Kadr z filmu 'Kafarnaum'

Kadr z filmu 'Kafarnaum' (mat. prasowe / Gutek Film)

wywiad gazeta.pl

"Kafarnaum" to nie jest fikcja. "Dzieciaków, które utrzymują rodzinę, jest w Libanie wiele"

Bejrut jest miastem ogromnych kontrastów. Są tu samochody tak wystawne, jakich w Polsce nie uświadczysz, i dzieci żebrzące na ulicy - mówi Agnieszka Nosowska z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej. Rozmawiamy z nią przy okazji polskiej premiery głośnego, nominowanego do Oscara libańskiego filmu "Kafarnaum".

Kto obejrzy "Kafarnaum", nie zapomni oczu 12-letniego Zejna. Świat bejruckich slumsów oglądamy właśnie poprzez jego życie. Chłopiec pracuje fizycznie, mieszka w zagrzybionym, przeludnionym pokoju z niezaradnymi życiowo rodzicami i licznym rodzeństwem. Kiedy rodzice wydają za sklepikarza jego ukochaną 11-letnią siostrę, ucieka i zamieszkuje z nielegalną emigrantką Rahil i jej małym synkiem Yonasem - takimi jak on wyrzutkami. Życiowe dramaty prowadzą Zejna na salę sądową. Chłopiec pozywa rodziców za to, że się urodził.

Anna Sańczuk: Czy możemy uciszyć sumienia, mówiąc, że to jedynie historia wymyślona przez reżyserkę Nadine Labaki, by poruszyć nasze serca?

Agnieszka Nosowska: Niestety, ten film w moim odczuciu jest bardzo bliski rzeczywistości.  Pierwszy raz oglądałam go w Libanie. Poszłam do kina z Libańczykami, moimi koleżankami i kolegami z pracy w organizacji humanitarnej, którzy na co dzień pomagają najbardziej potrzebującym. Nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, na co idziemy. Kiedy po seansie zapaliły się światła - byliśmy zdruzgotani.

Agnieszka Nosowska w obozie dla uchodźców (fot. PCPM)
Agnieszka Nosowska w obozie dla uchodźców (fot. PCPM)

W "Kafarnaum" patrzymy na nędzę życia z perspektywy dziecka.

Dla nas też perspektywa dziecka jest podstawowa, kiedy zajmujemy się wykluczonymi, zwłaszcza uchodźcami. W Libanie zarejestrowanych jest ich prawie milion, w rzeczywistości to około 1,5 miliona Syryjczyków na 4,5 miliona Libańczyków. Mówi się o "straconym pokoleniu" dzieci naznaczonych wojną, biedą, brakiem bezpieczeństwa. Ale to się odnosi też do najuboższych dzieci libańskich.

Jednak zwykle jeśli rodzice myślą o poprawie warunków w przyszłości, to nie o sobie, tylko o dziecku. Uchodźcy na pytanie, o czym marzą, często nie umieją odpowiedzieć, bo są tak skupieni na teraźniejszości i przetrwaniu. Jeśli mają oni marzenia, to dotyczące dzieci. Jeżeli ktoś mówi, że chciałby wyjechać z Libanu do Europy, Australii, Kanady, to właśnie dla dzieci. Zobaczenie w filmie odwrotnej sytuacji, kiedy o dziecko właściwie nikt się nie troszczy, jest szczególnie wstrząsające.

Zdarza ci się spotykać też czasem takie właśnie dzieci? Zaniedbane systemowo, niekochane, przedmiotowo traktowane przez rodziców?

Filmowi rodzice przyjmują strategię nakierowaną na przetrwanie za wszelką cenę. Tak jak w realnym życiu, jedną z nich jest małżeństwo nieletnich - to dramatyczny, ale też dość częsty sposób radzenia sobie z problemami. Rodzina ma wtedy jedną osobę mniej na utrzymaniu i zakłada, że temu dziecku będzie lepiej, bo ktoś inny je wyżywi.

Takich dzieciaków jak Zejn, które utrzymują rodzinę, jest wiele. Dziesięciolatkowie są jedynymi żywicielami rodzin, rozstawiają towary w sklepie, sprzedają coś na ulicy, a czasem - jak w filmie, uciekają się do działań niekoniecznie legalnych. Zejn przejmuje też opiekę nad młodszą siostrą, tworzy z nią namiastkę rodziny. A potem "adoptuje" braciszka, czyli dziecko etiopskiej emigrantki pracującej na czarno. Musi zawalczyć o siebie, ale też znajduje siłę, by zatroszczyć się o innych. Odebrane dzieciństwo najbardziej mnie boli w historii takich dzieci.

Kadr z filmu 'Kafarnaum' (mat. prasowe / Gutek Film)
Kadr z filmu 'Kafarnaum' (mat. prasowe / Gutek Film)

Sytuacja tych ludzi to w zasadzie walka o najprostsze rzeczy  - mieć co jeść i mieć dach nad głową. Co to za miejsce, w którym mieszkają, żyją, rodzą się?

W filmie widzimy koszmarne warunki maleńkiego mieszkania, gdzie nie ma prywatności i przestrzeni. To normalna sytuacja wielu ludzi w Libanie, zwłaszcza w biedniejszych okolicach Bejrutu. Teraz mieszkam na północy, ale spędziłam w Bejrucie dwa miesiące, mamy tam beneficjentów, którzy dostawali od nas pomoc. Odwiedzałam ich i widziałam dokładnie takie rudery. Tu nawet nie chodzi o zaniedbane klatki schodowe, ale o całą rzeczywistość wokół.

Akcja "Kafarnaum" dzieje się w Burdż Hammud, formalnie sąsiednim mieście, ale praktycznie funkcjonującym jako przedmieścia Bejrutu. Duża część Burdż Hammud to ogromne, gęsto zaludnione dzielnice biedy, które wymagają kompleksowego wsparcia. Zamieszkują je Ormianie, ale od wojny napłynęło tam wielu Syryjczyków, ponieważ wynajem mieszkania jest tańszy niż w centrum. Ponad połowa syryjskich uchodźców żyje poniżej minimalnej granicy ubóstwa, czyli 3 dolarów na dzień. A Liban jest krajem drogim, życie kosztuje tu więcej niż w Polsce. Widzę to po moich wydatkach.

W "Kafarnaum" jest gdzieś w tle także lepszy "świat równoległy". Kanapka kupiona w barze umorusanemu dziecku przez "dobrego pana" to jedyny moment przecięcia się dwóch światów.

Bejrut jest miastem ogromnych kontrastów. Jeśli nie ma całej prawdy o Libanie w filmie, to właśnie dlatego, że brak tej jego pięknej strony. Widzimy tylko skupione jak w soczewce tragedie, a w Bejrucie są też dzielnice bogatych willi, szykownych butików, modnych knajp i nowych apartamentowców zbudowanych na gruzach miasta zniszczonego wojną domową. Są samochody tak wystawne, jakich w Polsce raczej nie uświadczysz, i miejsca, gdzie można wydać setki dolarów na imprezie w ciągu jednego wieczora. Bo Bejrut słynie z nocnego życia. A jednocześnie, jak jest się w klubie czy w restauracji, pojawiają się tam grupki dzieci, które próbują sprzedać jakiś kwiatek, gumę do żucia, czy w inny sposób zdobyć pieniądze. To często dzieci wykorzystywane, nie żebrzą dla siebie, tylko są częścią zorganizowanych mafii. Wyglądają tak, jakby były pod wpływem jakichś narkotyków. W tych porażających momentach następuje zderzenie przyjemnego bejruckiego życia z brutalną rzeczywistością. Mam parę takich doświadczeń na koncie.

Kadr z filmu 'Kafarnaum' (mat. prasowe / Gutek Film)
Kadr z filmu 'Kafarnaum' (mat. prasowe / Gutek Film)

Oglądając "Kafarnaum", możemy przypuszczać, że grają w nim aktorzy, ale tak nie jest. Co to za osoby?

Grający Zejna Zain Al Rafeea jest Syryjczykiem. Ciekawe, bo w filmie gra libańskiego chłopca, który w pewnym momencie "naśladuje" syryjski akcent, żeby się załapać na pomoc dla uchodźców. Rodzina Zaina musiała w 2012 roku uciekać z Dary w Syrii, on nie umiał czytać, kiedy trafił na plan filmowy - nigdy nie chodził do szkoły i pracował dorywczo, by pomóc rodzinie. Już po powstaniu filmu jego rodzina trafiła do programu przesiedleń Urzędu ONZ ds. Uchodźców (UNHCR) i w tej chwili są w Norwegii, chłopiec wreszcie się uczy. Trafił do Skandynawii, gdzie filmowy Zejn chciał zabrać siostrę.

Podobnie rzecz ma się właśnie z jego filmową siostrą Sahar, w którą wcieliła się Haita Izam, córka uchodźców pochodzących z Aleppo. Dopiero w 2017 roku zaczęła się uczyć w bejruckiej szkole za sprawą wsparcia UNICEF-u.

W filmie pojawia się też drugi wątek migracyjny.

To Rahil z Etiopii i jej "nielegalne" dziecko, które musi ukrywać, bo oboje nie mają dokumentów i mogą być deportowani. W Libanie bardzo powszechne jest to, że klasa średnia ma swoją pomoc domową. I dziwnym trafem to zawsze są kobiety z Etiopii, Erytrei, rzadziej z Filipin. Wielki biznes dla pośredników, którzy je sprowadzają. Kobiety często mieszkają z rodzinami, dla których pracują, i posługują się tylko podstawowym arabskim, co je izoluje od świata i sprzyja nadużyciom. Zdarzają się sytuacje z pogranicza pracy niewolniczej, zatrzymywane są im paszporty, albo kiedy coś się im nie ułoży, jak bohaterce, która niespodziewanie zaszła w ciążę, są pozostawiane same sobie. Pracują non stop, a wszystkie pieniądze wysyłają do rodzin, mimo że to niskie w naszym odczuciu kwoty, na przykład 100 dolarów miesięcznie. Zdarzają się sytuacje nadużyć, zatrzymywane są im paszporty, albo kiedy coś się im nie ułoży, jak bohaterce, która niespodziewanie zaszła w ciążę, są pozostawiane same sobie. Wynajmowałam mieszkanie w budynku, w którym mieszkała też libańska rodzina z etiopską gosposią. Jej arabski był bardzo słaby, a żyła tam już trzy lata. Czasem, będąc w Libanie, również mam poczucie osamotnienia i odcięcia od moich bliskich, ale kiedy patrzyłam na nią, myślałam, że ona to dopiero jest tam samotna!

Zresztą kobieta, która zagrała w filmie Rahil - Yordanos Shiferaw - też jest emigrantką. I podobnie jak jej bohaterka została aresztowana dzień po nagraniu sceny, w której zostaje zatrzymana za brak dokumentów. Zwolniono Yordanos dzięki staraniom producentów filmu i można było dokończyć zdjęcia. Losy tych aktorów amatorów dobitnie pokazują, że to, co widzimy na ekranie, to nie jest zwykła fikcja.

Agnieszka Nosowska (fot. PCPM)
Agnieszka Nosowska (fot. PCPM)

Bohaterowie filmu nie są zarejestrowani w urzędzie, co oznacza brak dostępu do usług, edukacji, pomocy społecznej czy opieki medycznej.

Koszty zarejestrowania dziecka w urzędzie, jeśli jest się Libańczykiem, nie są aż tak duże. Dramat dotyczy małych Syryjczyków - tylko 20 procent tych dzieci urodzonych w Libanie ma jakikolwiek status prawny, 80 procent jest niezarejestrowanych. Jedynie papier z UNHCR-u zaświadcza, że w ogóle istnieją.

Ludzie w Polsce nie mają pojęcia o problemach związanych z gigantyczną skalą uchodźstwa, z jaką zmaga się Liban.

To tak, jakby nagle w Polsce pojawiło się 10 milionów uchodźców z Rosji! Lubię to porównanie, bo pasuje do naszej perspektywy historycznej i relacji między narodami. Czyli jest pewna bliskość kulturowa, ale też masa animozji. To historyczne, ale wciąż świeże zaszłości, sięgające czasów, kiedy w Libanie syryjskie posterunki stały na drogach - a było tak jeszcze do 2005 roku. Syria stabilizowała sytuację libańską po wojnie domowej, co w odbiorze wielu miejscowych było syryjską okupacją.

Z drugiej strony w rejonie przygranicznym na północy zawsze była duża wymiana handlowa i ludzka. Dzięki temu część wojennych uciekinierów, zwłaszcza z przygranicznego Homs, miała troszkę łatwiej, bo znali region i ludzi. Ale to, że wielu Syryjczyków jest w Libanie od sześciu lat, a nowi przybywają, stanowi ogromne obciążenie dla wszelkich usług. Oznacza wzrost cen towarów i dramatyczny wzrost cen wynajmu mieszkań, który uderza też w biednych Libańczyków. Nędzne mieszkanie w Bejrucie kosztuje 300, 400 dolarów miesięcznie. Obserwowana jest tendencja, że część uchodźców wyprowadza się więc z mieszkań do obozowisk namiotowych i dlatego one nie maleją z upływem czasu. A wbrew stereotypowym wyobrażeniom zimy potrafią być tu bardzo ciężkie, bo Liban jest krajem górzystym, bez pustyń. W Dolinie Bekaa, położonej na wysokości 1000 m n.p.m., mieszka ponad 300 tysięcy uchodźców. Zimą temperatura spada tam do zera, są silne wiatry, śnieg. I ulewy, które potrafią zmieść obozowisko.

Kadr z filmu 'Kafarnaum' (mat. prasowe / Gutek Film)
Kadr z filmu 'Kafarnaum' (mat. prasowe / Gutek Film)

Spotykasz na miejscu konkretnych ludzi. Opowiedz o nich. Z czym się zmagają?

Pierwsza rodzina, którą poznałam, to małżeństwo z trójką dzieci, uciekinierzy z Aleppo. Mieszkają w domku ogrodnika na terenie eleganckiej willi, w wakacyjnej miejscowości koło Bejrutu. Mąż Hiby na szczęście dość regularnie pracuje i jakoś by to było, gdyby nie fakt, że ich najmłodsza 6-letnia córeczka ma zdiagnozowaną nietypową postać autyzmu. Nie czuje fizycznych barier, a w kulturze muzułmańskiej, gdzie jest tak silna segregacja płci, jej zachowanie może być dla niej zagrożeniem. Przychodziliśmy do nich z kolegą, a dziewczynka siadała mu na kolanach, przytulała się itd. Jest jeszcze mała, ale jej matka już się boi, co będzie, kiedy zacznie dojrzewać. Marzy o kraju, w którym córka mogłaby mieć terapię i wsparcie w rozwoju. Dla mnie determinacja tej kobiety i wiara, że może uda się coś zrobić, była wyjątkowa. Rzadko spotyka się kogoś, kto potrafi mieć nadzieję i walczyć, mimo że sytuacja wydaje się beznadziejna. Hiba wydała mi się bardzo bliska. Kiedy ją spotkałam, poczułam, że coś nas łączy, mimo wszystkich różnic.

Mamy też kilka rodzin, które, jako PCPM, wspieramy szczególnie. Np. w jednym z obozowisk namiotowych na północy Libanu mieszka chłopiec, niespełna dwuletni, z porażeniem mózgowym i padaczką. Jest w ciężkim stanie i rodzina, która nie miała środków utrzymania, zdecydowała, że jednym z żywicieli będzie jego 8-letni brat wysłany do pracy w sklepie. Udało nam się ogłosić zbiórkę dla tej rodziny i teraz przekazujemy im zapomogę, dzięki której chłopiec mógł pójść do szkoły zamiast do pracy.

Pomagacie dzieciom i młodzieży w edukacji też na większą skalę.

We współpracy z libańską organizacją na północy, w Bire, prowadzimy centrum edukacyjne, gdzie odbywają się kursy wyrównawcze dla dzieci syryjskich na wszystkich poziomach kształcenia. Są też kursy zawodowe - np. komputerowe, podstawy elektryki itp. Uczestniczą w nich nastoletni Libańczycy i Syryjczycy, którzy się nie załapali na regularną naukę.

Jak trafiłaś do pracy w Libanie?

Skończyłam socjologię, pracowałam w instytucji publicznej, ale w momencie natężonego kryzysu migracyjnego, kiedy dużo mówiło się o uchodźcach, którzy giną na morzu, odczułam potrzebę, żeby jakoś pomagać tym ludziom. Najpierw w Caritas zajmowałam się na miejscu, z Polski, projektami na Bliskim Wschodzie, a potem trafiłam do Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej i od razu wylądowałam w Libanie. To było półtora roku temu, teraz dzielę swoje życie między Polskę a Liban i dziś czuję się z nim blisko związana. To praca w ciągłym ruchu, prowadzimy dużo działań, zawsze z lokalnym zespołem libańskim. Wykonują kawał dobrej roboty w terenie i mimo wszystkich możliwych napięć widzą sens, żeby Syryjczykom pomagać. Ich podejście wiele mnie uczy.

Ale dlaczego się tym zajęłaś? To może być trudnym doświadczeniem, bo chcesz pomagać, ale nie zawsze możesz. Nieszczęść jest za dużo, a wasze działania to kropelka w morzu potrzeb.

To prawda, pomoc humanitarna w Libanie to jest kropelka w morzu, która nie rozwiązuje problemów. Ale bez niej wielu ludzi by nie przetrwało, albo musiałoby żyć w warunkach urągających godności. Chyba właśnie to przeświadczenie, że każdy zasługuje na godne życie, jest moją główną motywacją wewnętrzną. To, że jestem z kraju, w którym od kiedy żyję, panuje pokój, że mogłam zdobyć dobre wykształcenie, poznać języki, dostać pracę i jeszcze spełniam się w niej zawodowo - to jest szczęśliwy zbieg okoliczności. Nie jest to zasłużone przeze mnie, tak się ułożyło. I dlatego moim obowiązkiem jest bycie otwartą na ludzi, którym ułożyło się gorzej, np. urodzili się w Homs na początku wojny w Syrii. Wszyscy jesteśmy ludźmi i tylko przypadkowe okoliczności sprawiły, że ja żyję w komforcie, a oni brodzą w błocie w obozie dla uchodźców.

Film "Kafarnaum" można oglądać w polskich kinach od 22 lutego.

POLSKIE CENTRUM POMOCY MIĘDZYNARODOWEJ. Fundacja, którą w 2006 roku założył wieloletni ekspert ONZ w zakresie zarządzania kryzysowego, dr Wojtek Wilk.  Od 2012 roku realizuje największy polski program pomocy humanitarnej dla uchodźców syryjskich w północnym Libanie. Fundacja korzysta z funduszy polskich, unijnych, ONZ-owskich, ale też darowizn prywatnych, które można przekazywać za pośrednictwem strony internetowej >>>

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Anna Sańczuk. Z wykształcenia historyczka sztuki, z zawodu dziennikarka, czasem zajmuje się również PR-em kultury. Razem z Maciejem Ulewiczem prowadzi program "Kultura do kwadratu" na antenie Polsat News 2. Mieszka w Warszawie na Starej Ochocie.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (103)
Zaloguj się
  • misha_xl

    Oceniono 39 razy 35

    Współczuję im, smuci mnie ich los... Ale nie wiem co bym zrobił, gdyby było mnie stać, żeby pomóc. W tych krajach normą jest siedmioro czy ośmioro dzieci. Pomogę ósemce przetrwać do dorosłości, a oni zrobią trzydzieścioro dwoje nowych dzieci. Liczba mieszkańców Syrii w pół wieku wzrosła z 4,5 do 20 milionów ludzi! Populacja Afryki w 1950 wynosiła 230 milionów. W 2000 - ponad 800 milionów. Szacunki na 2050 mówią o 2,5 miliarda Afrykańczyków - mimo wojen, głodu, chorób. Serce mówi: pomóż, oni umierają! Rozum odpowiada: gościu, kręcisz bat na własne cztery litery, i na zadki własnych dzieci. Nie uważam, żebym był bezduszny. Po prostu ja też chcę przetrwać.

  • zdziwiony6

    Oceniono 25 razy 21

    Po kilkudziesięciu latach międzynarodowej pomocy medycznej i żywnościowej w Afryce i na Bliskim wschodzie spadła śmiertelność, głównie niemowląt. A to spowodowało dramatyczny wzrost ludności. W ciągu ostatnich 60 lat ludność Afryki wzrosła z 260 milionów do 1,3 miliarda. Niestety poprawność polityczna nie pozwala światu wprowadzić edukację seksualną i kontrolę urodzin. Czym to się skończy?

  • mazzinl890

    Oceniono 24 razy 16

    Liban był bardzo bogatym państwem. Bankiem Bliskiego Wschodu.
    A potem przyszli nachodźcy z Palestyny.

  • walkirrr

    Oceniono 20 razy 14

    niech sie więcej rozmnażają, u nich wciąż pokutuje bzdurne myślenie ze spłodzenie sporej gromadki dzieci jest oznaką boskiego błogosławieństwa. Nieważne ze te dzieci beda głodować, nie chodzić do szkół, chorować, cierpieć. Bóg dał to Bóg sie nimi zaopiekuje. Tylko przymusowa sterylizacja moze uratować świat, inaczej te niepohamowane hordy ruszą w końcu na Europę, zadeptując ją , dewastując i niszcząc

  • zigzaur

    Oceniono 26 razy 14

    Też mi sensacja. W pierwszej połowie XIX wieku w Europie dzieci pracowały w fabrykach np. przędzalniach czy tkalniach. Pracodawcy chętnie je zatrudniali, bo były tanie, zwinne i posłuszne. Rodzice przepijali ich zarobki i płodzili następne. Tak wyglądało ówczesnej 500+.
    Nigdy nie zgadniecie, kto to ukrócił. Otóż była to pruska armia. Po dojściu do władzy Bismarcka i Wilhelma I Prusy przygotowały się do wojen o zjednoczenie Niemiec. Komisje poborowe zauważyły, że poborowi z miast przemysłowych są rachityczni i apatyczni i dlatego generałowie wymusili ograniczenia wieku pracy w fabrykach.
    Ale i tak najsmaczniejszym kąskiem dla komisji poborowych były chłopaki ze wsi. Taki był przyzwyczajony do rannego wstawania, długotrwałego przebywania na dworze w najróżniejszych warunkach pogodowych, do grzebania w ziemi, do szlachtowania. Ówczesne armie składały się głównie z piechoty. Z biegiem czasu udział ludności wiejskiej spadał i zaczęło się powolne odchodzenie od olbrzymich armii poborowych piechurów.

  • seczytam

    Oceniono 18 razy 10

    Może te wszystkie organizacje charytatywne, wzruszone strasznym losem muzułmanów i Afrykańczyków, wyjaśnią wreszcie swoim "klientom", że wojna jest be, a antykoncepcja cacy? Moim zdaniem, świat powinien pomoc dla krajów islamu i Afryki obciąć do zera - niech się nauczą, że nie są dziećmi z zespołem Downa i sami za siebie odpowiadają.

  • astrum-on-line

    Oceniono 25 razy 9

    No współczuję tych 3 dolarów na dzień. Tragedia. W Polsce 800 zł na osobę to już taki luksus, że się 500 na dziecko nie należy. I taka samotna matka ma się jeszcze składać na tych z Libanu czy Syrii? Żarty sobie robicie?

  • gj61

    Oceniono 20 razy 8

    O, jacy oni biedni! Pani Agnieszko proszę pojeździć po Polsce, znajdzie Pani takie same "kontrasty". Tak, wiem i rozumiem... to już nie jest takie medialne jak fotka z bosymi dziećmi gdzieś, tam daleko....

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX