Borsuk Karolek i doktor Radosław Fedaczyński z Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu

Borsuk Karolek i doktor Radosław Fedaczyński z Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu (fot. Gazeta.pl)

Borsuk Karolek miał szczęście - leczą go w najlepszej klinice weterynaryjnej w Polsce. "Można mieszkać w Przemyślu i zawstydzić tych z Warszawy"

Żyją z leczenia psów i kotów. A chore, potrącone, postrzelone czy otrute borsuki, sarny, orły i niedźwiedzie przyjmują za darmo i przez całą dobę. - Wszystko się zaczęło, gdy ojciec wyjechał z PRL-u do Danii na praktyki i zobaczył, że tam zwierzęta się szanuje - mówi dr Radosław Fedaczyński z Lecznicy dla Zwierząt "Ada" i Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu.

Karolkowi kibicuje cała Polska. Nie ma co do tego wątpliwości ani doktor Radek Fedaczyński, ani recepcjonistka "Ady", ani klienci, którzy przyszli do lecznicy ze swoimi zwierzętami. - Raz odebrałam telefon od koleżanki, zapytała, jak Karol. Mam ojca Karola, więc mówię, trochę zaskoczona, że dobrze, jest w sanatorium. Ona się szybko zorientowała: Ale ja pytam o borsuka! - to tylko jedna z historii zasłyszanych na korytarzu Lecznicy Weterynaryjnej "Ada" w Przemyślu.

W tym czasie Karolek drzemie w drewnianej klatce, na sianku. Z dużej metalowej miski, w której dostał wodę do picia, zrobił sobie poduszkę.

Borsuk Karolek - jeden z pacjentów Lecznicy dla Zwierząt Ada i Ośrodka Rehabilitacji Zwierza Chronionych w Przemyślu
fot. Gazeta.pl

Za chwilę czeka go zabieg - trzeba zdrapać grubą warstwę strupa, który pokrywa gojącą się ranę (strup jest siedliskiem bakterii), zdezynfekować skórę, posmarować maścią dla niemowlaka. Wszystko w pełnym znieczuleniu, bo borsuk co prawda wygląda słodko i leniwie, ale ma szpony jak krogulec i mógłby nas nimi zasztyletować w parę chwil. - Poza tym już się nacierpiał. Nie robimy zwierzętom zabiegów na żywca - mówi doktor Fedaczyński, któremu asystuje doktor Jakub Kotowicz.

Mija chwila i uśpiony borsuk jest już na stole, a my możemy przez kilka minut podziwiać, jak piękne jest to zwierzę. Tym bardziej, że zwykły człowiek borsuka widuje rzadko.

Och "Karol" ??

Opublikowany przez Radosław Fedaczyński Piątek, 1 lutego 2019

Skryty indywidualista powinien spać

Borsuki - jak niedźwiedzie - zimą śpią. Każdy borsuk to skryty indywidualista, a do tego esteta. Nie pokłada się w byle jakiej, zaśmieconej norze, raczej w podziemnym apartamencie, złożonym z wielu sypialni, połączonych siecią korytarzy. Przed zimą borsuki moszczą sobie norki liśćmi, trawą, mchem - jedne wolą liście paproci, inne bukowe - i zabezpieczają wejścia. Odchody zostawiają tylko w specjalnych latrynach, a wnętrze i okolicę norek utrzymują w wielkim porządku. Budzą się głodne, gdy śniegi zaczynają topnieć, i ruszają szukać jedzenia.

Karolek obudził się za wcześnie. Wyszedł z nory, bo pewnie burczało mu w brzuchu. Natknął się na psa lub kilka psów, które dotkliwie go pogryzły i poturbowały. Ratował się ucieczką, wtedy wpadł do betonowego rowu z wodą przy silosie. Znaleźli go dobrzy ludzie. - Zadzwonili do nas i do gminy. Wyciąganie cierpiącego i wciąż drapieżnego Karolka z pułapki to była trudna operacja, ale udało się - wspomina doktor Radek.

Borsuk Karolek - jeden z pacjentów Lecznicy dla Zwierząt Ada i Ośrodka Rehabilitacji Zwierza Chronionych w Przemyślu
fot. Gazeta.pl

Rana okazała się bardzo rozległa. - Zastanawialiśmy się, czy w ogóle go leczyć, czy to przeżyje, ale uznaliśmy, że musimy. I Karolek ma się coraz lepiej - cieszy się doktor Fedaczyński. Po czym zakreśla na wygolonej pupie Karolka ręką koło, pokazując, jaka wielka była rana i jak mało już z niej zostało.

Ojciec kładł płytki, a ludzie pukali się w głowę

Takich "Karolków" przez lecznicę "Ada" przewinęło się - jak szacuje doktor Radek - już kilka tysięcy. Sarny, rysie, orły, sowy, wiewiórki, lisy, nawet kilka niedźwiedzi. Od 30 lat weterynarze w "Adzie" przyjmują każde potrzebujące zwierzę, a od 10 lat działa tu oficjalnie - zdaniem Fedaczyńskiego najlepszy w Polsce, bo najbardziej kompleksowy - Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt Chronionych. Doktor Radek: - W tej chwili rocznie dzikich zwierząt trafia do nas nawet 500-600. Ta liczba rośnie. A wszystko zaczęło się od pasji i ciężkiej pracy mojego ojca, Andrzeja Fedaczyńskiego.

W 1990 roku Andrzej Fedaczyński, po 14 latach praktyki weterynaryjnej, otwiera pierwszy własny gabinet i ambulatorium dla zwierząt w Przemyślu. Początkowo w zaadaptowanym garażu. - Jak ojciec kładł płytki na podłodze, to ludzie pukali się w głowię, że chyba zwariował, kiedy to się zwróci. Na wizyty domowe jeździł po kryjomu, bo ludzie wstydzili się wzywać lekarza do psa czy kota. Ratował psa, który wpadł gdzieś do studni, a wcześniej go jakiś chłop chciał zabić siekierą. Przez jego ręce przeszło kilkadziesiąt różnych kotów, papużek albo chomików, których nikt nie chciał. Nigdy się nie skarżył, nie przekonywał do swoich racji, tylko robił swoje.

Co znaczy "robić swoje" dla zwierząt, doktor Andrzej dowiedział się już jako student. - Ojciec wyjechał na praktyki do Danii. Pracował w lecznicy w Kopenhadze, gdy nagle przyjechała policja na kogutach, a funkcjonariusze wnieśli małego, owiniętego ręcznikiem gołąbka. Lekarz go przyjął, leczył. Można sobie wyobrazić zdziwienie chłopaka z siermiężnej Polski, który to zobaczył. Wtedy postanowił, że chce tak pracować u siebie, w Przemyślu. Potem ja skończyłem studia i do niego dołączyłem - opowiada Radosław Fedaczyński.

Doktor Radosław Fedaczyński
fot. Gazeta.pl

W ciągu 30 lat malutki gabinet w garażu rozrósł się do potężnego kompleksu. Dziś kieruje nim doktor Radek, podkreślając, że zarządzania nauczyła go żona ("Powiedziała, że najważniejsze to mieć plan i robić po kolei"). Dziś jest klinika weterynaryjna z nowoczesną aparaturą, jest ośrodek - wielki ogrodzony teren, po którym przechadza się 80 bocianów, stoją ogromne woliery dla drapieżnych ptaków, klatki dla dzikich zwierząt z wypadków i interwencji, domki dla pacjentów, którzy, by dojść do siebie, potrzebują spokoju i odosobnienia.

Jest Centrum Adopcyjne, bo "Ada" leczy też bezpańskie psy i koty, którym potem szuka nowych domów. Jest sklepik z artykułami dla zwierząt, w którym królują Pszczółka i Aldona - dwie kotki, intensywnie testujące wysoki drapak ("Odpakowaliśmy go, żeby się sprzedał, ale teraz już nie sprzedamy") - śpią, aż się kurzy.

Zwierzę, które ma imię, szybciej zdrowieje

Pies Cynamonek, borsuk Karolek, pies Eklerek (dostał protezę amputowanej nogi), rysiczka Rysia, orzeł Sylwek (trafił do "Ady" z zatruciem w Sylwestra i trzeba mu było zrobić płukanie żołądka), wilczek Basiorek. W "Adzie" każde zwierzę dostaje imię. Nieważne, czy jest to duży niedźwiedź, mały zając, czy porzucony pies. Czy zostaje tydzień, czy wiele miesięcy. - Nie wiem, o co tu chodzi, ale zauważyliśmy, że zwierzę, które ma imię, leczy się dużo szybciej niż to opisują w książkach. Kochamy te zwierzęta, przywiązujemy się do nich. Jeśli codziennie się kogoś opatruje, tuli i wącha, to miłość jest duża.

Doktor Radosław Fedaczyński i doktor Jakub Kotowicz z psem Eklerkiem, który dostał protezę łapy
fot. Gazeta.pl

Imiona nie są po to, żeby zwierzęta zaczęły na nie reagować. Wręcz przeciwnie. - Wszystko musimy robić tak, żeby zwierzę się nie przywiązało, żeby pozostało dzikie. Np. sowa musi dostawać taki pokarm, jaki znalazłaby sobie w naturalnym środowisku. Jeśli normalnie je coś czarnego, to u nas nie może to być białe, bo potem będzie się dziwić. Karmiona butelką sarna musi pozostać płochliwa. Nas nie cieszy, że coś zostanie za kratami, będziemy podziwiać pięknego rysia czy lisa. Chodzi o to, żeby zwierzę wyzdrowiało i od nas odleciało, odeszło, uciekło, czmychnęło. Żeby wróciło do lasu, spłodziło potomstwo, cieszyło się życiem. Pozostało dzikie. Żeby było. Zostanie w sercu - przekonuje doktor Radek.

Pytam, czy przyjmują wszystkie przypadki. - Jeśli ktoś do nas zadzwoni, że nam wiozą jakieś zwierzę, choćby niedźwiedzia, to tak, od razu się szykujemy. Jeździmy też na interwencje. Przyjmujemy wtedy nieodpłatnie, praktycznie przez całą dobę. Czasem ktoś zadzwoni, że kilkaset kilometrów od nas leży potrącona sarna, chce się skonsultować. Jeżeli po opisie wiemy, że nie przeżyje, to mówimy szczerze, że nie ma sensu męczyć jej podróżą. Nie chodzi o nasz egoizm, udowodnienie sobie czegoś. Ale każda sarna jest dla nas na wagę złota, nawet 5-10 procent szansy na wyleczenia to jest dużo.

Pies, którego obrzucono tysiącem kamieni, dziś śpi na szwedzkiej kanapie

W przypadku leczenia każdego zwierzęcia kluczowa jest diagnoza. Musi być prześwietlone, przebadane - niektóre próbki "Ada" wysyła nawet do Niemiec. Muszą być leki, antybiotyk, maści. Ale 95 procent późniejszego sukcesu to - zawarta w nazwie ośrodka - rehabilitacja.

Doktor Radek: - Po gabinecie coś z tym zwierzęciem trzeba zrobić. Sarenkę dać do pogotowia dla sarenek. Rysia do domku, w którym będzie sam spokojnie dochodził do siebie. Musieliśmy stworzyć lotnię dla orłów, gdzie mogą uczyć się latać. Przedszkole dla małych bocianów, gdzie uczymy je odlecieć. Ale chcemy wybudować też pogotowie dla niedźwiedzi, żeby każdy niedźwiedź w Polsce mógł się czuć bezpieczny, że jak zachoruje, będzie mógł przyjechać do nas i być leczony.

Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu
fot. Gazeta.pl

Największym marzeniem doktora Radka Fedaczyńskiego jest Psia Wioska, miejsce, które pokaże, że schronisko to coś złego. - Nie każdy pies ma dom, do którego może wrócić ze szpitala. Stworzyliśmy u nas centrum adopcyjne i ono po paru latach działa bardzo dobrze, ludzie wyrywają sobie nasze psy z rąk. Na Cynamonka jest pięć chętnych domów. Jedna nasza sunia pojechała aż do Szwecji - zwierzę, które obrzucono tysiącem kamieni, które każdy przeganiał drągiem, chodzi sobie teraz po szwedzkich chodniczkach, śpi na kanapie, jest kochane, ma wszystko, co najlepsze.

Psia Wioska to będzie takie dobre miejsce na ziemi dla bezpańskich psów. Bo w Polsce system opieki nad nimi kuleje straszliwie. Mam nadzieję, że już za rok, dwa się tam spotkamy. Psy będą biegać po ścieżkach. Będzie tam pięknie, będą drzewa. Wszyscy w to uwierzą.

Hija na Magnetoterapii, która w jej przypadku czyni Cuda ????????????

Opublikowany przez Radosław Fedaczyński Wtorek, 25 września 2018

Doktor nie kryje, że utrzymanie dzikich zwierząt nie jest tanie, ale ten problem też już rozwiązali. - Przez kilkanaście lat płaciliśmy z własnej kieszeni. Po prostu część tego, co zarobiliśmy na psach i kotach, szła na rysie, sowy i sarny. Z czasem zaczęło nas to finansowo przerastać - zwierząt przybywało, a same nasze bociany jedzą 30 kilo mięsa dziennie. Założyliśmy fundację, która zbiera fundusze na leczenie i rehabilitację dzikich zwierząt. Każde zwierzę, projekt, to osobna zbiórka. Te woliery, klatki, domki, pogotowia wybudowaliśmy z pieniędzy z 1 procenta podatku.

Doktor Radosław Fedaczyński karmi bociany - stałych rezydentów ośrodka w Przemyślu
fot. Gazeta.pl

Jak rozkochać Polaków w borsuku

Sukcesu zbiórek doktor Radek upatruje w tym, że losy każdego ratowanego zwierzęcia można śledzić w internecie - od przyjęcia, przez leczenie, rehabilitację i wypuszczenie na wolność. Karolek, Basiorek, Rysia stają się swego rodzaju zwierzęcymi celebrytami. Ludzie ich kochają. A to jest dziś niezbędne.

- Nie jesteśmy jedynym tego typu ośrodkiem w Polsce, ale wydaje mi się, że u nas po prostu wszystko działa, każda niezbędna nitka - od aparatury po obsługę Facebooka. To, co pokazujemy w internecie, obserwują tysiące ludzi. To nas wzrusza, cieszy i motywuje. Jesteśmy wdzięczni za każdą złotówkę, a każde uratowane zwierzę to dzieło nasze i darczyńców.

Dla doktora Radka najpiękniejszy jest ten widok, gdy zwierzę zdrowieje. Staje na własne nogi. - Najtrudniejsze było to, żeby zrozumieć, że nie da się wszystkiego zrobić od razu. Że musi być plan. Że w takim naszym zwariowanym weterynaryjnym życiu trzeba mieć wszystko bardziej poukładane. Żeby dojść gdzieś daleko z tym wszystkim, każdy musi znać swoje miejsce.

Nie kryje dumy z tego, co wraz z zespołem codziennie udaje im się osiągać: - Jesteśmy na końcu świata, ale możemy zawstydzić tych z Warszawy, Krakowa, a nawet z Nowego Jorku. Uczymy się i przypadki kiedyś beznadziejne dziś są wyleczalne. Drugi rok z rzędu zostaliśmy wybrani Najlepszą Lecznicą Weterynaryjną w Polsce. Wcześniej myślałem, że wszędzie jest tak samo albo lepiej, ale teraz do mnie dotarło, jaka spoczywa na nas odpowiedzialność. Chcemy być najlepsi na świecie. Wymyślamy rzeczy i one powstają. Stale się rozwijamy. Pracuje tutaj w sumie 25 osób. Każdy jest ważny. I dziewczyny, które siedzą na recepcji, i pan, który pali w piecu i przygotowuje jedzenie dla bocianów. Z każdym jesteśmy po imieniu, każdy jest szanowany. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś nie wierzył w naszą misję albo źle się tutaj czuł, żeby się czuł niepotrzebny.

Mamy wolontariuszy, chcemy edukować dzieci. Ludzie myślą, że dzikimi zwierzętami w Polsce opiekują się gminy, że każdy policjant wie, co zrobić z potrąconą sarną. A w rzeczywistości, gdy ktoś widzi zwierzę z wypadku, dzwoni, jest odsyłany od jednego do drugiego. Zanim ktoś doczyta, co ma zrobić, to w tym czasie zwierzę może już umrzeć. A to powinno wiedzieć każde pięcioletnie dziecko. Chcemy, żeby zwierzętom w Polsce było coraz lepiej.

Coraz lepiej na pewno jest z Karolkiem. Apetyt mu dopisuje, a musi mocno przytyć, żeby doczekać do wiosny. Więc w "Adzie" stale kombinują nad borsuczym menu. Paczka ze świeżymi dżdżownicami i innymi frykasami z Allegro jest w drodze.

Borsuk Karolek - jeden z pacjentów Lecznicy dla Zwierząt Ada i Ośrodka Rehabilitacji Zwierza Chronionych w Przemyślu
fot. Gazeta.pl

Więcej na temat losów borsuka Karolka i innych zwierząt ratowanych w Przemyślu znajdziesz TUTAJ i TUTAJ >>

Tu możesz wpłacić pieniądze na zbiórkę dla Karolka >>

***

Znasz kogoś, kto też jest Zwykłym Niezwykłym? Powiedz nam o nim! Pisz na adres: zwykliniezwykli@agora.pl.

ZOBACZ TEŻ:

Komentarze (128)
Zaloguj się
  • Ewa Drypka

    Oceniono 65 razy 65

    Brawo dla kliniki, Pana doktora i ludzi tam zatrudnionych za serce, wrażliwość i poświęcenie dla zwierząt... Oby więcej takich ludzi miejsc. To zarazem przykład do naśladowania. Wielkie dzięki...

  • ollycrock

    Oceniono 49 razy 49

    Dziekuje wam wspaniali ludzie.

  • puzonik48

    Oceniono 49 razy 47

    Dobrze zacząć dzień od takiego optymistycznego artykułu :)

  • serce30

    Oceniono 40 razy 40

    Ten doktor to wspaniały człowiek lekarz z powołania który leczy te skrzywdzone zwierzęta oby więcej takich ludzi !!! .:)

  • superpolpol

    Oceniono 46 razy 40

    Jednak Polska to nie tylko zapiekły rydzykowy zaścianek polany sosem z pisu. Brawo!

  • terisma

    Oceniono 34 razy 34

    Nie raz w prasie , telewizji, reportaż radiowy byl o drFedaczynskich i Jakubie Kotowiczu. Forest pies z amputowanymi dwoma lapami przez wnyki teraz ma protezy lap i dr Kuby mieszka. Cisna niedźwiadek, wiele zwierzęcych istnień uratowanych w Adzie .Cieszą sukcesy weterynarzy z Ady

  • wolak007

    Oceniono 33 razy 31

    I to jest prawdziwa Polska! Szacunek dla wszystkich w klinice i zdrowia dla zwierząt!

  • kapiszon.gazetowy

    Oceniono 26 razy 26

    U mnie od pewnego czasu nastąpiła przemiana.Mimo,że zawsze kochałem zwierzęta teraz nie zabiję nic poza ew.insektami.Pająka,których się zawsze bałem łapię i wypuszczam na wolność.Ci ludzie są wielcy.Dziękuję Wam za wasze dobro.Niech Was wspierają dobrzy ludzie tutaj i Św.Franciszek po tej lepszej stronie.Jeszcze raz WIELKIE DZIĘKI za dobro.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX