Piotr Pielaszek w swojej pracowni

Piotr Pielaszek w swojej pracowni (fot: archiwum prywatne)

Młoda Polska

Dzieciństwo spędził wśród 300-letnich skrzypiec. Ma zaledwie 26 lat, a już jest jednym z najlepszych lutników na świecie

Jeden z klientów porównał dźwięk mojego instrumentu do dźwięku skrzypiec, na których grał wcześniej. Powiedział, że te, które ma, są jak ferrari. Świetne, szybkie, głośne. Ale te, które ja robię, dodał, są jak bentley albo rolls royce. Że to jest inna jakość brzmienia - mówi Piotr Pielaszek, lutnik.

*Młoda Polska na wakacje - przypominamy bohaterów naszego cyklu, których osiągnięcia zrobiły na Was największe wrażenie*

Cykl "Młoda Polska" poświęcony jest Polkom i Polakom, których podziwiamy i którym chcemy kibicować. Kolejne sylwetki publikujemy w każdy wtorek. Oto nasi wcześniejsi bohaterowie:

''Myślę o tym dzwonku na górze, żeby go wcisnąć. Dzwonek wyłącza czas''. Aleksandra Rudzińska wyłącza czas najszybciej na świecie

Bogusławski to teraz gorące nazwisko w świecie mody. Wielu chce z nim współpracować, ale niewielu ma okazję

"Jeśli przyjdzie minister, który wprowadzi ochronę środowiska do szkół, to pierwsza postawię mu pomnik"

IMIĘ: Piotr

NAZWISKO: Pielaszek

DYSCYPLINA: lutnictwo

WIEK: 26 lat

OSIĄGNIĘCIA: Począwszy od 2016 r. zdobywa nagrody na międzynarodowych konkursach lutniczych: w Cleveland (dwa razy srebro w kategorii skrzypiec i raz w kategorii altówek), Pradze (złoto dla skrzypiec i za najlepszą główkę), Mittenwaldzie (złoto w kategorii altówek); Medal Towarzystwa Muzycznego im. Henryka Wieniawskiego za najwyżej ocenione walory dźwiękowe instrumentu na Międzynarodowym Konkursie Lutniczym im. Henryka Wieniawskiego 2016.

Piotr Pielaszek pracuje na własną rękę od roku. Jego instrumenty kosztują 12 tys euro (fot: archiwum prywatne)
Piotr Pielaszek pracuje na własną rękę od roku. Jego instrumenty kosztują 12 tys euro (fot: archiwum prywatne)

Piotr Pielaszek. Dwukrotnie nagrodzono go srebrnymi medalami na konkursie w Cleveland i dwa razy złotymi w czeskiej Pradze i Mittenwaldzie (fot: archiwum prywatne)
Piotr Pielaszek. Dwukrotnie nagrodzono go srebrnymi medalami na konkursie w Cleveland i dwa razy złotymi w czeskiej Pradze i Mittenwaldzie (fot: archiwum prywatne)

Błyszczący lakier zastyga na świerkowej pokrywie skrzypiec. Ledwo widoczny pyłek kurzu przylepia się do niego tuż obok efów, czyli otworów rezonansowych w kształcie litery F. Za oknem jest noc. W świetle lampki stojącej na biurku w warsztacie Piotra Pielaszka, który jest jednym z najmłodszych na świecie twórców skrzypiec, wyraźniej ukazują się sklepienia i kształty. W takich warunkach pracuje mu się najlepiej. Godzinami dłutem rzeźbi formę, koryguje błędy. Przyznaje, że to praca dla samotnika.

Pierwsze dłuto kupił, gdy miał 15 lat. Zdawał do liceum muzycznego w Poznaniu. Ojciec, również lutnik, choć zajmujący się naprawą starych instrumentów smyczkowych, uparł się, że syn powinien zbudować choć jedne skrzypce, żeby wiedzieć, na czym to polega. Pracowali nad nimi razem przez kilka miesięcy. Wyszły tak dobrze, że sprzedali je muzykowi z orkiestry wojskowej. Gra na nich do dziś.

Inna jakość brzmienia

Dziadek Piotra był nauczycielem muzyki, babcia szwaczką, matka to kulturoznawczyni, a ojciec - pierwszy w rodzinie lutnik. Piotrek od dziecka przesmykiwał się między regałami w pracowni taty, na których leżały rozłożone na części trzystuletnie instrumenty wymagające konserwacji. Fascynowały go, ciekawiły. - Tata wynajmował pracownię od Szkoły Muzycznej przy ul. Miodowej w Warszawie. Znajdowała się w piwnicy, więc okna były na wysokości ulicy. W środku panował półmrok, ale to dodawało magii temu miejscu - wspomina dzieciństwo Piotr Pielaszek. - Pamiętam zapach starego drewna i widok bulgoczącego w garnku złocistego kleju kostnego. Wszystko spowite półmrokiem. Miałem świadomość, że tata zajmuje się czymś wyjątkowym i że niewiele jest osób, które są w stanie robić to, co on. Imponowało mi to. I sprawiło, że już wtedy zapragnąłem mieć taką pracę.

Muzyczną szkołę podstawową wybrali rodzice. Trochę dlatego, że tak było wygodniej. Ojciec Piotra, jadąc do pracy, mógł od razu zawieźć syna na lekcje, które chłopak miał w tym samym gmachu, co on pracownię. Nauczycielka spojrzała na dłonie dziecka i stwierdziła, że jego palce nadają się do gry na wiolonczeli. I tak zostało. Ćwiczył na niej, choć bez większej przyjemności. - W podstawówce jeszcze jakoś mi szło, ale w gimnazjum dopadła mnie frustracja - przyznaje Piotr. - Wolałem spotkać się ze znajomymi niż grać. Tym bardziej że już wtedy wiedziałem na sto procent, że chcę być lutnikiem, a nie zawodowym muzykiem. Koledzy i koleżanki dziwili się, że tak wcześnie wiem, co chcę w życiu robić, ale ja nigdy nawet nie zastanawiałem się nad czymś innym. Sama myśl o tym, że mogę stworzyć coś własnymi rękami, w czasach, kiedy wszyscy siedzą przed komputerami, w telefonach, w internecie, była dla mnie niezwykle pociągająca.

Ćwiczył więc na wiolonczeli tylko po to, żeby dostać się do kolejnych szkół muzycznych i być w przyszłości lepszym lutnikiem. Najpierw zdał do poznańskiego liceum muzycznego, a potem do Akademii Muzycznej. Na skrzypcach, które teraz buduje, nigdy nie nauczył się grać. Nie musiał, bo sposób, w jaki wydobywa się z nich dźwięk, jest zbliżony do tego, w jaki dzieje się to właśnie w wiolonczeli, a także w altówce czy kontrabasie.

Piotr nie zdobył też dyplomu magistra. Zrezygnował na ostatnim roku, bo dostał propozycję stałej współpracy od niemieckiego lutnika Marcusa Klimke. - We wschodniej Europie, w tym w Polsce, jest wielu dobrych rzemieślników zajmujących się lutnictwem, którzy jednak w mojej ocenie są zbyt skupieni na technicznej stronie budowania skrzypiec, a za mało na artystycznym i stylistycznym podejściu do instrumentu i tego, jak on ma wyglądać - komentuje Klimke. - Piotra różni od nich to, że ma w sobie dużą otwartość i zwraca uwagę właśnie na te szczegóły.

Piotr Pielaszek podczas pracy. Rocznie robi zaledwie kilka skrzypiec (fot: archiwum prywatne)
Piotr Pielaszek podczas pracy. Rocznie robi zaledwie kilka skrzypiec (fot: archiwum prywatne)

Piotr pracował również u Dunki Andrei Frandsen. - Jest niezwykle utalentowany, jest doskonałym lutnikiem - mówi Andrea. - Do tego ma głód wiedzy i chęć, żeby robić instrumenty najlepiej, jak to możliwe. Jest wyjątkową osobą i nie mam wątpliwości, że w przyszłości stanie się wybitnym twórcą skrzypiec.

Piotr tłumaczy, dlaczego postawił na praktykę, a nie teorię. - Gdybym został na uczelni, to byłoby to studiowanie wyłącznie dla dyplomu, który w mojej profesji nie ma dużego znaczenia - stwierdza. - Wizytówką i najlepszą reklamą są instrumenty, które robię. Ostatnio jeden z klientów ze Stanów Zjednoczonych porównał dźwięk mojego instrumentu do dźwięku skrzypiec, na których grał wcześniej. Powiedział że te, które ma, są jak ferrari. Świetne, szybkie, głośne. Ale te, które ja robię, dodał, są jak bentley albo rolls royce. Że to jest inna jakość brzmienia.

Pięcioro skrzypiec rocznie

Wizytówką Piotra Pielaszka są też zwycięstwa w konkursach międzynarodowych. W każdym startuje po 300, czasem 400 osób z całego świata. Dwukrotnie nagrodzono go srebrnymi medalami na konkursie w Cleveland i dwa razy złotymi w czeskiej Pradze i Mittenwaldzie. Zazwyczaj jest jednym z najmłodszych uczestników. Lutnicy, z którymi współzawodniczy, najczęściej mają 40, 50 lat. Wtedy są u szczytu zawodowych możliwości, po latach pracy osiągają maksimum umiejętności. Kiedy więc ich znacznie młodszy kolega po fachu odbiera wysokie wyróżnienia, gratulują, choć są zdziwieni. Niektórzy mówią, że to wyłącznie kwestia szczęścia, bo niemożliwym jest robić tak dobre instrumenty w tak młodym wieku. Są też tacy, którzy komplementując skrzypce Piotra, dodają, że "są niezłe jak na studenta".

- Gdyby chodziło o jeden konkurs, można by powiedzieć, że to przypadek. Dwa konkursy - że miałem szczęście. Ale jeśli zdobywam nagrody cały czas, to jest to efekt mojej ciężkiej pracy - broni się Pielaszek. - Kiedyś wkurzało mnie i smuciło, że jestem deprecjonowany ze względu na młody wiek. Zwierzyłem się z tego półtora roku temu mojej szefowej, lutniczce, u której pracowałem we Francji. A ona spytała mnie, od kiedy robię skrzypce. Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że od 16. roku życia. Kiedy rozmawialiśmy mijało dziewięć lat, odkąd zacząłem się tym zajmować. We Francji pracowałem też bardzo intensywnie, bo siedem dni w tygodniu, po 11 godzin, żeby wspiąć się na jak najwyższy poziom i przygotować się na moment, kiedy zacznę pracować sam na siebie. Wtedy odparła, że mam odpowiedź, dlaczego tak dobrze mi idzie. Ona zaczęła zajmować się lutnictwem dopiero w wieku 27 lat. Więc mój wiek nie ma znaczenia. Liczą się przepracowane lata i doświadczenie. Po tej rozmowie przestało mi przeszkadzać, że niektórzy wypominają mi bycie tak młodym.

Nie przeszkadza to też klientom Piotra Pielaszka, a zdobył ich na całym świecie. Niedawno sprzedał skrzypce do Stanów Zjednoczonych, altówkę - solistce z Kordoby. Ma też grającego amatorsko w weekendy nabywcę z Hongkongu. I kilka kolejnych zamówień z Hiszpanii. Teraz kończy instrument, który zostanie wysłany do Tajpej.

Własny styl Piotr wypracowywał głównie na zagranicznych praktykach (fot: archiwum prywatne)
Własny styl Piotr wypracowywał głównie na zagranicznych praktykach (fot: archiwum prywatne)

Piotr Pielaszek: W każdych kolejnych skrzypcach zawieram osobisty przekaz (fot: archiwum prywatne)
Piotr Pielaszek: W każdych kolejnych skrzypcach zawieram osobisty przekaz (fot: archiwum prywatne)

Rocznie buduje maksymalnie pięcioro skrzypiec. Dzięki temu, jak mówi, jest w stanie skupić się na każdym instrumencie, dać mu duszę. - Mam potem kontakt z prawie wszystkimi moimi instrumentami, bo piszą do mnie ich właściciele, zdając relacje z tego, jak się sprawują - opowiada lutnik. - Wiem jak brzmią po kilku latach, jak się starzeją. Czasem słyszę, że nikt nie doceni mojego wkładu pracy. A ja uważam, że może rzeczywiście 99 procent ludzi nie zauważy różnicy, ale dla jednego procenta będzie mieć to znaczenie i właśnie dla tej garstki osób chce mi się starać i doskonalić. To są właśnie moi klienci, którzy chcą wkroczyć na kolejny poziom gry i zależy im, żeby mieć lepszy instrument. 

Piotr Pielaszek zapytany o to, czy jest rzemieślnikiem czy artystą, peszy się. - Najpierw trzeba być bardzo dobrym rzemieślnikiem - mówi. - Nie chcę powiedzieć, że to, co robię, jest sztuką, bo to bardzo nadużywane słowo. Na pewno jednak w każdych kolejnych skrzypcach zawieram osobisty przekaz. Proszę popatrzeć na ten ciemniejszy pasek wzdłuż konturów górnej płyty. To są wklejone trzy paski forniru, które można wyciąć na tysiąc różnych sposobów. Robi się to strugiem, w taki sposób, jak obiera się np. marchewkę nożykiem. Te paski układa się dowolnie, można by powiedzieć: "jak lutnikowi w duszy gra", nadając im różne kształty i napięcia linii. Jeśli więc sztuka polega na wyrażaniu siebie, to pewnie można uznać, że jestem twórcą sztuki. Choć niektórzy mówią, że skrzypce niczym nie różnią się od jakiegoś mebla.

Niemiecka szkoła precyzji

Własny styl Piotr wypracowywał głównie na zagranicznych praktykach. Najpierw na Erasmusie, na który wyjechał po studiach licencjackich w poznańskiej Akademii Muzycznej. Potem praktykował u wspomnianego już Marcusa Klimke. - To może zabrzmi trochę jak stereotyp, ale Marcus ma bardzo niemieckie podejście do pracy, czyli ciężko pracuje i wszystko jest u niego niezwykle usystematyzowane - mówi Pielaszek. - To dzięki niemu nauczyłem się dbałości o szczegóły, a moje skrzypce stały się lepsze zarówno wizualnie, jak i pod względem brzmienia. I mam wrażenie, że próbował mnie zatrzymać u siebie. Być może z ostrożności, bo ostrzegał mnie, że rynek jest trudny, a być może dlatego, że chciał, żebym dla niego dłużej pracował.

O tym, że ciężko jest wyżyć z robienia skrzypiec, ostrzegał Piotra także jego ojciec. Stworzył jednak przestrzeń, żeby syn mógł spróbować swoich sił, i jednocześnie dawał do zrozumienia, że zawsze może do niego dołączyć i mogą pracować razem. - Bałem się, czy sobie poradzi, tak jak każdy rodzic boi się o swoje dziecko - przyznaje Marek Pielaszek. - Ja dość późno zacząłem wyjeżdżać za granicę, choć miałem kontrakty poza Polską. Syn wypłynął na szeroką wodę i ma osiągnięcia, jakich nikt w Polsce przed nim, a już zwłaszcza w tak młodym wieku, nie miał. Piotrek zmierza prosto do światowej czołówki lutników i nie mówię tego jako nieobiektywny ojciec, tylko lutnik, z ponad 30-letnim stażem pracy. Ale gdyby kiedykolwiek noga mu się powinęła - oby nie - to do domu zawsze może wrócić.

Niedawno sprzedał skrzypce do Stanów Zjednoczonych, altówkę - solistce z Kordoby (fot: archiwum prywatne)
Niedawno sprzedał skrzypce do Stanów Zjednoczonych, altówkę - solistce z Kordoby (fot: archiwum prywatne)

Na razie się na to nie zanosi. Piotr Pielaszek pracuje na własną rękę od roku. Jego instrumenty kosztują 12 tysięcy euro. Na polskie warunki to dużo. Na europejskie czy światowe za tę klasę skrzypiec to wciąż dużo mniej niż u innych lutników. I nie są to pieniądze, które przychodzą łatwo. W pracowni Piotr spędza od ośmiu do 12 godzin dziennie, zazwyczaj sześć dni w tygodniu. Mówi, że czasem woli dłużej posiedzieć, bo aż żal mu przerywać pracę, kiedy dobrze idzie. Ponosi sporo kosztów. Choćby ostatnio wydał 10 tysięcy złotych na 10 kawałków świeżego drewna, którego będzie mógł użyć dopiero za mniej więcej siedem lat, kiedy materiał dobrze wyschnie. Jedno dłuto, które robi się na zamówienie i czeka na nie rok lub dwa lata to wydatek rzędu 300 złotych, a dłut ma ponad 20. Do tego dochodzą części do skrzypiec, osprzęt, wyjazdy do klientów i na konkursy, na które skrzypce trzeba przywieźć miesiąc wcześniej, potem być na ogłoszeniu wyników, a swoją pracę można zabrać po kolejnym miesiącu.

- Nie narzekam i nie zamieniłbym się na żadne inne życie - uśmiecha się Piotr Pielaszek. - Na studiach wstawałem o szóstej rano, a w warsztacie byłem od siódmej, żeby popracować w ciszy do południa, kiedy schodzili się koledzy. Żartowali ze mnie, że budzę portiera, bo nawet on tak wcześnie nie wstaje. Mam jednak nadzieję, że ciężka praca, na którą wtedy postawiłem, w którymś momencie zaprocentuje i zwróci się.

Nina Harbuz. Przez 10 lat dziennikarka Polskiego Radia, gdzie prowadziła audycje o popkulturze i psychologii. Publikowała m.in. w National Geographic Traveler i Magazynie Coaching. Absolwentka Gender Studies w PAN. Studiuje psychoterapię w Laboratorium Psychoedukacji. Jest wolontariuszką w hospicjum i Centrum Praw Kobiet. Nominowana do nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej. Zdobyła Kilimandżaro.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (95)
Zaloguj się
  • perun1984

    Oceniono 51 razy 51

    Ten jeden artykuł jest wart więcej niż 1000 informacji z działu plotek.pl.
    Niech wam to da do myślenia

  • arrrgh

    Oceniono 50 razy 50

    Brawo. Bardzo wysoko cenię ludzi, którzy w ten sposób podchodzą do pracy, pasji i rzemiosła. \
    Życzę wielu kolejnych sukcesów!

  • euchird

    Oceniono 39 razy 39

    Po przeczytaniu takiego artykułu świat jest lepszy.
    Zazdroszczę tym, których dotknęła ręka Boga dając im talent i pasję.
    Pomysłu na cykl artykułów też gratuluję

  • baby1

    Oceniono 34 razy 34

    Bez wątpienia talent odziedziczony po ojcu, ale najważniejsze to pasja i praca, praca, praca. Szkoda, że wielu młodych ludzi tego nie rozumie i należy im się wszystko już teraz, za nic.

  • waterman50

    Oceniono 34 razy 32

    Mniej ważne,gdzie będzie pracował.Stradivari czy Amati też kiedyś byli początkującymi lutnikami,jednak każdy wie,że to Włosi.Oby -po latach-jakiś wirtuoz grał na skrzypcach jego wyrobu i chwalił instrument.

  • gazeta921

    Oceniono 25 razy 25

    BRAWO!! Życzę dalszych sukcesów, przyjemnie się czyta takie artykuły.

  • fuqu

    Oceniono 24 razy 24

    Brawo !

    Nie wiem czy p. Piotr to przeczyta ?
    Ale wiem, że mu zazdroszczę i go podziwiam.

    Lubię sobie czadami amatorsko podłubać w drewnie,
    oczywiście na innym poziomie,
    ale i tak jest frajda jak spod struga lecą dobre, prawidłowe wióry,
    a praca zamienia się w widoczny efekt.
    U niego ta frajda musi być wielokrotnie większa .... naprawdę zazdroszczę :)

  • zd46

    Oceniono 24 razy 24

    Zyczę sukcesów i uporu a triumfy przyjdą same, bo talent jest.

  • Martushkowo

    Oceniono 17 razy 17

    To niesamowite! Chodziłam z Piotrem do klasy w liceum muzycznym, od tego czasu widać jak rozwinął skrzydła. Mam ogromny szacunek do rękodzieła w każdej postaci, a ten rodzaj jest czymś niezwykłym!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX