Branża ochrony w Polsce zatrudnia między 250 a 300 tysięcy osób

Branża ochrony w Polsce zatrudnia między 250 a 300 tysięcy osób (fot. Jacek Łagowski / AG)

społeczeństwo

Złudzenie bezpieczeństwa. "Nikt nie będzie nadstawiał karku za 12 złotych za godzinę"

Daniel jest ochroniarzem. A właściwie stróżem na parkingu. Po dyżurach często dorabia, obstawiając imprezy, na przykład koncerty czy pikniki. Aby podjąć taką pracę, musiał ukończyć specjalny kurs, który trwał cały weekend. Ale zwykle odbywa się to dużo szybciej. - Najczęściej dokument, który potwierdza przeszkolenie, można po prostu kupić za kilkaset złotych. Teoretycznie przyjeżdża się na kurs, w rzeczywistości wszystko zajmuje tyle czasu, ile potrzeba na uzupełnienie papierów - mówi Daniel.

- W przypadku ataku na oddział bankowy kto jest pierwszy na miejscu zdarzenia? Ochrona, a nie policja. Kiedy w galerii handlowej klient ma zawał albo dziecko się zgubi? Podobnie. Ta świadomość pokazała mi, jak ważną rolę powinni pełnić ochroniarze i jak wiele umiejętności powinni posiadać - mówi Kamil, ochroniarz z Olsztyna. O "roli i umiejętnościach" ochroniarzy co jakiś czas głośno jest w całej Polsce. Ostatnio po tragedii w Gdańsku. Pod koniec  2017 roku - po ataku nożownika w galerii handlowej w Stalowej Woli, gdzie napastnik ranił dziewięć osób, w tym jedną śmiertelnie. Wiele osób zadaje sobie pytanie, czy dzięki dobrze opłacanej i w pełni profesjonalnej ochronie można było uniknąć ofiar. I kto nas dziś chroni na koncertach, dworcach, w sklepach, szpitalach czy na osiedlach.

Branża ochrony w Polsce zatrudnia między 250 a 300 tysięcy osób. Szczegółowe dane są trudne do oszacowania, bo polski rynek tych usług jest mocno rozdrobniony. Według kalkulacji firmy doradczej Deloitte sześć największych agencji ochrony ma łącznie ok. 31 procent udziału w rynku. Oznacza to, że mniejsze podmioty stanowią ponad dwie trzecie rynku.

Przez przypadek

- Potrzebowałem czegokolwiek, aby się utrzymać. To miał być etap przejściowy, ale kiedy raz wejdzie się do tej rzeki, to trudno z niej wyjść - mówi o początkach swojej pracy Daniel z Elbląga. Został ochroniarzem po tym, jak stracił pracę sprzedawcy sprzętu elektronicznego. Na początku przez ponad rok pracował na linii kas w supermarkecie. Zwykle wyrabiał około 300 godzin miesięcznie na umowie-zleceniu.

- To nużące zajęcie. Szefowie nie pozwalają siadać, bo mamy niby cały czas kontrolować sytuację i w razie czego reagować, gdyby bramki dawały sygnał, że ktoś coś wynosi. Dyżury trwają po 12 godzin lub więcej. Po takim czasie na nogach myśli się już tylko o tym, żeby usiąść. Jeśli złodziej ukradłby towar i szybko biegał, nikt nie miałby siły go dogonić - wspomina Daniel. W zawodzie jest już dziewięć lat. Następne miejsce pracy wybierał tak, żeby nie trzeba było za dużo chodzić. Trafił do stróżówki na parkingu, gdzie pracuje już długo, bo od połowy 2011 roku.

fot. Jędrzej Nowicki / AG
fot. Jędrzej Nowicki / AG

- Oczywiście i tutaj są patrole, ale na nogach spędza się zdecydowanie mniej czasu. Problemem jest raczej to, że role stróżówek pełnią np. stare kioski, które są nieszczelne i w zimie panuje tam taki mróz, że trzeba siedzieć w kurtce i czapce. Zdarza się, że szef nie dowiezie butli z gazem do ogrzewania i wtedy jest jeszcze gorzej - mówi Daniel.

Po dyżurach często dorabia, obstawiając imprezy, np. koncerty czy pikniki. Aby podjąć taką pracę, musiał ukończyć specjalne szkolenie na członka służb informacyjnych i porządkowych, które trwało cały weekend, ale zwykle odbywa się to dużo szybciej. - Najczęściej dokument, który potwierdza przeszkolenie, można po prostu kupić za kilkaset złotych. Teoretycznie przyjeżdża się na kurs, w rzeczywistości wszystko zajmuje tyle czasu, ile potrzeba na uzupełnienie papierów - mówi Daniel. Wie, że takie kombinacje nie powinny mieć miejsca. - Kiedy ochroniarz, a raczej portier w apartamentowcu nie ma szkolenia, to nic wielkiego się nie stanie. Na koncercie w przypadku ataku paniki czy pożaru może dojść do tragedii. Nieprzeszkoleni pracownicy, którzy mają dbać o bezpieczeństwo, w sytuacji zagrożenia nie będą wiedzieli, co robić, jak pokierować tłumem, żeby ludzie na przykład nie zaczęli się tratować. Najpewniej sami będą się bali.

Z doświadczenia wie, że ochroniarze obstawiający takie imprezy to często przypadkowa, niezgrana ze sobą grupa. - Dostajemy wiadomość o zleceniu dzień lub dwa dni wcześniej. Nie ma żadnych szkoleń ani instrukcji dotyczących zagrożeń. Najczęściej kończy się na wskazaniu barierki, przy której mamy stać i pilnować, aby nikt przez nią nie przechodził. Bywa też tak, że przyjeżdża się tylko na tzw. liczenie. Za na przykład 50 złotych trzeba stawić się w danym miejscu i o konkretnej godzinie, bo straż miejska sprawdza, czy wydarzenie jest zabezpieczone odpowiednią liczbą osób. Kiedy wszystko się zgadza, wraca się do domu - mówi Daniel.

fot. Maciej Świerczyński / AG
fot. Maciej Świerczyński / AG

Tysiące imprez

W Polsce każdego roku odbywa się kilka tysięcy imprez masowych - np. koncertów, festiwali, meczów piłki nożnej. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2017 roku było ich blisko 6,9 tysiąca. Oznacza to, że każdego dnia odbywało się średnio blisko 19 takich wydarzeń, oczywiście zdecydowana większość w weekendy. Średnio w każdym z nich uczestniczy 3,8 tysiąca osób.

Zabezpieczenie imprezy masowej - nawet tej bez podwyższonego ryzyka, czyli takiej, kiedy nie istnieje obawa wystąpienia aktów przemocy lub agresji, np. starcia pseudokibiców podczas meczu, to nie lada wyzwanie. Określając liczebność potrzebnych w czasie jej trwania pracowników, stosuje się następujący przelicznik: co najmniej 10 pracowników na 300 osób, które mogą być obecne na imprezie, i co najmniej 1 kolejna na każde następne 100 uczestników. Oznacza to, że do zabezpieczenia przeciętnego wydarzenia potrzebnych jest co najmniej 45 osób.

Zdaniem Beniamina Krasickiego, wiceprezesa Polskiej Izby Ochrony i szefa firmy City Security, z jednej strony organizatorzy imprez bardzo często traktują wynajęcie ochrony jako zbędny koszt i chcą go minimalizować, a z drugiej - na rynku jest wiele firm wyspecjalizowanych w obniżaniu kosztów. Bezpieczeństwo uczestników imprezy jest więc iluzoryczne.

fot. Adam Kozak / AG
fot. Adam Kozak / AG

- Są na rynku firmy, które wygrywają ceną z innymi podmiotami, bo mają ogromne bazy danych liczące po pięć tysięcy pracowników ochrony i dwa-trzy dni przed imprezą wysyłają do nich SMS-y z pytaniem, czy mogą obstawić imprezę w danym miejscu i w danych godzinach za np. 13 złotych za godzinę. Osoby zainteresowane odpisują: TAK. W taki sposób szybko znajdują chętnych, bo wiadomość trafia do dużej liczby osób, ale to jest selekcja negatywna, oferowane stawki dla pracowników są jak najniższe. W efekcie np. koncert na kilkanaście tysięcy osób zabezpieczają 19-latkowie czy grupy znajomych, którzy traktują to jako zabawę i możliwość zobaczenia na żywo muzycznej gwiazdy, a nie poważną pracę. Tymczasem zagrożenia są poważne i tak powinno traktować się obowiązki pracownika ochrony - twierdzi Beniamin Krasicki. I zwraca uwagę, że osoby z tzw. łapanki nie są szkolone. - Przez 5-10 minut mówi się im, co mają robić i na tym się kończy. Poważny organizator ochrony powinien ich zaprosić dzień wcześniej, na spokojnie przeprowadzić szkolenie, wytłumaczyć, jakie są zagrożenia i co trzeba robić na poszczególnych posterunkach. Niestety, z powodu oszczędności takie działanie to rzadkość - dodaje.

W schowku na szczotki

Kamil do pracy w agencji ochrony trafił jako 18-latek, bo liczył, że ułatwi mu to zatrudnienie się w Policji czy Straży Granicznej. Poza tym zawsze interesował się militariami. Dziś ma 30 lat i już spore doświadczenie w branży. Nie odszedł, bo wie, że ktoś musi być pierwszy na miejscu zdarzenia.

W swojej zawodowej pracy zabezpieczał już w sumie około 50 obiektów. Tylko jeden spełniał standardy i faktycznie był dobrze chroniony. W pozostałych wygrała "oszczędność". - Dziurawe ogrodzenia, przestarzałe i kiepskiej jakości kamery, zaklejone czujniki przeciwpożarowe, brak sprawnego fizycznie i przeszkolonego personelu oraz procedur to standard - mówi Kamil i dodaje, że jego zdaniem w branży ochrony nie zmieni się nic, dopóki nie dojdzie do zmiany w myśleniu klientów, samych pracowników i właścicieli firm. Ci pierwsi dyktują nie tylko niską cenę, ale i to, jak ma wyglądać plan ochrony danego obiektu. - Instrukcje dotyczące zagrożeń tworzą klienci, a nie szefowie ochrony. W efekcie często powstają bzdurne procedury, np. kontrolowanie tego, ile czasu ludzie spędzają w toalecie, bo ktoś naoglądał się filmów - dodaje.

fot. Agata Grzybowska / AG
fot. Agata Grzybowska / AG

Kiedy pytam go o nieprawidłowości, to odpowiada, że jest ich tak wiele, że "trudno wymienić wszystkie". Zostajemy więc przy najpoważniejszym uchybieniu. Kamil mówi bez zastanowienia: szkolenia. I potwierdza słowa Krasickiego: - Oprowadza się człowieka po obiekcie lub po prostu w kilka minut mówi, co masz robić, i tyle. Nawet jeśli w jakiejś firmie organizowane są dodatkowe szkolenia, np. ze sztuk walki czy samoobrony, to mało kto z nich korzysta, bo są nieobowiązkowe. - Pojawia się na nich może co piąta osoba. Dlaczego? Z prostego powodu. Firma nie zwraca ani kosztów dojazdu, a to często kilkadziesiąt kilometrów, ani nie płaci za czas szkolenia, które do tego często odbywa się po 24-godzinnej służbie - wyjaśnia.

Warunki pracy? Kamil mówi, że najgorzej jest na dworcach. Ochroniarze siedzą w nieogrzewanych kanciapach czy schowkach na szczotki, skąd wychodzą na obchód lub interwencję. - Nie mają dostępu do kamer - twierdzi Kamil. - Nie mają możliwości zjedzenia ciepłego posiłku. Zdarza się, że ich schronieniem są stare przyczepy, kioski, ale to głównie na budowach. W niektórych miejscach, np. nowych blokach, powoli widać pozorną zmianę na lepsze. - Bo, owszem, pomieszczenie ochrony jest estetyczne, żeby mieszkańcom się podobało, ale nikt już nie dba o to, żeby było wentylowane czy miało okno, przez co latem temperatury wewnątrz sięgają 40 stopni Celsjusza - dodaje.

Uważa też, że dopóki ochroniarz przez klienta będzie traktowany jak zło konieczne, a przez wszystkich innych - jak tzw. cieć, to nic się nie zmieni. - Ten zawód potrzebuje szacunku i wsparcia społecznego, a go nie ma. Należy też rozdzielić profesje ochroniarza i dozorcy, wprowadzić obowiązkowe szkolenia, także z psychologii. Ochrona musi być też lepiej opłacana, bo niskie stawki zmuszają do pracy po 300 godzin w miesiącu. W efekcie pracownicy są przemęczeni, nie koncentrują się na obowiązkach, a na tym, że nie widzą swojej rodziny, że zaniedbują domowe obowiązki, co odbija się na ich życiu prywatnym - dodaje.

fot. Marcin Onufryjuk / AG
fot. Marcin Onufryjuk / AG

"Żenująco niski poziom"

Grzegorz Krzemiński, ekspert ds. ochrony, który zajmuje się m.in. szkoleniami i audytem agencji ochrony, zauważa, że wielu pracowników obsługujących imprezy masowe to osoby zupełnie nieprzygotowane do pełnionych funkcji. - Mają prawo do ograniczenia wolności innej osoby, bo mogą ją np. ująć, ale często nie wiedzą, kiedy mogą to zrobić, a kiedy nie. Często też z powodu braku wiedzy boją się interweniować. Z drugiej strony zdarza się, że - również z powodu braku wiedzy - przekraczają swoje uprawnienia i naruszają czyjeś dobra osobiste i wolności. Wynika to z jakości szkoleń, które w przypadku imprez masowych bywają naprawdę na żenująco niskim poziomie, sprowadzają się do obecności potwierdzonej wydaniem dokumentu - mówi Grzegorz Krzemiński.

Dodaje, że za tym brakiem wiedzy nie zawsze stoi pracodawca, który chce oszczędzać za wszelką cenę. Jego zdaniem wielu ochroniarzy uważa, że nie muszą się niczego uczyć, skoro posiadają wpis na listę pracowników kwalifikowanych, który obliguje do szkoleń tylko co pięć lat. - Znam firmę, która zatrudniła instruktorów do nauki samoobrony dla swoich 150 pracowników. Na zajęcia przychodziły ostatecznie jedna-dwie osoby. Jest też dostępnych wiele darmowych kursów, np. dla operatorów systemów alarmowych, ale i nimi mało kto jest zainteresowany - mówi. Przyznaje jednak, że za szkolenia "po godzinach" firmy zwykle nie płacą. Jego zdaniem rywalizacja cenowa polskich agencji ochrony pod hasłem: "Kto zrobi to taniej" jest jedną z największych patologii całej branży, co drastycznie odbija się na jakości usług. - Co gorsza, wielu klientów przyzwyczaiło się, że za ochronę płaci się mało. Skutkuje to tym, że w budżetach imprez np. na 1500 osób wydatki na ochronę planuje się na dwa tysiące złotych, a to śmieszna kwota - dodaje.

Co z tym zrobić? Krasicki proponuje wprowadzenie przepisów określających minimalny poziom cen za usługę ochrony. - Kiedy organizator imprezy zobaczy, że i tak musi wydać więcej, to wybierze firmę oferującą profesjonalne usługi, która godziwie płaci swoim pracownikom i wymaga od nich regularnych szkoleń - mówi Krasicki. Dodaje, że kiedy w życie wchodziły przepisy dotyczące minimalnej stawki godzinowej, był sceptyczny. - Muszę uderzyć się w pierś, bo nie wierzyłem, że ta regulacja cokolwiek zmieni, a tak się stało. Przez to, że klient musi zapłacić dwa razy więcej niż wcześniej, zaczyna przyglądać się usłudze i wymaga więcej - dodaje.

fot. Tymon Markowski / AG
fot. Tymon Markowski / AG

Ale to nie wszystko. Do zamówień publicznych dotyczących usług ochrony należałoby wprowadzić wagi - tak aby przy wyborze cena nie była najważniejsza. - Jeśli wybierając daną usługę będziemy w 100 procentach opierać się na cenie, to wygra firma psująca rynek i świadcząca usługi kiepskiej jakości. Jeśli natomiast w procesie wyboru cena będzie stanowiła np. 40 procent wagi, a resztę np. wyszkolenie pracowników, doświadczenie firmy, posiadany przez nią sprzęt, to jakość usług, a więc i bezpieczeństwo uczestników imprez, wzrośnie - twierdzi Krasicki.

Polegać tylko na sobie

Mateusz ma 28 lat i od blisko trzech pracuje w ochronie. Do branży trafił zupełnie przypadkowo. Studiował fizykę techniczną na politechnice, ale musiał rzucić naukę i szybko podjąć pracę, aby móc przejąć opiekę nad córką. Po przeprowadzce do Wrocławia trafił do jednej z największych w regionie firm ochroniarskich.

- Wybrałem tę pracę, bo na rękę dostawałem 12 złotych netto na godzinę, a w przypadku zastępstwa - 14. A płaca minimalna wynosiła wtedy 1850 zł brutto, czyli 8,5 złotego netto za godzinę - wspomina Mateusz. Ale i tak musiał brać mnóstwo nadgodzin, aby utrzymać się w nowym mieście z córką. Dziś za godzinę pracy dostaje od 13 do 16 złotych, bo jednego dnia pełni rolę kierowcy, a innego konwojenta. - Żeby zarobić trzy tysiące złotych netto, pracuję 220-240 godzin miesięcznie w dwóch różnych firmach. Nadgodziny w tej branży to zresztą norma. Znam takich, co wyrabiają po 360, 480 godzin, czyli pracują non stop prawie cały miesiąc. Ich efektywność spada, ale nikogo to nie obchodzi - dodaje.

Kiedy pytam go o szkolenia, odpowiada, że nie może nic o nich powiedzieć, "bo zwyczajnie ich nie ma".  - Dopiero w trakcie pracy koledzy pokazują, "co i jak", ale w razie czego i tak każdy jest pozostawiony sam sobie - mówi Mateusz. Wspomina, że krótko pracował w jednym z wrocławskich szpitali. - Chodząc tam na interwencję, gdy np. pijany bądź odurzony pacjent zaczynał szaleć i wygrażać personelowi, oprócz siebie i pacjentów musiałem osłaniać również partnera ze służby, bo zwykle był to mało sprawny senior. Kiedy dochodziło do stosowania środków przymusu bezpośredniego, np. skucia agresywnego mężczyzny kajdankami, to mogłem polegać tylko na sobie - dodaje.

Obecnie Mateusz pracuje jako konwojent i operator maszyn bankowych (przewozi gotówkę i inne kosztowności) oraz pracownik grupy prewencyjno-interwencyjnej (zajmuje się m.in. sprawdzaniem, co wywołało alarm w budynkach - czasami to niedomknięte okno lub zwierzę, a czasem napad np. na sklep). Przyznaje, że nie ma na co narzekać. - Mamy wyposażenie na wysokim poziomie - dobrej klasy nowe mundury, nowe samochody. Niestety, to nie jest norma, bo koledzy z innych firm jeżdżą autami, które psują się w trasie i często lądują na lawetach. Dostają stare, używane, czasami zniszczone umundurowanie, a  buty muszą kupić sobie sami - opowiada Mateusz.

fot. Agnieszka Sadowski / AG
fot. Agnieszka Sadowski / AG

Co musiałoby się zmienić, aby ochrona gwarantowała rzeczywiste bezpieczeństwo? Mateusz na pierwszym miejscu wymienia zmianę mentalności klientów zamawiających usługę ochrony, dla których obecnie zwykle liczy się tylko najniższa cena. - Chcą, aby było tanio do granic możliwości. Często nie ukrywają, że gdyby nie wymóg zapewnienia ochrony przy ubezpieczeniu, to bylibyśmy im zbędni. Sam, pracując jeszcze w drogerii, wiele razy słyszałem komentarze, że i tak nic nie możemy i że jesteśmy bezużyteczni - mówi Mateusz.

Druga rzecz do zmiany to szkolenia i wymagania co do samych pracowników. - Normy powinny być wyśrubowane - podkreśla. A trzecia sprawa to płace. - Nikt nie będzie nadstawiał karku za 10 czy 12 złotych za godzinę i gołymi rękami walczył na przykład  z nożownikiem, bo przy obecnych uprawnieniach możemy użyć tylko kajdanek i gazu. Ale już mając służbowe pałki, dwóch odpowiednio przeszkolonych pracowników ochrony może bez problemu powalić i ująć nawet tak groźnego napastnika - dodaje.

Zdaniem Grzegorza Krzemińskiego jakość usług ochrony poprawiłaby profesjonalizacja zawodu, co przełożyłoby się też na wyższe zarobki pracowników ochrony. - Ale tylko tych, którzy mają faktycznie wpływ na bezpieczeństwo chronionego obiektu. Niestety, zwykle najwięcej o podwyżkach mówią osoby, których jedynym zadaniem jest naciskanie przycisku od szlabanu. Płaca powinna być wyższa, ale tylko w przypadku większej odpowiedzialności, wiedzy i umiejętności - twierdzi Krzemiński.

Beniamin Krasicki uważa, że nawet najlepsza ochrona nie daje całkowitej gwarancji bezpieczeństwa. - Jednak im lepszy i bardziej profesjonalny zespół, tym prawdopodobieństwo tragicznych wydarzeń jest mniejsze - podsumowuje Krasicki.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Marek Szymaniak - dziennikarz i reporter. Jest dwukrotnym finalistą konkursu stypendialnego Fundacji "Herodot" im. Ryszarda Kapuścińskiego oraz dwukrotnym finalistą Nagrody "Newsweeka" im. Teresy Torańskiej. W czerwcu 2018 roku nakładem Wydawnictwa Czarne ukazała się jego debiutancka książka "Urobieni. Reportaże o pracy".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (201)
Zaloguj się
  • siemaszko1

    Oceniono 50 razy 40

    w temacie stania za liniami kas w hipermarketach - szefowie tych firm to bezmózgi , gdyby dali takiemu ochroniarzowi wysoki stołek barowy to na pewno widział by więcej i nie padał z nóg po pracy , ale w polszcze zawsze na odwrót , robol stoi przy maszynie chociaż może siedzieć , chodniki i roboty drogowe wykonuje się w styczniu i lutym wszystko po to aby udupić tego szarego człowieczka , a malowane kolorowe lale mają płacone po 80 tyś miesięcznych pensji za to że chodzą z piórkiem w DU..... e za jakimś prezesuniem

  • southtown

    Oceniono 32 razy 24

    Właściwie ten artykuł możnaby odnieść do wielu branż. Tam gdzie są przetargi tam powstaje patologia. Bo głównym kryterium jest cena. Dziurawe drogi, najgorsza żywność w szpitalach i szkołach, tragiczna ochrona, fikcyjne szkolenia BHP itd itd.. A urzednicy panstwowi? Skarbówka? Weterynaria? Admiistracja w urzedach gmin i powiatach? Wszyscy pracuja za smieszne pieniądze więc nikt nie będzie rzetelnie podchodził do obowiązków. Dziadostwo nas otacza i tyle, a dziadostwo wynika z biedy.

  • eti.gda

    Oceniono 16 razy 16

    "Nie ma obrony przed zdesperowanym zamachowcem i dlatego 90% zamachów kończy się sukcesem" (Adolf H.)

  • kresedebarg

    Oceniono 15 razy 15

    a jak niby ma wyglądać ochrona , skoro w moim mieście przyjmują do niej , tylko osoby z orzeczoną niepełnosprawnością, im bardziej chory człowiek , tym milej widziany

  • eti.gda

    Oceniono 14 razy 14

    "Każda organizacja działa tak źle, jak to tylko jest możliwe" (prawo Murphy'ego)

  • siwywaldi

    Oceniono 13 razy 11

    To są niestety skutki "nobilitacji" zawodu stróża (ciecia, portiera, dozorcy) do rangi AGENTA OCHRONY. Widać to szczególnie na wiejskich dyskotekach, gdzie "agenci" manifestują swoją "władzę", dając nie jeden raz niepokornemu gościowi wpierd.... w jakimś ciemnym kącie. Czasami przekłada się to na pracowników pilnujących sklepów, ale po paru głośnych procesach wytoczonych przez klientów, selekcja jest tu dokładniejsza.

    A co do meritum sprawy, to racja całkowita. Bo od obezwładniania nożownika, czy nawet zwykłego awanturnika, to powinna być POLICJA, a nie jakaś Straż miejska czy cieć-ochroniarz. Ale co robić jak od lat tej policji praktycznie nie ma?

  • kamuimac

    Oceniono 14 razy 10

    w końcu artykuł opisujący wirtualne przepisu dot. ochrony . przepisy są i beda martwe bo nikogo nie stać na wynajem profesjonalnych ochroniarzy

  • 123456hl

    Oceniono 13 razy 9

    Moja córka jest dyplomowanym ochroniarzem po dwuletnim ,pomaturalnym , studium ochrony , spejalność ochrona ludzi i mienia a także imprez masowych , dwukrotnie pracowała jako ochraniarz na Openerze i na jakimś festiwalu w Krakowie , chciała podjąc pracę w tym zawodzie bo od zawsze ją ciągnęło do tego typu zajęć , i co? Potencjalni pracodawcy proponowali rok temu 8 zł. netto za godzinę pracy , teraz 13 zł ale kobieta ochroniarz im nie pasuje. Co z tego że jest po szkole , co z tego że zdobyła tytuł technika ochrony , że jest wyszkolona w tym kierunku kiedy jest kobietą ? Lepiej jest zatrudnić mężczyznę ktory przejdzie jedno czy dwudniowe szkolenie niż kogoś kto uczył się dwa lata i jednak coś wie na temat warunków ochrony , nawet jeżeli jest młodą kobietą.

  • zytkaa

    Oceniono 15 razy 9

    To nie jest kwestia tego ile zarabia ochroniarz - niektórzy nawet za 100 zł/godz nie będą walczyć z nożownikiem, inny zrobi to bezinteresownie.
    To jest kwestia umiejętności, wyszkolenie i poczucie obowiązku.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX