Maria Magdalena często jest portretowana jako grzesznica

Maria Magdalena często jest portretowana jako grzesznica (fot. Wikimedia Commons)

Grzesznica czy żona Jezusa? Maria Magdalena ciągle fascynuje

Przyczepiano jej wiele etykiet: prostytutka, kochanka, święta. Historycy, teolodzy i wielbiciele teorii spiskowych wciąż poszukują odpowiedzi na pytanie, kim naprawdę była Maria Magdalena i jaki miała wpływ na rozwój religii. Zbadania historii tej kontrowersyjnej postaci podjął się Paweł F. Nowakowski. Efekty znajdziemy w książce "Maria Magdalena"*.

Ostatnie kuszenie Chrystusa**

Zawieszony na krzyżu Chrystus zamyka oczy i widzi swą przyszłość u boku Marii Magdaleny, która pielęgnuje Jego rany, troszczy się o Niego i otacza Go opieką. Daje Mu ciepło, a także zapowiedź szczęścia rodzinnego - staje się brzemienna. Taki początek wizji umierającego Nazarejczyka przedstawił Martin Scorsese. Widz szybko się zorientuje, że to wyobrażenie jest właśnie ostatnim kuszeniem Chrystusa zapowiadanym przez tytuł filmu. Kuszeniem, któremu Jezus się opiera. Ale scena ta bardzo przemawia do wyobraźni, podobnie jak i pozostałe, w których pojawia się Maria Magdalena. U Scorsese jest prostytutką, a widz poznaje ją wówczas, gdy Jezus oczekuje, aż wszyscy klienci nasycą swoje żądze i oboje będą mogli odbyć trudną rozmowę. Ukazuje ją jako kobietę przepełnioną namiętnością połączoną z bólem, niechęcią i żalem. (...) 

Gdy film powstawał w 1988 roku, nie był to jedyny obraz świętej jako oblubienicy Chrystusa, który funkcjonował w kulturze popularnej. Zaledwie sześć lat wcześniej na rynku księgarskim ukazała się książka, która zrobiła prawdziwą furorę sprzedażową, i nie był to oczywiście znacznie późniejszy Kod Leonarda da Vinci. (...) 

Scena z filmu 'Ostatnie kuszenie Chrystusa' Martina Scorsese (mat. prasowe)
Scena z filmu 'Ostatnie kuszenie Chrystusa' Martina Scorsese (mat. prasowe)

Jakub de Voragine, spisujący swoją Złotą legendę, podawał w niej różne wersje tego, co działo się z Marią Magdaleną po Zmartwychwstaniu Jezusa. W miejscu, gdzie kończą się wzmianki Nowego Testamentu, zaczyna się swobodna interpretacja w duchu pobożnościowym, a czasem po prostu fantazjowanie. U Voragine w całym fragmencie poświęconym Marii Magdalenie zaledwie jeden akapit ma podstawy w Biblii, cała reszta to już mieszanka różnych lokalnych podań. Przeważało przeświadczenie, że Magdalena wraz z grupą uczniów Jezusa (miało ich być siedemdziesięcioro dwoje) została zmuszona do opuszczenia Palestyny na statku, który wypłynął na morze. W tej grupie znajdowała się jej rodzina, do której zaliczano Łazarza i Martę z Betanii. Okręt dotarł do południowych wybrzeży galijskich w pobliże Massalii, czyli dzisiejszej Marsylii.

Według legend prowansalskich, opracowanych następnie przez Voragine, Maria żyła później skromnie, a nawet oddaliła się do pustelni. Do tego właśnie faktu nawiązywali budowniczowie sanktuariów. Najsłynniejsze z nich, w Saint-Maximin-la-Sainte-Baume, które leży niedaleko Aix-en-Provence, istniało jako niewielka osada już w czasach rzymskich. Ale dopiero w XIII wieku, gdy odnaleziono sarkofag uznany za miejsce spoczynku Marii Magdaleny, miejsce to zyskało wielką popularność, która zaowocowała licznymi pielgrzymkami i wzniesieniem imponującej bazyliki. Ze wszystkich elementów opowieści o Marii Magdalenie, wiążącej jej pobiblijne losy z tym regionem, dla dwudziestowiecznych twórców legend istotny był tylko jeden - pojawienie się Marii Magdaleny na południu późniejszej Francji. Była to szczypta dawnej legendy, która świetnie pasowała do nowej. 

Wątek Merowingów

Wątek południowofrancuski opowieści o Marii Magdalenie pozwalał na rozwinięcie skrzydeł. Dodano do niego więc dwa istotne szczegóły: dynastię Merowingów i Zakon Syjonu, który służył jako oś pozwalająca spinać wydarzenia z różnych, czasem odległych okresów. W ten sposób historia genealogii merowińskich i Zakonu Syjonu okazały się bardzo inspirujące dla kolejnych ludzi o rozbudzonej fantazji. Powstały więc nowe teorie.

Istotną rolę przy ich tworzeniu spełnił angielski dziennikarz telewizyjny Henry Lincoln specjalizujący się w programach o tajemnicach przeszłości. Zetknąwszy się z historią rzekomych potomków Merowingów, zrealizował kilka filmów w stylistyce sensacyjnego dokumentu, w których przedstawiał swoje śledztwo dotyczące historii.

Już pierwszy z filmów, The Treasure of Jerusalem (Skarb Jerozolimy) z 1972 roku, zawierał całą gamę odniesień - jest tu mowa o ukrytym skarbie, który spowodował wzbogacenie się ubogiego proboszcza z malutkiej wioski na południu Francji, pojawiają się templariusze, zakodowane przesłania w architekturze i sztuce, a także zaginione dokumenty, które zmieniają obraz historii.  

Opisane wyżej zawiłości mogą wprawić w zniecierpliwienie, nie widać w nich bowiem jak dotąd żadnego związku z Marią Magdaleną. W początku lat osiemdziesiątych było już parę publikacji i kilka filmów, właściwy przełom nastąpił jednak wówczas, gdy Henry Lincoln porozumiał się z pisarzem Richardem Leigh i jego nowozelandzkim kolegą, fotoreporterem Michaelem Baigentem. Wszyscy trzej twórczo przepracowali historię merowińską, wątki templariuszy i skarbu w Rennes-le-Château, dodając do nich najbardziej atrakcyjny motyw. Choć Lincoln utrzymywał jeszcze krótko przed śmiercią, że hipotezy te wynikały z rozwoju prowadzonych "badań", nie sposób nie zauważyć, że górę wzięły tu inne talenty. (...)

Święty Graal

Medialnie doskonale sprawdza się wykorzystanie wątków skandalicznych, obyczajowych, a najlepiej połączonych z religią. Tego jak dotąd brakowało, a Lincoln, Baigent i Leigh uzupełnili ową lukę, pisząc książkę Święty Graal, święta krew. Główną innowacją do całej historii, którą wprowadzili autorzy Świętego Graala..., było pociągnięcie wątku merowińskiego wstecz i powiązanie go z alternatywną wobec Ewangelii wersją życia Jezusa Chrystusa.

Według angielskich pisarzy Chrystus nie umarł na krzyżu, lecz spędził resztę życia w towarzystwie Marii Magdaleny, która została Jego żoną. Nic takiego oczywiście nie wynika z Nowego Testamentu, swoją hipotezę autorzy oparli na późniejszych tekstach gnostyckich, dość swobodnie zresztą je interpretując. Ważne było jedno - historia nabrała kolorów i atrakcyjności dla przeciętnego czytelnika wywodzącego się z zachodniego kręgu cywilizacyjnego. Dla nieprzychylnych Kościołowi była potwierdzeniem, że skrywa on jakąś niewygodną prawdę i legitymizuje przekręt w postaci historii o zmartwychwstaniu człowieka - Jezusa z Nazaretu. Wierzący przyjęli ją jako skandal i często też z ciekawości chcieli poznać.  

Sandro Botticelli, 'Opłakiwanie Chrystusa', 1490-1500 (fot. Wikimedia Commons)
Sandro Botticelli, 'Opłakiwanie Chrystusa', 1490-1500 (fot. Wikimedia Commons)

Pobożną legendę o wylądowaniu we Francji przez Marię Magdalenę poddano istotnej modyfikacji - nie była już ona pustelniczką żyjącą przez trzydzieści lat samotnie w ukryciu, ale przyjechała w zupełnie innym celu. Ukrywając się przed prześladowaniami w Palestynie, w tym miejscu żyła wraz z potomstwem Chrystusa - swoimi dziećmi.  

Książka Lincolna, Baigenta i Leigh osiągnęła sukces wydawniczy, a co za tym idzie - otworzyła cały worek kolejnych publikacji na podobne tematy, sprawiając, że zainteresowanie skupiło się na pograniczu sensacji, skandalu i popularyzacji nauki. Maria Magdalena, która nie znalazła się jeszcze w centrum Świętego Graala, świętej krwi, zajęła poczesne miejsce w jednej z takich książek. The Woman with the Alabaster Jar (Maria Magdalena i Święty Graal: kobieta z alabastrowym flakonem) autorstwa Amerykanki Margaret Starbird z 1993 roku okazała się najbardziej wpływowym z opracowań idących linią wytyczoną dekadę wcześniej w Wielkiej Brytanii. Starbird starała się przedstawić swoje teorie w sposób bardziej usystematyzowany i odwołujący się do skojarzeń kulturowych, nawiązując do stylu pracy naukowej. 

Być może 

Metody, którymi posługiwali się twórcy teorii o potomstwie Jezusa i Magdaleny, żyjącym na południu Francji, mają trochę elementów wspólnych. Kiedy czyta się obszerną publikację na ten temat, łatwo przeoczyć kluczowe, choć nie rzucające się w oczy fragmenty, w których nieco się one odkrywają. Jednym z nich jest poniższy passus z książki Święty Graal, święta krew:  

Być może Magdalena - owa tajemnicza kobieta z Ewangelii - była żoną Jezusa. Być może ich związek przyniósł potomków. Być może po ukrzyżowaniu Magdalena z co najmniej jednym dzieckiem przedostała się potajemnie do Galii, gdzie istniały wówczas żydowskie skupiska, i tam znalazła schronienie. Być może w ten sposób powstał ród wywodzący się w prostej linii od Jezusa. Być może ów ród, owa najwyższa Sang Real, istniał incognito przez prawie czterysta lat - co w końcu nie jest tak długim okresem w dziejach potężnego rodu. Być może doszło do aliansów dynastycznych nie tylko z innymi liniami żydowskimi, ale również z rzymskimi i wizygockimi. Być może w V wieku ród Jezusa spokrewnił się z królewskim domem Franków, co dało początek dynastii Merowingów. 

W tym krótkim fragmencie jeden zwrot powtarza się aż siedmiokrotnie: być może. I nie jest to wyłącznie kwestia polskiego tłumaczenia, bo w oryginale w tych samych miejscach występuje słowo perhaps. Żaden z podawanych tu elementów czy też "faktów" nie ma potwierdzenia w dokumentach, źródłach historycznych ani materialnych. Ponad czterysta lat, które dzielą informacje o Magdalenie w Palestynie od historycznie odnotowanych Merowingów w Galii, skwitowano nonszalancką opinią o tym, że nie jest to zbyt długi czas w dziejach potężnego rodu. Gdyby chociaż podano jeden fakt naprawdę łączący wydarzenia, między którymi mamy czterowiekową dziurę. Ale takiego faktu nie ma. Podstawą metody, na której opierają się autorzy, jest więc słowo klucz: "być może". Nie trzeba dodawać, że w ten sposób można "udowodnić" niemal każde twierdzenie.  

Aleksandra Iwanow, 'Chrystus ukazuje się Marii Magdalenie', 1834 r. (fot. Wikimedia Commons)
Aleksandra Iwanow, 'Chrystus ukazuje się Marii Magdalenie', 1834 r. (fot. Wikimedia Commons)

Margaret Starbird w swoich publikacjach skupiła się bardziej na stronie wizualnej, symbolicznej w sztuce i ornamentyce, a także elementach heraldyki, doszukując się śladów tajemnej historii, a służy jej do tego pojawiająca się tu i ówdzie litera M. Jest to o tyle łatwe, że kult Maryi jest w chrześcijaństwie bardzo rozwinięty. Ale i kształt korony czy blanki na rysunkach przedstawiających wieże zamków nie uchodzą uwagi autorki. Wszędzie więc tam, gdzie można dostrzec M, Starbird sugeruje, że może być to ukryte odwołanie do Marii Magdaleny. Dla przykładu, gdy opisuje naczynie wspomniane przed stu laty w książce Bayleya, podaje następującą propozycję jego interpretacji: 

Jedno z tych naczyń opatrzone jest inicjałami MM, od Marii Magdaleny lub Maria Maior, inne inicjałami MR, od Maria Regina. Oba określenia mogą z równym prawdopodobieństwem dotyczyć Magdaleny, jak Matki Boskiej, jak to się zwykle zakłada. 

Symbolika maryjna nie jest niczym nadzwyczajnym, podobnie tytułowanie Maryi królową (Maria Regina), ale skojarzenie tych inicjałów z Marią Magdaleną mogłoby mieć sens wyłącznie wtedy, gdyby przyjąć hipotezę o jej potomstwie, które przetrwało jako ród Merowingów. Samo zestawienie symboli nie jest oczywiście dowodem prawdziwości teorii o małżeństwie Jezusa i Magdaleny i ich dzieciach. Dopiero udokumentowanie istnienia takiego związku między nimi uprawniałoby do doszukiwania się skojarzeń w inicjałach. Całe rozumowanie jest tu więc postawione na głowie. Starbird nie ogranicza się do skrótów czy inicjałów, ale zwraca też uwagę na kształty, w których widzi ukryte symbole: 
Litera M często pojawia się we fleur-de-lis (herbowej lilii), wystając z jej środka, a także w znakach przedstawiających wieże i zamki. Mogą to być aluzje do Marii Magdaleny. 

Rzeczywiście spoglądając na blanki budowli obronnych, możemy tam dostrzec układ linii zbieżny z literą M, ale i W oraz V czy U. Wysilając nieco wyobraźnię, można się doszukać podobnego kształtu w herbowych lilijkach, symbolu przedrewolucyjnej Francji. (...) W tych skojarzeniach łatwo jednak o przesadę, gdy człowiek jest tak skupiony na jakimś symbolu, że widzi go właściwie wszędzie.  

Guido Reni, 'Maria Magdalena', 1630 r. / Andrea Solari 'Maria Magdalena', 1524 r. (fot. Wikimedia Commons)
Guido Reni, 'Maria Magdalena', 1630 r. / Andrea Solari 'Maria Magdalena', 1524 r. (fot. Wikimedia Commons)

Idąc tropem skojarzeń prezentowanych przez grupę Baigenta, Starbird i ich naśladowców, można utrzymywać, że pojawiające się w naszych miastach żółte litery M o charakterystycznym kroju przypominającym dawną półuncjałę mogą również oznaczać Magdalenę, a nie wyłącznie McDonald's, jak powszechnie odczytuje się ten znak. Inne spostrzeżenia też są możliwe. Śmiało. Wystarczy jedynie za każdym razem dodać słowo klucz: "być może". 

Oblubienica

Na wizerunek Marii Magdaleny składa się kilka elementów. Najbardziej wyrazistym i łatwym do zrozumienia jest uznanie jej za żonę Chrystusa. Jak wspomniano, nie ma do tego żadnych podstaw biblijnych, co oczywiście nie przeszkadza autorom snuć różnych domysłów. Trafiają one współcześnie na podatny grunt, kiedy wielu osobom trudno jest sobie wyobrazić, by dwoje ludzi łączyła więź pozbawiona aktywności seksualnej. No dobrze, myśli czytelnik, w Nowym Testamencie nie ma o tym słowa, ale to wyraz pruderii zamierzchłych czasów, a przecież naturalną sprawą musiało być, że Jezus, charyzmatyczny przywódca, wzbudzał zainteresowanie kobiet, z których pewnie niejedna chciała zostać jego żoną.  

Wśród autorów, którzy opisują domniemane małżeństwo lub romans Jezusa i Marii Magdaleny, da się łatwo wyróżnić dwie postawy. Jedni przekonują o ich związku, nie podając jednak żadnych dowodów. Inni informują, że co prawda nie da się tego dowieść, ale sugerują, że istnieje sporo poszlak w późniejszej historii. Innymi słowy - nie ma dowodu, ale mógłby być.

Książka 'Maria Magdalena' ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak (mat. prasowe / fot. Marcin Jończyk)
Książka 'Maria Magdalena' ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak (mat. prasowe / fot. Marcin Jończyk)

*Tytuł, wprowadzenie i śródtytuły pochodzą od redakcji

**Fragmenty książki "Maria Magdalena" Pawła F. Nowakowskiego 
 

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Paweł F. Nowakowski. Historyk, teolog, adiunkt w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Współpracował z TVP Historia jako prowadzący rozmowy telewizyjne, jest także autorem i współautorem przewodników po Santiago de Compostela i Kioto.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (88)
Zaloguj się
  • maxthebrindle

    Oceniono 19 razy 17

    Kiedy za dowodzenie czegokolwiek związanego z religią bierze się teolog, to może być tylko śmiesznie. Owoż teologia nie jest nauką, nie posługuje się metodą naukową (falsyfikacja) i jako taka nie może niczego dowieść ani obalić. Cały zakres zainteresowań teologii wynika z założenia (którego prawdziwości udowodnić się nie da), że bóg istnieje - to tak, jakbym dziś założył, że istnieją różowe jednorożce jako materialne byty i badał ich wpływ na świat oraz stosunek owego świata do nich.
    Oczywiście nie wiemy, jak było z Marią Magdaleną, nie wiemy nawet, czy taka osoba istniała, czy stanowi li tylko personifikację pewnych typów charakterologicznych, czy może jest literackim odpowiednikiem kilku istniejących osób, czy też pojawiła się jako figura retoryczna dla potrzeb opowieści zwanej Nowym Testamentem. Wiemy na pewno, że Nowy Testament jest dość marnym źródłem historycznym, bo choć wspomina o postaciach i miejscach znanych z innych źródeł, to jednak propagandowy charakter dzieła jest oczywisty a manipulacje w celu osiągnięcia zamierzonego celu przekazu - aż nazbyt widoczne. Mówiąc inaczej - jeśli przyjąć za prawdziwe pewne informacje zawarte w Nowym Testamencie - inne zwyczajnie muszą być kłamstwem, i vice versa. Tymczasem z punktu widzenia teologii wszystko, co tam napisano to prawda i trzeba tak nagiąć fakty, artefakty, dowody i wyniki badań, by je jakoś dostosować do zapisów Księgi. I tak na przykład podróż rodziców Jezusa do Betlejem na pewno jest manipulacją propagandową (bo pozwala przypisać Jezusa do rodu królewskiego), podczas gdy w rzeczywistości w celach podatkowych Rzymianie spisywali ludzi tam, gdzie oni mieszkali - bo tam płacili podatki, nie zaś w miejscu urodzenia. Gdyby jednak Józef miał rzeczywiście majątek w Betlejem i administracja rzeczywiście chciałaby go tam widzieć, by spisać - to raczej nie pozwoliłby swojej zonie rodzić w ubogiej stajni, tylko skorzystał z dobrodziejstw owego majątku. I tak dalej, i tym podobnie.
    Wydaje się jednak, że w historii ostatnich lat życia Jezusa ziaren prawdy jest więcej, bo wydaje się, ze taka postać - kaznodzieja, założyciel sekty jak setki innych w tamtym czasie i miejscu - mógł istnieć naprawdę. Czy były wokół niego kobiety? Zapewne. Czy mógł z którąś z nich być w intymnym związku? Niewykluczone, biorąc pod uwagę ówczesne realia społeczne. Jednak Nowy Testament, będąc tekstem o wiele późniejszym, niż opisywane w nim wydarzenia (przypomnę, że 70 lat to przy ówczesnej średniej życia trzy pełne pokolenia, a najstarsze fragmenty Ksiegi spisano najwcześniej 70 lat po śmierci Jezusa) oraz wielokrotnie przeredagowywanym i cenzurowanym - jest dziś raczej narzędziem mizoginicznej kościelnej propagandy, niż źródłem historycznym. Zatem twierdzenie, ze coś tam jest mało prawdopodobne, bo w 'źródłach biblijnych nie ma na ten temat wzmianki' jest zwyczajnie głupie...
    Maria Magdalena, jeśli istniała, zapewne nigdy nie była w południowej Francji, zapewne nigdy nie podróżowała dalej, niż kilkadziesiąt kilometrów od miejsca zamieszkania. Jednak matką dzieci mężczyzny, znanego jako Jezus z Nazaretu - mogła jak najbardziej być.

  • tetradrachma

    Oceniono 22 razy 16

    Jezus, dopiero w IV w. na soborze w Nicei, został uznany "bogiem" w pokrętnym dogmacie "filioque" . Był prorokiem, a nade wszystko człowiekiem, ze wszystkimi człowieczeństwa ......"konsekwencjami". Rożne religie (i narody) "Boga" - różnie przedstawiają - Żydzi, sprywatyzowali, Polacy, uznaja za Polaka-"katolika". Ja, że Bog jest KOSMOSEM, wszechswiatem, wszystkim. Pójdźcie, za mna, a ja Wam przyniose.....zbawienie. Git ?

  • sclavus

    Oceniono 24 razy 14

    ... "nie ma dowodów na małżeństwo Jezusa z Marią Magdaleną"...
    A jakie są dowody na to, że na krzyżu umarł człowiek a zmartwychwstał półbóg i poszedł do (jakiegoś) nieba??
    Pytaniem może być: dlaczego Yahwe czekał 2000 lat, żeby tego Jezusa, jako jedynego po dwóch tysiącach lat i jak się okazuje ciągle jedynego, po następnych dwóch tysiącach lat... spłodził???
    ... i jak to się stało, że po śmierci Jezusa, ten Yahwe-ojciec poszedł do kąta a zmartwychwstały Jezus został zabrany do już całkiem innego boga???
    Nowy testament, ten niby "dowód", nie jest niczym innym jak... "prawdą z magla, gdzie jedna pani, drugiej pani... opowiedziała!!!
    ... po czym, nastąpiła się lawina kłamstw, która dala początek całkiem nowej religii, z całkiem nowy bogiem (bo "Bóg, jako żywo, w niczym nie przypomina "Yahwe")
    ***
    A tymczasem... można przyjąć i jest to najbardziej prawdopodobne, że Jezus/Joshue był takim protoplastą o 1500 lat późniejszego Lutra - chciał zreformować judaizm!!! (co, oczywiście, nie podobało się saduceuszom i faryzeuszom)

  • zgred151

    Oceniono 19 razy 13

    Jezeli z legend i bajek tworzy sie podstawy wiary to widac jak naiwni sa ludzie skoro w to wierza a nie docieraja do nich realnie sprawdzone fakty

  • mcguirre

    Oceniono 9 razy 9

    Żadna grzeznica tylko normalna kobieta. To ta banda zboków i oszustów zrobiła z niej „grzesznicę” na użytek swojej bajki.

  • andgie

    Oceniono 6 razy 6

    Mamy XXI wiek i ciagle Maria Magdalena jest widziana poprzez swoja seksualnosc. "Dobra"- czyli zona, "zla" - czyli prostytutka. Dlaczego nie przyjac, ze Maria Magdalena byla po prostu uczennica Jezusa? Ze poszla za nim, bo w niego uwierzyla? I dlatego byla jedna z najblizszych osob z jego otoczenia. Stala pod krzyzem, bo kobiecie bylo latwiej. Kobiety nie mialy wtedy praw, ale tez z tego powodu byly traktowane lagodniej pod wzgledem prawnym.

  • precz_z_komunia

    Oceniono 4 razy 4

    Faustyna Kowalska też twierdziła że była kochanką Jezusa :-)
    A według kościoła katolickiego każdy ksiądz jest ślubnym Jezusa :-)
    Dziwne hobby mają ci ludzie :-)
    A sami śmieją się z fanów Harrego Pottera albo Wiedźmina :-)

  • zimman

    Oceniono 8 razy 4

    Należy też pamiętać, zezadne źródło rzymskie ani żydowskie nic nie wspomina o Jezusie. A zatem byc może ktoś taki nawet nie istniał.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX