Trasa A6

Trasa A6 (fot: Cezary Aszkielowicz / Agencja Gazeta)

w drodze

Przedstawiciel handlowy: Muszę jak najszybciej dojechać z punktu A do punktu B. To jest moje życie

Inni kierowcy ich nienawidzą. Bo jeżdżą jak wariaci, mrugają światłami na autostradach, by zjechać im z drogi. W trasie są pięć dni w tygodniu. I zawsze w pośpiechu. Poznajcie przedstawicieli handlowych, czyli "repów" - od angielskiego sales representative.
W cyklu "W drodze" co dwa tygodnie publikujemy reportaże opisujące naszą polską codzienność, której ważną częścią jest przemieszczanie się, podróżowanie, docieranie do różnych miejsc, do których trafić chcemy albo musimy. Życzymy bezpiecznych podróży!

Po świecie "repów" oprowadzą nas:

- Karol z branży chemicznej, który pamięta dzikie początki biznesu w latach 90.;

- Oliwia, przedstawicielka medyczna, która nie miała wyrzutów, że oszukuje pacjentów;

- Wojtek, sprzedawca sprzętu sportowego, który dopiero przy dwustu na liczniku czuje, że żyje.

Początki

Karol miał doktorat z chemii i właśnie wrócił z tournée po uczelniach w Niemczech. Był początek lat 90. Kapitalistyczna Polska powitała go dwucyfrowym bezrobociem i pensjami, za które nie da się opłacić rachunków. Ale Karol miał rzadkie na tamte czasy umiejętności - mówił płynnie po angielsku i niemiecku. Pewnego wiosennego poranka zameldował się w pawilonie z wielkiej płyty w centrum Warszawy. Dostał pracę w polskim oddziale międzynarodowej korporacji chemicznej. Na oddział składały się trzy pokoje, sekretarka i prezes z Niemiec. - O, jak dobrze, zna się pan na chemii - powitała go sekretarka.

Karol pamięta dzikie początki biznesu w latach 90. (fot: Shutterstock.com)
Karol pamięta dzikie początki biznesu w latach 90. (fot: Shutterstock.com)

W branży na rodzimej ziemi królowały wtedy Polskie Odczynniki Chemiczne - państwowy moloch w stanie rozkładu. A substancje chemiczne były na wagę złota. Potrzebowały ich fabryki, szpitale, uczelnie. Gdy rozeszła się wieść, że do Polski wkroczył niemiecki potentat, w biurze Karola rozdzwoniły się telefony. - Szef mówi: zrobimy objazd. Pojedziemy do Gliwic, Krakowa, Lublina. Atlas drogowy wziął, policzył kilometry, wyszło mu, że zdążymy. Tłumaczę: - Herr Martin, tak się nie da, w jeden dzień nie ma szans. Zbeształ mnie: Herr Karol, ja nie będę jechał 40 na godzinę. Spokorniał, jak do Lublina wjechaliśmy o trzeciej nad ranem - opowiada Karol.

Herr Martin zderzenie z polskimi "najntisami" przeżył jeszcze nie raz. - Szukałem miejsca na magazyn chemiczny - wspomina Karol. - Tam, gdzie jest dziś warszawski Mordor, były resztki Instytutu Elektroniki. Jedziemy, wchodzimy do środka, i widzimy: wielka sala, jedno biurko, za stołem facet w puchowej kurtce, gazetę czyta, przepija herbatą ze słoika. Czysty Bareja. Musiałem z pięć razy powtarzać szefowi, że tak, ten facet ma wszystkie umocowania.

Karol podróżował po Polsce nowiutką mazdą 323. Jeden z lepszych samochodów na ówczesnych drogach. Jak wjeżdżał nim do stacji obsługi pojazdów, właściciel mówił do pomocnika: - Nie widzisz, młody, że to jest przedstawiciel handlowy? Robimy absolutnie wszystko, oni na koszty nie patrzą.

Stary system odchodził, ale opornie. Gdy Karol jechał do fabryki prochu, na bramie zatrzymał go strażnik: - Delegację z zakładu pracy poproszę.

- Ale ja nie mam, w niemieckiej firmie pracuję, tam czegoś takiego nie znają.

- Bez delegacji pana nie wpuszczę.

Musiał zawrócić do stolicy. Przez znajome sekretarki z państwowych firm załatwił sobie bloczek z kartkami do delegacji. Dostał firmową pieczątkę i od tej pory sam sobie te delegacje pisał.

Firma Karola poprzeczkę wieszała wysoko, ale szef na brak chętnych do pracy nie narzekał. - Wynajmowaliśmy pokój hotelowy na dwa dni, robiliśmy rekrutację. Tłumy waliły. Jak na tamte czasy przedstawiciel zarabiał niebotyczne pieniądze. Kandydaci jeszcze nie zdawali sobie sprawy, z czym to się wiąże - wspomina.

Techniki sprzedaży

Oliwia była zachwycona - świeżo po studiach dostała samochód i telefon służbowy. Cieszyła się jak dziecko.

Był 2005 rok. Zachodnie firmy farmaceutyczne ścigały się: kto pierwszy zdobędzie przychylność lekarzy, tego zyski będą liczone w milionach. Oliwia była na pierwszym froncie tej wojny.

Pierwsza przeszkoda - pacjenci w poczekalni. Starsze panie patrzą spode łba. - A kto ostatni do pani doktor? A bo ja na 10.30 - ściemniała Oliwia i myk, wślizgiwała się do gabinetu.

Oliwia, przedstawicielka medyczna, nie miała wyrzutów, że oszukuje pacjentów (fot: Shutterstock.com)
Oliwia, przedstawicielka medyczna, nie miała wyrzutów, że oszukuje pacjentów (fot: Shutterstock.com)

Lekko nie było, bo lekarze takich "repów" jak ona to mieli na pęczki. Oliwia szybko wręczała ulotkę i na odchodnym rzucała: fajny obraz. I już lekarzowi zapadła w pamięć, i już sobie odnotował w głowie miłą "repkę". Może to jej da przewagę. Dobrze było też obłaskawić pielęgniarki gadżetami, żeby wpuszczały do gabinetu drugim wejściem.

Pierwsze pół roku: mordęga. Lekarze cię nie znają, więc mają cię w d*pie. Leki ich nie interesują, oni je znają, chodzi tylko o to, żeby cię polubili. Musisz słuchać i zapamiętywać, w której klasie jest córka doktora M., ile lat po rozwodzie jest lekarz W. Z czasem klienci zaczynają to wykorzystywać. - Jest pani w mieście? A przywiezie mi pani zestaw z McDonalda? - usłyszała od jednego z lekarzy Oliwia. Jej koleżanki robiły im zakupy, przywoziły ich dzieci ze szkoły. - Najgorsi byli ci, co szybko się otwierali. Oszuści. Mówili: "Tak, tak, ja ci piszę", czyli "przepisuję twoje leki". A w ogóle nie pisali i jeszcze ciągnęli kasę od ciebie.

Ten zwrot należy rozumieć dosłownie, bo w czasach, kiedy Oliwia zaczynała, firmy miały obfite "budżety reprezentacyjne". Oficjalnie były to środki na kolacje z lekarzami. Oprócz tego był też budżet marketingowy: na "upominki". Ale "repy" ten specjalny fundusz zostawiali dla lekarzy, którzy mają wielu pacjentów. Kiedy Oliwia wychodziła od takiego lekarza, na koniec mówiła: A to zapłata za wypisane recepty dla pana doktora. I zostawiała kopertę z pieniędzmi. Firmy oficjalnie nie nazywały tego łapówkami. Ale każdy wiedział, o co chodzi. Potem się branża trochę wystraszyła, więc Oliwia biegała z plikiem bonów Sodexo. - Wszyscy to robiliśmy. Zaczęliśmy odczuwać strach, kiedy nasi szefowie podsunęli nam kwity, że jakby co, to całą odpowiedzialność bierzemy na siebie. I wtedy łapówki się skończyły - opowiada.

Karol pamięta do dziś, jak jego firma dostała zlecenie z orbisowskiego hotelu na Ścianie Wschodniej. Mieli dostarczyć technologię do tunelu pralniczego. Karol pojechał, opowiada o rozwiązaniach, pobiera próbki wody, już ma się żegnać, gdy dyrektor mówi: - Rozumiem, że cenę podnosimy o dziesięć procent i te dziesięć procent zostaje dla mnie?

Karol na to: - Wie pan, my pana zaprosimy na targi w Niemczech i tam pan sobie porozmawia z naszymi szefami.

- Pańska konkurencja mówiła, że mi to podpiszą od ręki.

- Ale ja mam lepszą aparaturę. Do widzenia - zakończył Karol. Takich propozycji miał na pęczki. Gimnastykować trzeba się było na przykład na granicy. - A zegara na ścianę pan nie ma, bo kuchnię odnawiam? - pytał celnik, otwartym tekstem sugerując, co mogłoby przyspieszyć odprawę firmowych odczynników.

Zacieśnianie relacji

Z klientami trzeba się bratać - to dla "repów" było oczywiste. - Zaprzyjaźnionych lekarzy bierzesz na kolacje. Opowiadają, który chodzi na siłkę, kogo bzykał ostatnio, czy zdradza żonę, gdzie był na wakacjach - wspomina Oliwia.

Z klientami trzeba się bratać - to dla 'repów' jest oczywiste (fot: Shutterstock.com)
Z klientami trzeba się bratać - to dla 'repów' jest oczywiste (fot: Shutterstock.com)

Karol pamięta: to nie stres był najgorszy, ale godziny tłuczenia się w samochodzie, przejechane kilometry, no i bankiety, na których trzeba być. A wypić tam lubili wszyscy. Konferencje, ogniska i inne eventy - to był stały zestaw "zacieśniania relacji" z klientem. Na takim ognisku wiele rzeczy dało się załatwić. "Rep" mógł się dowiedzieć, że dyrektor fabryki rusza z dużym projektem i będzie potrzebował dostaw. A pan profesor uruchomił nowe laboratorium. - Wszyscy mówili: wy to macie fajnie, w kółko imprezy. A ja miałem cztery popijawy w tygodniu. Oszukiwałem, że dzisiaj tylko wino, albo lałem wodę do kieliszka. Jedyna grupa, której się nie dało oszukać, to weterynarze. Wszystkie spotkania z nimi to murowane popijawy - wspomina Karol.

Zapamiętał dobrze imprezę w mieście O.: - Panowie wzięli się za upijanie mnie. Krzyknąłem, że przyjechałem samochodem i chcę wrócić do hotelu. Na co oni: nie ma problemu, tu jest komendant policji. Ej, Józek, powiedz mu - zawołali. I wstaje facet, zatacza się, mówi: No, naprawdę jestem komendantem. Pij, chłopie, a w razie czego mówisz, że ode mnie z imprezy jedziesz.

Karol przyznaje, że z alkoholem jeszcze sobie radził. Problem zaczynał się, jak jechał do szefów, do Niemiec: - A tam w hotelu porządne śniadanie, w firmie kawa i torty, obiad, podwieczorek, wieczorem służbowa kolacja, golonka, bomba piwa. Wykręcić z tego się nie można, bo zaraz będą gadać, że się człowiek izoluje. Minęło pół roku, a ja przytyłem siedem kilo. Stąd miałem pomysł, że jak jechałem w Polskę, to zawsze sekretarka zamawiała mi hotel z basenem, blisko lasu, żebym mógł pobiegać.

Odcinek między Wrocławiem a Kątami Wrocławskimi (fot: Maciej Świerczyński/ Agencja Gazeta)
Odcinek między Wrocławiem a Kątami Wrocławskimi (fot: Maciej Świerczyński/ Agencja Gazeta)

Podróżowanie po kraju

Wojtek rozprowadzał po Polsce sprzęt sportowy. - Wyjeżdżałem o siódmej, wracałem o 23, następnego dnia meldowałem się w biurze. W tej robocie nie ma nadgodzin. Rozliczany jesteś z wyników - opowiada.

Zdarzało mu się pojechać na kawę z Łodzi do Szczyrku. Kilka godzin drogi, pił kawę przez 15 minut i wracał. Do Kołobrzegu jechał na pół godziny rozmowy. 1800 kilometrów do Niemiec na targi. Miał tam godzinne spotkanie z dyrektorem dużej marki. - Te podróże były tego warte. Jeśli "rep" straci dzień na podróż, której efektów nie jest pewien, to jest debilem. Trzeba szanować swój czas - opowiada. 

Jak przetrwać 10 godzin za kółkiem i nie zasnąć? Wojtek miał kilka sposobów: - Śpiewanie, darcie japy, otwieranie okien na maksa przy 140 kilometrach na liczniku, telefonowanie do klientów. Ja non stop rozmawiałem. Przyznaję, nie zawsze miałem zestaw słuchawkowy, czasami trzymałem telefon przy uchu. Tysiąc rzeczy załatwiałem w samochodzie.

Ale nawet najlepsze metody na pobudzenie nie zawsze działają. - Jechałem do Gdańska na dziewiątą rano. Wyjechałem o czwartej. Prułem po autostradzie i nagle obudziłem się na pasie zieleni. Udało mi się wyprowadzić auto na asfalt. Zjechałem na Miejsce Obsługi Podróżnych. Zadzwoniłem do klienta, że przekładamy spotkanie. Poczekałem, aż ręce przestaną się trząść. Przespałem się 20 minut na tym MOP-ie, pojechałem dalej. Coś podobnego zdarzyło mi się z dwa razy - przyznaje Wojtek.

Droga z uszkodzoną nawierzchnią (fot: Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta)
Droga z uszkodzoną nawierzchnią (fot: Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta)

Pamięta czasy, kiedy nie było autostrad czy dróg szybkiego ruchu, po Polsce jeździło się wąskimi, dziurawymi drogami wojewódzkimi, w kolumnach TIR-ów. Teraz to jest zupełnie inna rozmowa. Z Łodzi do Wrocławia dojedzie w półtorej godziny, do Gdańska - w dwie i pół. Na Szczecin wystarczą trzy. 80 tysięcy kilometrów przejechanych w rok to żaden wyczyn.

- Jechałem raz 180 kilometrów na godzinę w terenie zabudowanym. Zatrzymała mnie policja. Zacząłem im nawijać, że żyję na prowizji, dziewczynę mam w ciąży, niedługo rodzi, nie mam na ślub, muszę zarabiać. Dostałem tylko mandat za pasy - opowiada. Skąd ta prędkość? - Ja muszę jak najszybciej dojechać z punktu A do punktu B. To jest moje życie. Nie chcę marnować czasu w aucie. Nie mogę się spóźnić do klienta, a w drugą stronę pruję, bo chcę szybko wrócić do  domu. Nie lubię zatrzymywać się na pierdoły. Jak pojechaliśmy z dziewczyną do Ustrzyk Górnych, to pokonałem tę trasę na raz, bez zatrzymywania. Na autostradach najgorsi są ludzie, którzy mi wyjeżdżają na lewy pas, nie patrzą we wsteczne, że ja się zbliżam szybko. Muszę przez nich hamować, żeby w d*pę nie wjechać.

Policjanci zatrzymują kierowcę za przekroczenie prędkości (fot: Mateusz Skwarczek/ Agencja Gazeta)
Policjanci zatrzymują kierowcę za przekroczenie prędkości (fot: Mateusz Skwarczek/ Agencja Gazeta)

Karol w latach 90. potrafił w ciągu roku przejechać 100 tysięcy kilometrów. - Żyłem w samochodzie, 22 dni w miesiącu poza domem. Drogi - wiadomo. Za to dużo mniej było samochodów. Miasta się tak nie korkowały. A i nogę miałem cięższą. Na szczęście policja była sympatyczna. Jak mnie zatrzymali, to rozdawałem im długopisy, latarki i inne gadżety.

Oliwia: - U mnie działała jedna zasada: jak przejeżdżałam dziennie 350 kilometrów, to funkcjonowałam normalnie, jak więcej, to padałam na ryj.

Wojtek: - Nie lubię przemyśleń: "co się może stać". Widzisz wypadek, to masz chwilę refleksji. Ale to chwila. Potem gnasz dalej.

Najlepsze noclegi

Karol dzielił hotele na te w dużych miastach i te w miastach powiatowych. W wolną Polskę biznes hotelowy wszedł już przygotowany, chociaż nie wszędzie.

- W Puławach w hotelu jechałem windą z grupą Rumunów. Na końcu korytarza mieli trzy pokoje i tam prowadzili handel dywanami. Całą noc ktoś łaził, nosił te dywany - opowiada. - W Chełmnie na śniadanie był tylko śledź w oliwie albo śledź w occie. Zapytałem o jajecznicę, parówki, ser. A gdzie tam. Za to Poznań, Kraków, Gdańsk miały bazę przyzwoitą. Brałem ze sobą zawsze grzałkę do herbaty, żeby nie schodzić co chwilę na dół do baru. Po spotkaniach biegałem, pływałem. Jakoś czas leciał.

Wojtkowi hotele nigdy nie przeszkadzały. Nie miał wtedy dziewczyny, nikt mu nie suszył głowy, że jest poza domem. - Chodziłem do kina, restauracji, miałem multisporta, więc też na basen czy siłownię. W każdym większym mieście mam znajomych, szliśmy na piwo. Nigdy nie narzekałem - wspomina.

Żywienie

Narzekać można za to na jedzenie. - Żywiłem się w McDonaldzie i barach szybkiej obsługi. W tym fachu nie masz czasu czekać pół godziny na obiad. Przytyłem piętnaście kilo - wspomina Wojtek.

Karol za to jadał w zajazdach. Żadnych tam sieciówkach, tylko barach ze schabowymi i dewolajami, prowadzonych przez lokalnych właścicieli. Przaśne w wyglądzie, ale za to ze świeżym, dobrym jedzeniem. - W branży zawsze była ostra konkurencja. Znaliśmy się z innymi przedstawicielami, w Krakowie był nawet klub "repa", gdzie spotykaliśmy się na piwie. Każdy tam bajerował. Wprowadzaliśmy się w błąd, oszukiwaliśmy, jak i za ile kto co sprzedał. Ale w jednej sprawie nikt nie kłamał: jak ktoś mówił, że gdzieś jest dobra knajpa, to faktycznie była dobra - zastrzega Karol. - Do dzisiaj pamiętam zajazd Jermir pod Bydgoszczą, z najlepszą maczanką pomorską w Polsce. Między Krakowem a Rzeszowem był zajazd z fantastyczną golonką. Zawsze zatrzymywałem się w barach, przed którymi stało dużo ciężarówek. Bo TIR-owcy najlepiej wiedzieli, gdzie dobrze żywią.

- Jak jesteś "repem", to jesz śmieci - twierdzi Oliwia. - Wyjeżdżałam o szóstej, siódmej rano. Pierwszy posiłek - kawa na stacji. Po drodze wpierd***łam to, co znalazłam w samochodzie. Jakieś czekoladki, orzeszki w czekoladzie, syf największy, ale na chwilę starczało. A potem obiad. Szkoda mi było czasu na zamawianie. Wchodziłam na stację benzynową z telefonem przy uchu i palcem pokazywałam pani hot doga, drugą ręką brałam chipsy z półki. Kto by chciał przerwać fascynującą, trzygodzinną rozmowę z koleżanką z pracy? Człowiek tak się przestawił, że rozmawia cały czas. Na kolację zamawiałam pizzę. Jak miałam lepsze momenty, to starałam się brać sałatki do samochodu. Ale wiadomo, to trwało dwa tygodnie i koniec. Wracałam na stare tory.

Wyjście

Karol: - Pamiętam, co przeważyło szalę. Obudziłem się rano w hotelu i nie wiedziałem, jaki jest dzień tygodnia. Doszedłem do końca korytarza. Za oknem kopiec Kościuszki. Jak kopiec Kościuszki, to Kraków. A w Krakowie miałem być w czwartek.

Skończył z jeżdżeniem po Polsce po siedmiu latach. - Zdrowie zaczęło mi się sypać, miałem podejrzenie nowotworu. Szef chciał mi dać kolejną podwyżkę, ale odmówiłem. Czułem, że jak dalej będę tak funkcjonował, to mnie to zabije.

Zderzenie z rynkiem pracy było dla Karola bolesne. Z pensji niemieckiej przeskoczył na polską, w polskiej firmie. Potem wrócił do niemieckiej korporacji, ale już nigdy nie jeździł po kraju.

Oliwia zaczęła się zastanawiać, czy lepiej chorować na raka, czy być "repem". - Nie miałam wyrzutów sumienia, że oszukuję pacjentów. W ogóle o tym nie myślałam. Chodziło o to, że dziesięć lat biegam za lekarzami, usługuję im się jak niewolnik, wciskam ulotki. Co to w ogóle za życie? - pyta. Pół roku leczyła się z depresji. Skończyła filologię, została nauczycielką hiszpańskiego. - Najbardziej zdziwiło mnie, że po pracy muszę załatwiać tyle rzeczy: iść na pocztę, robić zakupy. Kiedyś to wszystko robiłam w czasie pracy. No i oczywiście pieniądze. Bo wcześniej kupowałam wszystko, na co tylko miałam ochotę. Do dzisiaj mam maszynę do lodów, której nie użyłam ani razu. Teraz zarabiam jedną trzecią tego co kiedyś. Ale i tak nie żałuję.

Coraz więcej osób w Polsce leczy się na depresję (Shutterstock.com)
Coraz więcej osób w Polsce leczy się na depresję (Shutterstock.com)

Wojtek awansował, ale wciąż zdarza mu się jeździć po Polsce do klientów. I chętnie pojeździłby więcej. Ma służbową nową skodę, do tego pięciocyfrową pensję. Czego chcieć więcej?

Bartosz Józefiak - reporter. Współpracuje z Dużym Formatem Gazety Wyborczej, Tygodnikiem Powszechnym, portalem Weekend.Gazeta.pl. Dwukrotnie nominowany do nagrody dziennikarskiej im. Teresy Torańskiej w kategorii "Najlepsze w internecie". Pracuje nad książką reporterską o Łodzi.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (270)
Zaloguj się
  • barrt21

    Oceniono 80 razy 72

    uczłowieczony debil to dalej debil. Nie się trzyma z dala, zwłaszcza z tyłu.
    A policję pozdrawiamy, może wystawicie spasłe brzuchy ze swoich nor i przestaniecie jedynie udawać, że pilnujecie bezpieczeństwa normalnych ludzi

  • felicjan.dulski

    Oceniono 67 razy 67

    Rozsądny człowiek prowadząc samochód zwraca baczną uwagę na innych uczestników ruchu drogowego.
    Raczej ustępuje, nie robi nigdy nikomu "na złość" pamiętając o tym, że cmentarze są pełne mogił, na nagrobkach których powinien być napis: miał pierwszeństwo, miał rację itp.
    Osobiście, gdy jadę autostradą, staram się zachować prędkość stosownie do warunków i przepisów, nikomu nie przeszkadzać ani nie utrudniać i zawsze z wyprzedzeniem sygnalizować manewry.
    Guzik mnie obchodzą ci, którzy "zapie.dalają". Niech tylko jadą jak najdalej ode mnie.

  • misiek12321

    Oceniono 70 razy 58

    Cokolwiek piszecie nie usprawiedliwie to hamstwa i olewania przepisów przez tą grupę ludzi.

  • poziom1908

    Oceniono 51 razy 47

    "Na szczęście policja była sympatyczna" - to się nazywa skorumpowana...idioto

  • komercja

    Oceniono 49 razy 43

    Jadę autostradą. Na tempomacie ustawione 130 km/h czyli realnie wg GPS 120 km/h. Jadę równo. Trzymam się prawego pasa. Dojeżdżam do kolumny ciężarówek jadących jedna za drugą w odległości ok. 40 m.Prędkość 88 km/h. Zaczynam wyprzedzać. A z tyłu mrugacz siada na zderzaku w odległości może 5 m. Ja rozumiem, że to autostrada i dozwolona prędkość wynosi 140 km/h. Lecz dozwolona to nie znaczy maksymalna. Jeśli schowam się na chwilę za ciężarówkę jadącą prawym pasem, to się później nie wbiję na lewy, bo muszę zwolnić do ok. 90 km/h i odrobić utraconą prędkość. Takie gwałtowne zwolnienie wywołuje panikę u kierowcy ciężarówki, bo nagle ma delikwenta 20 m przed sobą. To jak na autostradę grubość żyletki. W dodatku moja różnica prędkości wzrasta z 20 km/h do 50 km/h (min. 140 mrugacza - moje 90). Gdy mi się uda wbić na lewy, to takiego kretyna zblokuje jeszcze bardziej, bo zanim rozpędzę się do 120 km/h, potrzebuję przynajmniej długości ciężarówki czyli realnie muszę przejechać 100-150 m. To kretyn dostanie wtedy piany. Z karę da mi po hamulcach przed maską prowokując wypadek. Przecież ja nie jestem w stanie z dokładnością do 30 km/h ocenić jak szybko się ten z tyłu do mnie zbliży. Zmieniam pas wtedy gdy widzę, że nikomu nie zajeżdżam drogi. Nie odgadnę czy ona jadąc 400 m za mną jedzie 120 czy 180 km/h. I też chce jakoś sensownie się poruszać i dojechać do celu. Stwierdziłem już, że u nas im więcej nowoczesnych dróg oddają tym więcej imbecylów z nich korzysta. Jeszcze 10 lat temu przejazd 400 km drogami krajowymi zajmował ok. 7h - wieczność. Mój rekord 10h. Wysiadało się z samochodu jak na kacu. Obecnie to raptem 3-3.5h i to bez pospiechu z jazdą przepisową. Dokąd się baranie spieszysz? I tak jesteś 3h do przodu. Przyspieszenie ze 120 km/h do 140 km/h daje realną oszczędność na dystansie 400 km ok. 20 minut. Dłużej się siedzi po drodze w McDonaldzie. Po co się tak spinać dla tych 20 minut? Był czas po oddaniu wieli nowych odcinków dróg, że zaczęło się jeździć w miarę dobrze i równo. A teraz znów mam regres. Rządzą skody, i seby w insygniach lub audi albo janusze w minivanach. On musi być zawsze pierwszy.

  • rstipes

    Oceniono 47 razy 39

    Mruganie światłami ma sens jak się człowiek zwyczajnie po ludzku zagapi i przyblokuje lewy pas. Zdarza sie nawet mi. Ale jak jadę 140 a jakiś szybki i wściekły wali mi po oczach długimi w nocy to go zwyczajnie po ludzku ignoruję i jadę dalej zgodnie z przepisami. Może dzięki temu ktoś nie straci życia. Pozdrawiam.

  • sim.salabim

    Oceniono 33 razy 31

    Artykul opisujacy ludzi dumnych z tego, ze oszukiwali, klamali, przekupiali ludzi, i w dodatku byli na ich kazde skinienie.
    Jak nisko trzeba upasc, zeby sie chwalic, ze jest sie skorumpowanym kryminalista.

  • mustang667

    Oceniono 45 razy 31

    Ci mrugający z tyłu światłami to nie przedstawiciele tylko najczęściej buraki w Audi-cach i BMW.

  • pan_draska

    Oceniono 38 razy 30

    na drogach i tak nic nie przebije "menedżmentu średniego szczebla" w służbowych Insignaich, Passatach czy Mondeo. Przedstawicieli handlowych jestem w stanie w minimalnym stopniu zrozumieć - zarabiają pieniądze więc cisna te swoje Pandoloty czy Fabie ile fabryka dała (a z reguły dała niewiele).
    Natomiast wielki Pan, ledwo od brony oderwani dziś już Kerownik działu przesiada się ze swojej prywatnej 15 letniej Astry do nowiutkiej Insigni .... z drogi śledzie bo Pan jedzie!!!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX