W Finlandii żyje około 6 tysięcy Polaków

W Finlandii żyje około 6 tysięcy Polaków (fot. Shutterstock)

społeczeństwo

Tu burana jest lekarstwem na wszystko i nikt nie zwraca uwagi na to, jak wyglądasz. W Finlandii mieszka garstka Polaków

Około sześciu tysięcy - tylu Polaków żyje w Finlandii. Nie są tu mocno widoczni, doskonale się asymilują - chodzą do sauny, przestają się dziwić, że ktoś do garnituru nosi kapcie, i tylko widok fińskich cen wywołuje u nich negatywne emocje. Choć zdarza się, że - jak Emil - mówią: W Finlandii nie dzieje się zbyt wiele. Jest piękna przyroda, można pojeździć na nartach, ale to jest dobre na wakacje, a nie na całe życie.

Aleksandra, 36 lat, Helsinki

W Finlandii służba zdrowia wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce. Pacjent trafia najpierw do pielęgniarki, ta ocenia, czy w ogóle wysłać go do lekarza i jak szybko potrzebna jest taka wizyta. Zdarza się, że to pielęgniarka ordynuje leki. Jeśli konsultacja lekarska jest konieczna, często trzeba za nią zapłacić. - Pomoc doraźna wygląda podobnie jak u nas - na tutejszym odpowiedniku SOR-u również są wielogodzinne kolejki - mówi Aleksandra.

Wyjechała do Finlandii ponad dziesięć lat temu. Męża Fina poznała na studiach w Wilnie, oboje byli na Erasmusie. Na miejsce do życia wybrali właśnie Finlandię, choć Aleksandra mieszkała też przez jakiś czas w Norwegii i Chinach - Tu jest spokojniej pod każdym względem, ludzie inaczej ze sobą rozmawiają, jest mniej agresji - twierdzi. - Uwielbiam fińskie lasy i to, jak Finowie spędzają czas na świeżym powietrzu. Są bardzo aktywni: chodzą, jeżdżą na rowerze, uprawiają sporty. Nie ma dla nich złej pogody, jest tylko nieodpowiednie ubranie.

Finowie spędzają dużo czasu na świeżym powietrzu (fot. Shutterstock)
Finowie spędzają dużo czasu na świeżym powietrzu (fot. Shutterstock)

Bardzo podoba jej się też system edukacji. - Mamy wspaniałe przedszkole, które bardzo współpracuje z rodzicami. Dla każdego dziecka przygotowuje się indywidualny plan. Rozmawia się o tym, czego się nauczyło w ostatnich miesiącach, co trzeba poprawić, nad czym popracować - opowiada.

Aleksandra zawodowo zajmuje się koordynacją szkoleń dla instruktorów, którzy uczą młodzież w miejscach pracy. - Tu coraz więcej nauki przenosi się właśnie do firm, kładzie nacisk na zdobywanie umiejętności praktycznych - mówi. Nie mogłaby wykonywać swojej pracy, gdyby nie dobra znajomość fińskiego. - Cały czas się nim straszy, że jest taki trudny, a to nieprawda. Po przyjeździe zapisałam się na intensywny kurs na Uniwersytecie Helsińskim. Nauka do poziomu B1 zajęła mi dziewięć miesięcy - opowiada. - A żeby znaleźć pracę w branży finansowej, IT czy budowlanej, wystarczy znać sam angielski.

Za Polską nie tęskni mocno, ale angażuje się w życie polonijne. Należy do PTOK-a, czyli Polskiego Towarzystwa Oświatowo-Kulturalnego. Z koleżankami reaktywowała też klub przedszkolaka Koliberek. Dwa razy w miesiącu maluchy spotykają się na wspólnej zabawie i uczą się przy okazji polskiego.

Aleksandra na wyspie Ängesholmen w południowej Finlandii (fot. archiwum prywatne)
Aleksandra na wyspie Ängesholmen w południowej Finlandii (fot. archiwum prywatne)

Polonia, zdaniem Aleksandry, nie jest w Finlandii mocno widoczna, nie tylko ze względu na liczebność (to około czterech tysięcy osób z zarejestrowanym pobytem i szacowane około dwóch tysięcy osób, które go nigdzie nie zgłaszały), ale również dlatego, że się asymilują. W całym kraju działa podobno tylko jeden polski sklep. - Zaglądam tam raz na jakiś czas - po kiełbasę krakowską dla mojego męża i czasem jak mam ochotę na kapustę kwaszoną - mówi Aleksandra. Kuchnia fińska w pełni jej odpowiada. - Łączy w sobie wpływy skandynawskie i wschodnie, dzięki czemu jest uniwersalna. Od czterech lat prowadzi blog kulinarny Fińskie Smaki. Są tu przepisy, ale nie tylko. - Ludzie pytali o życie w Finlandii - mówi.

Ida, 23 lata, Helsinki

Chciała studiować języki. Rodzina radziła sinologię, ona wybrała ugrofinistykę. Na drugim roku miała współlokatora Fina, z którym zawarła układ: każdy mówi w swoim ojczystym języku i tak uczymy się od siebie. Na trzecim roku wyjechała na Erasmusa do Turku, stamtąd trafiła na staż do Helsinek, do Fińskiego Parlamentu Emigracyjnego - organizacji zrzeszającej Finów mieszkających za granicą. - Przed rozpoczęciem studiów nigdy nie byłam w Finlandii, ale zakochałam się przy pierwszej wizycie. Już gdy przeprowadziłam się do Turku, miałam wrażenie, że znalazłam swój nowy dom. W Helsinkach totalnie się "utopiłam" - wyznaje.

Ida pamięta jedno ze swoich pierwszych zebrań w Fińskim Parlamencie Emigracyjnym. Dyskusja była dość ożywiona. - Po spotkaniu szefowa wzięła mnie na bok i zaczęła przepraszać, że musiałam słuchać takiej kłótni. A dla mnie to po prostu była bardziej dynamiczna wymiana zdań - mówi. Ma chłopaka Fina. Poznali się, gdy była na stażu w Helsinkach, razem mieszkają. Ani razu się nie pokłócili. - Jak coś jest nie tak, to robimy kawkę, herbatkę i rozmawiamy. I za chwilę się okazuje, że wszystko jest OK.

Ida w swoim dawnym mieszkaniu na Vuosaari (fot. archiwum prywatne)
Ida w swoim dawnym mieszkaniu na Vuosaari (fot. archiwum prywatne)

Po Erasmusie i stażu wróciła na rok do Polski, pracowała wtedy w korporacji. - Zarabiałam bardzo dobrze, bo w Polsce, znając fiński, dostaje się fińskie stawki - mówi. Zrezygnowała jednak z tej pracy, bo postanowiła, że magisterkę zrobi w Helsinkach. Studiuje Linguistic Diversity in Digital Age. - Pełno jest tutaj uniwersyteckich tradycji. Uwielbiam tę o nazwie sitsit. Studenci danego kierunku czy stowarzyszenia uczelnianego zbierają się wieczorem na uroczystej kolacji. Je się, wznosi toasty i śpiewa. Zawsze przygotowany jest konkretny zestaw pieśni, a wszystkim, nawet tym z gorszym słuchem, sprawia to wielką przyjemność. To dla mnie jeden z przykładów tego, jacy Finowie są otwarci.

W fińskiej kulturze zdziwiło ją to, że jadąc tramwajem czy autobusem, nie ustępuje się miejsca osobom starszym. - Jak to robiłam, to dziwnie na mnie patrzyli, wcale nie z wdzięcznością. Dopiero potem znajomi mi wytłumaczyli, że jeśli ktoś będzie chciał usiąść na moim miejscu, sam o to poprosi. Również tutaj po raz pierwszy zauważyłam, że wszyscy po pracy sobie dziękują. Prosta, zwykła rzecz, a ją uwielbiam. Sprawia, że chce się wrócić na drugi dzień - opowiada.

Mocno zaangażowała się w działalność tutejszego odpowiednika Towarzystwa Polska-Finlandia. W knajpce w centrum Helsinek organizuje Polską Kawiarnię - nieformalne spotkania, na które przychodzą i Polacy, i Finowie. Problemu z komunikacją i integracją nie ma nigdy. - Wszyscy Finowie mówią po angielsku. Zwykle gdy Fin słyszy obcy akcent, przełącza się od razu na angielski. Przez to może być mniej okazji do nauki fińskiego. Ale oni w ten sposób wyrażają swoją życzliwość w stosunku do obcokrajowców - twierdzi.

W fińskiej kulturze, jadąc tramwajem czy autobusem, nie ustępuje się miejsca osobom starszym (fot. Shutterstock)
W fińskiej kulturze, jadąc tramwajem czy autobusem, nie ustępuje się miejsca osobom starszym (fot. Shutterstock)

Zdaniem Idy tę życzliwość można też napotkać w fińskich urzędach. - Ich pracownicy sprawiają wrażenie przyjaznych i przygotowanych do swojej pracy. Mówią niezwykle jasno, zupełne przeciwieństwo tego, co w Polsce. Kolejek też nie ma, bo zawsze trzeba się zarejestrować. Jak muszę iść do tutejszego odpowiednika ZUS-u, umawiam się półtora tygodnia wcześniej. Ale wiem, że jak dotrę na miejsce o wyznaczonej godzinie, zostanę przyjęta najwyżej z kilkuminutowym poślizgiem - mówi.

Trudno wymienić jej choć jedną rzecz, której w Finlandii nie lubi. Ale po chwili namysłu z triumfem wykrzykuje: - Już wiem, jest coś, co mnie tu strasznie irytuje. To służba zdrowia. W Polsce po prostu idzie się do lekarza rodzinnego, tu, żeby dostać się do jakiegokolwiek specjalisty, trzeba się mocno natrudzić. Poza tym Finowie uwielbiają buranę, to taki ichniejszy ibuprom, lek na wszystko. Pomagałam raz chłopakowi, który miał wypadek przy pracy. Dostał zwolnienie na kilka dni i przysłowiową buranę. W Polsce zrobili mu prześwietlenie i okazało się, że ma uszkodzony dysk - opowiada. - I trochę mi brakuje tego łatwego życia. W Helsinkach na razie studiuję i dorabiam za barem. Żeby zdobyć pracę, która pozwoli mi na tak wysoki poziom życia, jakie prowadziłam w Warszawie, będę musiała przejść jeszcze prawdopodobnie dość długą drogę. Poza tym w Polsce mam rodzinę i przyjaciół. Biorę pod uwagę, że mogę wrócić, bo mam niepełnosprawnego brata. Jeśli coś by się stało mamie, będę musiała to rozwiązać. Moim marzeniem jest znaleźć w przyszłości pracę, która pozwoli mi być i tam, i tu.

Karina, 43 lata, Vantaa

Finlandia była jej chyba pisana. Po maturze studiowała krótko filologię fińską, ale stwierdziła, że to jednak nie to i poszła na turystykę. Zamieszkała na Gran Canarii, gdzie pracowała jako pilotka i rezydentka. W ten sam sposób na Kanary trafił jej mąż, Jari, Fin. Do Finlandii przylecieli 17 lat temu, kiedy już wiedzieli, że chcą być razem. Pieczątka na trzymiesięczny pobyt wbita na lotnisku do paszportu nie zostawiała jednak złudzeń. Wtedy zapadła decyzja: trzeba się pobrać. - To był ślub w dżinsach, w środku tygodnia, tylko ze świadkami. Powiedziano nam, że tak będzie najszybciej i najłatwiej. Do tej pory wszyscy się śmieją, że wyszłam za mąż dla papierów - opowiada.

Karina i jej córki Camilla (12lat) i Cati (5lat) w Vantaa (fot. archiwum prywatne)
Karina i jej córki Camilla (12lat) i Cati (5lat) w Vantaa (fot. archiwum prywatne)

Najpierw pracowała jako asystentka osoby niepełnosprawnej i intensywnie uczyła się fińskiego. Potem przez 11 lat była przedstawicielką LOT-u w Helsinkach. Dzisiaj pracuje w polskiej ambasadzie i cieszy się, że ma sporo styczności z Polakami, bo wcześniej bywało, że przytłaczała ją fińska małomówność. - W sklepie w kolejce do kasy jest cisza. U szewca czy u krawcowej nie utniesz sobie pogawędki. Nawet mamy na placu zabaw nie są specjalnie rozmowne - twierdzi i wyznaje, że zaległości nadrabia, przylatując do Polski. Wystarczy krótka podróż pociągiem, by miała wagon pełen nowych znajomych, bo jest z natury gadułą.

Powściągliwości Finów nie traktuje jednak jako przejawu negatywnego nastawienia. - Oni mają po prostu inny temperament. Nie czują potrzeby gadania o niczym. W pewnym momencie zauważyłam, że w naszym domu też często zapada cisza. Spytałam męża, dlaczego ze mną nie rozmawia. A on na to: "Nie mam akurat w tej chwili nic do powiedzenia" - śmieje się.

Sama trochę przestawiła się na ten wolniejszy, bardziej zrelaksowany tryb życia. - Podoba mi się to, że jest sobotnie południe, a my siedzimy w domu. Nie mamy presji, żeby coś robić. Jeśli gdziekolwiek pędzę, to tylko z powodu dzieci - żeby je gdzieś zawieźć albo skądś odebrać - mówi. Podkreśla, że Finowie nie wożą dzieci do szkoły na drugi koniec miasta. Osiedlowa też jest dobra. A do przedszkola prowadzi się dziecko z katarem i kaszlem, i to jest normalne. Rodzice nie mogą przecież brać ciągle wolnego. Dzieci dwa razy dziennie są na dworze, bez względu na pogodę.

- W Finlandii praktyczność bierze górę nad estetyką, od ubioru po budownictwo. Sama mieszkam w niezbyt urokliwym drewnianym domku. Ubrania mam na Polskę i na Finlandię. Jak tu przyjechałam, ubierałam się po polsku. Sąsiadka często pytała, co to za okazja, że się tak wystroiłam. Teraz zaczęłam się wtapiać w tłum, noszę śniegowce, buty na obcasie tylko od święta. W Polsce nie wyjdę nigdzie bez makijażu - opowiada Karina.

Sauna jest integralną częścią fińskiej łazienki (fot. Shutterstock)
Sauna jest integralną częścią fińskiej łazienki (fot. Shutterstock)

Pokochała fińską saunę. - Moje córki, pięć i dwanaście lat, chodzą z tatą do sauny nago i nie ma z tego afery, to zupełnie naturalne. Sauna jest integralną częścią fińskiej łazienki. Mało popularna jest za to wanna. Mamy ją u siebie w domu i niektórzy uważają to za fanaberię.

Eliza, 41 lat, Lahti / Helsinki

Zawsze chciała mieszkać z daleka od miasta, mieć psy, być blisko natury. Marzyła o Kanadzie, ale przypadkowo znalazła jej substytut bardziej w zasięgu ręki. W Polsce pracowała jako tłumaczka. Jedno ze zleceń dotyczyło wystawy psów, na którą przyjechała pewna Finka. Wymieniły kontakty, rozmawiały na komunikatorze, Susanna zachęcała ją, by spróbowała życia w Finlandii. - Trochę się bałam, ale momentem przełomowym było to, jak bracia Kaczyńscy wygrali wybory. W forda mondeo zapakowałam córkę, męża i trzy malamuty. Zupełnie nie wiedziałam, na co się piszę - opowiada. Miała kontakt do chłopaka, który chciał wynająć dom. - Patrzę na zdjęcia, piękny las. Od razu się zdecydowałam. Susanna podała mi numer do swojej koleżanki Carity, która pomogła zorganizować meble. Miało być coś symbolicznego na start, a zrobiła się z tego potężna wyprawka. Do dziś mam wiele z tych rzeczy.

Sesja zaręczynowa Elizy i jej męża Jorge (fot. Dominika Koivisto-Montonen / archiwum prywatne)
Sesja zaręczynowa Elizy i jej męża Jorge (fot. Dominika Koivisto-Montonen / archiwum prywatne)

Domek, jak się okazało, leżał w głębi lasu, w rejonie Lahti. - Do głównej drogi było 30 kilometrów, tyle samo do najbliższego sklepu. Wtedy przeżyłam jedno z pierwszych zaskoczeń. Odkryłam autobus-sklep i autobus-bibliotekę. Mają swoje umówione trasy i godziny. Ludzie, którzy mieszkają w lesie,  je znają i na nartach idą po zakupy albo książki - opowiada.

Pierwszą pracą Elizy było zbieranie kamieni na polu. "Krzepę mam, powinnam dać radę" - pomyślała, kiedy taką ofertę złożył właściciel domu. - Okazało się, że te kamienie to wielkie głazy. W przerwie umorusani jeździliśmy na lunch do restauracji. W Polsce nawet jak się idzie do marketu, to trzeba jakoś wyglądać. A Finowie w ten sposób nie oceniają człowieka. Nasz wygląd nikogo nie dziwił. Mama po kilku latach mojego pobytu w Finlandii powiedziała mi, że zwieśniaczałam.

Do miasta przenieśli się po trzech miesiącach, kiedy koleżanka załatwiła mężowi Elizy pracę w Helsinkach na budowie. Ona zatrudniła się w firmie, która robiła m.in. prasowanki na ubrania. Ale marzył jej się doktorat z literatury amerykańskiej, nie mogła znaleźć promotora. Nagle trafił się Amerykanin, który obiecywał złote góry. Zatrudnił Elizę jako nauczycielkę angielskiego, szybko się jednak okazało, że rzeczywistość odbiega od tego, na co się umawiali. - Miałam mniej godzin, nie zwracał mi pieniędzy za dojazdy, a często od jednego do drugiego ucznia jechałam po 40 kilometrów - opowiada. - Postanowiłam zawalczyć o swoje. Wtedy nie wiedziałam jednak, że w Finlandii działają bardzo prężnie związki zawodowe. Jak się do nich należy i zostanie się nagle bez pracy, wypłacają 80 procent ostatniej pensji. Ale trafiłam do czegoś w rodzaju inspekcji pracy i tu powiedzieli, że przysługuje mi bezpłatna pomoc prawnika i że mogę temu Amerykaninowi wytoczyć sprawę. W sądzie nawet się nie spotkaliśmy, wszystko załatwili między sobą nasi prawnicy, zwrócił mi pieniądze.

W Finlandii urodziła jeszcze troje dzieci. Najpierw na świecie pojawiły się bliźniaki. I tu kolejne zaskoczenie. - Dostałam od państwa wyprawkę: wielkie pudło ze wszystkim, czego potrzeba dla dzidziusia. Były ciuszki, śpiworek, termometr, nożyczki do paznokci. Nawet prezerwatywy. Wielu Finów zachowuje to pudełko, bo może służyć również za łóżeczko. Finowie to minimaliści. Z jednej strony bardzo praktyczni, z drugiej - trochę przesądni. Przez około 30 dni po urodzeniu nie nadają maluszkowi imienia, bo wierzą, że wtedy diabłu będzie łatwo go znaleźć i zabrać - śmieje się.

Eliza i Jorge (fot. archiwum prywatne)
Eliza i Jorge (fot. archiwum prywatne)

Jeszcze będąc w ciąży, dowiedziała się, że mąż nie płacił za wynajem domu. Dostali nakaz eksmisji. - Wtedy odkryłam tutejszą pomoc socjalną. Naprawdę bardzo mnie wsparli. Większość pieniędzy musiałam sama zorganizować, ale oni dołożyli i zostaliśmy w domu - opowiada. Kiedy urodził się najmłodszy syn, postanowiła rozstać się z mężem. Nie chciał się wyprowadzić. W końcu doszło do tego, że ją pobił. Zagroziła mu policją. - W Finlandii wniosek o rozwód można złożyć mailem. Potem trzeba odczekać pół roku, to czas na przemyślenia. Jeśli nadal podtrzymuje się decyzję, idzie się do sądu i podpisuje papiery. Opinia drugiej strony nie ma wtedy znaczenia. Podczas rozprawy ustala się jedynie alimenty, choć wiele par załatwia tę kwestię między sobą - mówi Eliza.

Teraz Eliza jest z Hiszpanem. Poznali się sześć lat temu na kursie fińskiego, dwa lata temu wzięli ślub. W lipcu zeszłego roku przenieśli się do Szwecji, bo najmłodszy syn Elizy ma rzadką chorobę i to tu znaleźli specjalistów. Operacja się udała, chłopczyk dochodzi do siebie. A oni wracają do Finlandii, bo czują, że tam jest ich dom.

Grzegorz, 38 lat, Helsinki

- Wyjechałem z Polski, bo byłem przerażony tym, co dzieje się w naszym kraju. Najpierw się odgrażałem, że wyemigruję, a jak zabrałem się do działania, okazja przyszła bardzo szybko. Może nawet trochę za szybko - wspomina Grzegorz.

Mieszkał w Krakowie, pracował w branży finansowej. W Finlandii bez problemu dostał pracę w zawodzie, na stanowisku dyrektorskim. Wyjechał w czerwcu zeszłego roku, jest tu razem z żoną i córką. - To jest dobre państwo dla rodzin z dziećmi. Edukacja jest na świetnym poziomie. Dzieci są zachęcane, żeby mówić o swoich uczuciach, stawia się na partnerstwo i szczerość w relacjach - zachwala Grzegorz. Dla niego ważna jest też wolność, dostrzegalna choćby na ulicy. - Możesz się ubrać jak chcesz i nikt cię nie obrazi. To samo w pracy. W biurze wiele osób chodzi boso. Niedaleko mnie siedzi miły, elegancki człowiek w garniturze i krawacie. Codziennie zimowe buty przebiera na skórzane klapki. Nie wyobrażam sobie, żeby w biurze w Polsce ktoś na wysokim stanowisku popylał w klapkach - mówi.

Dress code, a raczej jego brak, to niejedyna różnica, jaką Grzegorz zauważa pomiędzy pracą w Polsce i Finlandii. - Tu ludzie wcześnie zaczynają. Niektórzy przychodzą już na szóstą, o jedenastej jedzą  lunch. W Polsce firma zaczynała tętnić życiem dopiero między 9:00 a 10:00. Tutaj biznes jest też bardziej oparty na zaufaniu. Nikt nie siada przy stole po to, żeby drugą stronę wykiwać, ugrać coś dla siebie. To nie świadczy o fińskiej naiwności, tylko o wzajemnym szacunku. Jestem też pod dużym wrażeniem kompetencji i profesjonalizmu Finów. Nie ma typowej hierarchii, prezes nie siedzi na czterdziestym piętrze i nie trzeba umawiać się do niego na audiencję. Te partnerskie relacje nie prowadzą przy tym do anarchii, szefa nie traktuje się jak kolegę. Team work nie jest tu też tylko pustym, modnym określeniem - twierdzi. - O Finach się mówi, że to no-nonsense culture. Nie zajmują się bzdetami. A tematy typu aborcja, homoseksualizm, które wałkuje się w Polsce, tu nie funkcjonują publicznie, bo uznaje się je za coś zupełnie normalnego. Mam wrażenie, że do wszystkiego podchodzi się z umiarem, dystansem i rozsądkiem.

Helsinki (fot. Shutterstock)
Helsinki (fot. Shutterstock)

Grzegorz nie zna fińskiego. Twierdzi jednak, że absolutnie wszystko może załatwić po angielsku. - Nawet jak idziesz po bilet miesięczny, dogadasz się bez problemu. Finów uważa się za mało rozmownych. Ja sądzę, że są megaotwarci i chętni do pomocy - mówi.

Przyznaje, że w Krakowie miał wygodne życie. Mieszkał w mieście, które dobrze znał. Do pracy jeździł samochodem. W Finlandii przerzucił się na komunikację miejską, bo dojeżdżanie autem nie ma sensu. Popularne są parkingi typu park & ride, znajdują się niemal przy każdej stacji metra i są darmowe albo bardzo tanie dla posiadaczy karty miejskiej, ale już w ścisłym centrum nie można zaparkować na dłużej niż godzinę. Nie zobaczysz samochodu na chodniku albo zasłaniającego przejście dla pieszych. Raz tylko doświadczył ciemnego oblicza transportu publicznego. Jesienią popsuł się pociąg i zamiast dziesięciu minut dojazd do pracy zajął mu ponad dwie godziny.

Minusem są dla Grzegorza fińskie ceny. - Irytują, jak przyjedzie się z Polski. Na każdym kroku człowiek ma wrażenie, że jest robiony w balona. Nie można przeliczać ich na złotówki.

Emil, 26 lat, Helsinki / Warszawa

Do Finlandii zawiódł go magnetyzm serc. W Warszawie poznał swoją dziewczynę, Finkę Milkę, która przyjechała tu na rok na Erasmusa. - Wiedzieliśmy, że będziemy musieli wrócić do Helsinek na rok, żeby skończyła studia. Polecieliśmy razem w sierpniu 2017. Po krótkim czasie znalazłem pracę, ale średnio mi się podobało. Zajmuję się digital marketingiem, zatrudniłem się w branży e-commerce, zarządzałem sprzedażą przecenionych ubrań na rynek polski. Atmosfera była nerwowa, średnio dogadywałem się z szefostwem. To było międzynarodowe środowisko, ale generalnie w Finlandii trudno być marketerem i nie znać fińskiego. Jest duża konkurencja - opowiada. - W Warszawie dla ludzi w moim zawodzie jest mnóstwo pracy za dobre pieniądze.

Przekwalifikować się nie chciał. - Cały czas z tyłu głowy siedziała nam Warszawa, nie mogliśmy o niej zapomnieć. Ja i moja dziewczyna potrzebujemy, żeby ciągle coś się działo. W Finlandii niewiele się dzieje. Jest piękna przyroda, można pojeździć na nartach, ale to jest dobre na wakacje, a nie na całe życie - stwierdza. Klimat też średnio przypadł mu do gustu. - Ciężko mi było wstawać do pracy na dziewiątą trzydzieści, jak jeszcze było ciemno. Z kolei po piętnastej zapadał zmrok - wspomina. - No i za bilet miesięczny na komunikację miejską płaciłem 150 euro. Załatwiałem sobie rezydencję tylko po to, żeby było trochę taniej.

Emil i Milka (fot. archiwum prywatne)
Emil i Milka (fot. archiwum prywatne)

Z Milką mają wyrobioną opinię na temat stereotypowej fińskiej pary. On - tzw. man of few words, ona - przebojowa i decyzyjna. Emil twierdzi, że w ich związku to się rozkłada inaczej. Ani z niego Fin, ani z niej typowa Finka. Zdecydowali, że wracają do Warszawy.

W Polsce Emil znalazł pracę w tydzień, Milka - z wykształcenia graficzka - w dwa. Ją czasem irytuje, jak próbuje powiedzieć coś w sklepie po polsku, a sprzedawczyni ledwie odburknie. I nie ma tu też takiego wyboru produktów wegańskich jak w Helsinkach.

Ale poza tym - wiele plusów. - Mieszkamy na Powiślu, jest pięknie, wszędzie blisko. Tu mamy też pełno znajomych.  Nie chcę, żeby wyszło tak, że krytykuję Finlandię. Tu jest nam po prostu lepiej, ale stamtąd mamy wiele cudownych wspomnień i chętnie tam wracamy - mówi Emil.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Izabela O'Sullivan. Dziennikarka prasowa i radiowa. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Publikowała m.in. w "Dużym Formacie" oraz w serwisach WP i Polki. Lubi dobrą kawę i literaturę faktu.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (264)
Zaloguj się
  • rave8

    Oceniono 58 razy 32

    Ośrodki rekreacyjno sportowe - Polska (Sauna):
    - Wchodzenie w gaciach do sauny. Zwróciłem ostatnio uwagę jegomościowi w lateksowych gaciach i tłumaczę , ze w zetknięciu z temperaturą 90 stopni lateks wydziela toksyczne substancje i wówczas sauna nie ma właściwości prozdrowotnych. Odpowiedział grzecznie "Pan sobie przeczyta regulamin". Czytam i nie wierzę DO SAUNY WCHODZIMY W MAJTKACH :-)
    - Aby sauna zadziałała na nasz organizm musi być odsłonięte ciało, oczywiście jeśli się krępujemy miejsca intymne mogą być okryte ręcznikiem. Wchodzi Grazynka z Dżesiką. Obie okryte kostiumem jednoczęściowym, na to owinięty szczelnie ręcznik. Jaki jest ich cel wizyty w saunie?
    - Klienci notorycznie wchodzą w mokrych gaciach i wnoszą do sauny wodę z chlorem
    - Siadają swoimi mokrymi gaciami bezpośrednio na siedzisku drewnianym i niedomytymi stopami i innymi przepoconymi częściami ciała stykają się z siedziskiem. Pot kapie bezpośrednio na ławkę. Syf. Obsługa nie zwraca uwagi.
    - Ostatnio szatni męskiej upomniano mnie abym brał prysznic w majtkach gdyż tutaj biegają dzieci.
    - W szatniach porobili przebieralnie kabinowe, rozumiecie? Szatnia służy do przebierania, ale w szatni dodatkowo są przebieralnie kabinowe. Tylko czekać aż wymyślą w przebieralniach kabinowych , kolejne przebieralnie minikabinowe z kotarą aby nie gorszyć społeczeństwa.
    - Generalnie w saunie mokrej wchodząc obmywamy przed sobą i po sobie siedzisko specjalnym natryskiem , który jest na wyposażeniu każdej sauny mokrej. W Polsce nikt tego nie przestrzega
    - Sytuacja sprzed tygodnia (OSiR) - dama wchodzi do sauny w czepku. Mówię zeby zdjęła gdyż nie mam zamiaru wdychać palonej gumy. Mówi ze ona chroni swoją głowę, aby się nie przegrzała. Więc tłumacze , ze do tego służą specjalne filcowe osłony/czapki, a nie czepek pływacki, który jest z gumy. Jak grochem o ścianę.
    - Wchodzenie w klapkach , a nie na boso, a co za tym idzie wnoszenie syfu
    - Miesiąc temu w saunie mokrej Janusz (lat 60) wszedł do sauny parowej w goglach do pływania. Ręce mi opadły. Zaczęliśmy się śmiać z żoną , bo ile razy można zwracać uwagę.

    Polskie sauny do jeden wielki syf i patologia. Ludzie saunują wbrew zdrowiu swojemu. Obsługa OSirów nie zwraca uwagi gdyż sami nie wiedzą do czego służy sauna. W Polsce możesz kraść, pić na umór i robić z siebie pajaca, ale spróbuj wejść do sauny nago to cię zlinczują.

    Dodam jeszcze ciekawy fakt że ośrodek Warszawianka w Warszawie, który słynął zawsze z przestrzegania regulaminu w saunach ostatnio się zmienił. Ponaklejali jakieś piktogramy w strefie saun. Dyrektor musi mieć mocne kompleksy bo piktogramy niby prześmiewczo coś w stylu "schowaj klejnoty" lub "masz małego". Wyobraźcie sobie naklejkę w stylu "masz brzydką kuciapkę, schowają ją". Zarząd warszawianki ma poważne problemy psychiczne.
    Oby do jesieni. Buduje sobie własną banię ruską, bo już mam dosyć tej prostackiej mentalności.

  • slepy_max11

    Oceniono 23 razy 21

    Spędziłem w Finalndii 10 msc, było super, finowie są bardzo uczynni i pomocni, jedynie klimat jest uciążliwy, nie ma wiosny, od razu lato, do tego krótkie.

  • ama_leta

    Oceniono 18 razy 18

    Mieszkam w Fi od 2008. Poczatki byly trudne ze wzgledu na ogromna roznice kulturowa, ale teraz zyje mi sie tu bardzo milo i wygodnie.

  • malinajan

    Oceniono 42 razy 18

    Normalnie sielana i raj. Tylko dlaczego statystyczny Fin chleje więcej wódy niż nasz Janusz?

  • pogoda25

    Oceniono 24 razy 18

    Fajny artykuł. W Szwecji czy Norwegii jeśli chodzi o ubiór, zachowanie wygląda podobnie.

  • yv71

    Oceniono 19 razy 15

    ja jestem urzędniczką w Polsce i staram się być pomocna. Poza tym nie maluję się i ubieram się schludnie, ale na luzie.Nie uzależniam też miłości do mojej ojczyzny od aktualnie panujących polityków. Te czy inne opcje przemijają Polska mam nadzieję będzie wieczna:)) Więcej luzu mniej kompleksów rodakom życzę.

  • ponury_swiniarz

    Oceniono 17 razy 15

    >>> i nikt nie zwraca uwagi na to, jak wyglądasz

    a potem

    >>> Sąsiadka często pytała, co to za okazja, że się tak wystroiłam.

    Czyli jednak ktoś zwraca uwagę.

  • zbieg-z-ciemnogrodu

    Oceniono 21 razy 15

    Zimne zadupie. Ale ma swoj urok.

  • zdziwiony6

    Oceniono 17 razy 13

    Mam uwagi na temat nagości. Prawdą jest, że Finowie, Skandynawowie, Niemcy, Holendrzy, Czesi, Włosi, Grecy i kilka innych nacji mają podejście bardzo racjonalne. Polska pod tym względem to nadal Średniowiecze. Zaskoczony byłem jednak niezwykłą pruderią w USA. Mieszkaliśmy tam kilka lat i uwielbiamy ten kraj ale w tych sprawach jest jeszcze gorzej niż w Polsce. Ostrzegli nas znajomi Niemcy. Gdy przyjechali do Stanów poszli na plażę z 4-letnią córką, która wystąpila topless. Po kilku minutach kilka pań zwróciło im uwagę, że dziewczynka nie powinna chodzić po plaży niekompletnie ubrana. Musieli jej szybko kupić dwuczęściowy kostium kąpielowy. Miała 4 latka!!!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX