Tablica ogłoszeń w bloku komunalnym na Dolnych Młynach w Gdańsku

Tablica ogłoszeń w bloku komunalnym na Dolnych Młynach w Gdańsku (fot. Bartosz Józefiak)

reportaż

Dzieciaki wołały na niego "wujo Paweł". Najnowsza historia Gdańska w pięciu aktach

Na klatce budynku komunalnego wiszą zdjęcia z sąsiedzkiej wigilii i Wielkanocy. Na zdjęciach uśmiechnięty prezydent. Odwiedzał ich ze trzy razy. Pytał, jak się mieszka. A teraz Ola wiesza na balkonie flagę. I zastanawia się na głos: Skąd ja do tej flagi wezmę czarną wstążkę?

I. Altana

Mieszkanie ma białe ściany, 65 metrów.

W środku telewizor, kanapa, drewniane meble, dwa psy. Kaloryfery odkręcone na maksa, żeby wnuk się nie przeziębił. Za oknem nietoperze, sarny, dziki i jastrzębie, bo blisko do parku krajobrazowego. Ściany z drewna, ogrzewanie ekologiczne. Prima sort, myśli Ola. Pozwoli sobie na luksus. Weźmie gorący prysznic, a jak będzie chciała, to i z pięć, co sobie będzie żałowała. Od dziecka myła się w misce, więc w swoim pierwszym własnym mieszkaniu nie będzie oszczędzać wody.

Wychowywała się na Dolnym Mieście, a to wtedy była taka okolica, że wejść można, ale wyjść już niekoniecznie. Taty nigdy nie poznała, mama pracowała na portierni. W wieku 18 lat wyszła z domu z planem, by nigdy nie wrócić. Poznała Leszka.

Mąż jeździł na spawanie do Norwegii, Francji. Przesyłał pieniądze. Ola wychowywała Wiktorię, a potem siedziała na kasie w Bomi. Łapała fuchy: sprzątanie, ochrona, portiernia. Próbowali mieszkanie wynajmować, ale wyszło drogo. Potem żyli kątem u teściowej, ale ile można. Komunalne? Brakowało ich od dawna. Ola raz w miesiącu przychodziła do urzędu, patrzyła na listę - o, jedno oczko w górę. Sukces! Jeszcze tylko 1013 osób przed nimi. Lekko pięć lat czekania.

Tablica ogłoszeń bloku komunalnego na Dolnych Młynach w Gdańsku (fot. Bartosz Józefiak)
Tablica ogłoszeń bloku komunalnego na Dolnych Młynach w Gdańsku (fot. Bartosz Józefiak)

Wiktoria chodziła już do technikum, kiedy teściowa udostępniła im altankę na działkach. Zalety: tani, murowany dom. Miłe sąsiedztwo, bo na działki sporo ludzi się przeprowadziło.

Wady - cztery metry na cztery. W kranie tylko zimna woda. Kupili butlę gazową, grzali wodę w garnku, wlewali do miski, żeby się umyć. A załatwiali się do takiej plastikowej ubikacji. Potem to wylewali do szamba.

Wiktorii się podobało tak sobie, bo chodzić do szkoły w ubraniach śmierdzących węglem to żadna przyjemność. Jednej nocy budzi się o piątej, mówi mamie, że ją głowa boli. Mama na to: ściemniasz, do szkoły nie chce ci się iść. Wiktoria poszła do kuchni po tabletkę, ale nie zdążyła wrócić, upadła. Mama tylko podbiegła i otworzyła okno. I też padła jak długa. Piec węglowy się zapchał. Z komina poszedł czad. Jakby Ola tego okna nie otworzyła, to już by ich nie było.

W Altance wytrzymali siedem lat. Gdzieś po drodze nie wytrzymał Leszek. Płacił alimenty, poza tym nie mogły na niego liczyć. Ale stan osobowy szybko się wyrównał, bo Wiktoria poznała chłopaka, a efektem tej znajomości był dzidziuś. Jak Ola usłyszała, że będzie babcią, to jej cierpliwość się skończyła. Poszła do urzędu i walnęła pięścią w stół. Mamy z noworodkiem mieszkać w altanie? Myć się w misce? Trzeba przyznać: urzędniczka się przejęła. Obiecała, że załatwi.

I załatwiła. Mieszkanie w nowym bloku komunalnym. Budynek postawili w cztery miesiące. 25 mieszkań. Jednego dnia odebrały telefon: Przyjeżdżać po klucze! Pojechała, a tam ksiądz święci, prezydent gratuluje, urzędnicy wręczają klucze. Już, od razu, na klatce na parterze. Ola jest twarda babka, ale jak podpisywała umowę, to się popłakała. Tego samego dnia się wprowadziły. Spały z córką na materacu. Meble zwoziły stopniowo.

Dzisiaj Bartek biega w chodziku w kształcie auta. Opiekują się nim na zmianę. Wiktoria sprząta w stoczni. Na śmieciówce, bo stocznia niby państwowa, ale firma sprzątająca prywatna. Ola do niedawna sprzątała w ZUS. Na czarno, bo instytucja niby państwowa, a firma sprzątająca - wiadomo.

Na klatce wiszą zdjęcia z sąsiedzkiej wigilii i Wielkanocy. Na zdjęciach uśmiechnięty prezydent. Odwiedzał ich ze trzy razy. Pytał, jak się mieszka. Dzieciaki wołały na niego "wujo Paweł".

Budynek komunalny na Dolnych młynach (fot. Bartosz Józefiak)
Budynek komunalny na Dolnych młynach (fot. Bartosz Józefiak)

Ola na wybory nie chodzi, bo co to za różnica, która świnia dorwie się do koryta? Ale nawet wśród złodziei znajdzie się jeden porządny. Jasne, w urzędzie nie wszystko działa, mieszkań wiecznie mało, ale prezydent mógł ich bloku nie budować, machnąć ręką, że co go ludzie obchodzą? A jednak zbudował.

Bartek wywraca klocki, a Ola idzie wywiesić flagę na balkon. Dużą, biało-czerwoną płachtę z napisem: Polska. Woła do Wiktorii, żeby jej sznurek podała. Zastanawia się na głos: Skąd ja do tej flagi wezmę czarną wstążkę?

II. Maszyna do szycia

Amina szyła wszystko - sukienki, bieliznę, garnitury.

Ciocia prezydenta Republiki i jego kuzyni od niej kupowali. W miasteczku była ważną personą. Za ubrania, które uszyła z jednej beli aksamitu, zarobiła tyle, że kupiła mężowi samochód!

Khedi, siostra Aminy, miała męża policjanta. Pewnego dnia wyszedł i po prostu nie wrócił. Khedi chodziła po komisariatach, pytała sołdatów rosyjskich, pokazywała zdjęcie męża, aż od jednego usłyszała: Kobito, tylu chłopów zdrowych, a ty szukasz tego ubitego? Odzyskała tylko kawałki jego ciała. Chciała sądu. Chciała wiedzieć: czemu rosyjscy żołnierze ubili jej męża?

W pewnym momencie, mniejsza o szczegóły, nie będziemy w to teraz wnikać, musiała z Czeczenii wyjechać. Spakowała dzieci, załadowała do pociągu i wysiadła w Brześciu. Trzy miesiące później dojechała do niej Amina z rodziną. 12-letnia córka, Kamila, krzyczała, że jej matka i ciotka życie zmarnowały. Wszystko mieli w Czeczenii, czemu uszli? Do dzisiaj zdania nie zmieniła.

Dla Khedi nadarzyła się okazja pracy w Gdańsku. W Centrum Kultury Tatarów sprzątała i gotowała. Wynajęły mieszkanko na Oruni. Dzieci Aminy trafiły do podstawówki. Dyrektorka szkoły załatwiła mężowi robotę woźnego. Amina do pracy nie poszła, bo spuchły jej ręce i nogi. Myślała, że to ze stresu, ale nie przechodziło. Urząd ds. imigrantów wysłał ją do warszawskiego szpitala.

Amina i Khedi Alieva (fot. Bartosz Józefiak)
Amina i Khedi Alieva (fot. Bartosz Józefiak)

Koleżanki z sali wołały za nią: Muzułmanka! Pomóż! Poprawiała poduszki, przynosiła wodę, bo pielęgniarek jakoś w pobliżu nie było. Jak przyszły, tylko warczały: Czemu pani się tak kręci! Leżeć! Wtedy doszczętnie zraziła się do Warszawy.

Za to w Gdańsku lekarz jaki miły! Delikatnie odsłaniał hidżab, pytał, czy na pewno może spojrzeć. Pomagał wypełnić papiery, bo Amina wtedy ni w ząb po polsku. A jak ją zobaczył w sklepie, to dopytywał: Pani się na pewno leczy?

Aminie zdiagnozowali żółtaczkę typu C. Podejrzewali raka. Pomoże tylko lek specjalistyczny. Sprowadzany z Indii. Za kilkanaście tysięcy złotych. Skąd takie pieniądze wziąć? Amina zaległa w domu. Poprosiła, żeby ją położyć przy maszynie do szycia. Bo jak ma umierać, to z widokiem na maszynę.

Ale Khedi miała dla siostry inne plany. Przez ten czas zdążyli ją już w Gdańsku poznać. Polskiego nauczyła się na medal, została wolontariuszką, pomagała innym uchodźcom. Poznała nawet pana prezydenta! Na spotkaniu z imigrantami podszedł do niej i zapytał: Czego wam potrzeba? Khedi mówi: Życia. Tylko życia. Prezydent się wzruszył chyba, bo potem często ją cytował.

Khedi współtworzyła miejski model integracji imigrantów. W magistracie spotykali się działacze społeczni i imigranci. Debatowali, gdzie by się przydał tłumacz i jak przygotować lekarzy do rozmów z muzułmańską kobietą. Na jednym z tych spotkań Khedi wykrzyczała: Ludzie, moja siostra umiera! Pomóżcie! Wszyscy rozpuścili wici o zbiórce. W trzy tygodnie zebrali pieniądze. Parę miesięcy później Amina była zupełnie zdrowa.

Tak Gdańsk uratował jej życie.

Amina Alieva (fot. Bartosz Józefiak)
Amina Alieva (fot. Bartosz Józefiak)

Dalej miało być tylko lepiej. Khedi z przyjaciółką Dorotą założyły fundację Kobiety Wędrowne. Od miasta dostały 20 tysięcy grantu. Kupiły maszyny do szycia. Nowiutkie, przyjechały z Krakowa. Amina będzie uczyła szycia. Mają pomysł na restaurację. Khedi dołączyła do miejskiej Rady Imigrantów i Imigrantek. Mieli doradzać prezydentowi, jak jeszcze pomagać gościom z innych krajów.

Nie żeby wszystko było różowo. W markecie jakiś facet ostatnio wyzywał Khedi, a ochroniarz tylko wzrok odwracał. W autobusie obsiadło ją pięciu chłopa, kazali wyp***dalać. A niedawno na dworcu w Warszawie facet wrzeszczał na nie tak, że Khedi nawet nie powtórzy. Nikt nie reagował.

Rada miasta w połowie 2016 roku przegłosowała model integracji imigrantów. Nie obyło się bez protestów. Khedi widziała, jak działacze Ligi Obrony Suwerenności pikietowali z hasłem "Stop islamizacji". Myślała: już gdzieś widziałam podobne zacięte twarze. W domu.

Dzisiaj Khedi i Amina krzątają się po mieszkanku zawalonym maszynami do szycia. Ale do szycia nie mają głowy. Khedi wygląda przez okno. Przygryza wargi. Wzdycha: Co teraz z nami będzie?

III. Dwie kreski

Jak Monika poszła do Maćka na imprezę, to już została.

Spodobał jej się od razu. Zabawny, ale odpowiedzialny. Kończył aplikację radcowską. Miła odmiana po muzyku rockowym, z którym spędziła ostatni rok. Koleżanka na tej imprezie bawiła się tak dobrze, że o żadnym powrocie do domu nie było mowy. Monika została z nią, ale to z Maćkiem przegadała całą noc. Umówili się następnego dnia. Na pierwszej randce powiedział jej, że chce mieć syna i że będzie miał na imię Jakub.

Trzy miesiące później Monika wnosiła swoje rzeczy do mieszkania Maćka we Wrzeszczu. To dla niej była duża zmiana, bo całe życie spędziła na Przymorzu. Wychowywała się w czasach, kiedy chłopaki z Jagiellońskiej regularnie tłukły się z ekipą z Tysiąclecia. Ona, dziewczyna z Jagiellońskiej, na drugą stronę się nie zapuszczała. Ale Przymorze się zmieniło. Wyrosły drogie bloki, bo osiedle blisko morza, z dobrym dojazdem do centrum.

Kolejka do księgi kondolencyjnej (fot. Bartosz Józefiak)
Kolejka do księgi kondolencyjnej (fot. Bartosz Józefiak)

Monika osiedle zna jak mało kto. Pracuje jako asystent rodziny. W bloku odwiedzała Martynę, dziewczynę po wyroku, która odzyskała synka i szalała ze szczęścia. W apartamentowcach pomagała małżeństwu dogadać się z nastoletnią córką, która wrzeszczała, że ich nienawidzi, a terapię pie***li i nigdzie nie pójdzie. Problemy są wszędzie. Choć oni z Maćkiem nie kłócili się nigdy. Czasami, wiadomo, ku*wą rzuciła, jak nie zbierał skarpetek, ale to są dosłownie drobnostki.

Do plaży mieli spacerem pół godziny. Wieczorami zapraszali znajomych na gotowanie i oglądanie "Gry o tron". Chodzili na kraftowe piwo do barów na Piwnej.

Ślub wzięli po dwóch latach. Cywilny. W podróż poślubną pojechali do Andaluzji. Maciek wszystko zaplanował.

Od razu po ślubie odłożyła tabletki. Czekali dziewięć miesięcy i nic. Poszli na badanie. Parę dni później Maciek dzwoni i mówi: Kochanie, nie denerwuj się, ale mam mało plemników. Może być problem. Wyszła na papierosa, zaszkliły jej się oczy. Koleżanki pocieszały, że potrzeba więcej badań, wszystko się ułoży. Nie ułożyło się.

Przemiły lekarz powiedział: No, dobrych wieści nie mam. Bez in vitro się nie obejdzie. Złożyła papiery na dofinansowanie z miejskiego programu in vitro, który ruszył w 2018 roku. Byli ostatnią parą, która załapała się na zeszłoroczną edycję. Maciek w klinice Invimed zostawił swoje nasienie, Monice pobrali jajeczka. Lekarze połączyli je pozaustrojowo.

Kilka tygodni później wracała z pracy. Minęła malutki kościół. Weszła. Uklękła i myślała: Nie wierzę w ciebie, nie wierzę od dawna, ale teraz cię poproszę, bo nie zaszkodzi, bo nie mam nic do stracenia, bo bardzo się boję i nie zmarnuję żadnej szansy. Nawet jeśli miałabym wyjść na hipokrytkę.

Kazali im czekać na wyniki. Nie wytrzymała. Kupiła test w aptece. Z łazienki wysłała do mamy i siostry zdjęcie. "Czy tylko ja widzę te dwie kreski?" - dopytywała w SMS-ie. Mama przez telefon płakała jak bóbr.

Monika z synkiem Jakubem (fot. Bartosz Józefiak)
Monika z synkiem Jakubem (fot. Bartosz Józefiak)

W pracy Monika przyznała, że w najbliższych wyborach zagłosuje na prezydenta. Koleżanki żachnęły się. Na tego kombinatora? Cwaniaka, co ma z pięć mieszkań, gubi się w oświadczeniach, a tak w ogóle to czas na zmianę przecież! Monika spokojnie odparła: Może to i wszystko prawda. Ale akurat ja mam mu za co dziękować.

Teraz Monika kołysze Kubę i myśli: Czemu nikt nie powiedział, że to będzie takie ciężkie? Zawsze coś przy dziecku robisz. Na szczęście Maciek jest z tych ojców, co i przewinie, i spać położy. Dzisiaj Monika zostawi Kubę z tatusiem. Z koleżanką spotkają się w centrum. Pójdą na plac Solidarności. Do torebki spakowała już świeczkę.

IV. Transparent

Pierwszego chłopaka poznał przez internet.

To była największa obawa matki. Że w tej sieci to nie wiadomo, kto pisze. Że go pobiją, zgwałcą. Matka, pracownica administracji w stoczniowym magazynie, do orientacji syna nie miała zastrzeżeń. Ojcu nigdy nie powiedział. Podobnie siostrze i bratu.

Na tej pierwszej randce poszli na spacer po lesie. Trochę się dziwił, bo chłopak przyjechał rowerem. Ale mu się spodobał. Starszy (miał 26 lat, Fabian raptem 21), ze stałą pracą i mieszkaniem, inteligentny, a to zawsze Fabiana podniecało najbardziej. To był jego pierwszy związek. Przetrwał dwa miesiące.

Jeszcze w liceum Fabian obiecywał sobie, że pozna dziewczynę, będzie miał dzieci, choć pociągali go już tylko chłopcy. A koledzy wołali za nim: pedale. Chyba z powodu spodni rurek, długich włosów, dobrej koszuli, bo słabość do mody miał zawsze. I za to, że kumplował się tylko z dziewczynami. Ale koledzy potrzebowali jego, wzorowego ucznia, zeszytów, więc szybko mu odpuszczali.

Już na studiach, jak minął jednego przystojniaka, pomyślał: może mógłbym się w nim zakochać?

Fabian (fot. Bartosz Józefiak)
Fabian (fot. Bartosz Józefiak)

Koleżanki sprawdzał: A co byś powiedziała, jakbym przyszedł na imprezę z chłopakiem? Większość odpowiadała, że nie ma problemu! Tylko z jedną kontakt się urwał.

Oglądał wiadomości, czytał w internecie, zawsze przeżywał, jak gdzieś pobili geja. Cieszył się: dobrze, że to nie u nas. Raz tylko, dla żartu, napisał na rachunku wiadomość do kelnera: jeśli podobają Ci się chłopacy, napisz na GG. Uśmiechnął się, wyszedł z lokalu. Kelner wybiegł za nim, popchnął go, zrzucił czapkę z głowy. Ale to, dosłownie, jedyna sytuacja.

Na spotkaniu stowarzyszenia osób LGBT rzucił: U nas też powinniśmy zrobić marsz, jak w innych miastach. Ale wtedy nie było na to klimatu. W 2005 roku prezydent zakazał organizacji Wiecu Równości. Twierdził, że organizatorzy rzekomo źle wypełnili formalności. 

Pierwszy Marsz Równości w Gdańsku przeszedł w maju 2015 roku. Wystartowali z Targu Węglowego. Fabian pamięta słoneczną pogodę. Masę ludzi. I swoje myśli: jest nas tylu, jesteśmy razem, nie boimy się, są z nami przyjaciele hetero, i to jest moc mojego miasta. Ten pierwszy marsz blokowała radna PiS. Usiadła na chodniku z całą rodziną. Policjanci musieli usuwać ją siłą.

Rok później Fabian szedł z transparentem "Jeszcze tęcza nie zginęła". Śmiał się, tańczył, bawił na czele pochodu. Oddał swoją energię marszowi. Radna PiS zgłosiła 40 kontrmanifestacji, a ONR blokował przemarsz. W stronę policjantów poleciały kamienie z torowiska. Pochód trzeba było przerwać. 

W trzecim marszu wzięło udział pięć tysięcy osób. Pochód otwierał prezydent. Przyznał, że przed laty popełnił błąd. Zmienił poglądy. Wygłosił słowa: Zepsuty i zboczony jest ten, kto sieje nienawiść i zwraca się do drugiego człowieka z wrogością. Chrześcijaństwo łączy, nie dzieli. Miłość może tylko łączyć. Fabian ocenił: facet kombinuje, jak pozyskać tęczowe głosy. W sumie OK. Robi dobrą robotę, a że przy okazji sam skorzysta, to komu to szkodzi?

Przed gdańskim urzędem miasta (fot. Bartosz Józefiak)
Przed gdańskim urzędem miasta (fot. Bartosz Józefiak)

Na tym marszu Fabian pierwszy raz się nie cieszył. Szedł z obowiązku. Myślał: tyle lat walczymy i co? On by chciał wziąć ślub, ustatkować się, tu, w Gdańsku, a nie na Zachodzie. Jest przekonany, że cel osiągnie. Choćby miał państwo polskie pozwać do sądu.

W czerwcu 2018 roku prezydent nie tylko marsz otwierał, ale nawet objął patronatem. A do polityki magistratu wprowadził Model Równego Traktowania. Z ludźmi z organizacji Tolerado rozmawiał jak równy z równym. Fabian myślał: facet naprawdę się zmienił.

A teraz Fabian dopija wodę w kawiarni w centrum, wkłada płaszcz i wsiada na rower. Musi jeszcze zdążyć na plac Solidarności. Wieczorem powstanie tam wielkie serce ze zniczy.

V. Epilog

Przed urzędem miejskim ludzi przybywa. Znicze wylewają się już na trawnik. Jest Weronika i Maja, lat 16, które pochodzą z pomorskich miasteczek. Mieszkają w bursie zbudowanej za rządów prezydenta.

Weronika i Maja (fot. Bartosz Józefiak)
Weronika i Maja (fot. Bartosz Józefiak)

Jest Emil, lat 25, który jest dumny, że mieszka w europejskim mieście. Józef, lat 79, co przyjechał z Gdyni. 5-letnia Natalia puszcza całus w niebo, macha do góry. Pa, pa, prezydencie. 

Ludzie wypadają na jezdnię. Policjanci biegają, krzyczą: Grzegorz, jest ich za dużo! Nie ma rady, wycinamy wszystko. Zamykaj ulicę. Tramwaje stają. Tłum z dwóch chodników łączy się, rośnie. Ludzie tupią z zimna, pocierają ręce, wycierają gile z nosa i łzy z oczu.

W tłumie krąży mikrofon. Przemawiają politycy, profesorowie.

Rzeczniczka magistratu łka i duka: Nigdy nie przypuszczałam, że będę odpowiadać dziennikarzom na pytania o datę pogrzebu. O miejsce pochówku.

Kobieta dziękuje za mieszkanie: Tak nam smutno, że pan od nas odszedł.

Z głośników leci "Sound of Silence", wykonanie Disturbed. Wszyscy słuchają, jak wokalista wywrzaskuje słowa o ciszy, która rośnie jak rak.

Paweł Adamowicz był prezydentem Gdańska przez 20 lat. 13 stycznia 2019 roku przemawiał na scenie podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Mówił: "Gdańsk jest szczodry. Gdańsk dzieli się dobrem. Gdańsk jest najcudowniejszym miastem na świecie!". Minutę później padł od ciosów nożownika. Zmarł dzień później. Miał 53 lata.

Bartosz Józefiak. Mieszka w Łodzi. Pracował w gazetach lokalnych w Łodzi, Wrocławiu i Pabianicach, współpracuje z "Dużym Formatem" i "Tygodnikiem Powszechnym". Jest absolwentem Polskiej Szkoły Reportażu i swoją przyszłość wiąże właśnie z reportażem.

Patryk Domozych/Gazeta.pl
Patryk Domozych/Gazeta.pl

W niedzielę 20 stycznia chcemy dokończyć na Gazeta.pl brutalnie przerwany tydzień temu 27. finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Akcja będzie trwała na naszej stronie od godz. 8 do 20. Pokażemy trwające wciąż aukcje, opiszemy, jak wiele dobra Polacy w sobie mają i poprosimy Was o wpłaty na WOŚP. 

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (266)
Zaloguj się
  • estrim

    Oceniono 21 razy 17

    "Ola do niedawna sprzątała w ZUS. Na czarno, bo instytucja niby państwowa, a firma sprzątająca - wiadomo."

    Niech ktoś jeszcze powie, że to nie jest państwo teoretyczne.

  • white_lake

    Oceniono 21 razy 17

    obawiam się, że takie teksty przyniosą skutek odwrotny, nadmierna ilość wazeliny trochę karykaturuje tę postać,
    ale przede wszystkim jedna rzecz mi się tu spodobała: najpierw zabronił marszu, a potem zmienił zdanie i przyznał się do błędu!
    to takie rzadkie wśród polityków i ludzi władzy w ogóle, takie cenne! budzi nadzieję
    nie jestem z Gdańska i nie interesują mnie jego mieszkania czy inne dobra (na ten temat powinny wypowiadać się (niezawisłe!) sądy, a nie zawistni ludzie), ale zawsze odbierałam Adamowicza pozytywnie, na tle PO, którego nie darzę zbytnią sympatią, naprawdę był interesującą, pozytywną postacią,
    a przecież był jeszcze taki młody! mógł jeszcze tyle zrobić, korzystając z wielu lat doświadczenia, zwłaszcza przy jego chęci zrozumienia drugiej strony i umiejętności przyznania się do błędu,
    świętym nie był i nie będzie, ale to naprawdę wielka, ogromna strata, szkoda i żal
    pomijając już straszne okoliczności tej śmierci...

  • wertywert

    Oceniono 43 razy 11

    A moze GW przypomni swoje artykuły, w których atakuje Adamowicza? Może przytoczy ktoś wypowiedzi polityków PO sprzed paru miesięcy, w których oskarżają Prezydenta.Oskarzacie drugą stronę a jesteście tacy sami. Jedni warci drugich. Hipokryci !

  • jkmjkm

    Oceniono 35 razy 9

    Okazuje się, że żył pośród nas anioł. I tylko dla niepoznaki zajmował się tymi wsystkimi przyziemnymi sprawami w rodzaju gromadzenia tych wszystkich akcji, obligacji, mieszkań i gotówki.

  • emsi2020

    Oceniono 10 razy 8

    Czytam komentarze i wiem, że tu się nic nie zmieni po tej strasznej tragedii...

  • demetria11

    Oceniono 12 razy 8

    Biedne pisiaki. Już nie mogły wytrzymać. Albo po prostu kasy im brakuje, sądząc po hurtowej produkcji co poniektórych trolli. Pożałowania godne istoty.

  • cichwoda

    Oceniono 34 razy 8

    C&P
    "To był człowiek starszy, którego Adamowicz upokorzył.
    W czwartek nad ranem zmarł Wojciech Dąbrowski, który przez dwa miesiące w namiocie rozbitym naprzeciwko Urzędu Miejskiego w Gdańsku prowadził strajk głodowy przeciwko eksmisji z mieszkania komunalnego.".

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX