Na wyspę Jersey wiele Polaków emigrowało pod koniec lat 90. i na początku XXI wieku

Na wyspę Jersey wiele Polaków emigrowało pod koniec lat 90. i na początku XXI wieku (fot: Shuttestock.com)

wywiad Gazeta.pl

Tworzyli idealną rodzinę. Któregoś dnia, po rodzinnym grillu, Damian wziął nóż i zadźgał żonę, dzieci, teścia

Rajska wyspa. Na pierwszy rzut oka - idealne miejsce do życia. Co jednak sprawiło, że żyjący na Jersey wraz z rodziną Damian Rzeszowski pewnego dnia postanowił zamordować wszystkich domowników, a na końcu zadać cios samemu sobie? Zagadkę okrutnej zbrodni postanowili rozwikłać Ewa Winnicka i Dionisios Sturis - autorzy książki "Głosy".

Damian Rzeszowski w 2011 r. zabił sześć osób, w tym swoją żonę, dzieci, teścia. Dlaczego postanowiliście zbadać sprawę zbrodni z wyspy Jersey?

Ewa Winnicka: Kiedy sąd w St. Helier decydował o losie Damiana, pracowałam nad książką "Angole". Jeździłam wtedy po Wielkiej Brytanii, rozmawiałam z Polakami, którzy tam wyjechali, i sprawdzałam, jak wygląda ich życie w kraju dość różnym od Polski, a pod wieloma względami wręcz egzotycznym.

Egzotycznym? Nie przesadza pani?

E.W.: Moim zdaniem nie. Sporo moich rozmówców już na londyńskim dworcu Victoria przeżywało prawdziwy szok na widok ludzi o wszystkich możliwych kolorach skóry. Chwilę potem docierało do nich, że będą się musieli przyzwyczaić do wielu zasad, na jakich funkcjonuje społeczeństwo brytyjskie. Dla całkiem sporej liczby osób, z którymi rozmawiałam, było to trudne i stresujące. "Jak to: Pakistańczyk z brytyjskim paszportem zarabia 30 procent więcej ode mnie?". Ci ludzie nie doceniali natomiast innego problemu. Tego, jak dojmująca może być samotność. Kiedy wyjeżdżasz, możesz wiele zyskać, ale coś bezpowrotnie tracisz.

I wtedy właśnie rozgrywała się sprawa Rzeszowskiego, a ja pomyślałam, że to ekstremalny przykład nieudanej emigracji. Niewytłumaczalny, potworny. Na pierwszy rzut oka wszystko w życiu tej rodziny grało.

Wyspa Jersey jest dependencją korony brytyjskiej (fot: Shutterstock.com)
Wyspa Jersey jest dependencją korony brytyjskiej (fot: Shutterstock.com)

Na pierwszy rzut oka. Tak jak na pierwszy rzut oka Jersey jest rajską wyspą, prawdopodobnie jednym z najbezpieczniejszych miejsc w całej Europie. Jej status jest jednak skomplikowany. Wyspa nie należy do Wielkiej Brytanii, jest wyłącznie od niej zależna. Nie należy też do Unii Europejskiej. Jersey prowadzi samodzielną politykę wewnętrzną, ma własny system prawny i podatkowy.

Dionisios Sturis: Wszystko wydaje się tam idealne. Jest przepięknie, bogato, ludzie żyją w harmonii, sąsiad ufa sąsiadowi. Wyspa ma jednak i swoją ciemną stronę, którą mieszkańcy nie lubią się chwalić. Dbałość o reputację Jersey jest tak duża, że nie chcąc jej nadwyrężyć, wiele problemów zamiata się pod dywan. A to powoduje, że nie są one rozwiązywane. To element tak zwanej "Jersey way".

Na przykład na farmach ziemniaczanych dochodzi do wyzysku taniej siły roboczej, między innymi Polaków. Praca po kilkanaście godzin dziennie, brak urlopów, warunki bytowe fatalne. "Gdy weszłam do tego baraku, zdębiałam. Piętrowe łóżka, wiadro na środku, szlauch do mycia. Było ich ośmiu w jednym pokoju" - opowiadała jedna z waszych bohaterek.

E.W.: To idealny przykład współczesnego niewolnictwa. Niestety, tak jak powiedziała Barbara Drozdowicz, szefowa największej organizacji pomagającej m.in. wykluczonym Polakom: pozwalamy na to.

D.S.: Mało tego. Jakby im, Polakom żyjącym w takich warunkach powiedzieć, że takie traktowanie to nielegalny wyzysk, zaprzeczyliby z całą mocą. Jeden z naszych bohaterów powiedział wprost, że on i reszta sami chcieli tyle pracować, bo wiedzieli, że przyjeżdżają tu tylko na kilka miesięcy w roku - żeby zarobić i wrócić do domu. Ale czasem ta chwila trwała kilka lat. Rozumiem, że można mieć ambicje finansowe, ale to, co się działo na tych farmach, było po prostu niedopuszczalne. Niekontrolowani przez władze farmerzy, sami będący częścią wąskiej miejscowej elity, stworzyli imigrantom koszmarne warunki pracy.

Co jeszcze na Jersey było zamiatane pod dywan?

D.S.: W 2008 roku wyszła na jaw sprawa molestowania i maltretowania dzieci w lokalnych sierocińcach, choć pogłoski na ten temat krążyły już od zakończenia II wojny światowej. Na Jersey chętnie zjeżdżali pedofile z Wielkiej Brytanii, w tym słynny Jimmy Savile [dziennikarz znany z licznych skandali na tle obyczajowym, w latach 1955-2009 dopuścił się 214 przestępstw seksualnych, w tym 34 gwałtów, głównie niepełnoletnich dziewczynek - przyp. red.], ponieważ wiedzieli, że będą na wyspie bezkarni. Nikt nie reagował, bo politycy byli zajęci tworzeniem raju podatkowego i dbaniem o renomę miejsca. Dopiero w 2018 roku utworzono na Jersey urząd rzecznika praw dziecka, a dzieci objęto prawdziwą systemową opieką.

E.W.: Z kolei sprawa Rzeszowskich rzuciła światło na problem przemocy domowej. Tylko w 2011 roku policja interweniowała na Jersey tysiąc razy w takich sprawach. Ofiar, które szukały pomocy, było w tym czasie aż trzy tysiące, w tym kilkaset dzieci. Ponad połowa morderstw na wyspie ma związek z przemocą domową. Dopiero teraz zaczyna się coś zmieniać - przedstawiciele organizacji Women's Refuge, która doraźnie wspiera ofiary przemocy domowej, gdzie trafiła również żona Rzeszowskiego, zaczęli współpracować m.in. z policją.

Przypomnę, że na wyspie mieszka 100 tys. osób.

D.S.: Mamy jednak wrażenie, że konieczne są dalsze reformy, a przynajmniej otwarta debata o warunkach życia imigrantów. Problemem jest na przykład zasada pięcioletniej rezydentury. Rezydentem na Jersey można zostać dopiero po pięciu latach stałego zamieszkiwania na wyspie. I dopiero ten status daje imigrantom prawa, które w Wielkiej Brytanii gwarantowane są od razu: możliwość swobodnego wyboru pracy i wynajęcia lepszego mieszkania, dostęp do opieki socjalnej, w tym do zasiłków, czy pełniejszą opiekę medyczną.

Mam wrażenie, że Polacy, przynajmniej ci, którzy pod koniec lat 90. i na początku XXI wieku wyjechali na Jersey, bo nadarzyła się taka okazja - na wyspie zabrakło taniej siły roboczej w takich sektorach usług jak gastronomia, rolnictwo i hotelarstwo, złagodzono więc przepisy zakazujące zatrudniania obcokrajowców z UE i Szwajcarii - nie zwracali jednak uwagi na to, jakie przysługują im prawa.

E.W.: I jeśli się nie weźmie pod uwagę tego prawa - może być kłopot. Jedna z moich rozmówczyń poznała chłopaka. Zamieszkali razem w wynajętym małym, niespecjalnie wyposażonym mieszkaniu. Kiedy urodziło im się dziecko, zapukał właściciel i powiedział, że nie ma pozwolenia, żeby w tym mieszkaniu mieszkała rodzina z dzieckiem. Musieli się natychmiast wynosić. Zanim znaleźli nowe mieszkanie - koczowali w hostelu. Z niemowlakiem. Potem płacili horrendalny czynsz. Po prostu: na Jersey nie działa nasza zasada "jakoś to będzie".

Rzeszowski pracował na budowie. To nie była zła praca. Mieszkał z rodziną w ładnym mieszkaniu, jego dzieci chodziły do miejscowej szkoły, a w soboty do szkółki polskiej. Sympatyczni ludzie. Nie wchodzili w konflikty z prawem. Mimo to doszło do niewyobrażalnej tragedii.

D.S.: Ani Damian, ani jego żona Izabela, nie pochodzili z zamożnych rodzin, a na Jersey rzeczywiście żyło im się lepiej niż w Polsce. Przez bliskich, sąsiadów byli postrzegani jako rodzina niemal idealna, modelowa. Pracowita, kochająca. Dlatego wszyscy byli w wielkim szoku, gdy doszło do zbrodni.

E.W.: Rzeszowski nie lubił być na Jersey. Nie traktował wyspy jako miejsca docelowego, planował powrót do Polski. Zwierzał się swojemu przyjacielowi, że praca za granicą to koszmar, a Polaków traktuje się jak śmieci. Ale pracował.

D.S.: Z kolei Izabeli na Jersey bardzo się podobało i nie cieszyła jej perspektywa powrotu do Polski. Damian podejrzewał, że żona go zdradza. Okazało się, że po jednej z awantur Iza poszła szukać pomocy do Women's Refuge. Ale wróciła do domu. Chciała zrobić na złość mężowi? Nie rozumiała, co do niej mówią pracownice? Wystraszyła się?

W 2008 roku wyszła na jaw sprawa molestowania i maltretowania dzieci w lokalnych sierocińcach na wyspie Jersey (fot: Shuttestock.com)
W 2008 roku wyszła na jaw sprawa molestowania i maltretowania dzieci w lokalnych sierocińcach na wyspie Jersey (fot: Shuttestock.com)

Skoro Iza zwróciła się po pomoc do organizacji, jak to się stało, że nikt nie interweniował w jej sprawie?

D.S.: Nie zachował się żaden ślad jej wizyty w organizacji, dyrektorka powiedziała nam, że celowo nie przechowują wrażliwych dokumentów. Jedna z dawnych pracowniczek ośrodka zaręcza jednak, że Iza Rzeszowska szukała w przytułku pomocy.

W książce przytaczacie treść rozprawy sądowej. Miałam wrażenie, że biegli sądowi nieraz wykazali się niekompetencją. Nie byli zgodni co do tego, co się właściwie stało. Jedni uważali, że Damian cierpiał na silną depresję, inni że na lekką, jedni twierdzili, że słyszał głosy, inni, że skłamał na ten temat.

D.S.: Nie powiedziałbym, że biegłym psychiatrom brakowało kompetencji. Wręcz przeciwnie - to uznani brytyjscy eksperci z dużym doświadczeniem. Mimo to prezentowali sprzeczne opinie. Każdy był przekonany o swojej racji i nie zamierzał ustępować. Słuchając nagrań z procesu, chwilami miałem wrażenie, że chodziło im przede wszystkim o obronę własnego stanowiska. Nawet gdy ich wyjściowe tezy były podważane, bronili ich za wszelką cenę.

Na potrzeby reportażu konsultowaliście się również z polskim psychiatrą, który zwrócił między innymi uwagę na to, że biegli w ogóle nie skupili się na przeszłości Rzeszowskiego, ale wyłącznie na jego stanie i zachowaniu już po zbrodni.

E.W.: Teoretycznie najlepsi prawnicy i psychiatrzy anglosascy nie wzięli pod uwagę wielu czynników, które mogły wpłynąć na zachowanie Damiana. Nie rozważali jego przeszłości, dzieciństwa, relacji z rodziną, stanu emocjonalnego ostatnich miesięcy.

Damian Rzeszowski ostatecznie został uznany za niepoczytalnego i winnego zabójstwa (manslaughter), nie morderstwa (murder). To pierwsze może być z zimną krwią. To drugie mogło wynikać z prowokacji. Za zabójstwo kara jest niższa. Chcieliście się z nim spotkać, gdy zaczynaliście pracę nad książką kilka lat temu. 

D.S.: Byliśmy prawie pewni, że Damian zechce rozmawiać. Nikt go w więzieniu nie odwiedzał, pomyśleliśmy, że musi się tam nudzić i takie spotkanie byłoby dla niego jakąś atrakcją. Przebrnęliśmy przez wszystkie procedury.

E.W.: Mimo wszystko pojechałam do Yorkshire, gdzie mieści się więzienie o zaostrzonym rygorze, w którym siedział Rzeszowski. Chciałam zobaczyć, jak to miejsce wygląda. Już na ogromnym parkingu przed więzieniem, które wygląda jak fabryka, zatrzymał mnie patrol, żeby zapytać o powód parkowania. Wokół auta biegały moje dzieci, więc wyglądałam raczej na kogoś, kto nie w porę przyszedł pokazać ojcu za kratami jak wyglądają jego synowie.

Rzeszowski jednak odmówił.

D.S.: I teraz myślę, że może dobrze. Sama zbrodnia stała się po prostu punktem wyjścia do szerszej opowieści.

E.W.: Biorąc pod uwagę liczbę słów, jakie wypowiedział w czasie całego procesu, można przypuszczać, że to spotkanie byłoby dość krótkie.

D.S: Zwykle jest tak, że w historiach kryminalnych sprawca jest centralną postacią, a reporter bada przede wszystkim mechanizmy, które doprowadziły do zbrodni. W związku z tym, że nie spotkaliśmy się z Rzeszowskim, więcej czasu poświęciliśmy ofiarom, samej wyspie i Polakom, którzy ją zamieszkują. Oczywiście staramy się również rozwikłać "zagadkę" zbrodni z ulicy Victoria Crescent.

Gdy w 2011 roku informacja o zbrodni, jakiej dokonał Damian, dotarła do Polski, pojawiła się szersza dyskusja wokół tego, jak wygląda życie Polaków na emigracji?

E.W.: Pamiętam raczej sensację, bo i temat był nośny - idealna rodzina zamordowana na rajskiej wyspie.

D.S.: Na Jersey pojechało kilku reporterów, żeby relacjonować sprawę z miejsca zdarzenia. Próbowali dociekać, co mogło się stać, ale szerszej dyskusji o tym, z czym wiąże się emigracja, jakie może mieć konsekwencje, nie było.

E.W.: I nadal mówi się o niej bardzo mało. Zwłaszcza o przemocy domowej. Podczas pracy nad książką natrafiliśmy na przerażające dane, które Policja Metropolitarna trzyma zazwyczaj dla siebie, ale niektóre organizacje pozarządowe mają do nich dostęp. Według nich w 2018 roku Polki stanowiły jedną czwartą wszystkich ofiar przemocy domowej w Wielkiej Brytanii. Barbara Drozdowicz powiedziała, że tylko w pierwszych pięciu miesiącach 2018 roku w samym północnym Londynie zginęły aż cztery kobiety z Polski. Zostały zamordowane przez swoich polskich partnerów.

Czy te przypadki były opisywane w polskich mediach?

E.W.: Nie były. Niektórzy z nas żyją na emigracji w ogromnym stresie, z którym, zwłaszcza mężczyźni, nie potrafią sobie radzić. Albo radzą destrukcyjnie. Ale my o tym nie lubimy słuchać. I tak jak wyspiarze na Jersey, zamiatamy problem pod dywan.

Ewa Winnicka i Dionisios Sturis (fot: materiały wydawnictwa)
Ewa Winnicka i Dionisios Sturis (fot: materiały wydawnictwa)

'Głosy', Ewa Winnicka i Dionisios Sturis, Wydawnictwo Czarne (fot: materiały wydawnictwa)
'Głosy', Ewa Winnicka i Dionisios Sturis, Wydawnictwo Czarne (fot: materiały wydawnictwa)

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (44)
Zaloguj się
  • wiedzmapl

    Oceniono 45 razy 29

    Emigracja nie jest dla kazdego, szczegolnie jesli trwa latami. Wszystko zalezy od ludzi. Ja wyjechalam i nie zaluje. Nie planuje powrotu do Polski. Wczoraj po raz pierwszy od 20 lat uslyszalam od bezzebnego goscia ze mam wracac do swojego kraju, ze bedzie rozmawial z moim manager i dobrze. Niech przyjdzie a ona zawiadomi policje. Nagralam goscia i tego typu odzywki sa karalne. Mieszkam w Kanadzie 20 lat i cos takiego zdazylo sie pierwszy raz a Kanadyjczycy z ktorymi rozmawialam sa po mojej stronie. Coz nie zawsze jest kolorowo jak widac. Kiedy wyjezdzasz do innego kraju musisz przestrzegac prawa danego kraju. Mi zupelnie nie przeszkadza ze ktos nosi hijab, ze ma inny kolor skory lub wyznaje religie ktorej nie znasz, Dla mnie to cos zupelnie normalnego, roznice kulturowe, religijne. Nie musze poruszac pewnych tematow, jestem otwarta na te roznice, ciekawa w poznawaniu innych. I co ciekawe mam tylko w swoim miescie 2 przyjaciol Polakow. Nie trzymam z Polonia gdyz nie akceptuja tego ze jestem ateistka. Co ciekawe nie przeszkadza to zupelnie Kanadyjczykom czy emigrantom. Ale wlasnie dzieki takiemu podejsciu do swiata poznalam wielu wspanialych ludzi, poznalam ich kuchnie (lubie gotowac), ich zwyczaje i jestem zapraszana na ich swieta. Dlatego mowie ze emigracja nie jest dla kazdego.

  • zdziwiony6

    Oceniono 18 razy 16

    Nie mam przekonania, że emigracja miała bezpośredni wpływ na popełnienie tej zbrodni. Przyczyn jest z reguły więcej i są bardzo skomplikowane.

  • maj.basia

    Oceniono 16 razy 12

    Rajska wyspa ? Kogoś chyba porąbało, albo rozum mu odebrało. Diabelska wyspa, to by pasowało. To że krajobraz
    i widoki piękne to nie znaczy,że to raj. Ech głupota !

  • 1stanczyk

    Oceniono 10 razy 10

    Kojarzenie tego wydarzenia z emigracja jest tylko i wyłącznie niczym nie udowodnioną hipoteza.
    Takie tragiczne "rodzinne" wydarzenia maja miejsce na całym świecie.
    ht tps://en.wikipedia.org/wiki/Dupont_de_Ligonnès_murders_and_disappearan

  • wujek_extrema

    Oceniono 12 razy 8

    To jest historia choroby mentalnej a nie emigracji

  • lamerka

    Oceniono 12 razy 8

    Wiele z tego artykulu nie wynika.

  • ax-les-thermes

    Oceniono 16 razy 8

    Jak sie nie zna jezyka i swiata (nawet z ksiazek czy telewizyjnych programow dokumentalnych) to jest sie ciemniakiem i niewolnikiem.

  • ponury424

    Oceniono 11 razy 7

    Zapomniała pani dodać, że przed dokonaniem wielokrotnego zabójstwa, obecnie już nieżyjący Damian Rzeszowski, usiłował popełnić samobójstwo. To w niczym nie usprawiedliwia sprawcy, ale może stanowić punkt wyjścia do wyjaśnienia motywów działania zabójcy, które zakończyło się straszliwą tragedią dla jego najbliższych i przyjaciół.

  • milewidziany

    Oceniono 4 razy 4

    Owszem ładnie, ale z tym rajem to przesada. Byłem, widziałem i szybko wyjechałem. Ta hermetyczna
    społeczność jest nie do przyjęcia.
    Natomiast ostatnio przesiedziałem 3 tygodnie w pięknej alpejskiej wiosce/miasteczku we Włoszech.
    Bardzo przyjażni i sympatyczni mieszkańcy. Znakomite jedzenie i takież widoki. Możliwość uprawiania
    różnych sportów, łącznie z golfem. Oferta kulturalna w nieodległych miastach nieporównywalna.
    To mógłby być raj, chociaż nie lubię tego określenia w odniesieniu do ziemskich atrakcji.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX