Oberża Złoty Młyn

Oberża Złoty Młyn (fot. Bartosz Józefiak)

w drodze

Andrzej jeździ po całym kraju, ale dobrych knajp w Polsce naliczył góra siedem

Tradycyjnie, w stylu chłopsko-góralsko-karczmianym - tak wyglądają typowe przydrożne restauracje nad Wisłą. Od tej reguły są jednak wyjątki. Na szczęście.
W cyklu "W drodze" co dwa tygodnie publikujemy reportaże opisujące naszą polską codzienność, której ważną częścią jest przemieszczanie się, podróżowanie, docieranie do różnych miejsc, do których trafić chcemy albo musimy. Życzymy bezpiecznych podróży! 

Pod Tuszynem mają słabość do młynów.

Najpierw, jadąc z Łodzi do Piotrkowa starą "jedynką", widzimy Karczmę we Młynie. Trzy kilometry dalej wyrasta Oberża Złoty Młyn. Kto był pierwszy? Zdania są podzielone. Można za to powiedzieć jedno: właściciele mają podobny gust.

Z zewnątrz knajpy różni wiele. Karczma jest murowana, ma wielkie wiatrakowe skrzydło nad wejściem. Kamienne łuki nad drzwiami. Zjeżdżalnię w kształcie samolotu. Jak na karczmę przystało, na piętrze znajdziemy pokoje gościnne.

Z kolei Oberża ma wygląd wyrośniętej wiejskiej chaty. Dach jakby pokryty strzechą. Wszystko w drewnie. W samej knajpie nawiązań do młyna brak. Mały młyn jest za to ozdobą altany do grilla.

Są i podobieństwa. Obie knajpy mają oczka wodne, obecnie zamarznięte. W obu knajpach drewniane są obicia, krzesła, stoły, lady przed barem. No i menu. I tu, i tu królują dania z grilla, schabowe, karczek, kiełbaska.


Oberża Złoty Młyn i jej menu (fot. Bartosz Józefiak)

Nie mylić z chatą góralską

 - My byliśmy pierwsi - zapewnia Ilona, współwłaścicielka i menedżerka Złotego Młyna. - W 2000 roku kupiliśmy spółkę rolną. W 2005 roku spółka zakupiła grunt, a rok później powstała oberża. Budowaliśmy od zera. Wcześniej tu było klepisko.

Złoty Młyn w wyglądzie i jadłospisie odwołuje się do polskiej, chłopskiej tradycji. Nie należy jednak tej budowli mylić z chatą góralską! Na swojej stronie właściciel zastrzega: "Budując Oberżę Złoty Młyn, chcieliśmy przerwać łańcuch nieustannie pojawiających się w centrum Polski jakże sobie podobnych "karczm-chat góralskich". Naszym celem było stworzenie miejsca nowego o prawdziwie wyjątkowym klimacie, do którego chętnie się powraca, które niechętnie się opuszcza. Efekt ten uzyskaliśmy, w umiejętny sposób łącząc styl staropolski ze współczesną elegancją".

Jeden z pierwszych lokali na tym odcinku gierkówki nie miał problemów z klientami. Latem ustawiały się tu kolejki. Biznes szedł na tyle dobrze, że szefostwo otworzyło jeszcze dwie restauracje z hotelem w pobliskich miejscowościach.

Sukces nie uszedł uwagi zawistników. Pewnego dnia, w pierwszych miesiącach działania, do lokalu wszedł mężczyzna w czapce z daszkiem. Kamery zarejestrowały, jak rozlewa kwas masłowy w łazience, polał nim jeszcze drzwi wejściowe. Jak śmierdziało! Na szczęście nie odstraszyło to gości na długo.

Mężczyzny nie udało się złapać. Podejrzenie padło na konkurencję, ale dowodów brak. To okrutny biznes. Ile jest knajp, które w tajemniczy sposób spłonęły?


Złoty Młyn w wyglądzie i jadłospisie odwołuje się do polskiej, chłopskiej tradycji (fot. Bartosz Józefiak)

W Polsce obsługują Polacy

Złoty Młyn przetrwał nawet otworzenie autostrady, która wymiotła ruch z gierkówki. - Kierowcy specjalnie zjeżdżają z trasy do nas - mówi Ilona. - Mamy gości, co przyjeżdżają  specjalnie z Łodzi czy Piotrkowa. W weekendy jest zawsze kolejka. Przyciągamy jakością potraw i szybkością obsługi.

Największą popularnością cieszą się schabowy i dania z grilla. Ale restauracja przestawia się na dania z wyższej półki. Stąd w jadłospisie stek wołowy czy potrawy z kaczki. Są też propozycje wegetariańskie, ale umówmy się: kierowca tira nie będzie jadł sałatki.

Andrzej, który właśnie odpala silnik ciężarówki, zgadza się z menedżerką w stu procentach: zjeżdża zawsze z autostrady do Złotego Młyna, nawet jak ma nadrobić drogi. I wielu jego kolegów tak robi. Na początku to aż się bał tu zaglądać. Cały lokal w drewnie, pewnie drogo - myślał. Ale okazało się, że nie. Obiad ma za 15 złotych, i to taką porcję na cały talerz. Schabowy - ogromny. Zje w 45 minut, akurat skończy pauzę i zdąży wrócić na trasę. I wszystko świeże, nie to, że żurek z soboty podawany w środę. A potem klient musi się co chwilę zatrzymywać w ubikacji. W takich lokalach też bywał. Andrzej jeździ po całym kraju, ale dobrych knajp w Polsce naliczy góra siedem.

Jedno, co mu się nie podoba: że Ukraińców zatrudniają. Andrzej nic do Ukraińców nie ma, osiem lat jeździł po ich kraju. Ale jest w Polsce i powinni go obsługiwać Polacy. Jego szef tak właśnie myśli. Osiem ciężarówek stoi na parkingu, nie ma komu jeździć, ale Ukraińców nie zatrudni. Tutaj, niestety, myślą inaczej. Póki co nie wpłynęło to na jakość usług, dzięki Bogu.


Niektórzy kierowcy zjeżdżają z autostrady do Złotego Młyna, nawet jak mają nadrobić drogi (fot. Bartosz Józefiak)

W roboczych ciuchach do restauracji

- Nie no, my byliśmy pierwsi - kręci znacząco głową menedżer Karczmy we Młynie. Było podobno tak: właściciel Karczmy zaczynał od restauracji z kuchnią arabską. Potem była knajpa w Łodzi. A potem pierwszy Młyn, ale w Zduńskiej Woli. Taki jeden facet zajeżdżał do Zduńskiej Woli, oglądał, a potem otworzył swój Złoty Młyn. Więc, owszem, jeśli chodzi o gierkówkę, to konkurencja była pierwsza. Ale jeśli chodzi o ideę młyna w ogóle, to jednak oni.

A skąd w ogóle ten młyn? Pracownicy Karczmy nie wiedzą. Rąbka tajemnicy uchyla laminowana karta przyczepiona do ściany. "W XVI wieku istniały w Tuszynie trzy młyny" - czytamy. Dwa należały do starostwa, a jeden był własnością wójta. Wszystkie miały napęd wodny i stały na dopływie Neru. Historia młynów przetrwała w pamięci mieszkańców.

A skąd pociąg do karczemnego wystroju? No a jaki ma być, skoro to własnoręcznie górale urządzali? Pracownik Karczmy wykłada: chodzi o tradycję. Kto, jadąc z autostrady w ciuchach roboczych, zajrzałby do wymuskanej restauracji? A Karczma jest swojska. Dobra i dla tirowca, i dla rodziców z dziećmi.

Choć prawda jest taka, że chłopsko-góralskie klimaty już się ludziom przejadły. Za kilka lat trzeba będzie przearanżować wnętrze. W którą stronę - to tylko szef raczy wiedzieć.

Policja eskortuje samolot

Jadąc gierkówką na południe, kilka kilometrów przed Częstochową trafiamy na restaurację podniebną. Odlot w swoim czasie przyciągał tłumy. Nieczęsto można zjeść obiad w zaparkowanym samolocie.

Radziecki Ił-18 był rekwizytem w "Katastrofie w Gibraltarze", filmie z 1984 roku o śmierci generała  Sikorskiego. Od lat nie jest już filmową dekoracją. Goście częstują się w nim golonką bez kości i halibutem sauté. Wielkie skrzydła i wirniki samolotu robią wrażenie. Ale dziś samolot można oglądać jedynie z zewnątrz. Restauracja przechodzi gruntowny remont. Otwarta będzie wiosną.


Restauracja Odlot przechodzi gruntowny remont (fot. Bartosz Józefiak)

Działa za to Zajazd Wysoczański, należący do tej samej osoby. W lokalu, który funkcjonuje od 1978 roku, jest dziś kelnerka, nie ma za to klientów. Na ścianie wisi ogromny portret właściciela opartego o szablę - dowód jego szlacheckich korzeni.

Gdy tylko wolna Polska otworzyła się na wolny rynek, Leon Wysoczański poszukał nowych dróg rozwoju. Znalazł je w samolocie zaparkowanym w Białej Podlaskiej. - Miałem już zajazd, w gastronomii pracuję od 40 lat. Chciałem stworzyć coś oryginalnego. Mieszkam blisko lotniska, może stąd ten pomysł? - wspomina. - Sam zakup samolotu nie był taki trudny. Odkupiłem go od prywatnych osób, do których trafił z planu filmowego. Problemem był transport. To jest samolot długi na 53 metry i szeroki na prawie 50. Jak go przewieźć przez wiadukty i mosty? Jak przejechać przez centrum Warszawy? W 1994 roku nie mieliśmy autostrad. Ciężarówka z samolotem musiała jechać po zwykłych drogach - opowiada właściciel Odlotu.

Wysoczański zatrudnił firmę, która sprowadziła z Niemiec ogromną przyczepę na 140 kół. Sam opracował trasę. Przejechał cały odcinek, zatrzymywał się pod wiaduktami i mostami, mierzył wysokość. Pisał do gmin i zarządów dróg o pozwolenie na przejazd. Zdobył zgodę z Urzędu Miasta Warszawy na wyłączenie ruchu tramwajów. I jeszcze zgodę z policji. Przygotowania trwały pół roku. W końcu jesienią 1994 roku samolot ruszył w podróż. Osobno kadłub, osobno skrzydła. - Przez całą trasę eskortowała nas policja. W Warszawie wstrzymali ruch tramwajów na ulicach, po których jechaliśmy. Zajęło nam to kilkanaście godzin, ale udało się - mówi Wysoczański.

Wnętrze Iła zamieniło się w restaurację. W ogonie samolotu znalazły się szatnia i miejsce do smażenia potraw. - Wtedy niewiele osób w kraju widziało samolot w środku, zainteresowanie było spore. Serwowaliśmy kuchnię polską: schabowy, kapustę, mamy świetną peklowaną golonkę. Obecnie jedzenie jest bardziej urozmaicone, więcej warzyw, ryb, drobiu. Więcej ludzi podróżuje samochodami, Polacy przyzwyczaili się do jedzenia w restauracji, dla mnie to plus. A minus jest taki, że  rozlatali się rodacy, więc wizyta w samolocie to już atrakcja dla dzieci. A przecież obok znajdują się piękny ogród, dwa oczka wodne, zarybiony staw, ścieżki do spacerów, mostki, altanki...


Otoczenie restauracji Odlot (fot. Bartosz Józefiak)

Z knajpy zrobił się dziś już głównie rekwizyt turystyczny. Wysoczański rozważał nawet sprzedaż restauracji, ale z pomysłu się wycofał. Zabytkowy Ił jeszcze postoi.

Wymarzone Stany

- No nie! Kto to przestawił? - denerwuje się Tyberiusz Rajs, patrząc na plakat z koncertu "Blues Brothers". I odwraca Jake'a i Elwooda do góry nogami. To nawiązanie do sceny, w której niewidomy Ray Charles wiesza dokładnie taki sam plakat w swoim sklepie, też do góry nogami.

W łazience na kafelkach wymalowana markerem reklama koncertu - dokładnie taka sama, jak w filmie. Na ścianie tapeta z Jakiem i Elwoodem Blues, gdy grają koncert w knajpie country. Od wściekłych słuchaczy musiała odgradzać ich metalowa siatka. - Nawet myślałem, czy takiej samej siatki nie zamontować - zwierza się Tyberiusz. - Ale zrezygnowałem. To już chyba byłaby przesada.

Tyberiusz jest właścicielem Garage Hotel na obrzeżach Włocławka. Każdy pokój w jego hotelu ma inny wystrój. Mamy więc mroczny pokój a la "Grindhouse: Death Proof", gdzie niebawem pojawi się biurko zrobione z karoserii hondy civic. Takiej, jaką jeździły w filmie dziewczyny, które kaskader Mike pozbawił życia. Mamy pokój Jamesa Bonda, Bonnie i Clyde'a, pokój motocyklowy ze stołem zrobionym na silniku junaka i pokój stylizowany na warsztat samochodowy.

Na parterze zamówimy drinka przy barze z karoserii samochodu dostawczego marki Żuk i zjemy hamburgera, siadając na fotelach z obudowy cadillaca lub trabanta. Są też stoliki stylizowane na amerykańskie bary przydrożne, wielka flaga USA, zdjęcia amerykańskich miast, samochodowe drzwi i tablice rejestracyjne. Nawet wchodząc do ubikacji, otwieramy drzwi od nyski. A na zewnętrznej ścianie hotelu przymocowany jest zabytkowy ford. Takim z kolei jeździł Kevin Costner jako Butch w ,"Doskonałym świecie".


W Garage Hotel są stoliki stylizowane na amerykańskie bary przydrożne (fot. Bartosz Józefiak)

Tyberiusz zajmował się kiedyś handlem elektryką. I snuł marzenia o lokalu, który miał połączyć jego dwie miłości: hollywoodzkie filmy i amerykańskie samochody. - Od małego z tatą grzebałem w garażu. Miałem pierwszy w historii zabytkowy samochód zarejestrowany we Włocławku: corvettę z 69 roku. Jeździłem też cadillakiem. Sporo tego było - wspomina.

Elementy wystroju restauracji kompletował przez osiem lat. Szperał po aukcjach, kupował wszystko: a to szafę grającą z 39 roku, a to używane części czy stare samochody. Rzesza zaprzyjaźnionych blacharzy i tapicerów przygotowywała meble według jego projektu. - Kiedy architekt projektował budynek, zapytał: kto wam będzie robił wystrój? Odpowiedziałem, że ja, bo tylko ja wiem, co mam w garażu i co chcę mieć w restauracji. Siedziałem po nocach, szkicowałem, by blacharz dokładnie wiedział, jak dana część ma wyglądać - mówi Tyberiusz.

Tyberiusz nie może poświęcić mi nawet 15 minut, bo co chwilę odbiera telefony. Rozmawiamy przed świętami, więc dopina rezerwacje na sylwestra i wigilię. Dzwoni też ekipa remontowa, bo będą dobudowywać pokoje. - Mamy gości z Płocka, Łodzi, Gdańska. A także z USA, Australii, Nowej Zelandii, Brazylii. Przyciąga ich nie tylko wystrój. Także menu. Królują oczywiście hamburgery, ale mamy też zupę z krewetek z Nowego Orleanu czy zupę Elvisa Presleya - opowiada.

A mimo to przyznaje: gdyby miał wejść znowu w gastronomię, zastanowiłby się dwa razy. Teraz udało się zebrać fajny zespół, ale ile z tym było roboty. Rotacja w branży ogromna. - Był moment, że duży nacisk kładłem na szkolenia, ale to bez sensu. Co kogoś wyszkoliłem, to odchodził. Ludzie myślą, że robota w gastronomii jest prosta. Kalkulują: "Nie mam pomysłu na życie, to idę pracować jako kelner". A to jest ciężka praca. Kelner to zbitek wielu zawodów. Musi być elokwentny, inteligentny, znać języki, być dyspozycyjny, umieć zachować się w sytuacjach kryzysowych, bo goście są różni - wyjaśnia.

Wspomina klienta, który zrobił mu awanturę, bo dostał ziemniaki w kostkę krojone, a w karcie jak wół stało, że ziemniaki są w talarkach. Drugi wybrzydzał na sos barbecue. Kucharza kazał sobie zawołać, wystawił im jedynkę na Facebooku, mimo iż wszystko inne mu smakowało.


Wnętrze Garage Hotel (fot. Bartosz Józefiak)

Tyberiusz spełnił swoje marzenie o restauracji w hollywoodzko-samochodowym stylu. Ale ma jeszcze jedno: zwiedzić Stany. - Jak pojadę, to na pół roku. Wezmę samochód z wypożyczalni, albo najlepiej kupię. Lincolna continentala z '63. I tym lincolnem się przejadę po Stanach wzdłuż i wszerz. Będę się snuł po kraju, zaglądał w każde miejsce, spał w motelach. Powoli, bez pośpiechu. Na odwrót niż tutaj - opowiada rozmarzony.

Hobbiton

Wygląda jak chatka, z której za chwilę wyjdzie Bilbo Baggins. Pokryta mchem na lekko spadzistym dachu, z okrągłymi drewnianymi oknami. W środku też wszystko wskazuje, że jesteśmy w książce Tolkiena. Albo w babcinym domku. Drewniane wykończenie, świece, przyciemnione światło lamp. Do tego kominek, obrazy na ścianach, fotele. I stoisko z jedzeniem popakowanym w słoiki oraz wiejską kiełbasą. Pokoje dla gości noszą tu nazwy: Bukiet Róż, Spokojna Przystań, Złote Kłosy.

Do Austerii (czyli po staropolsku - do karczmy) zajechać niełatwo. Skrywa się w Rychnowie, przy starej drodze numer siedem pod Ostródą. Niedaleko jest zjazd na ekspresową "siódemkę". Wieczorem kilkanaście osób zasiadło tu do biesiady, która wygląda jak pracownicza wigilia. Poza tym ruch niewielki.


Austeria skrywa się w Rychnowie (fot. Bartosz Józefiak)

Austeria powstała w 2005 roku. - Od początku założyliśmy, że będziemy się odróżniać od typowych lokali wiejsko-góralskich - mówi Marta Narewska, menedżerka. Choć zamysł niby podobny - stworzyć staropolską karczmę. Ale wykonanie różne od typowych lokali z chłopskim jadłem. Właściciele spędzili sporo czasu na oglądaniu budowli z dawnych lat. Szukali w internecie, czytali książki, jeździli po starych wsiach i miasteczkach. Oglądali tradycyjne chaty. A potem wzięli się do projektowania. - Cała konstrukcja jest drewniana, korzystaliśmy z gliny, kamienia, naturalnych elementów. Dach robiliśmy osobiście. Sami projektowaliśmy i układaliśmy. Nikt nie potrafił zrobić tego tak, jak mieliśmy to w głowie - dodaje Narewska.

Przez lata restauracja i hotel rosły, przybywało kolejnych pokoi i sal. Sama restauracja była rozbudowywana cztery razy. - Robiliśmy okiennice w różnych kolorach, przemalowywaliśmy ściany metodą prób i błędów. Na początku w środku były zwykłe białe ściany z gliny, później poszliśmy w deski, później w deski malowane. Mamy tutaj wykończenie ze stuletniego drzewa, elementy ze starej stodoły, cegły  z rozbiórki. Robiliśmy wśród gości ankietę, co im się podoba - tak w menu, jak i we wnętrzu. Chcieliśmy stworzyć sielsko-rodzinny klimat - opowiada menedżerka. Właściciele na miesiąc zlikwidowali nawet... ceny. Goście płacili za dania tyle, ile uznali za stosowne. Eksperyment się udał, bo klienci nie skąpili grosza.

Koniunktura załamała się raz - po otworzeniu drogi ekspresowej. - Ale przygotowaliśmy się do tego. Zanim oddali do ruchu ekspresówkę, rozdawaliśmy gościom mapki - jak dojechać do nas z nowej "siódemki". Albo telefonicznie naprowadzaliśmy gości. Stopniowo się nauczyli.

Właściciele do współpracy poprosili lokalnych artystów. Właściwie artyści wprosili się sami.


Właściciele restauracji Austeria poprosili do współpracy lokalnych artystów (fot. Bartosz Józefiak)

- Witold Podgórski, malarz ze Stawigrudy, bardzo chciał nas poznać. Nasza restauracja przypadła mu do gustu. Sam zaproponował, że zostawi tu swoje obrazy. Dziś prace prezentuje w Paryżu, Londynie, we Włoszech. I w Rychnowie. A kiedy jest w Polsce, zajeżdża do naszej restauracji i tutaj maluje. Drugim twórcą jest proboszcz pobliskiej parafii. Maluje, pisze, rzeźbi. Twórczość wystawia w Austerii. Urządziliśmy mu tutaj pracownię. Gdy nie pracuje, pije u nas herbatę - opowiada menedżerka.

W okolicy restauracji było więcej. Choćby zaraz obok - knajpa, która istniała 10 lat przed Austerią. Karczma z gatunku typowych. Nie przetrwała po otworzeniu ekspresówki. Austeria ma się za to dobrze. Nic dziwnego. Kto nie chciałby zamieszkać choć przez chwilę w Hobbitonie?

Bartosz Józefiak. Mieszka w Łodzi. Pracował w gazetach lokalnych w Łodzi, Wrocławiu i Pabianicach, współpracuje z "Dużym Formatem" i "Tygodnikiem Powszechnym". Jest absolwentem Polskiej Szkoły Reportażu i swoją przyszłość wiąże właśnie z reportażem.

Patryk Domozych/Gazeta.pl
Patryk Domozych/Gazeta.pl

W niedzielę 20 stycznia chcemy dokończyć na Gazeta.pl brutalnie przerwany tydzień temu 27. finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Akcja będzie trwała na naszej stronie od godz. 8 do 20. Pokażemy trwające wciąż aukcje, opiszemy, jak wiele dobra Polacy w sobie mają i poprosimy Was o wpłaty na WOŚP. 

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (154)
Zaloguj się
  • dj.80

    Oceniono 88 razy 58

    Pan Andrzej niby kierowca ciężarówki, który kawał świata widział, a myślenie ma jak chłop spod Sierpca, co najdalej w życiu to do Plońska na ywrg się wybrał.
    Polska knajpa, to mają Polacy obsługiwać? Gratuluję podejścia. Nawet nie trzeba pytać, na kogo głosuje.

  • ferdynand_007

    Oceniono 49 razy 47

    To śmieszne nawiązanie do tego jako to chłopi dawniej jadali. Te stosy schaboszczaków, golonek, kiełbas, boczku, żeberek...:))))
    W zasadzie powinni podawać michę zimnioków i gar maślanki.

  • poziom1908

    Oceniono 38 razy 30

    "jadłospisie odwołuje się do polskiej, chłopskiej tradycji" - haha, na pewno. Chłopi nie żarli tyle mięsa ile teraz żrą Polacy. Płacimy i będziemy płacić za to choróbskami...

  • dante_waw

    Oceniono 31 razy 29

    Ale jest w Polsce i powinni go obsługiwać Polacy. Jego szef tak właśnie myśli. Osiem ciężarówek stoi na parkingu, nie ma komu jeździć, ale Ukraińców nie zatrudni. Tutaj, niestety, myślą inaczej. Póki co nie wpłynęło to na jakość usług, dzięki Bogu.

    Skoro taki z szefa patriota.. to moze zaplaci wiecej swoim rodakom i te 8 ciezarowek bedzie na siebie zarabiac... bo w tym kraju patriotyzm konczy sie w momencie kiedy trzeba zrezygnowac z nowego samochodu i zaplacic w terminie pensje swoim POLSKIM pracownikom...

  • medycynaradziecka

    Oceniono 31 razy 23

    Ale o co mu chodzi z tymi Ukraińcami? Ciężko pracują, płacą podatki... a Ukrainki są bardzo ładne.

  • zawadnik

    Oceniono 27 razy 19

    "umówmy się: kierowca tira nie będzie jadł sałatki" - wiadomo, przecież pcha własnoręcznie tego TiRa, siedzi w nieogrzewanej kabinie a podczas pauzy biega i ćwiczy pompki...

  • kamuimac

    Oceniono 23 razy 19

    Złota zasada jedzenia w tych miejscach to zawsze bierz kurczaka albo schabowego zresztą jak w większości polskich restauracji - inne mięsa zawsze są mrożone bo mało kto je zamawia i leżą w zamrażarce miesiącami.

  • frajtak

    Oceniono 27 razy 17

    "... Andrzej nic do Ukraińców nie ma, osiem lat jeździł po ich kraju. Ale jest w Polsce i powinni go obsługiwać Polacy..." Andrzej nie jest rasistą, ale.... ale ale ale.... hahaha uwielbiam owo asekuracyjne ale tłumaczące kiełbie we łbie.

  • jurii.sachar

    Oceniono 29 razy 17

    a najlepszy ten jego szef- ciężarówki stoją, ludzi nie ma, ale Ukraińców nie zatrudni.... niech firma splajtuje, ciężarówki zeżre rdza, ale on prawdziwy Polak... sam pewnie kasę na interes zarobił sprzątając kible na zachodzie

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX