Pięcioro dzieci z rodziny Sodderów zaginęło w 1945 roku

Pięcioro dzieci z rodziny Sodderów zaginęło w 1945 roku (fot. screen / youtube.com)

społeczeństwo

Dzieci miały zginąć w pożarze, ale nigdy nie znaleziono ich ciał. Tajemnica rodziny Sodderów

Im więcej lat upływa od pożaru w małym miasteczku w Wirginii Zachodniej, tym większe wątpliwości budzą raporty śledczych. I tylko co do jednego nie ma wątpliwości: że srogiej zimy 1945 roku pięcioro ubranych w piżamy dzieci zniknęło.

Około wpół do pierwszej w nocy jedna z mieszkanek Fayetteville, Jennie Sodder, odbiera telefon. Nieznany jej kobiecy głos pyta o Johna. W tle słychać głośny śmiech i brzęk kieliszków. Ktoś śpiewa, ktoś inny wznosi toast. Jennie nie zna żadnego Johna poza swoim najstarszym synem, ale uznaje, że to zwykła pomyłka. "Myślę, że wykręciła pani zły numer" - mówi, słysząc w odpowiedzi histeryczny, nieco złowieszczy śmiech kobiety.

Rozbudzona dziwnym telefonem postanawia sprawdzić, co u dzieci. Dwuletnia Sylvia pochrapuje tuż obok. Najstarsi, 23-letni John i 16-letni George junior, pogrążeni w głębokim śnie leżą w swoim pokoju. Cały dzień spędzili w pracy. Pomagali ojcu transportować węgiel.

Pozostała szóstka: 5-letnia Betty, 8-letnia Jennie, 9-letni Louise, 12-letnia Martha, 14-letni Maurice i 17-letnia Marion, bawi się jeszcze na dole.

Małżeństwo Sodderów w 1952 roku postawiło przy głównej drodze billboard ze zdjęciami zaginionych dzieci. Billboard zniknął dopiero w 1989 roku, po śmierci Jennie Sodder (fot. http://www.mywvhome.com)
Małżeństwo Sodderów w 1952 roku postawiło przy głównej drodze billboard ze zdjęciami zaginionych dzieci. Billboard zniknął dopiero w 1989 roku, po śmierci Jennie Sodder (fot. http://www.mywvhome.com)

Jennie pozwala im zostać w salonie nieco dłużej niż zwykle. Jest Wigilia, a oni dostali już kilka zabawek i bardzo chcą się nimi nacieszyć. Wraca do łóżka, ale pół godziny później budzi ją przeciąg. Światła są pogaszone, więc Jennie jest przekonana, że dzieci położyły się w końcu spać. Schodzi na dół tak naprawdę tylko po to, żeby sprawdzić okna. Nie chce, żeby rano wszystkich obudził ziąb. W salonie zastaje Marion. Nastolatka śpi na kanapie, matka otula ją kocem i odgarnia z czoła grzywkę. To wtedy zauważa, że zimne powietrze nie wpada przez okno, ale przez lekko uchylone drzwi wejściowe. Na zewnątrz nikogo nie ma. Ogarnia ją złość na dzieci, ale kładzie to na karb emocji związanych ze świętami. "Pewnie któreś chciało zobaczyć, czy pada śnieg"- myśli po drodze do sypialni.

Nie zagląda już do pokoi na piętrze. Zakłada, że poza Marion, która padła ze zmęczenia w salonie, pozostałe dzieciaki śpią w swoich łóżkach. Kładzie się, ale ledwie zdąży zasnąć, znowu się budzi. Tym razem wyrywa ją ze snu dziwny dźwięk. Jakby rolowania po dachu domu. W tę i z powrotem. Uznaje, że to jakieś gałęzie albo zabłąkany ptak i ponownie przymyka oczy. Kilkanaście minut później podrywa ją jednak woń spalenizny i niepokój. Coś jest nie tak. Kuchnia już dawno przecież wyłączona, a okna i drzwi zamknięte. Sprawdzała. Tymczasem smród spalenizny staje się coraz bardziej intensywny, do tego dochodzą błyski. Zbiega na dół i widzi, jak gabinet męża staje w ogniu. Płomienie przemieszczają się błyskawicznie, skaczą z regału na fotel, odcinając dostęp do telefonu.

Przerażona Jennie ponownie biegnie na górę, rozpaczliwie krzyczy. Z pokoi wybiegają zaspani Sylvia, John i George junior. George senior zbiega na dół. Tuli rozbudzoną Marion. Dziewczyna po chwili wyrywa się z objęć ojca i wybiega z domu, żeby wezwać pomoc od sąsiadów. To wtedy Sodderowie zauważają, że brakuje piątki dzieci. Kiedy George próbuje wrócić na górę, drogę blokują mu płomienie. Rodzice nie zastanawiają się wtedy jeszcze nad tym, że dzieci na górze też powinny się już obudzić. Z poddasza nie dochodzi żaden dźwięk. Jennie szlocha, zapowiadając, że nie ruszy się z domu bez wszystkich dzieci. Błaga męża, aby je ratował. Ten postanawia dostać się do nich z zewnątrz. Też jest przekonany, że dzieci są w środku. Wybiega z domu. I wtedy okazuje się, że nie ma drabiny, która zawsze stała oparta o boczną ścianę budynku. Znajdzie się dopiero rano, kilka metrów od domu. Czy ktoś wyrzucił ją tam celowo?

Zrozpaczony George próbuje odpalić jedną z dwóch ciężarówek, którymi przewozi węgiel. Chce podjechać pod ścianę, stanąć na dachu kabiny i dosięgnąć okien poddasza. Ale tej nocy ani jeden, ani drugi silnik nie odpala. Rozpacz Sodderów sięga zenitu. W tym czasie na pomoc przybiegają sąsiedzi, polewają płomienie wodą z wiader. Pozostałe dzieci biegną za Marion, żeby ponownie wezwać straż. Ale pod numerem alarmowym jedynej ochotniczej jednostki straży pożarnej w miasteczku nikt nie odbiera. W końcu jednemu z sąsiadów udaje się osobiście dotrzeć do dowódcy straży, F.J. Morrisa, i przekazać informację o pożarze. Mimo że jednostkę od domu Sodderów dzielą niewiele ponad cztery kilometry, wóz strażacki podjedzie na miejsce dopiero o ósmej rano. Siedem godzin po pojawieniu się ognia. I sześć po jego ugaszeniu przez Sodderów i ich sąsiadów. Do tego czasu z domu zostanie już jedno wielkie pogorzelisko. George i inni do czasu przybycia straży próbują przeczesywać zgliszcza domu. Mają tylko łopaty, a wszystko w środku jeszcze się tli i dymi, uniemożliwiając poszukiwania. Sodderowie cały czas nawołują zaginionych, nie dając wiary w ich śmierć.

Akty zgonów, których nie było

Kiedy wreszcie strażacy zaczynają przeglądać pozostałości domu Sodderów, znajdują w nich kawałki krzeseł, walizki, zabawki i wiele nadpalonych przedmiotów osobistych. Nie ma śladu po jakichkolwiek ciałach. F.J. Morris nie bierze jednak pod uwagę innego wytłumaczenia na zniknięcie dzieci. Przekonuje załamanych Sodderów, że przecież nawet gdyby przestraszyły się ognia i uciekły, wróciłyby do domu najpóźniej kolejnego dnia. Pożar i strawienie ciał na popiół przez wysoką temperaturę to, zdaniem Morrisa, jedyna słuszna wersja. Potwierdza to także miejscowy koroner, który po zapoznaniu się z raportem straży wydaje zaocznie świadectwa zgonu. Wychodzi z założenia, że prochy dzieci zostały wymieszane z pogorzeliskiem. Dopiero wiele lat później pojawią się poważne wątpliwości, zarówno co do wiarygodności koronera. Póki co wszyscy zaczynają się zastanawiać, jak doszło do pożaru.

Raport straży jako główną przyczynę wskazuje zwarcie elektryczne. Wykluczone zostają lampki choinkowe. Sodderowie pamiętają, że świeciły się jeszcze podczas pożaru. Poza tym dochodzenie wykazuje, że kabel telefoniczny został przecięty. Nawet gdyby płomienie nie odcięły Jennie drogi do telefonu, i tak nie mogłaby z niego skorzystać. Ktoś zadał sobie wyjątkowo dużo trudu, żeby odciąć Sodderów od świata: drut został naruszony na wysokości ponad czterech merów. To dlatego wersja przyjęta przez Morrisa i jego śledczych od razu wydaje się naciągana. Jej wiarygodność podważa też fakt, że nie wszystko w domu spłonęło, co oznacza, że po zmarłych dzieciach również powinny zostać jakieś ślady. Brak kości oraz jakiegokolwiek innego dowodu potwierdzającego ich śmierć nie dają Jennie spokoju. Zaczyna śledztwo na własną rękę. Próbuje palić kości zwierząt, ale ogień nie jest w stanie ich strawić. Pracownik krematorium mówi jej, że nawet dwugodzinny pożar i temperatura powyżej 1000 stopni Celsjusza nie byłaby w stanie spalić kości na popiół. Tymczasem pożar ich domu trwał około godziny, a szacowana temperatura była na pewno znacznie niższa, płomienie nie zdołały przecież strawić wielu przedmiotów. Tym bardziej nie strawiłyby ludzkich kości.

Rodzice nie wierzyli, że ich dzieci zginęły w tajemniczym pożarze (fot. smithsonianmag.com)
Rodzice nie wierzyli, że ich dzieci zginęły w tajemniczym pożarze (fot. smithsonianmag.com)

Nocni goście

Podczas gdy Jennie Sodder podważa raport koronera, jej mąż nie może pogodzić się z awarią silników obu ciężarówek, które jeszcze kilka godzin wcześniej były całkowicie sprawne. Trudno się więc dziwić, że po Fayetteville szybko zaczynają krążyć różne historie, sugerujące, że pożar nie był wypadkiem i komuś zależało na tym, żeby Sodderów ukarać. 
 
Dwa miesiące przed pożarem, w październiku 1945 roku, obwoźny sprzedawca ubezpieczeń na życie próbował za wszelką cenę wcisnąć George'owi polisę. Kiedy ten stanowczo odmówił, usłyszał, że jego dom "pójdzie z dymem, a dzieci popamiętają błędy ojca". Na koniec sprzedawca złowieszczym tonem miał dodać, że wszystko jest skutkiem krytykowania przez George'a polityki  Mussoliniego.
 
W tym miejscu trzeba wspomnieć o korzeniach Sodderów i o tym, skąd wzięli się w Ameryce. George Sodder urodził się jako Giorgio Soddu w Tuli na Sardynii w 1895 roku. Do Ameryki przyjechał ze starszym bratem jako trzynastoletni chłopiec. Jego brat wrócił szybko do Włoch, zostawiając George'a na pastwę losu. Ale on dał sobie radę. Pracował na kolei, przy kopaniu studni i robotach drogowych w Pensylwanii. Gdy dorósł, przeniósł się do Smithers w zachodniej Wirginii, gdzie zaczął pracę jako kierowca w dużej firmie przewoźniczej. Pewnego dnia wszedł do miejscowego sklepu Music Box i zobaczył córkę właścicieli, Jennie Cipriani. Podobnie jak on przyjechała z Włoch do Ameryki w dzieciństwie. Zakochali się, pobrali i osiedlili w Fayetteville, miasteczku znanym z tego, że żyła tu duża grupa włoskich imigrantów. Wśród miejscowych cieszyli się dużym szacunkiem, uchodzili za porządną rodzinę. Wielu po tragedii zwraca jednak uwagę, że George unikał rozmów na temat polityki w swoim ojczystym kraju.
 
Mówi się też już nie tylko o podpaleniu, ale i porwaniu pięciorga Sodderów. W dodatku Marion przypomina sobie, że na kilka dni przed pożarem w drodze ze szkoły do domu śledził ją samochód. A kilka osób zezna, że widziało obcych ludzi wrzucających coś na dach domu. To mogłoby tłumaczyć dziwne dźwięki, które w noc pożaru zbudziły Jennie.


 
Na posterunek zgłaszają się kolejni świadkowie. Młoda kobieta utrzymuje, że widziała zaginioną piątkę w samochodzie, dzieci wystawiały głowy przez okna auta. Inny świadek jest przekonany, że spotkał je na postoju, 80 kilometrów od Fayetteville. "Podawałem im śniadanie" - zapewnia. Takich doniesień są setki. Kobieta pracująca w hotelu oddalonym o godzinę drogi od domu Sodderów zarzeka się, że także ona obsługiwała dzieci Sodderów. "Dzieciom towarzyszyły dwie kobiety i dwaj mężczyźni, mówiący z włoskim akcentem. Cała czwórka zarejestrowała się w hotelu około północy w noc pożaru i przebywała w dużym pokoju z kilkoma łóżkami". Pracownica hotelu zeznawała, że próbowała rozmawiać z dziećmi, ale opiekunowie okazali się wrogo nastawieni: "Jeden z mężczyzn spojrzał na mnie w nieprzyjazny sposób, odwrócił się i zaczął szybko mówić po włosku. Wyjechali następnego ranka".

Serce w pudełku

Czy dom Sodderów został podpalony, a dzieci porwane? Śledczy przez lata ignorują tę wersję zdarzeń. Dwa lata po tragedii George i Jennie przesyłają do Federalnego Biura Śledczego list, w którym opisują swoje podejrzenia co do spisku w Fayetteville przeciwko ich rodzinie. Szef FBI, J. Edgar Hoover, proponuje im swoją pomoc, o ile tylko miejscowe władze na to pozwolą. "Niestety, wydaje się, że sprawa ma charakter lokalny i nie podlega jurysdykcji śledczej tego biura" - pisze szef FBI. Jak można się było spodziewać, lokalne władze nie zgadzają się, żeby FBI maczało palce w "ich" sprawie.
 
Zdesperowani Sodderowie wynajmują więc prywatnego detektywa. C.C. Tinsley ma udowodnić niedbałość śledczych oraz bagatelizowanie dowodów świadczących o podpaleniu domu i porwaniu dzieci. Tinsley dokonuje szokujących odkryć. Okazuje się, że jedną z osób oceniających przyczyny pożaru w raporcie był sprzedawca polis, który groził Sodderowi. Detektyw dotarł do zeznań, z których wynikało, że dowódca straży pożarnej w Fayetteville znalazł coś w zgliszczach domu. A mianowicie ludzkie serce. Miał je ukryć w metalowym pudełku i zakopać na miejscu. Kiedy po latach ponownie przekopano teren posesji, rzeczywiście natrafiono na pudełko. W środku jednak zamiast ludzkiego serca znajdowała się wołowa wątroba. Na dodatek bez śladów nadpalenia, co świadczyło o tym, że została podrzucona na miejsce po wszystkim. Przyciśnięty do muru Morris przyznał, że ten zabieg miał upewnić Sodderów, że ich dzieci rzeczywiście zginęły w pożarze i przyspieszyć koniec śledztwa. I chociaż nie potrafił logicznie wyjaśnić, dlaczego ukrył mięso w metalowym pudełku i zakopał, uznano, że nie miał złych zamiarów.

Podczas ponownego przeszukania posesji odkryto coś jeszcze: kilka małych odłamków ludzkich kręgów. Zatrudniony przez Sodderów patolog z Instytutu w Waszyngtonie ocenił, że są to cztery kręgi lędźwiowe należące do ??jednej osoby. "Zespolone poprzeczne wgłębienia" dowodziły jednak, że kości należały do osoby pomiędzy 17. a 22. rokiem życia. Wykluczono, że mogłyby być szczątkami najstarszego zaginionego dziecka Sodderów, czyli 14-letniego Maurice'a. Osoba, do której należały, w chwili śmierci była starsza i na pewno nie padła ofiarą pożaru.
 
Kolejne dziesięciolecia upłynęły Sodderom na drobiazgowym weryfikowaniu wszystkich doniesień o miejscu domniemanego pobytu ich dzieci. George osobiście podążał za każdym tropem, spędzając w podróżach całe miesiące. Jechał do St. Louis, gdzie Martha miała przebywać w klasztorze, do miasta Teksas, gdzie dwoje ludzi przechwalało się przy ognisku, że porwało i sprzedało piątkę dzieci. I do Nowego Jorku - po tym, jak zobaczył zdjęcie młodej tancerki baletowej z tamtejszej szkoły i był przekonany, że to jego córka Betty.

Tak podobno wyglądał Louis Sodder w 1967 roku. Po prawej zdjęcie zrobione tuż przed zaginięciem (fot. Wikimedia Commons)
Tak podobno wyglądał Louis Sodder w 1967 roku. Po prawej zdjęcie zrobione tuż przed zaginięciem (fot. Wikimedia Commons)

Sodderowie sprawdzali też wszystkie informacje z listów, jakie do nich przysyłano. Pewna kobieta z Houston napisała, że mężczyzna, którego znała, upił się pewnej nocy i wyznał, że jest Louisem Sodderem. Twierdził, że mieszka w Houston ze swoim bratem Maurice'em. W George'u obudziła się nadzieja. Pojechał tam ze swoim zięciem, ale gdy przybyli na miejsce, kobieta zniknęła. Miejscowa policja rozpoznała jednak mężczyznę, który miał być Louisem, na podstawie opisu w liście i pomogła go zlokalizować. Kiedy doszło do spotkania twarzą w twarz, domniemany Louis zaprzeczył, że nim jest. Podobno George, gdy go zobaczył, był przekonany, że to jego zaginiony syn. Jeszcze na łożu śmierci utrzymywał, że to był Louis. Nie rozumiał tylko, dlaczego nie chciał się przyznać do ojca.

Staraniem Sodderów w 1952 roku na Route 16 w Ansted w zachodniej Virginii stanął billboard ze zdjęciami zaginionych i ofertą 5 tysięcy dolarów nagrody za wszelkie informacje na temat miejsca ich pobytu. Później nagrodę podniesiono do 10 tysięcy. Nie udało się jednak natrafić na żaden nowy, wiarygodny trop aż do 1968 roku. Wtedy Jennie dostała kopertę nadaną w Kentucky, a w niej zdjęcie około 20-letniego mężczyzny. Opatrzono je podpisem "Louis Sodder. Kocham brata Frankie. Ilil Boys. A90132 or 35.". Mężczyzna na zdjęciu miał twarz i włosy bardzo podobne do ich zaginionego syna. Miał też charakterystycznie uniesioną brew. Sodderowie jeszcze raz zatrudnili prywatnego detektywa i wysłali go do Kentucky na poszukiwania. Ten jednak przepadł bez wieści i nigdy więcej się nie skontaktował ani ze swoimi klientami, ani ze swoją rodziną.
 
W tym samym roku schorowany już George w rozmowie z "Charleston Gazette" powiedział: "Nie możemy już nic więcej zrobić, ale chcemy tylko wiedzieć. Jeśli zginęły w ogniu, chcemy to wiedzieć". Kilka miesięcy później Sodder zmarł. Zrozpaczona Jennie resztę życia spędzała na pielęgnowaniu ogrodu pamięci po zaginionych dzieciach zasadzonego na miejscu spalonego domu. Billboard oferujący nagrodę za pomoc w ich odnalezieniu stał przy autostradzie jeszcze przez ponad dwadzieścia lat. Aż do śmierci Jennie w 1989 roku. 

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Joanna Pasztelańska. Dziennikarka, reporterka. Jako jedna z pierwszych dotarła do Turcji po trzęsieniu ziemi w 1999 roku, relacjonowała wybory prezydenckie w Iranie, zajmowała się sprawą farmy niewolników pod Londynem i ukrytymi w rejonie Prypeci sierocińcami dla dzieci z wadami genetycznymi po wybuchu elektrowni w Czarnobylu. Od blisko dwudziestu lat jeździ po Polsce śledząc tematy trudne i niewyjaśnione m.in. dla "Życia Warszawy", "Tygodnika Kulisy" i magazynu "Dziennika Gazety Prawnej". W 2016 roku nakładem wydawnictwa Horyzont Znak ukazała się książka "Policjanci. Za cenę życia", którą napisała wraz z mężem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (40)
Zaloguj się
  • piotrzulawy2

    Oceniono 56 razy 48

    Sprawa trochę jak zabójstwo Olewnika czy zaginięcie Iwony Wieczorek i wiele innych jak zaginięcie dwójki dzieci z angielskiej rodziny na wakacjach w Hiszpanii - jeśli nie mylę... Kiedy któreś z takich spraw się wyjaśniają, najczęściej okazuje się, że w przestępstwie maczali palce bliscy albo znajomi. Cudów nie ma straż jechała sześć godzin do pożaru, kable przecięte, drabina schowana, a w zamknięciu śledztwa brał udział sprzedawca polis który groził ojcu rodziny? Te mniejsze miasteczka to takie małe mafie i zmowa milczenia. W Polsce też taka sprawa była że ludzie wiedzieli kto zabił ale bali się powiedzieć aż w końcu sprawa się wydała.

  • lusjola

    Oceniono 25 razy 21

    Tragedia rodziny ogromna kiedyś pracowałam z ojcem p.Iwony Cygan pytałam czemu taki bez przerwy smutny i wyciszony a on na to " nie pytaj ". Dopiero jak w telewizji zobaczyłam działania śledczych i jego na ekranie wszystko było jasne. Tyle lat ludzie bali się bandziorów ( w mundurach) jeden odważny też podzielił jej los...

  • gelbigel

    Oceniono 11 razy 7

    porwani zapewne przez któregoś z "dobrych wujków" który nie zgadzał sie z polityka brata
    wszak dobrych wujków jest tysice

  • 12345a65

    Oceniono 8 razy 6

    Tych pięcioro dzieci nie było osobami niepełnosprawnymi. W tym 14- latek. Nie wyobrażam sobie, by można było ukryć i zmusić do milczenia piątkę dzieci. No chyba, że natychmiast po porwaniu dzieci zostały rozdzielone lub wmówiono im, że rodzice ich zginęli lub, że jak nie będą milczeć, to ktoś zginie lub zostanie zabrany. Ale tak można tylko przez chwilę. Każdy, kto dorośnie myśli o swoim dzieciństwie, szuka korzeni, wraca do miejsca dzieciństwa, choćby myślami. Rodzice wierzyli w ten powrót, stąd te billboardy. Strasznie dziwna historia.

  • czemublokujecie_mikonto

    Oceniono 9 razy 5

    Przerażająca historia, kolejny raz obraz jak człowiek może być bestią.

  • kixx

    Oceniono 39 razy -5

    przeczytalem od deski do deski
    jeszcze parenascie takich artykulow i rozwaze prenumerate

  • rikol

    Oceniono 15 razy -11

    Trochę mnie dziwi, że gazeta pisze o jakichś lokalnych amerykańskich sprawach. Pewnie jakiś przedruk z lokalnej amerykańskiej gazety. A tyle jest dziwnych spraw w Polsce, o których można by pisać.

  • felicjan.dulski

    Oceniono 31 razy -23

    A to nie w byłym Związku Sowieckim było?
    To co Dudę zawracajcie?

  • slawektony

    Oceniono 37 razy -33

    Czy dobrze się przyjrzano rodzicom?To osoby najbardziej podejrzane ...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX