Kolejki przed kinem Moskwa w 1958 roku

Kolejki przed kinem Moskwa w 1958 roku (fot. Tadeusz Rolke / AG)

Koniki, kilometrowe kolejki do kas i repertuar uzgadniany z Sojuzfilmem. Warszawskie kina w PRL-u

Obecnie kina kojarzą się z dużymi multipleksami, czystymi, wyposażonymi w nowoczesny sprzęt i pachnącymi świeżo prażonym popcornem. W czasach PRL-u kinomani nie mieli tylu wygód - musieli być przygotowani na długie kolejki do kas, a podczas seansu, między fotelami mogli się spodziewać przebiegających szczurów. Dzieje "Skarpy", "Moskwy" i "Atlantika" przybliża Jerzy S. Majewski w książce "Historia warszawskich kin".

W czasach PRL-u warszawskie kina pękały w szwach. Wprawdzie zachodnie hity docierały na polskie ekrany z opóźnieniem, ale gdy już dotarły, przed kasami wiły się tasiemcowe kolejki, tym bardziej że w drugiej połowie lat 40. miasto miało zaledwie kilka sal kinowych - jeden fotel przypadał na 130 mieszkańców. Przed wojną ten wskaźnik wynosił 30. 

Odbudowa

Pierwszym kinem powojennej Warszawy była Syrena przy Inżynierskiej na Pradze. Już 17 stycznia - w dniu, w którym żołnierze Armii Czerwonej i Wojska Polskiego zajmowali ruiny na lewym brzegu Wisły, odbył się tu pokaz radzieckiego filmu Tęcza. Raczej nie wywołał entuzjazmu. "Osnuty na tle powieści Wandy Wasilewskiej i obrazujący walkę wyzwoleńczą partyzantów radzieckich przeciwko germańskiemu najeźdźcy" - opisywało "Życie Warszawy".  

Po wojnie kina nie wróciły w prywatne ręce. Podobnie jak w czasie okupacji zarówno film, jak i same kina miały pełnić funkcję propagandową i być ściśle kontrolowane przez władzę. Tym razem komunistyczną. Już w 1945 roku przy Ministerstwie Informacji i Propagandy utworzono Departament Propagandy Filmowej. Na jego czele stanął świetny reżyser Aleksander Ford, który przed wojną nakręcił takie filmy jak Legion ulicy czy Ludzie Wisły. Teraz wrócił do Warszawy w mundurze majora Wojska Polskiego. W wojsku też był filmowcem. Przed 1943 rokiem tworzył filmy szkoleniowe dla Armii Czerwonej, potem zaś był kierownikiem Czołówki Filmowej Wojska Polskiego przy 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. 

Aleksander Ford w 1961 roku (fot. Tadeusz Rolke / AG)
Aleksander Ford w 1961 roku (fot. Tadeusz Rolke / AG)

Celem departamentu było z jednej strony produkowanie filmów, z drugiej - przejęcie, odbudowa starych i budowa nowych kin. Po sowieckiej ofensywie styczniowej i zajęciu przez Armię Czerwoną Łodzi to właśnie tam przeniósł się departament i tam też zaczął tworzyć zaplecze pod wytwórnię filmową. "W Warszawie czynny jest nadal wydział kinofikacji. Głównym zadaniem oddziału warszawskiego jest uruchomienie w najbliższym czasie nowego kinoteatru w lewobrzeżnej Warszawie, a mianowicie 'Polonii'" - pisał 7 marca 1945 roku dziennikarz "Życia Warszawy". 

Odrębną sprawą był program kinowy. Tu Departament Propagandy miał wyraźne preferencje. "Jak dotychczas nasza produkcja filmowa ograniczała się ze zrozumiałych względów do krótkometrażówek (reportaże, kroniki, filmy dokumentalne). Z tego zakresu winniśmy wkrótce obejrzeć filmy Majdanek Nowa Polska. Poza tym wydział kinofikacji pozostaje w ścisłym kontakcie z Sojuzfilmem, co nam zapewni szereg cennych filmów radzieckich. Wierzymy iż programy obu kino-teatrów nie będą zależne od kasowości. Z tym zerwaliśmy już chyba na zawsze" - czytamy w "Życiu Warszawy". 

(...) Tymczasem kina radziły sobie jak mogły. Polonię uruchomiono w ocalałym lokalu przedwojennego kina Imperial przy Marszałkowskiej 56. Ekran został zszyty ze skrawków wydobytych z ruin kilku kin. 19 września 1945 roku odżył Atlantic. W dniu jego otwarcia wyświetlano Paradę zwycięstwa i radziecki obraz Berlin. 2 stycznia 1946 roku gazety zamieszczały program czterech kin. Tego dnia zarówno przed kinem Atlantic, jak i przed Polonią stały długie kolejki chętnych na angielski film wojenny Jeden z naszych samolotów zaginął. Tematykę lotniczą podejmowało też kino Syrena przy Inżynierskiej filmem Szalony lotnik, zaś w czwartym oddanym do użytku warszawskim kinie - Tęczy na Żoliborzu - można było zobaczyć Kurhan Małachowski. Dopiero na początku 1947 roku ponownie otwarto luksusowe przedwojenne Palladium w kamienicy przy Złotej 9. 

Sala w kinie Skarpa (fot. NAC)
Sala w kinie Skarpa (fot. NAC)

Upolitycznienie

Nowo otwierane kina przechodziły w ręce przedsiębiorstwa państwowego Film Polski, które zostało powołane mocą dekretu Krajowej Rady Narodowej (KRN) 13 listopada 1945 roku. Pierwszym dyrektorem został dotychczasowy szef Departamentu Propagandy Filmowej Aleksander Ford. Dekret postanawiał, że Film Polski ma się zajmować zarówno produkowaniem materiałów filmowych - od papieru światłoczułego po taśmę filmową, wytwarzaniem sprzętu kinotechnicznego - jak też rozpowszechnianiem filmów polskich, ich eksportowaniem i sprowadzaniem obrazów z zagranicy. Jednym z jego zadań była też budowa nowych obiektów kinowych. Rzecz jasna przejął też większość kin. Cały przemysł filmowy został zatem już w 1945 roku całkowicie zaanektowany przez państwo. Sytuacja ta praktycznie nie zmieniła się do końca istnienia PRL-u, choć swego rodzaju wyłomem stały się po 1956 roku Dyskusyjne Kluby Filmowe. Niezależne od państwowego hegemona pozostały nieliczne sale kinowe należące do związków zawodowych, instytucji publicznych czy kina wojskowe. Jednak i tam obowiązywał repertuar z centralnego rozdzielnika. 

Równocześnie Film Polski zajął się produkowaniem filmów. O upolitycznieniu przedsiębiorstwa świadczy odsunięcie od kierowania nim fachowca, jakim był Aleksander Ford, i zastąpienie go w roku 1947 przez Stanisława Albrechta, wcześniej szefa propagandy w Biurze Odbudowy Stolicy. Albrecht był wprawdzie z zawodu architektem z pewnym dorobkiem sprzed wojny, lecz pełnił teraz funkcję politruka. 
Dążąc do coraz ściślejszej centralizacji, w 1952 roku władze przekształciły Film Polski w Centralny Urząd Kinematografii, zaś w roku 1957, po przełomie październikowym, przemianowały go na Naczelny Zarząd Kinematografii Ministerstwa Kultury i Sztuki. Nie zmieniło to jednak przyjętej w 1945 roku zasady monopolizowania branży przez państwo. Od 1949 roku w ramach Filmu Polskiego dystrybucją filmów, mocą rozporządzenia ministra kultury, bezpośrednio zajmowała się Centrala Rozpowszechniania Filmów, zmieniająca potem nazwy na Zjednoczenie Rozpowszechniania Filmów, Przedsiębiorstwo Dystrybucji Filmów i ostatecznie na podlegającą Naczelnemu Zarządowi Kinematografii Centralę Dystrybucji Filmów (CDF), która istniała do 1990 roku i pozostała do końca jedynym dystrybutorem filmowym w PRL-u. (...) 

Kino Praha (fot. NAC)
Kino Praha (fot. NAC)

Idzie nowe

Już w epoce socrealizmu Film Polski wybudował kolejne kina: Moskwę na Mokotowie i Prahę na Pradze. (...) Na otwarciu kina Moskwa 22 lipca 1950 roku przemawiał minister kultury i sztuki Stefan Dybowski. Poparto pokój. Potępiono imperialistów i wrogów ludu. Po burzy oklasków zgasło światło i wszyscy obejrzeli film o Julianie Marchlewskim oraz premierowy radziecki Oni mają ojczyznę. 

Po 1956 roku aż do schyłku PRL-u Moskwa była zwykłym kinem zeroekranowym [kino pokazujące premierowe filmy - przyp.red.], na którego ekran trafiały hity z Zachodu; radzieckie pokazywano w listopadzie, z okazji miesiąca filmu radzieckiego. 
Na uruchomienie Prahy trzeba było czekać do 28 października 1951 roku. Aż do końca PRL-u było to największe kino w prawobrzeżnej Warszawie, dar czeskiej Pragi dla Pragi warszawskiej. "Toczona ostatnio wojna z chuligaństwem i wagarami nadszczerbiła szeregi najlepszych klientów kina Praha. Społeczne trójki kontrolne legitymują młodych entuzjastów kina i płoszą nawet najzuchwalszych, frekwencja zaś rano katastrofalnie spada (stała grupa 200-300 uczniów kinomanów spadła do 20-30). Nawet 'koniki' pracują teraz po dżentelmeńsku, a pana kierownika traktują z ostentacyjną atencją; niekiedy jeszcze ten odporny człowiek i twardy społecznik złowi uchem donośny szept: 'Kapuj się, dziad idzie!', ale w końcu Praga to nie Wersal" - pisał dekadę później Olgierd Budrewicz w "Bedekerze warszawskim". Wspomniane koniki były zmorą kin w PRL-u. Całe ich szajki wykupywały bilety na najbardziej atrakcyjne filmy i z wielokrotnym zyskiem odsprzedawały złaknionym rozrywki widzom. 

(...) "Jedynym plusem kin warszawskich jest fakt, że są tanie. Bilet kosztuje zdaje się 3 zł 80 gr. Jednakowa cena obowiązuje na wszystkie miejsca" - ironizował Andrzej Jabłoński w niepublikowanym, napisanym w 1954 roku, już na emigracji, "Kalejdoskopie warszawskim". Jego zdaniem w Warszawie początku lat 50. XX wieku kina były przede wszystkim brudne. Jak opisywał, pomiędzy fotelami kina Atlantic biegały myszy i szczury, nie przejmując się publicznością. (...) 

Kolejki przed kinem Skarpa (fot. NAC)
Kolejki przed kinem Skarpa (fot. NAC)

Nie było reklam. Zamiast nich aż do końca istnienia PRL-u przed seansami wyświetlano Polską Kronikę Filmową, która w stalinowskiej Polsce przed 1956 rokiem pełniła funkcję czysto propagandową. Widzowie dowiadywali się o walce narodu ze stonką zrzucaną przez imperialistów na kraje demokracji ludowej, o rewolucyjnej metodzie obróbki metalu wymyślonej przez stachanowca Kulesowa w fabryce w Kujbyszewie, o nędzy mas ludowych na Zachodzie czy o strajku generalnym we Francji. 

Zresztą nie lepszy był sam program kin lat 50. O ile przed 1949 rokiem na ekrany trafiały filmy brytyjskie, amerykańskie, francuskie czy włoskie, o tyle teraz już bez reszty dominowały tytuły radzieckie, a także, choć niezbyt liczne, polskie produkcje socrealistyczne w rodzaju Żołnierza zwycięstwa. Ten ostatni, w reżyserii Wandy Jakubowskiej, heroizował postać generała Karola Świerczewskiego. (...) Tytuły zachodnie pokazywano sporadycznie. "Są one naturalnie specjalnie dobrane. Przypominamy sobie w roku 1952 stary, przedwojenny film francuski Nędznicy. W ostatnich miesiącach 1953 r. miał wejść na ekrany warszawskie film francusko-włoski Fanfan Tulipan, a również zapowiadano sprowadzenie filmu Lili z Leslie Caron w roli głównej" - wymieniał Jabłoński, napomykając też o wyświetlonej w Warszawie austriackiej komedii Zagubione melodie z 1952 roku (reż. Eduard von Borsody). Filmy takie jak ten były wielką sensacją. przed kasami kin kłębiły się tak wielkie kolejki, że trzeba było zamykać ruch samochodowy, a "przedsiębiorczy młodzieńcy" zbijali fortunę, odsprzedając bilety po paskarskich cenach. Przed wejściami do kin dochodziło do regularnych bójek. Obowiązywało przy tym prawo silniejszego, gdyż milicjanci w takich przypadkach zazwyczaj znikali. 

Tadeusz Konwicki przed kinem Atlantic w 1982 r. (fot. Tadeusz Rolke / AG)
Tadeusz Konwicki przed kinem Atlantic w 1982 r. (fot. Tadeusz Rolke / AG)

Na przełomie lat 50. i 60. wykończono kina Skarpa, Bajka, Wisła, Wars i Luna. Wnętrza części z nich były znakomitymi dziełami sztuki nowoczesnej. Skarpa przy Kopernika, choć projektowana w czasach stalinowskich, ostatecznie wykończona została w czasach odwilży i taką też miała architekturę. Jej otwarcie w lipcu 1960 roku zbiegło się z 450. rocznicą bitwy pod Grunwaldem i premierą Krzyżaków, największego hitu w dziejach polskiego kina. Tłumy były tak wielkie, że pomimo 850 miejsc na widowni przez wiele tygodni trudno było się dostać tu na film Aleksandra Forda. To były wielkie dni nie tylko dla kinomanów, ale i koników. Opowiadano sobie, że niektórzy z nich na Krzyżakach zbili krocie. 

Rok 1960 był w ogóle bardzo dobry dla stołecznych kin. Otwarto wówczas także Wisłę w sercu Żoliborza, przy ówczesnym placu Komuny Paryskiej (dziś Wilsona), oraz Kino Polskich Filmów "Bajka" przy Marszałkowskiej. Obydwa były bardzo nowocześnie wyposażone, uzupełnione wysmakowanymi dekoracjami malarskimi wnętrz, a z zewnątrz opatrzone ciekawymi neonami. Obydwa też zostały wbudowane w monumentalne bloki mieszkalne. kwietniu tegoż roku, po wieloletnim remoncie, ponownie otwarto odmłodzone kino Atlantic, w którym nie biegały już szczury, a wnętrza odpowiadały współczesnym wymogom, choć nie ze wszystkich miejsc na widowni było dobrze widać ekran. Odświeżony Atlantic dysponował dodatkową salą z osobnym wejściem, gdzie działało kino Aktualności, na początku pokazujące w systemie non stop Polską Kronikę Filmową i składankę dokumentalną. Później kino przemianowano na Non Stop, a na repertuar składały się głównie filmy polskie, często już archiwalne, m.in. Krzyżacy czy tryptyk Jak rozpętałem drugą wojnę światową w reżyserii Tadeusza Chmielewskiego. 

Powiew Zachodu

W połowie 1961 roku w Warszawie i jej najbliższych okolicach było już 70 kin, czyli prawie tyle co przed wojną, a rok później przybyły jeszcze trzy. Jak informowała prasa, w roku 1960 kina miejskie przyniosły 100 milionów złotych wpływów za bilety, a w kolejnym 118 milionów złotych, choć frekwencja nieco spadła. W tym czasie średnio każdy mieszkaniec Warszawy był 14 razy w kinie. W roku 1961 w stolicy 75,5 tysiąca seansów obejrzało 17 milionów osób. Sam Atlantic przez ponad rok, od kwietnia 1960 do początku lata 1961 roku, dał 2250 seansów dla 632 tysięcy widzów. W tym czasie kasa miasta do działalności kin dopłaciła 20 tysięcy złotych. Nie była to wielka kwota, ale pokazywała, że nawet przy ogromnej frekwencji dotacje były konieczne. 

Kino Stolica (fot. NAC)
Kino Stolica (fot. NAC)

Świętem kina w Warszawie lat 70. i 80. XX wieku były Konfrontacje Filmowe - przez kilkanaście dni w wybranych kinach (m.in. Skarpa, Relax, Moskwa) można było oglądać filmy, o których zobaczeniu w normalnym kinie nie było nawet co marzyć. Pokazywano zachodnie nowości, w tym prawie wszystkie tytuły, które otrzymały prestiżowe nagrody międzynarodowe. Aby kupić karnet, trzeba było oczywiście odstać swoje w tasiemcowych kolejkach - czasem dzień lub dwa. Część karnetów rozprowadzały zakłady pracy, w tym fabryki zatrudniające wiele tysięcy robotników, takie jak FSO na Żeraniu czy Huta Warszawa. Część marnowała się. W roku 1983 kaowcy z huty żalili się, że wielu pracowników prosiło o karnety, a gdy w końcu udało się zdobyć około 70, po odbiór zgłosiło się zaledwie kilkanaście osób. To tłumaczy, dlaczego, pomimo braku karnetu, czasami udawało mi się dostać na film i niemal zawsze znaleźć wolne miejsce. (...) 

U schyłku lat 80., tak jak w ciągu całego okresu PRL-u, państwowy nadzór nad dystrybucją filmów sprawowało Przedsiębiorstwo Dystrybucji Filmów. Mimo zmian nowe tytuły wciąż docierały do kin tak jak wcześniej - w poniedziałki. Rozpowszechnianiem filmów w tym czasie zajmowało się kilkanaście lokalnych Okręgowych Przedsiębiorstw Rozpowszechniania Filmów. W wyniku rewolucji dokonanej w 1990 roku w obszarze dystrybucji i rozpowszechniania filmów w miejsce dotychczasowych OPRF i PDF powołanodo życia siedem regionalnych Instytucji Filmowych Dystrybucji Filmów. Cieszyły się one pewną autonomią, nawet nazwy miały własne, np. w Warszawie był Max Film, we Wrocławiu Odra Film, na Górnym Śląsku Silesia-Film, w Gdańsku Neptun-Film, w Poznaniu Film Art, a w Łodzi Helios, który przejął we władanie tamtejsze kina Bałtyk i Capitol, by na tej bazie tworzyć najszybciej rozwijającą się w Polsce sieć multipleksów. 

Książka Jerzego S. Majewskiego ukaże się nakładem Wydawnictwa Agora (fot. Adrian Grycuk / CC BY-SA 3.0 / mat. prasowe)
Książka Jerzego S. Majewskiego ukaże się nakładem Wydawnictwa Agora (fot. Adrian Grycuk / CC BY-SA 3.0 / mat. prasowe)

*Fragment książki "Historia warszawskich kin" Jerzego S. Majewskiego. Możecie ją kupić w kulturalnysklep.pl >>>

Już od 14 lutego kino Helios też w Warszawie, w Blue City. Zajrzyj do kina, które spełnia marzenia - HELIOS BLUE CITY >>>

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Jerzy S. Majewski - historyk sztuki, varsavianista, wieloletni dziennikarz, a dziś współpracownik "Gazety Wyborczej". Autor cyklu "Warszawa nieodbudowana" publikowanego na łamach "Gazety Wyborczej" od 1993 roku, a poświęconego dziejom dawnej architektury warszawskiej, losom jej mieszkańców i stylowi ich życia. Autor m.in. "Spacerownika Warszawa w filmie".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (83)
Zaloguj się
  • white_lake

    Oceniono 41 razy 37

    "pachnącymi świeżo prażonym popcornem"
    sorry, popcorn cuchnie, a nie pachnie

  • joki8688

    Oceniono 20 razy 16

    Dzisiejsze kina kojarzą się wyłącznie z kiczem i wyciskaniem kasy - 40 minut reklam, na 90 minut filmu graniczy już z obłędem (powinni płacić ZA OGLĄDANIE TEGO) - a bilety coraz droższe (za 50zł to można iść do filharmonii albo teatru...), brak klimatu, chamska obsługa złożona z dorabiających licealistów, a przeciętna klientela to gimbaza (on - szpanującym tym że stać go na kino i popcorn, ona - różowa lasencja zachwycona splendorem cinemacity), albo znudzeni turyści czekający na pociąg. Jeśli kina się nie zmienią, to czeka je muzeum.

  • nukula4

    Oceniono 16 razy 12

    Za komuny prawie każdy film warto było obejrzeć, większość coś przekazywała i warto było pójść. Obecnie to czyta zabawa dla zabawy, szkoda tracić czas i pieniądze tym bardziej ze za chwilę będą na okrągło wyświetlane na wszystkich kanałach TV. Kapitan Kloss jak na początku zniechęcali, by go nie oglądać to teraz na jednym kanale się zaczyna, na drugim lecą środkowe odcinki a na trzecim końcowe - do wyboru do koloru. ciekawe że jeden filmy są na okrągło a inne ani razu. Kiedyś oglądałem Zwierzę obdarzone rozumem (w kinie) i już nigdy w TV nie widziałem. Człowiek klanu był chyba raz. Teatry TV są albo o żołnierzach przeklętych albo komedie. Co to za polityka? ogłupiania?

  • jakobhorner

    Oceniono 14 razy 10

    wtedy ludzie żyli kinem (sztuką!), a kina żyły ludźmi. Do tego najczęściej widzowie mogli liczyć na świetny repertuar czy to europejski czy to Polski. Kino Radzieckie także zrodziło wielu genialnych twórców.

  • j-ugo

    Oceniono 11 razy 9

    Najfajniejsze były "Konfrontacje". Kupowało się niedrogi karnet na 14 filmów. Były to filmy maksymalnie z 1 rocznym opóżnieniem od premiery na zachodzie.

  • komercyjny02

    Oceniono 7 razy 7

    Cokolwiek złego powiedzieć o zarządzie sieci kin w PRL-u - to za jedną rzecz chwała mu! Za oparcie się naciskom by - wzorem PRL-owskiej telewizji oraz kin w ZSRR - wprowadzić najtańszą metodę opracowywania filmów obcojęzycznych poprzez naczytanie listy dialogowej przez lektora. Poza przypadkami incydentalnymi (typu "Konfrontacje") w polskich kinach możliwe były tylko:
    a) dźwięk oryginalny plus polskie napisy (czasami słabo czytelne, bo technologia ich tłoczenia była inna niż dziś) albo
    b) polski dubbing (bynajmniej niejedynie w filmach dla dzieci).
    Żadnego lektora!

  • mikejar

    Oceniono 7 razy 7

    Urodzilem sie na Czerniakowie I pamietam DWA KINA Jedno kino Czerniakow tzw PLUSKWA I Czajka
    Pluskwa byla rog Czeniakowskiej I Bartyckiej a Czajka przy Czerniakowskiej I Chelmskiej , budynek stoi do dzisiaj
    Poniewaz mieszkalem na Stepinskiej na scianie budynku tez wyswietlano filmy teraz ta sciana juz nie istnieje poniewaz wybudowano budynek dla pracownikow Rady Ministrow (Stepinska 41A I 43 ) To byly czasy. W tym miejscu byla tzw gorka I dzieciaki zima zjezdzali na sankach. Co 2 tyg na scianie od maja do konca wrzesnia byly wyswietlane filmy

  • farcry3

    Oceniono 8 razy 6

    Trzy filmy ( eg mojej , subiektywnej oceny), które mogły by dostać Oskara, a na pewno były lepsze od wielu "oskarowców" : "Faraon", " Krzyżacy" i " Ziemia obiecana ".
    A co do Bonda, to J-23 jest dużo inteligentniejsze i dobrze zagrane.
    "Czas Apokalipsy" - rewelacja i w dodatku moment premiery w PRL-u.

  • asperamanka

    Oceniono 6 razy 6

    Dodam jeszcze kilka informacji.

    Po pierwsze i przede wszystkim, w latach 70. I 80. głównym ogranicznikiem dostępności produkcji zagranicznych był dostęp do walut wymienialnych - kupowano rocznie do kin około setki zachodnich filmów, ale ile i których, to zależało od tego, ile dolarów centralny planista przyznał na ich zakup. Były oczywiście filmy z przyczyn ideologiczno-cenzuralnych z definicji niepokazywane, np. wszystkie Bondy, ale poza tym hity kupowano i pokazywano, choć nieraz kilka lat po premierze.

    Po drugie, zanim Hollywood doprowadziło do absurdu ochronę praw autorskich,w europejskim prawie istniała formuła swobodnej licencji na tzw. zamknięte pokazy studyjne dla celów edukacyjnych, itp. Korzystano z tego nieraz pokazując w specjalnej kategorii kin studyjnych, głównie małych, filmy oficjalnie nie zakupione. Całe opisane w artykule Konfrontacje bazowały właśnie na formule swobodnej licencji studyjnej, i pokazywano w ich ramach w formalnie zamkniętych pokazach za karnetami najnowsze produkcje i hity które potem nie trafiały do normalnej dystrybucji, bo na ich zakup władza nie miała środków.

    Po trzecie, istniało w Warszawie jeszcze sporo sal zamkniętych po różnych ministerstwach, np. w Komisji Planowania (dziś Ministerstwo Gospodarki) przy pl. Trzech Krzyży, czy w MSZ. Teoretycznie odbywaly się tam pokazy dla pracowników, ale że każdy kogoś znał, udawało się tam wkręcić na zasadzie że „kolega taty kolegi z klasy” wprowadzał na pokaz. Zwłaszcza MSZ celował w pokazach różnych kwiatków, sprowadzając do pokazów kopie via placówki. W ten sposób jako licealista w drugiej połowie lat 70. obejrzałem tam choćby kilka Bondów, i to była niezła partyzantka, bo te filmy wyświetlano albo z oryginalną ścieżką dźwiękową, albo komuś się chciało, przeważnie dzieciom pracowników znającym języki po pobycie z rodzicami na placówkach, i wtedy tłumaczyli listę dialogową, ktoś inny na ochotnika siadał do mikrofonu i ja na żywo czytał, i była zabawa. Obejrzałem w ten sposób choćby też Blaszany Bębenek, którego oficjalnie nie dystrybuowano jako film antypolski, choć przecież ta sama gierkowska władza ludowa nie tylko pozwoliła Niemcom film nakręcić w gdańskich plenerach, ale jeszcze wystąpiła w nim śmietanka polskich aktorów ;-)

    I na koniec, był jeszcze Iluzjon w Polonii, w którym w ramach cykli tematycznych i swobodnej licencji studyjnej pokazywano filmy, których wcześniej do kin nie kupiono z jakichś zapomnianych już powodów ideologicznych albo wskutek braku środków. Do dziś pamietam obejrzany tam film Butch Cassidy i Sundance Kid, który w Polsce nigdy dystrybuowany nie był, i wyświetlana była kopia z czeskimi napisami, z których więcej było beki niż z samego filmu. Potem było mniej śmiesznie, bo nas na tym filmie w Polonii pchły oblazły, ale to już inna bajka ;-)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX