Korowód w Einselthum

Korowód w Einselthum (fot. Joanna Strzałko)

reportaż

O czym szumi niemiecka wieś. "Przetrwają tylko idealiści, którzy będą cierpieć dla idei"

Jadąc przez Niemcy zatrzymałam się w kilku gospodarstwach, by spytać, jak żyje się ich właścicielom. Trzy landy, pięć przystanków, trzynastu rozmówców i taki obraz.

*Weekend na wakacjach - przypominamy nasze najpopularniejsze teksty*

Reportaż powstał w ramach współpracy reporterów Rekolektywu z Goethe-Institut>>>. Jest to jeden z całego cyklu tekstów, które pokazują współczesne niemieckie społeczeństwo.

Przystanek pierwszy. Bawaria i ten przeklęty kurort

Wieczór zastaje mnie w Rimbach, w Lesie Bawarskim, niedaleko Czech. Do wyboru mam czterogwiazdkowy hotel SPA, świecący pustkami zajazd na kilkaset osób, kilkupiętrowy pensjonat oraz Bed&Breakfast w murowanej willi o nazwie "Dom Wilmy".

Wilmy Titz nie ma w domu, gdy stukam do drzwi. Na powitanie dostaję piwo z lodówki i towarzystwo jej męża, Rolfa.

- Rimbach był kiedyś wielki - wzdycha Rolf, gdy siadamy w salonie, by porozmawiać o tym jak żyje się w jego wsi. - Dużo większy niż pobliski Kötzting. I wcale nie chodzi o powierzchnię, czy liczbę mieszkańców - mówi zaciskając usta.

Okazuje się, że to właśnie do Rimbach zjeżdżali kiedyś berlińczycy. Odpoczywali tu w cieniu gór, nad wodami. To tu stacjonowała amerykańska i francuska armia w czasach zimnej wojny, co dawało nienajgorsze dochody mieszkańcom podnajmującym żołnierzom pokoje. To tu inwestowało wojsko budując maszty do podsłuchiwania Rosjan za czechosłowacką granicą. To tu sensacyjny mecz w piłkę nożną, Amerykanki kontra Niemki, przyciągnął tysiące kibiców z całego kraju.

- Dziś wszystko jest inaczej - mówi pan domu. - Pojawiło się Bad Kötzting. A to "Bad" ma znaczenie. Bo nazwa "Bad" - kurort - bardziej przyciąga spragnionych odnowy turystów. I do tego jeszcze wybudowano w Kötzting największy Aquapark w regionie. Mieszkańcom Rimbach trudno się z tym pogodzić.

Od upadku muru berlińskiego minęło 28 lat, ale Niemcy ze Wschodu wciąż czują się w Niemczech wyobcowani>>>

Panorama Rimbach (fot. Shutterstock)
Panorama Rimbach (fot. Shutterstock)

- Wszystko przez chciwość - uważa Rolf. - W latach 90. jeździliśmy busem w kilka osób po kraju i zachwalaliśmy naszą wieś. Chodziło o przyciągnięcie urlopowiczów. Mieliśmy sponsorów, stoiska, lokalne przysmaki i nalewki. Ale kiedy przyszło do rozliczenia projektu, okazało się, że zaginęły jakieś faktury. Zrobiło się nieprzyjemnie, sponsorzy się wycofali i tak zaczęła się era zastoju. Skorzystał na tym Kötzting - wzdycha Rolf.

Gdy dołącza do nas Wilma, wspomina Rimbach z czasów swojej młodości. - Każdy miał tu parę zwierząt, małe poletko do obsiania - mówi. - Ale trudno było z tego wyżyć. Mężczyźni jeździli więc do pracy w mieście, kobiety zostawały na wsi i to one pełniły rolę gospodarza. Wraz z pojawieniem się supermarketów utrzymanie zwierząt przestało się jednak opłacać, bo mięso, masło, sery były w sklepie tańsze. Tak zaczęły zanikać małe gospodarstwa. Zostali tylko ci najwięksi. Jest ich we wsi kilku. Reszta mieszkańców stara się żyć z turystów. Nie są to wielkie pieniądze.

Pytam Wilmy i Rolfa, czy mogliby mnie poznać z miejscowym rolnikiem. Uśmiechają się. - To specyficzna, nieufna grupa, ale wróć za tydzień - mówią. - Pomożemy.

Przystanek drugi. Badenia-Wirtembergia i znikający punkt 

Kieruję się na zachód do Seckenheim, które jak czytam, zostało połknięte przez miasto. Mimo że było największą i najbogatszą wsią w Badenii. Inwazję przeżyło tylko pięciu z pięćdziesięciu rolników. Heidi i Rudi Frey, których gospodarstwo leży teraz siedem minut od przystanku tramwajowego, nie kryją żalu.

- Nam się po prostu przestało opłacać - mówi drobna Heidi, której robota pali się rękach. Podczas rozmowy w ciepłej kuchni obwieszonej zdjęciami dzieci szydełkuje, doszywa rękawki do kurtki wnuka, pomaga przejść dziewięćdziesięciodwuletniej matce do łazienki, robi herbatę. - W 90. latach płaciliśmy Polakom, którzy przyjeżdżali do pracy przy szparagach, pięć marek za godzinę. Szparagi sprzedawaliśmy wtedy po piętnaście marek za kilo. Teraz minimalna stawka pracownicza jest cztery razy wyższa. A cena szparagów? Ani drgnęła!

Siedzący z boku Rudi, mężczyzna około sześćdziesięcioletni, o szerokich ramionach i dłoniach zaciśniętych w pięść mówi, że i on, i jego sąsiedzi lepiej wyszli na dzierżawie i sprzedaży ziemi pod zabudowę mieszkaniową niż na prowadzeniu gospodarstwa. I może właśnie dlatego ciągle dręczy go pytanie: "Czemu rolnicy nie mogą zarabiać na żywności?".

- Za sałatę czy mleko ludzie płacą jedno euro, a na sweter czy buty są w stanie wydać po kilkaset - wtrąca Heidi wymachując nożyczkami. - Czy w branży kosmetycznej lub tekstylnej są dopłaty? - podnosi głos i nożyczki Heidi. - Nie! - mówi i przycina wystające z rękawa kurtki nitki.

- Jeśliby odrobinę podnieść ceny, dopłaty do żywności nie byłyby konieczne i małe, czy średnie gospodarstwa, jak nasze, miałyby szansę na przeżycie - rozkłada ręce Rudi.

W Berlinie otwarto pierwszy liberalny meczet. Obok siebie modlą się szyici i sunnici, geje i lesbijki, mężczyźni i kobiety>>>

Heidi i Rudi Frey mieszkają w Seckenheim (Fot. Joanna Strzałko; Wikimedia Commons)
Heidi i Rudi Frey mieszkają w Seckenheim (Fot. Joanna Strzałko; Wikimedia Commons)

Heidi najbardziej żal zwierząt. Bo żeby się opłacało je trzymać, w jednym boksie muszą stać nie dwie, a cztery krowy, nie pięć świń, a dziesięć. - Mój tata znał imię każdej krowy i świni w oborze - opowiada Heidi. - Rozmawiał z nimi, głaskał, miał łzy w oczach, gdy szły na rzeź. A dziś? W oborach jest ścisk i ból. A my, ludzie staliśmy się okrutni i bezwzględni. Byleby dużo i taniej, nie obchodzi nas już jak. A przecież to, co jemy ma znaczenie - wzdycha Heidi.

Gdy pytam Heidi i Rudiego czy zawsze chcieli mieszkać na wsi, zamyślają się. - Niby mnie nie zmuszano, ale rodzice tak mnie wychowali, bym tego chciała - mówi Heidi. - Moje marzenia nie były ważne. I odkąd pamiętam mówiłam, by zadowolić bliskich, że chcę prowadzić gospodarstwo i mieć męża rolnika.

U Rudiego, który urodził się w Seckenheim i skrycie pragnął zostać elektrotechnikiem, sytuacja od początku była jasna. Starszy brat wyjechał i nie obchodziła go praca na roli. Chcąc nie chcąc Rudi przejął ojcowiznę. Wkrótce na potańcówce poznał Heidi, gdy świętowali zbiory tytoniu. - Te czterdzieści lat temu ważne było, by przyszła żona pochodziła z sąsiedniej okolicy - opowiada Rudi. - Mówiło się, że granicę wyznacza wieża naszego kościoła. Jeśli ją widzi z okien domu, nadaje się na partnerkę, a jeśli nie, znaczy, że mieszka za daleko - uśmiecha się Rudi.

- Tak, rządziła nie miłość do kobiety, ale do ziemi - śmieje się Heidi. - Ej, no proszę, byliśmy przecież zakochani - czerwieni się Rudi.

Ojciec Heidi marzył o synu. Miał już dwie córki, gdy przyszła na świat. Nie chciała go rozczarować, wzięła więc na siebie rolę tego upragnionego potomka. Jej siostry chodziły do gimnazjum, a ona odkąd pamięta pracowała w gospodarstwie. - Moje pierwsze wspomnienia? - pyta Heidi. - Mam trzy lata, muszę przenieść wiadro z mlekiem, nic nie może się wylać. Albo noc, gdy pomagam przy porodzie prosiąt i jest mi niedobrze od widoku krwi - dodaje. Szkołę Heidi rodzice traktowali jako utrapienie. Rzadko miała czas, by odrobić zadania domowe. - Zazwyczaj ojciec pisał usprawiedliwienia i wysyłał nauczycielom kiełbasę - wspomina. - A gdy zaproponowano mi dodatkowy angielski po godzinach lekcyjnych, ubłagał mnie, bym zrezygnowała.

- Może właśnie dlatego, ze względu na doświadczenia, pozwoliliśmy naszym dzieciom marzyć i realizować własne plany - opowiada Rudi. - Mówimy córce i synowi tak: "Po co macie harować tak jak my, po szesnaście godzin dziennie, jeśli w mieście możecie mieć pracę w dużo mniejszym wymiarze czasowym za lepsze pieniądze. Idźcie w świat i szukajcie czegoś fajnego dla siebie".

- A co stanie się z Wami? - pytam Heidi i Rudiego. - Znikniemy - mówią. I dodają, że na niemieckiej wsi przeżyją tylko te największe gospodarstwa, a raczej fabryki jedzenia.

- Nie jest dobrze - mówi Heidi. - Smutno mi - wzdycha Rudi.

Przystanek trzeci. Nadrenia-Palatynat i powrót do korzeni 

- Może i u nas było biednie, ale na pewno nie smutno! - śmieje się Daniel*, który oprowadza mnie po Harzofen, rodzinnej wsi położonej w głębokiej dolinie w zachodnich Niemczech przy granicy z Francją. - O, tu była knajpa, i tu, i tu - wskazuje dłonią odzianą w miękką, skórzaną rękawiczkę. - Przesiadywali tam mężczyźni, przeważnie drwale, po robocie w lesie. I mój dziadek, i ojciec też. Pili piwo, palili, grali w karty, gadali. Tego życia już nie ma. Choć może i lepiej? - zamyśla się Daniel.

W Harzofen mieszka już tylko jeden rolnik i drwal - Herbert Haag, krewny Daniela. Nie ma już knajp, urzędu pocztowego, placu zabaw. Dzieci zresztą też jest niewiele. Tylko domów jest więcej - ze trzydzieści.

Drewniana willa Herberta góruje nad okolicą. Prowadzi do niej stroma ścieżka. Dalej jest już tylko bukowo-świerkowy las. Siadamy w salonie przy masywnym stole obok pieca wyłożonego zielonymi kaflami. Annoushka, żona Herberta, nalewa nam do wysokich szklanek sok jabłkowy. - Spróbuj, z naszego sadu - mówi.

Miejscowość Harzofen (Fot. Detlef Haag)
Miejscowość Harzofen (Fot. Detlef Haag)

- Było nas tu we wsi dwudziestu, młodych ludzi w podobnym wieku - opowiada ciemnooki Herbert gładząc szpiczastą bródkę. - I w Harzofen zostałem tylko ja, i tylko ja mam dzieci - trójkę odchowanych z pierwszego małżeństwa i dwoje maluchów z Annoushką - patrzy z uwielbieniem na młodą kobietę.

Herbert nie wyobrażał sobie życia poza ukochaną wsią. I choć, jak mówi, z samej ziemi wyżyć się już nie da, zmysł do radzenia sobie zawsze miał. Do dziś podnajmuje się przy wycince drzew, pomaga przy remoncie okolicznych domów, ma też umowy z pobliskimi gminami na oczyszczanie terenów przy ujęciach wodnych. Jest z tego jakiś grosz.

- Nie potrzebujemy wiele, raczej staramy się z Annoushką wrócić do korzeni i żyć jak nasi przodkowie - mówi Herbert. - Mamy kilka świń, owce, sad owocowy, warzywa, drzewo z lasu, którym opalamy dom i grzejemy wodę. Zrezygnowaliśmy ze sprzętów, które zużywają prąd. Nie mamy telewizji, ani telefonu. Nie kupujemy też ubrań, przerabiamy za to stare.

Na zdjęciach z lat 50., które Herbert przechowuje w rodzinnym albumie widać drogę wzdłuż której ciągnęły się kiedyś pola żyta, owsa, łąki i las. - W tamtych czasach mieszkańcy Harzofen byli samowystarczalni - mówi Herbert. - Zimą śnieg odcinał ich od świata. Poza tym nie stać ich było, by kupować jedzenie.

- Wiesz, dopiero gdy wprowadzono regularną linię autobusową, w latach 60., dla mieszkańców naszej wsi otworzył się świat - wtrąca się do rozmowy Daniel. - I wtedy mężczyźni zamiast do lasu, ruszyli do fabryk. Pojawiły się pieniądze, a wraz z nimi większe, murowane domy, czy niedzielne wyjścia z rodziną na obiad. Zarosły łąki, opustoszały pola. A w latach 70. ukazały się pierwsze ogłoszenia o sprzedaży ziemi. Mieszkańcy Harzofen nie mieli już czasu, ani sił na prowadzenie gospodarstw.

Dziś większość sąsiadów Herberta, tych, co jeszcze nie są na emeryturze, dojeżdża do pracy. Pobliska fabryka BASF zatrudnia 36 tys. osób.

- Czy wieś umrze? - zastanawia się na głos Herbert. - Nie, w miastach przecież już się nie da żyć - mówi. - Mój starszy syn próbował, ale niedawno wrócił w nasze okolice i chce się załapać do pracy w lesie. Córka z kolei zatrudniła się w cukierni w sąsiedniej wsi. Tak, dobrze im się żyje z dala od wielkiego świata.

Ale wielki świat sam pcha się na salony Herberta. Raz w miesiącu zjeżdżają do niego miłośnicy irlandzkiej muzyki z najdalszych zakątków kraju. W ruch idą gitary, akordeon, skrzypce. Po palatyńskich górach echo niesie wyspiarskie piosenki.

- Musisz koniecznie wpaść do nas na taki wieczór! - zaprasza Annoushka, gdy żegnamy się w drzwiach. - Pośpiewamy, potańczymy, napijemy się whisky. Przekonasz się, że życie na wsi jest ok - śmieje się Herbert.

Przystanek czwarty. Nadrenia-Palatynat i zły wzrok sąsiada oraz dobra ręka burmistrzyni 

- Przeszedłem długą drogę, by docenić życie na wsi - zwierza mi się 32-letni Georg Schwedhelm ubrany w elegancki, czarny dres, gdy spotykamy się w jego przestronnej winotece.

Urodził się i wychował w Zell, dwustuosobowej wiosce zagubionej wśród winnych wzgórz. Ani kolegów, ani sklepu, ani nic. Tylko kościół, hotel i przecinające Zell szlaki wędrowne - św. Jakuba do Hiszpanii i szlak winny do Francji. Odkąd pamięta planował nimi ucieczkę, byle dalej od wsi.

Bracia Schwedhelm - Georg i Stephan (fot. archiwum rodziny Schwedhelm)
Bracia Schwedhelm - Georg i Stephan (fot. archiwum rodziny Schwedhelm)

- Odetchnąłem, gdy dostałem się na ekonomię na uniwersytecie w Mannheim - opowiada Georg. - Ale radość trwała krótko. Okazało się, że życie w mieście, ten ciągły hałas i tłum, to dla mnie ogromny stres.

Dlatego też, gdy w 2013 roku starszy brat Georga proponuje mu, by razem poprowadzili winnicę rodziców, ten godzi się bez wahania. Dobrze się dogadują. Są ambitni i mają plan. Świat czeka.

W rodzinie Schwedhelm rewolucja postępuje w błyskawicznym tempie. Bracia zrównują z ziemią starą winiarnię i dom. Na ich miejsce pojawiają się nowoczesne, przeszklone budynki, piwnica oraz winoteka z dizajnerskimi meblami i tarasem widokowym. Sadzą nowe gatunki winorośli, sprowadzają tanki i beczki na wino. Inwestują wszystko, co mają, a nawet trochę więcej. Pracują po 70 godzin tygodniowo, życie prywatne idzie w odstawkę.

Z rytmu wybijają ich tylko wizyty sąsiadów. - Przychodzili i komentowali: "Patrzcie tylko jak niszczą dorobek rodziny", "To im się nigdy nie uda" - opowiada Georg. - W ich słowach czuć było zawiść. Może dlatego, że sami nie odważyli się na żadne zmiany i ich winnice działały na granicy opłacalności od 40 lat.

- A rodzice? - pytam.
- Na szczęście rozumieli, że zmiana generacji jest konieczna i wymaga sporych wyrzeczeń - śmieje się Georg.

Winnica braci obejmuje dziś 30 hektarów i przynosi 130 tys. butelek wina rocznie, a ich Riesling z etykietą "Schwedhelm. Zellertal" sprzedaje się w Niemczech, Szwecji, Norwegii i Danii. Podobno ma się też pojawić na rosyjskim rynku.

- A współpracujecie z sąsiadami? - dopytuję.
Georg uśmiecha się tajemniczo. - Z właścicielami winnic w samym Zell nie mamy kontaktów, utrzymujemy je za to z wieloma rodzinami, czy firmami spoza naszej wioski - mówi. - W ostatni weekend zorganizowaliśmy razem z nimi "otwarty piątek". Gości woził od winnicy do winnicy autobus. I wiesz, co? Mieliśmy ponad dwa tysiące klientów w jeden dzień! Takiej liczby nie pamiętają najstarsi mieszkańcy Zell! - śmieje się Georg.

Za to w sąsiednim Einselthum, oddalonym zaledwie o kilometr od Zell i owszem. Albowiem energiczna burmistrzyni wioski, Marion Baumrucker ma kalendarz imprez zapełniony po brzegi. Od maja do końca roku nie ma tygodnia, by coś się w Einselthum nie działo. I na jej imprezy ściągają tłumy.

No, na przykład w taką niedzielę, 11 listopada, gdy już mieszkańcy umyli okna, pozbierali złote liście kasztanowców, które obsypały drogi i wywiesili regionalne flagi w czerwono żółte pasy do złudzenia przypominające te Królestwa Hiszpanii, przez wieś ruszył barwny, roztańczony korowód. Była i orkiestra z zielono-czarnymi irokezami na głowie, były królowe winnic, które szczodrze nalewały lokalnego wina, był rockandrollowy traktor z piwem, wóz z jabłkami, i kolejny z winem. Powód?
- Każda okazja jest dobra, by się spotkać i pobawić - mówi Marion Baumrucker.

Korowód i wielkie bramy Einselthum (fot. Joanna Strzałko)
Korowód i wielkie bramy Einselthum (fot. Joanna Strzałko)

Bo w Einselthum, gdzie wzdłuż głównej drogi stoją okazałe kilkupiętrowe domy, a raczej kamienice z imponującą liczbą okien (w jednym naliczyłam 30) i podwórkami odgrodzonymi od świata bramami tak wysokimi, że równie dobrze można by je wziąć za bramy warownego zamku, nie ma ani sklepu, ani kafejki, ani piekarni. Imprezy są więc doskonałą okazją do wyjścia z domów, a dla lokalnych winiarzy do promocji win.

- Nasza wieś różni się od innych - opowiada Marion Baumrucker. - W ciągu trzydziestu pięciu lat przybyło nam dwustu mieszkańców i jest nas teraz ośmiuset. Rusza budowa kolejnego osiedla, wracają młodzi, którzy wcześniej wyjechali uczyć się do szkół. W Einselthum jest mnóstwo pozytywnej energii - działa chór, ochotnicza straż pożarna, kółko kobiet, klub seniora. Tylko charakter wsi się zmienia.

Kiedyś było tu osiem winnic, teraz są trzy i nie wiadomo, czy znajdą się następcy. Kolejne trzy rodziny żyją z plonów ziemi - rzepy, buraków cukrowych, ziemniaków, kukurydzy, ale starzeją się i kto wie, czy ich dzieci będą dalej prowadzić gospodarstwa. Pozostali mieszkańcy jeżdżą do zakładów chemicznych w Worms, czy Ludwigshafen. Zarabiają tam więcej, a praca jest lżejsza niż w polu.

- To co stanie się z tą całą ziemią wokół Einselthum? Z tymi wielkimi polami? - pokazuję na sąsiednie wzgórza.
- Ziemia zostanie - mówi Marion Baumrucker. - Tylko przyjdzie ktoś z zewnątrz, kto ją kupi lub wydzierżawi. Możliwe, że będą to miastowi biznesmeni - wzdycha burmistrzyni.

Przystanek piąty. Bawaria i w Bogu nadzieja

Na koniec wracam do Rimbach. Wilma i Rolf dotrzymali słowa. Jedziemy razem do miejscowego rolnika.

- Niech będzie pochwalony - wita mnie tradycyjnym bawarskim powitaniem niewysoki, ale mocno zbudowany Karl Mühlbauer w kraciastej koszuli. W jasnej jadalni z salonem czeka już przy stole żona Margarete w kwiecistej bluzce oraz przyjaciel Alfred Silberbauer, obok którego leży czarny, filcowy kapelusz w jakim chodzą tutejsi mężczyźni. Po mieszkaniu biega duży, zadowolony z życia pies.

- No, to na początek po szklance soku - proponuje Margarete. - Nasze jabłonie mają ponad sto lat - dodaje. - Tak, musisz wiedzieć, że ta ziemia, te ponad czterdzieści hektarów - pokazuje za okno Karl - należy do mojej rodziny od kilkuset lat.

Karl i Margarete żyją z dojnych krów. Mają ich czterdzieści, i tyle samo cielaków, które po dwóch latach sprzedają na mięso. Zwierzęta nie są uwiązane i mogą się swobodnie poruszać pomiędzy oborą a łąkami. Małżeństwo Mühlbauer nie ma pomocników i całą pracę wokół gospodarstwa wykonują sami.

- I jak, opłaca Wam się? - pytam. Najbardziej śmieje się Margarete. - Nie żartuj - prosi. - Nasza praca to hobby. Harujemy od rana do nocy, a pieniędzy z tego nie mamy. Ale wiesz, mimo że jest tak ciężko, nie wyobrażamy sobie innego życia. No, Karl, powiedz kiedy miałeś ostatnio urlop - zaczepia męża Margarete.

- Nie pamiętasz? Byliśmy w pięćdziesiątym roku, chyba ze cztery dni - śmieje się Karl. I dodaje już poważnie: Gdybyśmy mieli masową produkcję mleka, czy mięsa, może moglibyśmy coś zarobić. Ale przy tak niewielkim gospodarstwie się nie da. Dostajemy 35 centów za litr mleka, a koszty utrzymania zwierząt, wszystkie te wymagane od rolników ubezpieczenia są ogromne.

- Tyle płacimy, a jak wilki zabiły jedną z naszych krów, to nie dostaliśmy ani centa odszkodowania! - skarży się Margarete. - Tak mnie to zdenerwowało! Powiedzieli nam, że to psy. A krowa cały brzuch miała rozerwany, wnętrzności wyjedzone. Kto tak robi?

Gospodarstwo Karla i Margarete w Rimbach (fot. prywatne archiwum Alfreda Silberbauera)
Gospodarstwo Karla i Margarete w Rimbach (fot. prywatne archiwum Alfreda Silberbauera)

- Niby można by się zautomatyzować, wychodzi taniej niż zatrudnienie pracowników, ale to koszt przynajmniej kilkuset tysięcy euro od maszyny - ciągnie dalej Karl. - I trzeba by pod kredyt zastawić gospodarstwo. To mi się nie uśmiecha.
- Ale dostajecie unijne dopłaty? - upewniam się.
- Tak, od hektara 270 euro rocznie. I dodatki za udział w programie zdrowego żywienia, to wychodzi jakieś 35-50 euro od hektara - wylicza Karl.

Do pokoju wchodzi młoda córka gospodarzy, też Margarete, po mamie. Jest nauczycielką i jak na nauczycielkę przystało rzuca faktami. - Na początku dwudziestego wieku w Niemczech aż 70% rodzinnego budżetu szło na żywność - mówi. - A wiecie ile dziś? - pyta. - Zaledwie 8-10%! Dlatego ludzie nie szanują jedzenia!

Pytam Margarete "córkę" jak do życia na wsi podchodzą jej znajomi. - Praca na roli to dla młodych zbyt duże ryzyko - odpowiada. - Wiąże się z inwestowaniem i niepewnym zyskiem, ciężką pracą i brakiem wolnego czasu. A przecież ludzie nie wyobrażają już sobie życia bez weekendów czy wakacji. Mam kilku kolegów, którzy odziedziczyli gospodarstwa i większą część ziemi, czy lasów sprzedali lub wydzierżawili, a tę mniejszą zostawili na indywidualne potrzeby, by mieć własne warzywa, owoce, czy mleko.

- Moje dzieci też nie chciały przejąć po mnie biznesu - mówi Alfred Silberbauer. - Powiedziały mi, że za dużo z tym roboty. Prowadziłem piekarnię czterdzieści lat, a wcześniej mój ojciec i dziad. Sklep mięsny, który był obok też padł, z tego samego powodu - wzdycha Alfred.
- Słuchajcie, to co będziemy jeść? - pytam trochę już zaniepokojona wizją opustoszałych wsi.
- Jak to co? - śmieje się Margarete "matka". - Mięso z Argentyny lub z probówki.
- To może na koniec każdy z Was powiedziałby coś optymistycznego? - proszę.
- Nic mi nie przychodzi do głowy - odpowiada cierpko Alfred i opuszcza głowę.
- A mnie pomógł udział w kursie motywacyjnym dla mieszkańców wsi - mówi Margarete "córka". - Uczyli nas tam pozytywnego myślenia. Taki przykład: zamiast sadzić dużą ilość ziemniaków i oddawać je w skupie za grosze, bardziej się opłaca posadzić mniej, a lepsze gatunkowo i sprzedawać je we własnym sklepiku, przy domu. Mniej pracy, a pieniądze większe. Trzeba tylko zmienić nastawienie.
- Tak, myślę, że przetrwają tylko idealiści, którzy będą cierpieć dla idei, i wielkie gospodarstwa, które będą coraz większe - wzdycha Karl.
- Ależ proszę Was, nie narzekajcie - mówi z uśmiechem Margarete "matka". - Kłopoty zawsze były, są i będą, i zawsze sobie z nimi w końcu jakoś radziliśmy. Nie możemy oczekiwać zbyt wiele, musimy się cieszyć małymi rzeczami, tak jak przykazał Bóg.
- Może masz rację, w sumie nie jest aż tak źle - pocieszamy się dopijając przed pożegnaniem sok ze stuletnich jabłoni.

Gdy opuszczam Rimbach zapada zmrok. Pnę się samochodem po stromych, górskich drogach, mijam lasy i pola oświetlone księżycem. Towarzyszą mi słowa poety: "Wiatr muskał pola senne, drżał ciężki zboża kłos. Szumiały lasy srebrne, gwiaździsta była noc". Taki obraz.

WIĘCEJ REPORTAŻY Z NIEMIEC:
Kiedy byli mali, mówiło się: "Dziecko musi działać", używając słowa "funktionieren", czyli nie marudzić i nie zgłaszać wątpliwości. Jak wychowują dzieci nowocześni niemieccy rodzice?>>>
"A wiecie, co zrobić, by dostać się do więzienia? Trzeba osiem razy z rzędu dać się załapać kanarowi". W Berlinie mieszka około 30 000 bezdomnych>>>
W Berlinie powstanie pierwsza świątynia dla chrześcijan, muzułmanów i Żydów - House of One>>>

Od lewej Alfred Silberbauer, Margarete Mühlbauer córka, Rolf Titz, Karl i Margarete Mühlbauer (fot. Detlef Haag)
Od lewej Alfred Silberbauer, Margarete Mühlbauer córka, Rolf Titz, Karl i Margarete Mühlbauer (fot. Detlef Haag)

Harzofen - wieś w Nadrenii-Palatynat położona w dolinie Elmstein w Lesie Palatyńskim, 30 km od granicy z Francją. Pierwsze wzmianki o Harzofen pochodzą z 1765 roku. Zamieszkała obecnie przez około 100 osób.
Rimbach - wieś w Bawarii, położona w Lesie Bawarskim, 10 km od granicy z Czechami. Zamieszkała obecnie przez 2 tyś osób.
Einselthum i Zell - wsie położone na wzgórzach Zellertal, w Nadrenii-Palatynat. Słyną z uprawy wina. Pierwsze wzmianki o uprawie winorośli w tym regionie pochodzą z 791 roku. Wsie zamieszkuje razem około tysiąca osób.
Seckenheim - wieś nad rzeką Neckar pochłonięta przez miasto Mannheim w Badenii-Wittenberdze. Na początku XX wieku zamieszkiwało ją około 6 tys. osób. Dziś, po przyłączeniu do miasta, liczy sobie ok 16 tys. mieszkańców.

*Imię bohatera zostało zmienione na jego prośbę

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Joanna Strzałko - absolwentka filologii szwedzkiej na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie oraz Polskiej Szkoły Reportażu w Warszawie. Reporterka i tłumaczka. Współpracuje z "Gazetą Wyborczą", "Dużym Formatem", "Charakterami", "Tygodnikiem Powszechnym". Publikowała również w "Twoim Stylu", "Newsweek Historia", "Polityce". Stypendystka Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Mieszka w Niemczech.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (100)
Zaloguj się
  • anonimowy83

    Oceniono 71 razy 71

    Bardzo ciekawy artykuł. Takie rzeczy trudno znaleźć a są ciekawe.

  • asperamanka

    Oceniono 45 razy 37

    Bardzo ciekawy reportaż, ale taki sam można by napisać i o polskiej wsi, bo opisuje w istocie zjawisko nożyc cenowych, występujące powszechnie w krajach o rozwiniętym rolnictwie. Środki produkcji rolnej drożeją szybciej niż płody rolne, bo kombajn i nawozy sztuczne kosztują więcej niż kosa i obornik, mówiąc w dużym skrócie. W Polsce przy kosie i oborniku średnie plony pszenicy wynosiły 50 lat temu 15q/ha, a dziś przy kombajnie i nawozach wynoszą 60-80 q/ha. Co oznacza, że tych 50 lat temu rolnik na 10 hektarach żył jak pan, a dziś z 50 hektarów trudno wyżyć. Jak tej bawarskiej rodzinie, która na 40 hektarach ledwo wiąże koniec z końcem.

  • ltte

    Oceniono 45 razy 37

    U mnie na targ przyjeżdża rolnik, który ma rzeczy ze swoich upraw i hodowli. Wszystko ma 2-3 razy droższe i 5 razy smaczniejsze niż gdzie indziej. Ma tylu stałych klientów, że często brakuje mu towaru. Doszło już do tego, że trzeba go prosić o zostawienie czegoś, albo umawiać się na dostawę na następny termin targu.

  • tomki_boy

    Oceniono 33 razy 33

    Bardzo dziękuję za ten tekst, fajnie się czytało!

  • quamtsa

    Oceniono 33 razy 33

    Ciekawy reportaż.

  • cim_cum

    Oceniono 37 razy 31

    Ciekawy artykuł. Konkluzja smutna - oszalały na punkcie konsumpcjonizmu świat zjada własny ogon.

  • strzalowyg

    Oceniono 39 razy 31

    korporacje i fabryki śmierci dostarczające mięsa zniszczyły normalność, u nas to samo się dzieje, szkoda

  • kichchi

    Oceniono 44 razy 28

    tak wygląda normalny kraj, a u nas premier krzywousty pinokio wygłasza jakieś pełne nienawiści tyrady na święcie faszystowskich partyzantów

  • K D

    Oceniono 26 razy 24

    Bardzo ciekawy artykuł a zarazem smutny. Niestety większości ludzi nie przeszkadza wydać 2000 zł na telefon, 300 zł na buty albo więcej za markową metke na ubraniu, ale już żywność, to im tańsza tym lepsza.
    Dopłata 5-10 zł na litrze/kilogramie za lepszy/zdrowszy/ lokalny produkt wywołuje już fale narzekań i czerwoną linie w budżecie. A później słysze "ej, słyszałaś o nowym samsungu? noo fajowy co", tymczasem 2/3 osób w miastach boryka sie z problemami żołądkowymi, tarczyca, otyłość, alergie itp.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX