W Tyrolu można zjeżdżać na sankach z kilkukilometrowych tras

W Tyrolu można zjeżdżać na sankach z kilkukilometrowych tras (fot: Ewa Jankowska)

trend

Tak na sankach jeździ się w Austrii. Kilkukilometrowe trasy, kolacja na szczycie góry, zjazdy nocą

Przed pierwszym zjazdem dorośli szczękają zębami ze strachu. Ze mną było podobnie. Zwłaszcza że było już po godzinie 22.00 i jedyne światełko na trasie stanowiło to znajdujące się na moim kasku.

Godzina 19. Pod kolejką linową na górę Elfer w austriackim mieście Neustift kłębią się tłumy. Nie są to jednak ani narciarze, ani snowboardziści. Zamiast ciężkich butów mają śniegowce, w rękach - nie narty czy deski, ale sanki.

Tłumy pod kolejką linową na Elfer (fot: Ewa Jankowska)
Tłumy pod kolejką linową na Elfer (fot: Ewa Jankowska)

W całym Tyrolu znajduje się ponad 750 km torów saneczkowych (fot: Ewa Jankowska)
W całym Tyrolu znajduje się ponad 750 km torów saneczkowych (fot: Ewa Jankowska)

To jeden z tych wieczorów, kiedy uruchomiony zostaje oświetlony stok, którym zjeżdżać mogą wyłącznie miłośnicy sanek (w Austrii - 'rodel'). Choć wydawałoby się, że to zabawa przede wszystkim dla dzieci, wśród zgromadzonych na palcach jednej ręki można policzyć osoby, które mają mniej niż 10 lat. Przeważają dorośli.

To część tradycji. Bierzemy sanki z domu lub wypożyczamy je przy kolejce, którą jedziemy na górę, idziemy do restauracji przy trasie, jemy kolację, pijemy sznapsa, biesiadujemy, a potem zjeżdżamy w dół. Dla wielu ważnym elementem całego rytuału jest spacer. Nie na wszystkie trasy można jednak dostać się kolejką lub wyciągiem. Żeby dotrzeć na początek szlaku, trzeba poświęcić około jednej, dwóch godzin.

Trasy różnią się nachyleniem, podczas wdrapywania się na te bardziej strome można się porządnie zmęczyć i zgłodnieć. Towarzysząca przez cały czas myśl, że na górze czeka na nas gorący, bardzo sycący posiłek oraz kieliszek sznapsa, dodaje sił. Po takim wysiłku domowej roboty Käsespätzle (kluski z serem), tyrolski Gröstl (danie z mięsa, boczku, ziemniaków i jajek) czy tyrolskie knedle smakują wybornie.

Kasespatzle, czyli kluski z serem (fot: Ewa Jankowska)
Kasespatzle, czyli kluski z serem (fot: Ewa Jankowska)

Grostl, czyli danie z mięsa, boczku, ziemniaków i jajek (fot: Ewa Jankowska)
Grostl, czyli danie z mięsa, boczku, ziemniaków i jajek (fot: Ewa Jankowska)

Tyrolskie knedle (fot: Ewa Jankowska)
Tyrolskie knedle (fot: Ewa Jankowska)

Dla Austriaków zamieszkujących górskie miejscowości widok dorosłych na sankach nie jest dziwny. Tu mają je wszyscy członkowie rodziny. Niektóre mają po kilka, inne po nawet kilkadziesiąt lat. 

"Sanki na całe życie"

Historia jazdy na sankach, a precyzyjniej - użytkowania sań sięga daleko w przeszłość i niekoniecznie wiąże się ze śniegiem. Już Egipcjanie posługiwali się nimi, gdy budowali swoje piramidy. W Alpach z sanek korzystano przede wszystkim w okresie zimowym do transportu siana i drewna z gór do doliny. Czasem, choć rzadko, przewożono nimi również ludzi. Saneczkarstwo rekreacyjne i sportowe rozwinęło się w Alpach w XIX wieku i dzieli się na to uprawiane w lodowym kanale i to na naturalnym torze.

Współczesne sanki to technologiczne cuda, które można dopasowywać do własnych potrzeb. Wystarczy odwiedzić jedną ze słynnych manufaktur sanek, żeby się o tym przekonać. Bernard Lederwasch wraz z żoną Helgą i synem prowadzi taką manufakturę w Tyrolu od 10 lat. Małżeństwo kontynuuje dzieło ojca Helgi, stolarza. Bernard, kucharz i rzeźnik, w pewnym momencie uznał, że chciałby wesprzeć rodzinny interes. Przez kilka lat zdobywał kwalifikacje i doświadczenie, aż przejął firmę Gallzeiner, która ma już w sumie ponad 50-letnią tradycję i produkuje wysokiej jakości sprzęt. - Nasze motto brzmi: "Sanki na całe życie" - mówi Bernard.

Bernard wraz z żoną Helgą (fot: Ewa Jankowska)
Bernard wraz z żoną Helgą (fot: Ewa Jankowska)

Tu powstają jedne z najwyższej jakości sanek w Tyrolu (fot: Ewa Jankowska)
Tu powstają jedne z najwyższej jakości sanek w Tyrolu (fot: Ewa Jankowska)

Sanki można dostosować do własnych potrzeb (fot: Ewa Jankowska)
Sanki można dostosować do własnych potrzeb (fot: Ewa Jankowska)

Na sanki Gallzainer trzeba czekać od czterech do sześciu tygodni. Ceny wahają się od 210 do 470 euro. Bernard, zanim przystąpi do robienia sanek, rozmawia z klientem o jego potrzebach. - Raz przyszedł do mnie starszy pan, który wyznał, że ciężko mu wstawać z niskich sanek, więc zrobiłem dla niego o kilka centymetrów wyższe - opowiada. Jeśli użytkownik ceni komfort, w materiał na siedzenie można wszyć poduszkę. Zdarzają się też klienci o potrzebach bardzo specyficznych, między innymi osoby niepełnosprawne. - Chłopcu, który miał częściowo sparaliżowane kończyny, wbudowałem do sanek specjalny hamulec - mówi Bernard.

Intuicyjne

Dla przeciętnego, w pełni sprawnego użytkownika sanek ważny jest przede wszystkim poziom sterowności sprzętu. Im bardziej sportowe sanki, tym jest ona większa. W sportowych sankach skręca się przy pomocy nóg - przyciskając prawą lub lewą do odpowiedniego rogu sanek, i dodatkowo balansując ciałem. Żeby skręcić ostrzej, wystarczy położyć na ziemi całą stopę (w zależności od kierunku skrętu - prawą lub lewą), przyciągnąć sznurek do siebie i wychylić się w odpowiednią stronę. Podczas jazdy nogi należy trzymać w powietrzu, boczną ich część oprzeć o płozy. Hamuje się z kolei, kładąc całe stopy na ziemi i przenosząc na nie ciężar, nigdy nie piętami - powierzchnia hamowania jest mniejsza w przypadku samych pięt. Ponadto, śnieg spod pięt będzie sypał nam w twarz, co ograniczy naszą widoczność. W sankach o znikomej sterowności skręca się wyłącznie stawiając prawą lub lewą nogę na śniegu.

Przed pierwszym zjazdem po latach dorośli szczękają zębami ze strachu. Ze mną było podobnie. Zwłaszcza że było już po godzinie 22.00 i jedyne światełko na trasie stanowiło to znajdujące się na moim kasku. No i może jeszcze światło księżyca (nie wszystkie trasy saneczkowe są oświetlone).

Najdłuższa trasa saneczkowa w Tyrolu ma 10 km (fot: Ewa Jankowska)
Najdłuższa trasa saneczkowa w Tyrolu ma 10 km (fot: Ewa Jankowska)

Na sankach można osiągnąć prędkość nawet do 40 km/h (fot: Hannes Willems)
Na sankach można osiągnąć prędkość nawet do 40 km/h (fot: Hannes Willems)

Większość tras zjazdowych jest dość wąska i prowadzi przez las. Przestrzeń trasy nie jest wydzielona ogrodzeniem - jedynie zakręty są zabezpieczone niewysokimi murkami ze śniegu - więc istnieje ryzyko wypadnięcia poza trasę i na przykład wjechania w jakieś drzewo. Przynajmniej takie istniało w moim wyobrażeniu. Animuszu nie dodawał fakt, że dwa lata temu między listopadem a kwietniem w dolinie Stubai, w której się znajdowałam, doszło do 203 wypadków na sankach, w tym dwóch śmiertelnych...

Już po kilku sekundach okazuje się jednak, że strach dorosłego ma wielkie oczy, sankami steruje się w sposób intuicyjny, w razie potrzeby bardzo łatwo je zatrzymać, hamując nogami, podnosząc przód sanek do góry lub po prostu puszczając je i odskakując na bok. Emocji, jakie towarzyszą zjazdowi, nie można za to porównać z niczym. Oprócz tego, że sama aktywność daje niesamowitą frajdę, dla dorosłego jest to również swoista podróż sentymentalna do czasów dzieciństwa. Wciąż pamiętam, jak z bratem zjeżdżaliśmy razem na sankach z kilkudziesięciometrowej Łysej Góry w Górnym Sopocie, po czym maszerowaliśmy z powrotem na szczyt, by zjechać ponownie. I tak... aż do zmierzchu.

750 km tras

Tym, czego na miejskiej górce nie ma, a co jest ogromną zaletą Tyrolu, są długie, świetnie przygotowane trasy, na które w wielu przypadkach można dostać się kolejką lub wyciągiem. Jedna z najdłuższych liczy aż 10 km i kończy się w samym centrum Schwaz. Zjeżdżaliśmy nią około 45 minut, do godziny. W całym Tyrolu znajduje się ponad 750 km torów saneczkowych. Są zadbane, codziennie w nocy wyrównywane ratrakiem lub w razie konieczności dośnieżane. W wielu regionach są także oświetlone, jak w dolinie Stubai (cztery z 12) czy w regionie Silberregion Karwendel, gdzie znajduje się aż 20 torów - dzięki temu można zjeżdżać na sankach nawet do godz. 23.00.

Początek jednej z tras saneczkowych w dolinie Stubai (fot: Ewa Jankowska)
Początek jednej z tras saneczkowych w dolinie Stubai (fot: Ewa Jankowska)

W Tyrolu na sankach jeżdżą nie tylko dzieci, ale przede wszystkim dorośli (fot: Emile Tarrier)
W Tyrolu na sankach jeżdżą nie tylko dzieci, ale przede wszystkim dorośli (fot: Emile Tarrier)

Jeżeli ktoś nie potrafi jeździć na nartach czy na snowboardzie, a marzy o wyjeździe w góry zimą, sanki będą dla niego świetnym rozwiązaniem. Narciarze i snowboardziści mogą z kolei połączyć deski z sankami - poświęcić przynajmniej jeden dzień lub wieczór na kolację na stoku przy torze saneczkowym, a potem zjazd z góry na sankach. W związku z tym, że większość tras znajduje się w niższych partiach gór, najlepszą porą na jazdę na sankach jest środek zimy (styczeń, luty).

Żeby doświadczyć tego sportu, nie trzeba mieć własnego sprzętu. Sanki można wypożyczyć w sklepach sportowych przy kolejkach linowych (w dolinie Stubai przy Schlick2000, Elferlifte i Serlesbahnen) albo bezpośrednio przy większości schronisk obok początku danego zjazdu. Ceny wahają się między 5 a 10 euro za sanki (za dobę). Większość schronisk to rodzinne interesy - ich właściciele witają gości od wejścia i sami ich obsługują. W wielu można przesiadywać do późnych godzin wieczornych, w niektórych zostać nawet na noc. Zdarza się też, że sanki są dostępne za darmo.

I to właśnie w tej tradycji saneczkarskiej jest najlepsze - połączenie aktywności fizycznej z zabawą z przyjaciółmi czy rodziną. Należy jednak pamiętać, żeby unikać zjeżdżania w dużych, ciasnych grupach - najlepiej trzymać się w kilkumetrowych odstępach - oraz nie przystawać się na środku trasy. Należy być również ostrożnym przy osiąganiu większych prędkości. Nigdy nie będzie to jednak prędkość zawrotna, czyli taka, jaką osiągają zawodowi saneczkarze na torach bobslejowych (nawet ponad 150 km/h). Na sankach rekreacyjnych jest to maksymalnie 40 km/h.

Pokój z widokiem

Ile będzie kosztować wyjazd na sanki do Tyrolu? Za nocleg dla dwóch osób musimy przeznaczyć w sezonie minimum 50 euro. Żądnym wyjątkowych doznań i widoków polecamy zatrzymanie się w jednym z rodzinnych hoteli na wysokości nawet 1300 m n.p.m. Na przykład w Biohotelu Grafenast prowadzonym przez małżeństwo Petera i Waltraud Unterlechnerów.

Widok z okna w jednym z pokojów w hotelu Grafenast (fot: Ewa Jankowska)
Widok z okna w jednym z pokojów w hotelu Grafenast (fot: Ewa Jankowska)

Na obrazie Peter z żoną Waltraud (fot: Ewa Jankowska)
Na obrazie Peter z żoną Waltraud (fot: Ewa Jankowska)

Tak zmieniał się hotel Grafenast (fot: Ewa Jankowska)
Tak zmieniał się hotel Grafenast (fot: Ewa Jankowska)

Dom zbudował pradziadek Petera - Toni. Niewielkie schronisko, w którym zatrzymywali się strudzeni marszem miłośnicy gór, z pokolenia na pokolenie zaczęło się powiększać. Dziś to kilkupiętrowy hotel prowadzony w myśl filozofii slow life i zrównoważonego rozwoju, ze spa oraz sauną w drewnianej jurcie w środku ogrodu. W obiekcie wykorzystywane są wyłącznie produkty organiczne, w tym tekstylia i proszek do prania z ekologicznych składników. Na posesji znajduje się także basen odkryty wypełniony wodą ogrzewaną w panelach słonecznych.

Za nocleg zapłacimy niemało - ceny zaczynają się od 102 euro za pokój jednoosobowy (około 428 zł). Warto jednak choć na jedną noc wynająć pokój z widokiem na dolinę. I jeszcze jedno: stąd już zaledwie kilkaset metrów do wyciągu, z którego można zjechać jedną z najdłuższych tras saneczkowych.

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (51)
Zaloguj się
  • paseo

    Oceniono 26 razy 16

    WYJATKOWO porzadna robota; jak za dawnych czasów.Wreszcie cos dla normalnych czytelnikow.-:-))

  • twzelnik

    Oceniono 13 razy 13

    Sanki to fajna sprawa!
    Z tym hamowaniem piętami, to zależy od buta i od ubicia nawierzchni.
    Dodam, że 2 takie zjazdy i człowiek jest nieźle zmęczony.

    Warto się też dobrze ubrać: Szczelne od dołu spodnie (np. narciarskie z gumką, "manszetą"), gogle, dobra czapka, lub kask z kominiarką. I rękawice.
    Przyda się też maska na paszczę.

  • w11mil

    Oceniono 14 razy 12

    Dawniej mówiło się "szczękać zębami ze strachu". Teraz, okazuje się, zgrzytają zębami ze strachu.
    Chyba nie nadążam za zmianami.

  • zlooty666

    Oceniono 10 razy 6

    Polecam Jańskie Łaźnie w Czechach. Tor saneczkowy z wypożyczalnią sanek i gondolą na górę. Bliżej i taniej. Byłem w tym roku z dziećmi. Świetna zabawa. Zjazd ok 2 h.

  • mazen17

    Oceniono 4 razy 4

    To pisał jakiś dyletant. Sposób hamowania opisany w artykule, niby lepszy od hamowania piętami spowoduje że sanki osoby która posłuchała tej rady zrobią piękne salto, osobnik znajdzie się tylkiem na śniegu czy lodzie, a sanki po zrobieniu pięknego salta wpadną my wprost na twarz lub głowę.

  • gagatka70

    Oceniono 3 razy 3

    Polecany tu sposób hamowania chyba do mnie nie przemawia, bo gdy trafi się przodem stopy na choćby drobną nierówność przy dużej prędkości, to nie zazdroszczę. Chyba dlatego ludzie intuicyjnie hamują piętami. Dla dorosłych lepsze od zwykłych sanek są kicksledy popularne w Szwecji i nie potrzeba do nich górek, bo jeździ się po płaskim. Można się nieźle zmachać :).

  • pani_libusza

    Oceniono 5 razy 3

    Jeździłabym.

  • pani_rosomak

    Oceniono 12 razy 2

    Nocleg za minimum 104 ojro? Oj coś słabo pani szukała! Za połowę tej ceny można znaleźć bez trudu wakacyjny apartament z własną kuchnią albo pokój z tyrolskim śniadaniem. Najlepiej na stronie lokalnych biur turystycznych danej gminy, albo na dedykowanych stronach jak bergfex czy tiscover

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX