przemyślanej stylizacji. Natapirowane włosy, długie srebrne kolczyki, korale, a na twarzy okulary przeciwsłoneczne w biało-czarną kratkę na bokach, noszone nawet we wnętrzu. Czysta awangarda. W Polsce była nauczycielką matematyki. 
- Wszystko pani opowiemy, ale może najpierw serniczka z galaretką ukroję, co? Lubi pani? Lubi? - dopytuje jowialnie pani Mariola z oberżyną na włosach. Wygląda na taką, co zawsze jest wesoła i podekscytowana, ale dziś to szczególnie, bo do Chicago przyjechał ksiądz z Gorlic. A pani Mariola też z Gorlic i nawet trzydzieści lat temu była na tego księdza prymicjach. Trzeba dziś to uczcić! 
- Czego się pani do tego serniczka napije? Jaka kawka? Rozpuszczalna czy sypana? Zwykły Jacobs czy może nasza polska Sahara? Do tego mleko lub śmietanka! I może jeszcze kiełbaski ukroję, tylko pani powie której, bo mamy dosłownie wszystko! 

fot. Kamil Krzaczyński / AG
fot. Kamil Krzaczyński / AG

Tego ostatniego pani Mariola mówić nie musi, sama widzę, że asortyment jest imponujący. Salceson z drobiu, ozorkowy ciemny, wiejski, domowy lub ostry. Indyk wędzony lub gotowany. Polędwica cygańska lub z wieprza. Kiełbasa wiejska, weselna, swojska, rzeszowska, żywiecka, bigosowa, krakowska, myśliwska, śląska, jałowcowa, BBQ lub tarnowska. Kurczak rosołowy lub kura amish.  
- Kura amish?! - pytam zaskoczona, bo jakoś do całej tej litanii w ogóle nie pasuje. 
- To taka organiczna, bardziej zdrowotna - tłumaczy pani Mariola. 
- To amisze produkują, taka sekta - dorzuca pani Jagoda.

Mikrofalówki, cytrusy i maszynki do strzyżenia owiec

- A pani? Od jak dawna w Stanach? - zagaduję w Polamerze kolejną klientkę, dystyngowaną kobietę w spodniach w kant. 
- Od tak dawna, że aż wstyd się przyznać - słyszę w odpowiedzi. Kobieta czule tuli w objęciach ramę obrazu. W przeciwieństwie do swojej poprzedniczki ślącej paczki do Kraśnika kompletnie się nie przygotowała - rama w ogóle niezabezpieczona przed podróżą. - Nie wiedziałam jak, a pani Zosia zawsze zaradzi - tłumaczy bez cienia zakłopotania. Spoglądam za ladę i wiem, że klientka ma rację. Pracująca dziś w duecie z panią Ewą pani Zofia zaradzi z pewnością. 

Za panią Zofią - wysoką, bardzo szczupłą elegancką kobietą w stalowym garniturze, fuksjowej koszuli i z okularami na łańcuszku - gromadzą się bowiem całe połacie, oceany folii bąbelkowej. Obok folii - papierowe ręczniki, papier toaletowy, batony Kit Kat w wielkich amerykańskich paczkach, kakao Nesquik, rodzynki, żurawina, migdały w czekoladzie i herbata Lipton. Wszystko, co Polacy mogą chcieć dopakować do paczek do ojczyzny na ostatnią chwilę. W ramach spontanicznego zakupu - zupełnie jak przy stoiskach kasowych w centrach handlowych, gdzie zawsze coś jeszcze dorzuci się do koszyka. Obraz, którego rama właśnie przygotowywana jest do wysyłki, dotarł do Polski już wcześniej. Zwykły, prosty. Martwa natura z kwiatami. W Chicago nie miał kogo cieszyć - przez ponad dekadę stał za zasłoną. Może nad Wisłą kwiatuszkom będzie lepiej. 

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Z kolei klientka z Małopolski fatyguje się dziś do Polameru głównie po to, by wysłać do Polski toporek strażacki. Taki malutki, ale ładny, wnuki się ucieszą. Chciałaby jeszcze dosłać akumulator do samochodu, ale nie wolno, bo to kwas. Zakazów trzeba przestrzegać. 

- Co najdziwniejszego ludzie wkładają do paczek? Surowe mięso. Dlatego trzeba ich upominać - mówi pani Zosia, wskazując na ścianę biura. Na ścianie napis: "Zgodnie z zarządzeniem Ministerstwa Zdrowia, NIE WOLNO wysyłać w paczkach świeżego mięsa". 

Słane z Polameru od ponad czterech dekad paczki są jak gigantyczne jajka niespodzianki. Teraz, gdy w Polsce kapitalizm i niczego nie brakuje, nadziewane nie tyle wedle potrzeb, co głównie wedle własnej fantazji. 
- Dzieci mi ciągle mówią: "Co ty tyle dla nas pakujesz?". Ale mnie się po prostu tak wszystko układa - opowiada mi pani od toporka. 

Janusz Kopeć, pracujący w Polamerze od 1984, po godzinach pisze wiersze o Chicago i Podkarpaciu. Jednak to zawartość polonijnych paczek może być dla niego prawdziwą poezją. - Kiedyś to do pierwszej czy trzeciej w nocy te paczki przyjmowaliśmy. Nie było rzeczy, której ludzie by stąd nie wysyłali. Auta, kuchenki mikrofalowe, urządzenia do robienia lodów, cytrusy i maszynki do strzyżenia owiec.  

Za panią od toporka czeka w kolejce siwy wąsaty pan. Do Polski nadaje leki, drewnianą figurkę Matki Boskiej, dwie płyty CD. I stetoskop. Za panem w sandałach - trzydziestolatka. Niecodzienny widok, bo młodych tu niewielu. Jeśli przychodzą, to głównie w imieniu rodziców. Dziewczyna kładzie na ladę kije golfowe. Pani Ewa pyta: 
- Pani jest morska czy lotnicza? Przesyłka morska idzie do Polski około sześciu tygodni. Lotnicza - niecały tydzień. Paczki na statek układa się po lewej stronie, lotnicze - po prawej. Gdy wybija południe, na podłodze przy magazynie stoi już dwadzieścia pudeł. Pani Zosia i pani Ewa mówią, że to mało. 

fot. Kamil Krzaczyński / AG
fot. Kamil Krzaczyński / AG

Tu przyjeżdża się dwa razy

- Najgrubsza afera to się tu zrobiła, jak w lutym wprowadzili w Illinois nowe prawo, że za siatki w sklepie trzeba płacić po siedem centów - opowiada mi dziewczyna, która dziś od świtu ma u Kurowskiego dyżur przy kasie. - Matko święta, co tu się działo! Pytam klientkę, czy zapakować, a ona mówi, że tak. To ja mówię, że poproszę siedem centów, a ona wtedy, żeby jednak nie pakować. To ja rozpakowuję, a ona wtedy się orientuje, że przecież nie ma innej siatki, a pod pachą zakupów na cały tydzień nie uniesie. Więc jednak daje te siedem centów, ja wtedy pakuję to, co chwilę wcześniej wypakowałam, a kolejka w tym czasie się robi już po horyzont. 

Zaczynam się zastanawiać, czy taka batalia o głupie siedem centów może mieć swoje korzenie w tym, że rzeczywiście kiedyś nam tu, w tym Chicago, tak strasznie ciężko było. I że choć dziś stać nas i na ogórki od Krakusa, i na twaróg Piątnica, i na krówkę Milanowską, to dla naszych przodków byłyby to prawdziwe rarytasy.  

Zanim zdążę o to kogokolwiek zapytać, moje rozmyślania przerywa miły starszy pan który zagląda mi do zeszytu z notatkami, wykrzykując: "No, pani to tu chyba stoi i jakieś donosy pisze, młoda panno, co?". Pan Władysław z warszawskiego Bródna, który do Ameryki przyjechał po studiach na SGPiS [Szkoła Główna Planowania i Statystyki w Warszawie, dziś: Szkoła Główna Handlowa - przyp.red.], do moich "donosów" chce dopisać jeszcze jedną prawdę. - Proszę zapisać tak: do Ameryki przyjeżdża się dwa razy, pierwszy raz po rozum, drugi raz po pieniądze. Za pierwszym razem uczysz się, jak ta Ameryka funkcjonuje, i zdajesz sobie sprawę, jak inny to jest świat. Za drugim - wiesz już, jak ten świat okiełznać. Zaczynasz zarabiać. 

Polska parada w Chicago (fot. Shutterstock)
Polska parada w Chicago (fot. Shutterstock)

Sam tak właśnie zrobił. Najpierw w 1967 roku, gdy przypłynął tu na Batorym. Potem w 1980, gdy przyjechał już na stałe. W Ameryce pracował jako poligraf, od piętnastu lat jest na emeryturze. Na użytek własny i rodziny ma dwa domy: na Logan Square w Chicago i za miastem, nad jeziorem. Na użytek biznesowy - kilka mieszkań na wynajem. 

Odprowadzając pana Władysława do wyjścia, przystaję przy automacie ze zdrapkami, tuż obok starowinki w białej chustce na głowie. Dobrze, że na zdrapkach duże znaki, inaczej nie wiedziałaby, czy wygrała. A wygrała. Dwa dolary. 
- To chyba dobrze, co? - zagaduję. 
- Wie pani, to jest tak, że raz się wygra, dwa razy się przegra. Kiedyś to i dwadzieścia dolarów wygrałam. Zawsze sobie obiecuję, że więcej nie kupię, ale co tu jestem, to kupuję. Są tu tacy, co kupują te zdrapki za trzydzieści dolarów, i wtedy jest większa wygrana, ale mnie na to nie stać. 
- A teraz za te dwa dolary to co pani sobie kupi? 
- Dwie nowe zdrapki. 
Myślę o tym, czy pani od zdrapek jest w Ameryce po raz pierwszy, czy drugi. 

Walizka zamiast kartonu 

Wysyłka jest rytuałem. Nie wysyła się od wielkiego dzwonu. Wysyła się regularnie. Chicagowski Polak w domu ma karton, do którego systematycznie pakuje wszystko, co przyjdzie mu do głowy. Gdy karton wypełnia się do magicznych siedemdziesięciu funtów, pudło jest zamykane i trafia do Polameru. Na jego miejsce ustawia się kolejne, by obrządek zapełniania rozpocząć od nowa. Jeśli chce się do kraju wysłać pieniądze, robi się to na dwa sposoby. Można tradycyjnie - przelewem zagranicznym przy okienku (które w praktyce jest po prostu zwykłym stoliczkiem) w Polamerze. Można awangardowo, lecz nie mniej popularnie - kupując pluszowego misia, delikatnie go rozpruwając, wkładając banknoty do środka i nadając w paczce z całą resztą innych bibelotów. 

Książka Doroty Malesy ukazała się nakładem wydawnictwa Znak literanova (mat. prasowe)
Książka Doroty Malesy ukazała się nakładem wydawnictwa Znak literanova (mat. prasowe)

- Jesteśmy narodem, który lubi dawać, ja u innych nacji tego nie zauważyłam - opowiada zarządzająca Polamerem na Milłokach pani Wiesia Bochenek.  
- Emigranci z Europy Wschodniej wysyłają i czekają, aż coś dotrze, zanim wyślą coś kolejnego. A my nie - my bez przerwy wysyłamy.  
Skrzętnie wypracowywane przez lata rytuały najlepiej ułatwiać sposobem. Dziś na przykład do wsi Miłakowo na Kujawach wyjadą z Polameru upominki wysyłane nie w kartonie, lecz w walizce na kółkach. 
- Karton trzeba wyrzucić, a walizka zawsze krewnym się przyda - wyjaśnia mi autorka pomysłu. - W podróż zabiorą albo mogą potem coś do niej włożyć i na strychu położyć.  
A dziarska pani Basia o aparycji zaradnej właścicielki małego biznesu to już tak często paczki do Stalowej Woli wysyła, że walizkami sobie głowy nie zawraca, tylko na cel rytuału stworzyła sobie własny wehikuł. Dumnym krokiem wchodzi właśnie do biura Polameru, ciągnąc za sobą coś na kształt mobilnej tratwy. Cztery deseczki zbite na planie prostokąta z przymocowanymi od spodu kółkami. 
- Sama sobie pani ten wózeczek zrobiła? 
- Sama, samiutka. Tu na erji [okolica (od ang. area) - przyp.red.] te deseczki leżały, to wzięłam i zmontowałam. Wszystkim się podoba. 
- A na wózeczku co pani wiezie? 
- A słodycze i kawę. 
- Ale w Polsce przecież są słodycze i jest kawa, to po co wysyłać? 
- Ale jak się w Polsce ma dzieci i wnuki, to jak nie wysyłać? Przecież oni tam na to wszystko czekają! 

*Fragmenty książki "Ameryka.pl" Doroty Malesy. Możecie ją kupić w Publio.pl >>>

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Dorota Malesa - dziennikarka telewizyjna i prasowa, scenarzystka. Pasjonatka historii i kultury USA. Autorka bloga "50 Shades of States". Publikowała w "Newsweeku", "Forbesie" i "National Geographic Traveller". Swoje reportaże telewizyjne realizowała na całym świecie, ale najbliższe jej sercu pozostają te z Ameryki. Nowy Jork i Chicago interesują ją na równi z Detroit po bankructwie czy amerykańską prowincją, a nowojorski Harlem intryguje nie mniej niż Waszyngton. Koloryt Polonii amerykańskiej po raz pierwszy zafascynował ją podczas wyjazdu do miejscowości Monticello (zwanej Małą Polską) w stanie Nowy Jork.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (296)
Zaloguj się
  • andywoo

    Oceniono 89 razy 55

    Wspaniałe potwierdzenie stanu umysłu ludzi oderwanych od realiów, omotanych tanim patriotyzmem i ślepo wierzącym propagandzie. To właśnie przez nich mamy rządy hołoty, to oni (Polonusi) i ich rodziny z Polski wschodniej głosowali za popłuczynami komuchów. Dobitnie widać jaka Polska będzie gdy ta sekta dalej będzie u steru. Zejdziemy na psy, zostaniemy sprowadzeni do poziomu chłopstwa z czworaków, skąd większość tej pseudo elity się wywodzi. Tym ludziom żyjącym z dala od kraju, ludziom nie placącym tu podatków (na swoich niepracujacych członków rodzin+) powinno się odebrać prawa wyborcze. Marny czeka nas los gdy tacy właśnie ludzie, nie mówiący po angielsku mimo wielu lat emigracji, odporni na wiedzę i bezrozumni będą decydować o naszych losach...

  • zdziwiony6

    Oceniono 53 razy 47

    Mieszkałem w USA kilka lat. Jedno dziecko mi się tam urodziło...

    To co autorka opisuje, to maleńka, dość dziwna część mieszkających tam Polaków. Oni wszyscy są podłączeni do internetu i wiedzą co się dzieje w na świecie. Podróżują regularnie do Polski. Dzieci ich rodzeństwa ich odwiedzają i to nie w celach zarobkowych. Oni zdają sobie sprawę z tego, że Polska nie jest teraz taka jak wtedy gdy wyjeżdżali 40 lat temu. I cieszą ich te zmiany.

    Poznałem w USA wielu Polaków. Są różni. Mądrzy i głupi. Tak jak w Polsce. Poznałem takich, którzy żyją skromnie ale też takich, którzy obracają milionami. Niewykształconych i profesorów uniwersytetów.

    Oni wiedzą, że paczek do Polski się teraz nie wysyła, bo "W Polsce teraz wszystko jest. Lepsze niż tutaj..."

  • drkoby

    Oceniono 32 razy 30

    Niestety w czasie mojego 2o letniego pobytu w USA zauwazylem, ze Ameryka zeszla na psy.
    Poziom zycia znacznie sie obnizyl.
    Wielkie korporacje zmonopolizowaly prawie wszystkie dziedziny.
    Zwykly czlowiek bez dobrze platnego zawodu teraz nie ma tu wcale duzo lepiej niz w Polsce.
    Polacy nie sa tu traktowani jako mniejszosc wiec musza konkurowac o dobre posady z WASP.
    W wielu firmach jest szklany sufit dla Polakow I na posady powyzej 300.000 rocznie bardzo trudno sie przebic.
    A przed smiercia szpitale, firmy farmaceutyczne oraz domy starcow obiora kazdego z ostatnich pieniedzy.

  • lodzermensz1

    Oceniono 43 razy 27

    I ci sympatyczni, poczciwi ludzie, głosują w wyborach, w polskim konsulacie, czy tam ambasadzie, na prawdziwie polską partię PiS. Bo w ich oczach to ma być skansen nad Wisłą. I już.

  • my_kroolik

    Oceniono 44 razy 24

    Przez tą burakownię mamy od 30 lat wizy do USA. Wioskowe typki, które nie zauważyły, że za 20 dolców, które kiedyś były małą fortuną, teraz nie można nawet zatankować samochodu.

  • aria.pura

    Oceniono 32 razy 22

    Widać, że w latach 80. poprzyjeżdżali do tego Szikagowa. A potem wściekli odbiorcy tych rupieci zastanawiają się, co mają zrobić z kolejnymi zwałami potrzebnych im jak wrzód na tyłku śmieci.

  • elzbietttta

    Oceniono 31 razy 17

    Moja sąsiadka przyjechała do Polski po 20 latach pobytu w skansenie polskim w USA i przecierała oczy ze zdziwienia. W głowie się jej nie mieściło, że każdy ma komórkę, komputer, że w każdym sklepie pełny wybór towaru, że po ulicach jeżdżą samochody, a ludzie nie mieszkają w szałasie. Dla niej świat się załamał, bo była przekonana, że złapała amerykańskiego boga za nogi, a okazało się, że klepie biedę i pakuje w paczki do Polski stare ciuchy (bo przecież oni tam w Polsce nie mają w czym chodzić).

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX