Thomas Quick szybko został okrzyknięty szwedzkim Hannibalem Lecterem

Thomas Quick szybko został okrzyknięty szwedzkim Hannibalem Lecterem (fot. Shutterstock)

społeczeństwo

Potwór szyty na miarę, czyli największy skandal w historii szwedzkiej kryminalistyki

Thomas Quick przyznawał się do jednego morderstwa za drugim. Z detalami opisywał ofiary oraz to, jak je mordował. Został okrzyknięty szwedzkim Hannibalem Lecterem.

Miejscowość Säter, szpital dla chorych psychicznie. Drut kolczasty wokół budynku i kamery na podczerwień. Niektóre z wąskich okien zakratowane, większość z podwójnymi szybami. Chronione wejście z bramką bezpieczeństwa jak na lotnisku. Odwiedzający zostawiają telefony w szafkach. Każdy dostaje identyfikator i alarm przeciwnapadowy.

Mężczyzna mieszka tu już od 1991 roku. Teraz siedzi w pokoju dla gości. Sztywno wyprostowany, zajmuje małe, czerwone krzesło. Nogi ma szeroko rozstawione, na stopach szare skarpetki i zapinane na rzepy sandały. Jest 62-latkiem, jego ciało wciąż jest w dobrej kondycji i tylko włosy ma już całkowicie białe. Jest 2012 rok, gdy odwiedza go brytyjska dziennikarka Elisabeth Day.

Podczas rozmowy mężczyzna pochyla się, żeby wyjąć z niebieskiej puszki saszetkę tytoniu do żucia, który wciska pod górną wargę. Kiedy się śmieje, ta warga odsłania linię małych, żółtych zębów. Ogólne wrażenie Elisabeth Day jest takie: starszy, nieco nieśmiały człowiek opowiada o swoim życiu.

"Co zrobisz, jeśli kiedykolwiek się stąd wydostaniesz?" - pyta Elisabeth.

"Po prostu będę żyć" - odpowiada mężczyzna.

Bergwall wychował się w spokojnym szwedzkim mieście, Falun (fot. Shutterstock)
Bergwall wychował się w spokojnym szwedzkim mieście, Falun (fot. Shutterstock)

Nieświęty Mikołaj

Dorasta w Falun w środkowej Szwecji. Razem z siedmiorgiem rodzeństwa jest wychowany w rodzinie zielonoświątkowców. W wieku 12 lat po zajęciach sportowych bierze prysznic z innymi chłopcami i bawi się w grę polegającą na podduszaniu. Nauczyciele kilka razy przyłapują go na zachowaniach, które kwalifikują jako molestowania kolegów, ale inni chłopcy zaprzeczają, że Sture robi im krzywdę. A on zaczyna zdawać sobie sprawę, że jest gejem. Zawstydzony swoją seksualnością ukrywa ją przed religijnymi rodzicami.

Ma 14 lat, gdy poznaje starszego mężczyznę, który namawia go na weekendowe przejażdżki po kraju. Po drodze biorą autostopowiczów, zazwyczaj młodych chłopców. Sture uprawia z nimi seks analny, a starszy towarzysz podróży patrzy z fotela kierowcy. Podczas jednej z takich wycieczek miał poznać Thomasa Blomgrena. Chłopak nie chciał uprawiać seksu, więc Sture miał zaciągnąć go do lasu i udusić. Rok później z kolei miał wepchnąć 8-letniego chłopca do rzeki. Dziecko utonęło. Czy to wszystko zdarzyło się naprawdę? Trudno powiedzieć.

Sven-Ove Bergwall w książce "Mój brat, Thomas Quick", wydanej w 1995 roku, twierdzi, że jego brat od najmłodszych lat był chorobliwym kłamcą. Wymyślał preteksty, żeby nie chodzić do szkoły, opowiadał zmyślone rzeczy o rodzicach i rodzeństwie. Jednak nie wszystko, co Sture mówi, musiało być kłamstwem, skoro jako 19-latek usłyszał zarzut molestowania i po raz pierwszy został skierowany na otwarte leczenie psychiatryczne w Säter. Bezskuteczne zresztą, o czym przekona się Lennart Höglund. W 1974 roku Sture poznaje tego wówczas 32-letniego mężczyznę w klubie gejowskim. Kiedy są u Lennarta w domu, Sture rzuca się na niego z patelnią, a następnie 12 razy dźga go nożem. Höglund ma przebite płuco, uszkodzoną wątrobę, traci mnóstwo krwi, ale będzie żył. Bergwall ponownie trafia do Säter. Po kilku miesiącach lekarze pozwalają mu wychodzić na dwugodzinną przepustkę. Rok później odzyskuje wolność, ma jednak zgłaszać się na kontrole i przyjmować na stałe leki. W 1977 roku poznaje terapeutkę Margit Norell. Przez kilkanaście kolejnych lat będzie korzystać z jej wsparcia.

W latach 80. wydaje się, że Sture'owi udało się wyjść na prostą. Mieszka z matką, prowadzi z bratem kiosk z gazetami. Kryzys przychodzi, gdy matka umiera. Zamyka się w sobie, odcina od brata. W 1990 roku wkłada strój Świętego Mikołaja i razem z 16-letnim pomocnikiem napada na lokalny bank. Najpierw o godz. 5.45 rano włamują się do domu dyrektora banku i zastraszają jego rodzinę pistoletem i nożem. Kompan Bergwalla terroryzuje dyrektora bronią i zaciąga do banku, żeby otworzyć skarbiec. W tym czasie żona dyrektora i ich 10-letni syn są przetrzymywani przez Bergwalla w sypialni. Zachowuje się jak szaleniec. Kopie meble, dźga łóżko nożem i krzyczy, że został zarażony wirusem HIV, więc jest mu obojętne, czy wszyscy tutaj zginą, czy nie.

Brat Thomasa Quicka, Sven-Ove Bergwall (z lewej) i adwokat Pelle Svensson pozują z książkami o domniemanym seryjnym mordercy (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)
Brat Thomasa Quicka, Sven-Ove Bergwall (z lewej) i adwokat Pelle Svensson pozują z książkami o domniemanym seryjnym mordercy (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)

Wpada tego samego dnia, bo rozpoznaje go obsługa banku, do którego przychodził jeszcze jako klient. Znów zostaje odwieziony do Säter, tym razem na leczenie zamknięte.

W szpitalu nie wyróżnia się z tłumu. Takich jak on, uzależnionych od narkotyków, z rozbojami w tle, jest wielu. Ale Bergwall nie chce już być jednym z pacjentów. Chce być wyjątkowy. Pewnego dnia 1992 roku pyta swojego terapeutę: "Co byś powiedział, gdybym zrobił coś naprawdę złego? Może kogoś zamordowałem?". Ledwie kończy mówić, zauważa natychmiastowe zainteresowanie ze strony terapeuty. A potem lawina rusza. Podczas kolejnych sesji ze szczegółami opowiada, jak okaleczał, gwałcił, dusił swoje ofiary, a potem zjadał ich szczątki. Do Säter przyjeżdżają śledczy. Media nie nadążają z przekazywaniem opinii publicznej kolejnych sensacyjnych doniesień. A Sture przybiera nowe imię, po - jak mówi - swojej pierwszej ofierze, i nazwisko panieńskie matki. Nie ma już Bergwalla. Jest Thomas Quick, psychopata i seryjny morderca.

Włosy Therese

Johan Asplund miał 11 lat, kiedy w listopadzie 1980 roku wyszedł do szkoły i zniknął. Podczas serii sesji terapeutycznych, a później w przesłuchaniach, Quick zwierza się, że zauważył Johana pod szkołą i zwabił do samochodu. A potem zabrał na zalesiony teren i zgwałcił. Po tym wszystkim spanikował i udusił chłopca, a następnie zakopał go tak, aby nikt go nie znalazł.

Prokuratorowi zebranie dowodów zajmuje dziewięć lat od chwili przyznania się Quicka do winy. Pomimo użycia zaawansowanych metod kryminalistycznych i pracy kilkunastu techników szczątków Johana nigdy nie odnaleziono. Zeznania Quicka wydają się jednak na tyle wiarygodne, że w 2001 roku zostaje skazany. Do tego czasu zdąży już usłyszeć słowo "winny" w siedmiu innych sprawach o zabójstwo. W tym 15-letniego Charlesa Zelmanovitsa, zaginionego w 1976 roku w miasteczku Pitea na północy Szwecji. Charles przeprowadził się do Szwecji z rodzicami i młodszym bratem kilka miesięcy wcześniej z Hiszpanii. Był bardzo przystojny, miał powodzenie u dziewcząt. Modnie się ubierał, nosił m.in. skórzaną kurtkę uszytą na zamówienie w Hiszpanii, i charakterystyczny skórzany pas. Cierpiał na epilepsję, dlatego przez długi czas uważano, że uległ wypadkowi. Jego szczątki odnaleziono dopiero w 1993 roku. Rok później Quick oświadcza, że to on zabił. Miał pozbawić go życia w podobny sposób, jak pierwszą swoją ofiarę, Johana - udusić i zakopać.

Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Cinemateket i Oslo (@cinemateketioslo) Mar 9, 2016 o 3:19 PST

Quick przekonuje, że stoi także za zaginięciem w 1988 roku 9-letniej Norweżki Therese Johannessen. Wyznaje, że zauważył dziewczynkę w pobliżu domu, pociągnął w dół zbocza, a tam uderzał kamieniem w głowę, aż straciła przytomność. Wcześniej Therese miała jeszcze krzyknąć: "Mamusiu, mamusiu!". "Byłem bardzo rozczarowany, kiedy zorientowałem się, że nie była chłopcem" - twierdził podczas sesji z terapeutą, tłumacząc, dlaczego zmasakrował jej ciało. Po przyznaniu się do morderstwa Therese Quick został przewieziony na wizję lokalną do Norwegii. Kamery telewizyjne towarzyszyły mu krok w krok. Kiedy zeznał, że wrzucił części ciała dziewczynki do pobliskiego jeziora, norweskie władze przeszukiwały je przez blisko siedem tygodni. Nic nie znaleziono. Za to w sąsiednim lesie technicy odkryli fragment kości o grubości 0,5 mm. Analiza wykazała, że należała do dziecka w wieku od 5 do 15 lat. Czyli mieściła się w grupie wiekowej ofiary. Ale nie wszystko przemawiało za winą Quicka. Z jego zeznań wynikało, że Therese była blondynką i mieszkała na wsi. Tymczasem dziewczynka miała czarne włosy i mieszkała z rodzicami w wieżowcu w norweskim Drammen. "Nic się nie zgadzało" -  mówił Elisabeth Day prawnik Bergwalla, Thomas Olsson. - "A mimo to śledczy przeprowadzili kilkanaście przesłuchań i udało im się postawić mojego klienta przed sądem".

Sędzia uznał Quicka za winnego zabójstwa Therese, tak samo jak w przypadku Charlesa, Johana i kolejnych pięciu morderstw.

Płeć i eksperymenty

Po kolejnych "spowiedziach" Quicka profilerzy podkreślają, że jak na seryjnego mordercę brakuje mu jasnego modus operandi. Zabijał zarówno dzieci, jak i dorosłych. Gwałcił mężczyzn i kobiety, używał różnego rodzaju narzędzi i mordował w różnych częściach Szwecji i Norwegii. Nie pasował profilowo do wielu zbrodni. Co więcej, na niektóre z nich miał nawet żelazne alibi. Tak było m.in. w przypadku pierwszej ofiary i inspiracji dla przybranego imienia - Thomasa Blomgrena. Znaleźli się świadkowie, którzy pamiętali, że w czasie gdy w 1964 roku zginął Blomgren, domniemany zabójca razem ze swoją siostrą bliźniaczką brał udział w komunii świętej w Falun. Ponad 250 mil od miejsca, w którym doszło do morderstwa.

Z kolei w sprawie morderstw dwóch norweskich prostytutek, w 1981 i 1985 roku, Quick zarzekał się, że zanim zabił, uprawiał z nimi seks. Policja znalazła w ciele ofiar nasienie, ale analiza DNA wykluczyła, żeby należało do Quicka. Mimo to sąd uznał go za winnego, uzasadniając, że oskarżony znał szczegóły zbrodni, jakie mógł znać jedynie morderca. Tak jak w przypadku morderstwa małżeństwa Holendrów - 34-letniej Janni i 39-letniego Marinusa Stegehuisów, którzy zostali zasztyletowani w namiocie w północnej Szwecji w 1984 roku. Czy izraelskiego turysty Yenona Leviego, zamordowanego cztery lata później.

Sture Bergwall w 2016 roku (fot. Wikimedia Commons)
Sture Bergwall w 2016 roku (fot. Wikimedia Commons)

Powiem ci prawdę

"Spowiedzi" Quicka, a tym samym wyroków skazujących byłoby zapewne znacznie więcej, gdyby w 2001 roku w Säter nie został zatrudniony nowy psychiatra. Zaczął przeglądać dokumentację Bergwalla vel Quicka i odkrył, że co kilka godzin podawano mu do 20 mg diazepamu. Ta dawka podawana osobom o słabej kontroli może doprowadzić do uwolnienia zahamowań i powstania urojeń. Kiedy dawkę zmniejszono, nagle mordercze wyznania Quicka ustały. Wrócił spokojny, zamknięty w sobie Bergwall. Ogłosił, że nie będzie współpracować z policją ani z dziennikarzami i słowa dotrzymał przez siedem lat. Aż do spotkania z Hannesem Rostamem, szwedzkim dziennikarzem śledczym.

Rostam przewertował ponad 50 tys. stron akt sądowych, notatek terapeutycznych, raportów z policyjnych przesłuchań. I doszedł do wstrząsającego wniosku: nie było ani jednego dowodu na to, że to Quick vel Bergwall popełnił którekolwiek z przypisywanych sobie morderstw. Nie było śladów DNA, narzędzi zbrodni, żadnych świadków. Wina przypisywana Quickowi opierała się wyłącznie na jego zeznaniach podczas sesji terapeutycznych.

"Hannes potrafił naprawdę słuchać" - mówił Bergwall "The Guardian", po raz pierwszy pokazując odrobinę emocji. "Pamiętam, kiedy spotkaliśmy się po raz trzeci, Hannes obejrzał kasety wideo z rekonstrukcji zdarzeń i powiedział: 'Widzę, że dostawałeś potężną dawkę dragów, po których można mówić wszystko'. To było wyzwalające, w końcu powiedzieć, że to wszystko powstało tylko w mojej głowie".

Rostam i Bergwall spędzili na rozmowach wiele miesięcy. Powstał z nich zarys książki o największej mistyfikacji w historii szwedzkiego wymiaru sprawiedliwości. Już w trakcie spotkań 52-letni Rostam był bardzo chory. 12 stycznia 2012 roku zmarł na raka trzustki i wątroby. Dzień wcześniej udało mu się postawić symboliczną, ostatnią kropkę na rękopisie "Thomas Quick: The Making of Serial Killer". W książce, która ukazała się już po jego śmierci, bardzo rzeczowo i konkretnie pokazuje, w jaki sposób Quick zrobił z siebie potwora.

W kraju, który za sprawą Henninga Mankella, Camilli Läckberg, Stiega Larssona stał się ojczyzną kryminałów, książka o fałszywym mordercy wywołała skandal. Dlaczego niewinny człowiek miałby przyznać się do sadystycznych i gwałtownych zbrodni? Sam Bergwall tłumaczył, że duże dawki leków pomagały mu tworzyć wszystkie makabryczne wyznania. "Leki były bardzo ważne. Doprowadzały mnie do stanu, w którym mogłem tworzyć wszystkie te historie. Ale czułem się też samotny" - przyznaje Bergwall w wywiadzie. "Zauważyłem, że im gorsze lub bardziej gwałtowne lub poważne przestępstwo, tym większe zainteresowanie personelu. Nie musiałem wiele robić. Zwykle wystarczył jeden artykuł w gazetach, a reszta informacji przychodziła podczas przesłuchań policji, rozmów z terapeutami lub innymi osobami z zespołu dochodzeniowego. Wiedziałem, że muszę słuchać uważnie. Studiowałem książki o słynnych morderstwach oraz artykuły o zaginionych. Kodowałem wymowne szczegóły - pozycję ciała, specyfikę krajobrazu, odzież ofiary". 

W trakcie śledztwa Quick wymieniał przynajmniej 24 różne miejsca w Szwecji i Norwegii, gdzie popełnił morderstwa i ukrył zwłoki. Nie znaleziono tam jednak ani śladu krwi, ani jednej kości. Nic. Dla bliskich domniemanych ofiar Quicka każda akcja poszukiwawcza była horrorem.

Jedną z takich osób był Björn Asplund, ojciec Johana. Kiedy dotarła do niego Elisabeth Day, 65-letni Asplund mieszkał na łodzi zacumowanej nad jeziorem Mälaren. W 1993 roku Asplund i jego była żona, Anna-Clara (para rozwiodła się, gdy Johan miał trzy lata), dowiedzieli się, że chory psychicznie mężczyzna, którego nigdy nie spotkali, przyznał się do uprowadzenia i zabójstwa ich syna. Od początku żadne z nich w to nie wierzyło. Asplund, którego życie już raz legło w gruzach tuż po zaginięciu Johana, był zmuszony ponownie przywołać bolesne wspomnienia, a następnie wysłuchać strasznych zeznań Quicka w sądzie. A ten beznamiętnie opowiadał, jak zjadł palce Johana, a jego głowę odciął i kopał jak piłkę.

Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez True Crime Norge AS (@truecrimenorge) Sty 11, 2017 o 7:50 PST

 "W większości zabójstw sprawca ma jakikolwiek związek z ofiarą lub jego rodziną" - mówi Asplund w rozmowie z Day. Thomas Quick był im całkowicie nieznany. Tak samo jak Stur Bergwall. Od początku wiele wskazywało za to na innego podejrzanego, byłego partnera Anny-Clary, który miał uprowadzić Johana w zemście za zerwanie. Przeciwko mężczyźnie było wystarczająco dużo poszlak, ale skazano go jedynie na dwa lata więzienia za porwanie chłopca. Po roku wyszedł na wolność.

Zdaniem Asplunda Quick, by stać się bardziej wiarygodny jako morderca, dostawał informacje od funkcjonariuszy policji. "Wiedzieliśmy, że wszystko, co im powiemy, pojawi się kilka tygodni później w jego spowiedziach" - mówi, podając jako przykład znamię Johana na prawym pośladku, o którym wiedzieli tyko rodzice. W pierwszych zeznaniach Quick twierdził, że Johan miał jakieś blizny na przedniej części brzucha, prawdopodobnie po operacji. Anna-Clara narysowała policjantom znamię, jakie miał jej syn. Wkrótce potem Quick nagle "przypomniał" sobie, że jego ofiara miała znak na pośladku, a nie na brzuchu. Identycznego kształtu, jak ten, który narysowała matka chłopca.

Także rodzina Therese do końca nie wierzyła, że za jej zniknięciem może stać obcy mężczyzna ze Szwecji. Do dzisiaj są przekonani, że dziewczynkę porwał i wywiózł z kraju Palestyńczyk, który miał romans z matką Therese i wierzył, że dziewczynka jest jego córką.

Powrót Quicka

Książka Rostama i ponowne przesłuchania Bergwalla sprawiły, że w 2013 roku został uniewinniony. Adwokat Bergwalla, Thomas Olsson, podkreślał, że przypadek jego klienta "rodzi poważne pytania dotyczące całego systemu prawnego, ale także opieki psychiatrycznej". W szpitalu w Säter przez lata tłumaczono bowiem, że zbrodnie Quicka mogą być inspirowane represyjnymi wspomnieniami z dzieciństwa. Teorię tę wyznawała m.in. długoletnia terapeutka Bergwalla Margit Norell. Powoływała się na wyznania pacjenta, który twierdził, że kiedy miał cztery lata, był wykorzystywany przez ojca. Świadkiem molestowania miała być matka Sture'a, która była wtedy w siódmym miesiącu ciąży. Z szoku poroniła. Do końca życia miała obarczać syna winą zarówno za relację z ojcem, jak i śmierć nienarodzonego brata, Simona. Ponoć próbowała utopić go w przerębli, a kiedy to się nie udało, wepchnąć pod autobus. Sam Bergwall przez całe dzieciństwo miał rozmyślać o znalezieniu miejsca pochówku swojego brata, fantazjować o dotykaniu szczątków i "ponownym połączeniu się z Simonem" poprzez zjedzenie go. Szczegóły miał opisać w wieku 15 lat w wierszach publikowanych w szkolnym magazynie twierdzi jednak, że wszystkie te wyznania były kłamstwem i wymysłem chorej wyobraźni brata. Obwinia psychiatrów leczących Sture'a, że wzięli za prawdę wszystko to, co im powiedział.

Po uruchomieniu procedury uniewinnienia Sture'owi zmieniono formę leczenia na otwartą, a wiosną 2015 roku na swoim koncie na Twitterze potwierdził, że został zwolniony z ambulatoryjnej opieki psychiatrycznej i planuje osiąść na prowincji i wieść spokojne życie. Dwa lata później jego prawniczka Angelica Rigborn doręczyła do sądu dokumenty dotyczące największego w historii Szwecji roszczenia o odszkodowanie. Bergwall żądał od państwa 15 milionów koron w zamian za bezpodstawne przetrzymywanie w zakładzie zamkniętym. "On zawsze już będzie osobą publiczną i nie odzyska spokoju" - napisała Rigborn w oświadczeniu do ABC News, twierdząc, że z powodu nadmiernego zainteresowania mediów oraz łatki psychopaty Bergwall do końca życia będzie musiał żyć w ukryciu, pod zmienionym nazwiskiem.

Wniosek o odszkodowanie jednak odrzucono. Ale o Thomasie Quicku nadal trudno będzie zapomnieć. Jeszcze w tym roku ma się odbyć premiera filmu "Perfect Patient", opartego na książce Rostama. Prawa do ekranizacji kupił David Dencik, który osobiście wcieli się w postać najsłynniejszego "mordercy" w dziejach Szwecji.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Joanna Pasztelańska. Dziennikarka, reporterka. Jako jedna z pierwszych dotarła do Turcji po trzęsieniu ziemi w 1999 roku, relacjonowała wybory prezydenckie w Iranie, zajmowała się sprawą farmy niewolników pod Londynem i ukrytymi w rejonie Prypeci sierocińcami dla dzieci z wadami genetycznymi po wybuchu elektrowni w Czarnobylu. Od blisko dwudziestu lat jeździ po Polsce śledząc tematy trudne i niewyjaśnione m.in. dla "Życia Warszawy", "Tygodnika Kulisy" i magazynu "Dziennika Gazety Prawnej". W 2016 roku nakładem wydawnictwa Znak Horyzont ukazała się książka "Policjanci. Za cenę życia", którą napisała wraz z mężem. W 2018 roku ukazała się ich kolejna książka "Strażacy. Tam, gdzie zaczyna się bohaterstwo" (Znak Horyzont).

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (31)
Zaloguj się
  • twzelnik

    Oceniono 20 razy 18

    A jak się z tym czują psychiatrzy?
    Nie mają kaca po tym jak ich pacjent latami sadził duby smalone, a oni nie wpadli na to że to fantazje?

    Przecież to podważa nie tylko profesjonalizm konkretnych psychiatrów, ale wręcz całej gałęzi wiedzy.

  • az555

    Oceniono 21 razy 17

    w Polsce jak wariat coś wymyśli ,to co najwyżej jakieś brzozy z trotylu,batmany z KGB,sztuczne mgły...

  • tempus

    Oceniono 26 razy 12

    "Niektóre z wąskich okien zakratowane, większość z podwójnymi szybami."
    W klimatach jak szwedzki lub polski okna mają podwójne szyby. To standard. Zróbcie coś z waszymi autorami!

  • twzelnik

    Oceniono 9 razy 9

    Warto przypomnieć naszego zbrodniarza Pękalskiego.
    On też się przyznawał taśmowo - 70 do 90 zbrodni! - z tym że nie wymyślał swoich historii (to osobnik z lekkim niedorozwojem), za to przyznawał się do wszystkiego co mu podsunęła milicja/policja.
    A podsuwała wszystkie możliwe sprawy gwałtów i zabójstw. A on się przyznawał. Podobno na wizji lokalnej dostawał dodatkowy posiłek i to go skusiło...
    W końcu chyba sama prokuratura się ogarnęła, że niektóre zbrodnie się zwyczajnie wykluczają, zaś na inne Pękalski ma żelazne (więzienne) alibi, więc w akcie oskarżenia zostało tego niewiele, a i tak podobno większość nieprawdziwa.

    Z tym że Pękalski na pewno zabił przynajmniej jedną osobę. O jedną za dużo.

    Nota bene, załapał się na lex Trynkiewicz i jak twierdzą znający go fachowcy, to bardzo dobry pomysł. Wcześniej systematycznie odrzucano jego prośby o przedterminowe zwolnienie.

    WAŻNE: jemu też policjanci dyktowali "szczegóły, które mógł znać tylko morderca".
    Dlatego trzeba uważać na takie dowody.

  • ds215

    Oceniono 5 razy 5

    W Polsce znalazloby by sie z 1000 razy wiecej niewinnie skazanych

  • limciu

    Oceniono 3 razy 3

    Policja na całym świecie dąży do papierowych sukcesów jak nie uda się ich osiągnąć w rzeczywistości. Nie ma się co dziwić, każdy chce się wykazać w pracy. Jadnak najgorsze jest to, że sędziowie w te bujdy wierzą, często bardziej niż w rzeczywiste dowody, które przedstawia obrona. Mam pecha być "ofiarą systemu", ale dałem sobie spokój z dochodzeniem swoich praw, bo summa summarum, sprawa gdzie oskarżyciel chciał mnie wsadzić na 10 lat więzienia, skończyła się kilknastomiesięcznym wyrokiem w zawieszeniu i 300 zł zryczałtowanych kosztów sądowych. Sędzia zorientował się, że akt oskarżenia to stek bzdur, ale zabrakło mu odwagi żeby mnie uniewinnić i w ten spsób ostro postawić się prokuraturze (kolegom od polowań, wódeczki) - no to skazał mnie na symboliczny wyrok, tak niedolegliwy, żeby nie opłacało mi się od niego odwoływać. Wik syty i owca cała. Statystyki prokuratury są zerojedynkowe, wystarczy jakikolwiek wyrok by się liczyło. Cała sprawa oparta na domysłach i sprzecznych często ze sobą zeznaniach jednej pani - współoskarżonej, której zeznania podważył jej mąż. Nie było jednego materialnego dowodu, poszlaki nie tworzyły ciągów: np jedna pani zeznała, że jej (nieobecny) mąż powiedział jej iż wręczył łapówkę dla mnie swojemu księgowemu. Księgowy zaprzeczył, że otrzymał i przekazał tą łapówkę, udowodnił to (dowodami materialnymi) i został uniewinniony, ale mnie przypisano winę przyjęcia tej łapówki (tylko nie wiadomo od kogo). Jednak nie kazano mi ani zwrócić tej korzyści, ani zapłacić grzywnę. Totalny brak logiki.

  • kozieradka2012

    Oceniono 2 razy 2

    Przepraszam, że tutaj, ale pod innym reklamowanym materiałem weekendowego wydania (też w dziale "Społeczeństwo") komentarze są wyłączone. Chodzi o fragment książki gościa o nazwisku Zmysłowski - autoreklamę kolejnego reprezentanta "młodej Polski" vel "zwykłego niezwykłego", którego barwną biografią i światowymi sukcesami zachłystuje się gazeta. Tymczasem o słowo komentarza aż się prosi. I to nie mojego, tylko prawdziwego założyciela i szefa dubajskiej firmy Hotelonline.co. Jest na głównej stronie pod tym adresem, pod znamiennym nagłówkiem "Clarification regarding recent statements by Marek Zmyslowski about HotelOnline and Savanna Sunrise". Nie byłoby w tym nic specjalnie bulwersującego (w końcu hochsztaplerów i fałszywych rewizorów naoglądaliśmy się co niemiara), gdyby nie to, że redakcja zapomniała o ostrzeżeniu, że to "materiał partnera", prawdopodobnie samego pana Marka lub jego wydawcy. Tak kreuje się fake newsy, a potem płacz, że ludzie już niczemu nie wierzą, lub przeciwnie wierzą najgłupszym bzdurom z internetu. Naprawdę można było poświęcić 2 sekundy, żeby zajrzeć pod link z notki i albo zrezygnować z pieniędzy sponsora, albo chociaż zaznaczyć, że to tekst sponsorowany.

  • jango33

    Oceniono 2 razy 2

    wystarczy obejrzeć "making murderer", włos się jeży na głowie co w usa potrafią zrobić z człowiekiem, w ostoi wolności

  • kieszonkowiec12

    Oceniono 1 raz 1

    Wystarczy fantazjować, żeby zostać skazanym. Gdzie my żyjemy? Armia ludzi i nikt przez lata się nie zorientował.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX