Protest pielęgniarek i położnych w Gdańsku w 2014 roku

Protest pielęgniarek i położnych w Gdańsku w 2014 roku (Fot. Łukasz Głowala / Agencja Gazeta)

wywiad gazeta.pl

Weronika Nawara, pielęgniarka: Nie jesteśmy służącymi

W innych krajach się nas szanuje. A to pozwala przetrwać wiele sytuacji. Tam społeczeństwo nie uważa, że pielęgniarki są tylko dziewczynkami od noszenia basenu. Nie muszą udowadniać swojego profesjonalizmu - mówi Weronika Nawara, autorka książki "W czepku urodzone".

Dlaczego zostałaś pielęgniarką?

Trochę przez przypadek, a trochę na przekór znajomym i rodzinie. Mówili, że w tym zawodzie nic się nie da osiągnąć. Znajomi z liceum, którzy wybierali się na medycynę albo stomatologię, uważali, że zawód pielęgniarki jest nieszanowany. Niektórzy dziwili się, że to można studiować. Widzieli mnie raczej jako lekarkę, farmaceutkę albo śpiewaczkę operową.

Śpiewaczkę?

Tak, ponieważ chodziłam do szkoły muzycznej.

W książce wspominasz, że siostra twojej babci była pielęgniarką. 

Co więcej - przez 28 lat była dyrektorką szkoły pielęgniarskiej, w której wychowała wiele pokoleń uczennic. Siostra mojej mamy też jest pielęgniarką. Inna ciotka jest położną. Mam też w rodzinie wielu lekarzy i wydaje mi się, że większość została nimi po namowach mojej babci. Niemniej cała rodzina mnie przestrzegała przed pielęgniarstwem i jednocześnie namawiała na farmację. Mówili: "Lubisz chemię i biologię, byłoby ci łatwo". I powtarzali, że skoro mogłam zostać lekarzem, to po co wybieram gorszą opcję?

A czy był jakiś jeden decydujący moment, kiedy powiedziałaś sobie: tak, chcę zostać pielęgniarką?

Podczas długiego pobytu w szpitalu poznałam dwudziestokilkuletnią pielęgniarkę. Nigdy wcześniej nie spotkałam tak młodej osoby w tym zawodzie. Wyróżniała się podejściem do pacjentów - inaczej z nimi rozmawiała, była bardziej otwarta, ludzka, a jednocześnie profesjonalna, często doradzała lekarzom. Zaimponowała mi. Okazało się, że to zawód, w którym młoda kobieta też się odnajdzie i spełni.

Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta
Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta

Skąd w polskim społeczeństwie wzięły się te wszystkie stereotypy na temat pielęgniarek? Że tylko piją kawkę, siedzą w dyżurce, plotkują, nigdy nie przychodzą na dźwięk dzwonka i są opryskliwe?

Być może z tego, że zajmujemy niższą pozycję w medycznej hierarchii. W społecznym wyobrażeniu jesteśmy stopień niżej od lekarzy. A przecież to niedorzeczne: nasze studia są podobnie wymagające jak lekarskie, wykonujemy równie trudną i odpowiedzialną pracę, za którą niestety otrzymujemy o wiele niższe wynagrodzenie. I lekarze, i my, pielęgniarki, pracujemy z tym samym pacjentem, ale podchodzimy do niego z różnych stron. Lekarze ustalają plan leczenia, a my go wdrażamy. Pielęgnujemy pacjentów, jesteśmy z nimi cały czas. Widzimy, jak zmienia się ich stan, obserwujemy działanie leków. Lekarze mają o wiele mniejszy kontakt z chorymi.

Dlatego że pojawiają się tylko na obchodzie?

Może nie tylko na obchodzie, ale najczęściej w momentach, kiedy z pacjentem dzieje się coś niepokojącego, podczas wizyt czy operacji.

To jakie są argumenty, żeby zostać pielęgniarką?

Ten zawód umożliwia nam bliski kontakt z człowiekiem, któremu można realnie pomóc. Daje mnóstwo satysfakcji, co we współczesnym świecie jest niezwykle rzadkie. To zawód z misją. Kiedy wychodzę ze szpitala, to czuję, że ta praca ma sens.

Co w niej jest najtrudniejsze?

Postawienie sobie właściwych granic w kontaktach z pacjentem.

Nie zaprzyjaźniasz się?

Nie mogę. Musimy jako pielęgniarki zachować dystans. Nie możemy sobie pozwolić na przeżywanie tych samych emocji co pacjent. A z drugiej strony musimy być empatyczne i wczuć się w jego sytuację.

Bardzo trudny jest też kontakt ze śmiercią, a także z rodzinami, którym trzeba wytłumaczyć, że robimy wszystko, co w naszej mocy. Bliscy często czują się bezsilni, bezbronni. Wiedzą, że nie mają wpływu na proces leczenia. Przychodzą więc do nas i musimy z nimi w taki sposób przeprowadzić rozmowę, żeby poczuli się bezpiecznie.

Fot . Marcin Stępień / Agencja Gazeta
Fot . Marcin Stępień / Agencja Gazeta

A utrzymujesz kontakty ze swoimi pacjentami?

W 99 procentach staram się tego nie robić.

Mnie interesuje ten jeden procent. Co to za sytuacje? Jacy to ludzie?

Jest trzech, może czterech pacjentów, z którymi utrzymuję lub utrzymywałam kontakt. O jednej z tych osób napisałam pracę licencjacką. Miała rzadką chorobę genetyczną i niestety zmarła. Ta sytuacja nauczyła mnie, że muszę zachowywać dystans, ponieważ bardzo mocno przeżyłam jej śmierć. Mam też stały kontakt z dwiema młodymi pacjentkami, które poznałam jeszcze na studiach. Ale czuję, że zaprzyjaźniłybyśmy się bez względu na okoliczności.

W twojej książce jest wiele gorzkich opowieści o kontaktach z pacjentami i ich rodzinami. Pojawiają się momenty rezygnacji?

Oczywiście, że tak. Za każdym razem, kiedy rola pielęgniarki jest marginalizowana, zastanawiam się, czy to, co robię, ma sens. Jaki błąd popełniłam ja, albo ktoś z mojego zespołu, skoro rodzina podchodzi do nas w taki, a nie w inny sposób? Jakie ten człowiek ma powody, żeby nas tak a nie inaczej oceniać?

Ale wolę pamiętać o tych pięknych historiach. Jedna zapadła mi w pamięć. Pacjent był w bardzo ciężkim stanie i wiedzieliśmy, że są to jego ostatnie dni. Codziennie przychodziła do niego żona, która za każdym razem się z nim żegnała. Widziałam, jak ciężko jest się jej z tym pogodzić. Czuła, że sama niewiele może zrobić. Porozmawiałam z nią wtedy i powiedziałam, że ona w tym momencie jest dla niego bohaterką, bo się nim codziennie tak pięknie opiekuje, rozmawia z nim. Uświadomiłam jej, że wszystko robi perfekcyjnie i nie może sobie niczego zarzucić. Cokolwiek by się działo, ona musi spokojnie czekać. Po śmierci tego pacjenta jego żona przyszła do mnie i podziękowała za tamte słowa. Bardzo jej pomogły. Zdałam sobie wtedy sprawę, że moje rozmowy z rodzinami są bardzo potrzebne i zmieniają wizerunek pielęgniarek.

Pacjenci wiedzą, że prowadzisz bloga?

Nie, nie chwalę się tym. Mogliby się poczuć zagrożeni.

Czym?

Tym, że ich opiszę.

A opisujesz szczegółowo swoich pacjentów?

Przytaczam sytuacje, ale nie mogę opisać swoich pacjentów. Natomiast ostatnio jeden z pacjentów skomentował mój post. Dziękował za opiekę i cieszył się, że "są takie anioły" jak ja. Miał też nadzieję, że go pamiętam. Byłam wzruszona.

Książka Weroniki Nawary ukazała się nakładem Wydawnictwa Otwarte (fot. Jakub Rydkodym / mat. prasowe)
Książka Weroniki Nawary ukazała się nakładem Wydawnictwa Otwarte (fot. Jakub Rydkodym / mat. prasowe)

Ważnym elementem twojej książki są relacje między pielęgniarkami, które nie zawsze są poprawne. Z czego to wynika? Z rywalizacji?

Raczej z tego, że być może różnimy się podejściem do pracy w zespole oraz charakterami. Można uprościć sprawę i powiedzieć: jakim jesteś człowiekiem, taką jesteś pielęgniarką. Trzeba też dodać, że w pracy, w której walczy się o najwyższe wartości - czyli życie i zdrowie - poziom stresu jest bardzo wysoki i może to rodzić konfliktowe sytuacje. W dodatku środowisko pielęgniarskie jest zdominowane przez kobiety. Tylko 7-8 procent to mężczyźni. A kobiety lubią siebie nawzajem oceniać, porównywać, co może rodzić zazdrość.

Ale czego sobie zazdrościcie?

Trywialnych rzeczy.

No to jakich?

Lepszych wakacji, większego zapału, tego, że koleżanka zrobiła specjalizację.

A książki ci zazdroszczą?

Ciężko powiedzieć. Ale zastanawiam się, czy zazdrość i te konflikty są typowo pielęgniarskie. Są typowo kobiece. Być może w środowisku nauczycielskim jest tak samo.

Co z brakiem solidarności między wami? To poważny problem.

Jest najważniejszy. Sam przyznasz, że 200 tysięcy pielęgniarek to masa ludzi, która nie potrafi solidarnie wywalczyć sobie podwyżek.

Bo?

Nie mówimy jednym głosem. To główna przyczyna złej sytuacji tego zawodu: wysokiego wskaźnika odejść, emigracji i małej popularności zawodu wśród młodych ludzi.

Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta
Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta

Jak mogłoby dojść do zmiany?

Tylko poprzez radykalną akcję, która wywołałaby kryzys. 

Już odchodziłyście od łóżek. Więc o co chodzi?

Ale tylko w kilku szpitalach, i to tylko w tych publicznych.

Ilu pielęgniarek obecnie brakuje w Polsce?

Około 100 tysięcy.

Nie można postarać się o ściągnięcie wykwalifikowanych pracowniczek ze wschodu Europy?

Problemem jest to, że pielęgniarki z Ukrainy i Białorusi nie mają wykształcenia zgodnego z Deklaracją bolońską, czyli nie ukończyły dwustopniowych studiów. Jest to wymóg do podjęcia pracy w szpitalu na terenie Unii Europejskiej. Ale nie oszukujmy się - one po wyeliminowaniu różnic w edukacji od razu wyemigrowałyby na Zachód.

Ze względu na zarobki?

Tak. To przez żenująco niskie zarobki pielęgniarstwo może być postrzegane jako nieatrakcyjne. Nasze wynagrodzenia są nieadekwatne do odpowiedzialności, liczby zadań, tempa pracy i poświęcenia.

Z książki dowiedziałem się, że jeszcze w latach 90. lekarze i pielęgniarki zarabiali podobnie. Jak to możliwe? Wydawało się, że zawsze ta różnica była dosyć spora.

Nie było aż tak dużej dysproporcji pomiędzy naszymi pensjami.

Ale to oznacza, że lekarze wywalczyli sobie te podwyżki?

Tak. 

Czyli są bardziej solidarni?

No nie da się ukryć. Zazdrościmy im tego. My ciągle stoimy w miejscu.

Fot. Wojciech Kardas / Agencja Gazeta
Fot. Wojciech Kardas / Agencja Gazeta

Słuchaj, a czy to nie jest też problem patriarchatu?

Chyba tak. Kobiety są w polskim społeczeństwie uważane za słabsze od mężczyzn.

A jak to się przekłada na wasz zawód?

Mężczyźni szybciej awansują w zawodach, które są zdominowane przez kobiety. W pielęgniarstwie mają ułatwioną ścieżkę kariery. Od pierwszych dni pracy cieszą się większym szacunkiem ze strony współpracowników, pacjenta i rodziny. Ludzie liczą się bardziej z ich zdaniem.

Powiedz, czy są jakieś inne niż ekonomiczne powody emigracji pielęgniarek?

Prestiż. W innych krajach się nas szanuje. A to pozwala przetrwać wiele sytuacji. Tam społeczeństwo nie uważa, że pielęgniarki są tylko dziewczynkami od noszenia basenu. Nie muszą udowadniać swojego profesjonalizmu.

Pielęgniarki przyjmują łapówki?

Nie.

W książce ten temat jest prawie nieobecny. Dlaczego?

Po prostu nikt nam ich nie wręcza. Dostajemy czekoladki i kawę. Nieraz ktoś chce nam dać pieniądze za to, że go umyłyśmy. Ale nie przyjmujemy ich.

Pracujesz na jednym etacie czy na kilku?

Na jednym.

Jak to wygląda u twoich koleżanek?

Znaczna część pracuje w dwóch albo w trzech miejscach. Zdarzają się takie, które wyrabiają 300 godzin w miesiącu. Muszą tak pracować, żeby dobrze zarobić.

Jesteście przepracowane?

Tak, nawet będąc na jednym etacie. Często podczas dyżuru nie mam czasu wyjść do łazienki. W dodatku nadal studiuję, rozwijam bloga. Czuję się zmęczona. Poza tym pamiętaj, że pracujemy w systemie 12-godzinnym, który jest obciążający dla organizmu.

Fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta
Fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta

Lepszy byłby system 8-godzinny?

Chyba nie, ponieważ rotacja pielęgniarek przy pacjencie byłaby zbyt duża.

Wiele bohaterek twojej książki jest po rozwodzie. To cena tej pracy?

Niestety tak. Nasza praca, a szczególnie jej zmianowy tryb, mocno wpływa na relacje rodzinne. Jeśli partnerem pielęgniarki jest ktoś, kto pracuje od poniedziałku do piątku, od 8.00 do 16.00, to chcąc nie chcąc mijają się ze sobą. Sama to widzę w moim małżeństwie. Praca w ochronie zdrowia pochłania, jest jak zaborcza kochanka, która chce ciągle więcej i więcej. A przecież my chcemy też być coraz lepsze, coś doczytać, pojechać na konferencję, żeby być na bieżąco. Ale w pewnym momencie trzeba sobie postawić jasne granice. Na przykład mieć jeden wolny weekend w miesiącu.

Powiedziałaś o ochronie, a nie służbie zdrowia. Dlaczego?

Służba jest negatywnym określeniem. Przecież my chronimy zdrowie, przywracamy chorego do zdrowia i zapobiegamy chorobom. Nie jesteśmy służącymi. To jest nasza praca. 

Lubisz, jak pacjenci mówią do ciebie "siostro"?

Na samym początku bardzo czekałam na pierwszego pacjenta, który powie do mnie "siostro", ponieważ wydawało mi się, że słowo to niesie w sobie bardzo dużo ciepła. Wtedy, w czasie studiów, nie widziałam w tym nic złego. Teraz jest mi to obojętne, kiedy zwraca się tak do mnie starsza osoba. Nie toleruję jedynie tego zwrotu z ust innego pracownika ochrony zdrowia, używania go w mediach czy przez młode osoby, ponieważ jest to określenie zaczerpnięte z zamierzchłych czasów. Dlatego zawsze się z miejsca przedstawiam. I jest łatwiej.

Miałaś zostać śpiewaczką operową. Śpiewasz na oddziale?

Czasem nucę pod nosem. Ale bardzo cicho.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Weronika Nawara. Pielęgniarka, mieszka w Krakowie. Prowadzi bloga www.wczepkurodzona.pl, w którym stara się odczarować wizerunek swojego zawodu.

Arkadiusz Gruszczyński. Dziennikarz i animator kultury.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (131)
Zaloguj się
  • prawdziwek89

    Oceniono 14 razy 14

    W Polsce panoszy się chamstwo, brak szacunku dla ludzi i zwykła nieżyczliwość.

  • lamerka

    Oceniono 12 razy 12

    Niestety, nie wszystkie Pani kolezanki maja takie podejscie do pracy. W srednim pokoleniu, tym, ktore jeszcze nie musialo konczyc studiow a jedynie jakies szkoly pomaturalne jest oczywiscie bardzo wiele fantastycznych pielegniarek, ale sporo jest takich, ktore ani intelektualnie, ani emocjonalnie do tego zawodu sie nie nadaja. I wiele z nich po prostu odwala swoja robote, w najgorszym tego slowa znaczeniu.
    Przepraszam, ulalo mi sie.
    Natomiast mam ogromny szczacunek do wszystkich pan, ktore wykonuja ten zawod z pelnym profesjonalizmem i zaangazowaniem.

  • janunia6

    Oceniono 17 razy 11

    Mam synową pięlęgniarkę po 3 specjalizacjach. Mieszkamy za granicą. Synowa zarabia ca 7 tysięcy dolarów / miesiąc.
    Nie biega z basenem. Ma szacunek u lekarzy/ często lepiej wie co robić niż lekarz/.
    Tylko nadzwyczaj prymitywne narody nie doceniają pracy pielęgniarek, które nie ma co ukrywać stanowią FUNDAMENT służby zdrowia.

  • Szymon Głowacki

    Oceniono 26 razy 10

    Kocham Was, Pielęgniarki! To Wami stoją szpitale. Lekarze w szpitalu jedynie się udzielają, a Wy w nim harujecie. To Wy sprawiacie, że człowiek czuje się zaopiekowany.

  • klan_fan

    Oceniono 11 razy 9

    Ja też spotkałam młodą pielęgniarkę. Raz. Podeszła do mnie bez rutyny, niechęci. Widać jeszcze nie zepsuta i bez sztampowego hymnu na ustach " takie są procedury".
    Pozostałe piguły mimo, że się wiłam z bólu po operacji potrafiły tylko rzec , ze już swoją porcję pyralginy dostałam a nastepna będzie za dwie godziny. Bolało tak, że leżące obok pacjentki poszły do przełożonej zmeczone moim wyciem .Bez skutku. Na stole kawka i ciasto, zaproszeni lekarze a ja zdycham. W końcu młoda pielęgniarka porozmawiała ze mną i wywołała lekarza od stołu. Przyszedł, spojrzał, zagryzł wargi i wypisal morfinę. Młoda pani załatwiła mi 3 doby bez bólu. Więcej żadnych środków nie brałam choć pytali czy trzeba.Można. Chcieć to moc.

  • to_ja_troll_drugi

    Oceniono 11 razy 9

    ależ to przecież proste jak konstrukcja cepa. Szkoda dziewczyny, że tego nie rozumiecie :( Mimo kolejnych podwyżek, które wywalczałyście argumentem "lepszej opieki nad pacjentem" z jej poziomem niewiele udało się zrobić. Może jak przestaniecie nas - pacjentów traktować jak śmiecie to coś się zmieni? Jak myślicie, drogie panie? Może trzeba wpierw zapracować żeby móc coś udowodnić, bo jak na razie to słyszę jęki jak jest źle i chu...wo A jak jestem ze schorowanym staruszkiem w szpitalu to mam nieodparte wrażenie, że wszyscy wokół zachowują się i robią wszystko, żebym ojca wziął i sobie poszedł.

  • marek.zak1

    Oceniono 11 razy 9

    Pacjent w państwowych szpitalach nie jest klientem, który przynosi kasę, tylko obciążeniem i tak jest traktowany.

  • natassja

    Oceniono 11 razy 9

    Niestety mit, że są opryskliwe pielęgniarki tkwiące w dyżurkach i olewające wzywających ich pacjentów nie jest mitem. Przykład największy szpital we Wrocłąwiu przy ul. Borowskiej. W ciągu kilku miesięcy pobyt w nim mojej Mamy na dwóch różnych oddziałach. Najpierw Chirurgia naczyniowa - opryskliwe, niepomocne, nieprzynoszące leków na czas - opóźnienia wielogodzinne!, prośba o usunięcie pustej kroplówki niezrealizowana godzinami. Parę miesięcy później - Ortopedia po złamaniu. Pielęgniarki jakby z innego wszechświata. Pomocne, sympatyczne miłe, pracujące dla ludzi z powołaniem. Jak to możliwe w jednym szpitalu?

  • alexcomp

    Oceniono 16 razy 8

    "Skąd w polskim społeczeństwie wzięły się te wszystkie stereotypy na temat pielęgniarek? Że tylko piją kawkę, siedzą w dyżurce, plotkują, nigdy nie przychodzą na dźwięk dzwonka i są opryskliwe?" - odpowiem ja na to pytanie. Wzięło się to stąd, że tak na ogół jest. Pielęgniarki to najgłupsza część białego personelu, lecz mają się za bóg wie co. Oczywiście od tego są jak najbardziej pozytywne wyjątki - wspaniałe osoby o wybitnym zaangażowaniu, mądre i co ważne rozumiejące ten drobny niuans, że to one są dla pacjenta a nie pacjent dla nich. Jednak niestety polski system lecznictwa po kilku latach zabija wszystko co pozytywne i nawet z najlepiej rokujących młodych osób stwarza te potwory przemierzające korytarze polskich szpitali. O dziwo, te potwory raptem potrafią odnaleźć w sobie to co zatraciły gdy tylko wyjadą na kontrakt do Norwegii lub Niemiec czy Holandii.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX