Tomek i Anna Solska-Mackiewicz

Tomek i Anna Solska-Mackiewicz (fot. archiwum prywatne)

ludzie

"Małżeństwo Tomka przechodziło kryzys, moje również. Ku mojemu zdumieniu ten przepiękny człowiek natychmiast stał się częścią mnie"

Poznali się w momencie, gdy rozpadały się ich rodziny. - Byłam z mężem w separacji, ale jeszcze nierozwiedziona, więc wszyscy się oburzali. Tomek był żonaty, miał dwoje dzieci, nie chcieliśmy nikogo ranić, niszczyć - wspomina Ania Solska-Mackiewicz w książce "Czapkins. Historia Tomka Mackiewicza" Dominika Szczepańskiego.

Tomek poznaje Anię w czerwcu 2011 roku. Jest o rok od niego młodsza. Znajoma znajomego. Przyjeżdża do Stanisławowa na ognisko. - Kiedy się spotkaliśmy, obydwoje byliśmy strasznie poturbowani i poranieni, zaplątani w swoje życia, pogubieni. Oboje karaliśmy się za inność i nieprzystawalność - wspomina Ania. - Małżeństwo Tomka przechodziło kryzys, moje również. To był trudny czas. Miałam problemy finansowe, bo moje wydawnictwo tonęło w długach, a nieco wcześniej straciłam pracę w korporacji, którą podjęłam równolegle, by utrzymać rodzinę. Tomek zaczął się we mnie zakochiwać, a ja w nim. Ku mojemu zdumieniu ten przepiękny człowiek w tym trudnym momencie mojego życia, kiedy daleka byłam od poszukiwania miłości, wypełnił moją duszę. Dopełnił ją. Stał się częścią mnie niemal natychmiast.*

Jednocześnie - Ania podejrzewa, że robiłby to bez względu na swoje uczucia - Tomek jej pomaga. - Dopiero później zrozumiałam, że on po prostu taki był. Widział, że jestem sama, a kiedy zobaczył człowieka w potrzebie, chciał coś dla niego zrobić. Cokolwiek. Drobiazg: miałam stary samochód, Tomek zajrzał do dowodu, zobaczył, że nie ma przeglądu, zabrał auto, zrobił przegląd, naprawił lusterko, przygotował samochód do wyjazdu na wakacje.

Tomek Mackiewicz (fot. archiwum prywatne)
Tomek Mackiewicz (fot. archiwum prywatne)

- U nas w domu zawsze było dużo dzieci, wnuczek i wnucząt - Alicja Solska, mama Ani, wspomina pierwszą wizytę Tomka. - Przyjechał zabrać lodówkę dla Ani, przewieźć do wynajmowanego przez nią mieszkania. Nie wiedziałam, kto to jest, ale dzieci od razu wskoczyły mu do samochodu. Zaczęli się bawić. Tomek udawał, że sprzedaje im lody. Miałam z nim problem, bo od początku darzyłam go bardzo mocną sympatią, a z drugiej strony trudno mi było zaakceptować to, co działo się wtedy między nim i Anią.

Tomek, niby przypadkiem, jedzie serwisować maszty na Pomorze. Ania spędza tam wakacje u rodziny ze swoim synem Antkiem. - Gwałtownie stawał mi się bardzo bliski, nie potrafiłam nad tym zapanować. Próbowałam uciekać, dystansować się, a on wchodził w to jak we wszystko, jak w ogień. Jeżeli na czymś mu zależało, był tym owładnięty. Wymykają się w nocy, spotykają potajemnie. Tomek śpi w swoim vanie zaparkowanym na pobliskim polu. Rano widzi sarny. - Byliśmy jak nastolatki. Nie mogłam uwierzyć, co się właściwie dzieje. Każde z nas miało dzieci, byliśmy uwikłani w inne relacje. Ale nie potrafiłam nie podążyć za tym uczuciem. Tomek był jak kula ognia, zaskakujący, olśniewający. Patrzyłam na niego jak na człowieka, który mieści w sobie cały świat. Nic nie było z nim powtarzalne, nużące, a w głębi duszy mimo delikatności i chowania się w sobie uwielbiałam przygody. Nasza wzajemna fascynacja w mgnieniu oku stała się głęboką miłością. A raczej była nią od zawsze, zanim w ogóle mogło nam to przyjść do głowy. Wypełnił się tylko obraz, który od zawsze nosiliśmy w sobie.

Kolejnym razem Tomek zabiera ze sobą syna Maxa. W drodze nad morze bawi się z nim, jadąc zygzakiem po pustej szosie. Ktoś dzwoni po policję, bo myśli, że jest pijany. Przyjeżdża patrol. Tomek dmucha, jest trzeźwy, ale policjanci przyczepiają się do pękniętego lusterka. Zabierają mu dowód rejestracyjny. - Takich historii było wiele. Dużo jeździł, miał wiele samochodów, niektórych nie zdążał przerejestrować. Nie miał cierpliwości ani głowy dla tysiąca formalności. Mandatów często nie płacił, bo nie nadążały za nim. Przeprowadzaliśmy się często, władza nie wiedziała, gdzie go szukać. On sam za sobą nie nadążał - śmieje się Ania.

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

Spotkania Ani i Tomka są nie do ukrycia. - Dostawałam wiadomości od rodziny, że są zaczadzeni, nieprzytomnie zapatrzeni w siebie. Bałam się o córkę - wspomina Alicja Solska. Ania: - Byłam z mężem w separacji, ale jeszcze nierozwiedziona, więc wszyscy się oburzali. Tomek był żonaty, miał dwoje dzieci, nie chcieliśmy nikogo ranić, niszczyć. Zewsząd słyszy, że spotyka się z linoskoczkiem, włóczęgą, blacharzem, narkomanem. - Odrzucano nas, napiętnowano, nasza miłość stała się grzechem niewybaczalnym - wspomina Ania. - Czuliśmy się przygnieceni narzucanym z każdej strony poczuciem winy. A chcieliśmy tylko być blisko siebie. Dać sobie nadzieję. Czuliśmy się odpowiedzialni za bliskich, dzieci, za związki, mimo że się w nich nie układało. Ale łączył nas upór, by samemu decydować o sobie. Potrzebowaliśmy wolności. Tomek mnie ocalił, mam nadzieję, że ja jego też.

Nie wiedzą, co robić. Tym bardziej że jesienią Ania dowiaduje się, że jest w ciąży. Za kilka miesięcy jej i Tomkowi urodzi się dziecko. W grudniu szukają więc wspólnego mieszkania. Piszą do siebie:

Ania: "A dusza Twoja wolna, niezależna, nie szarpie się i nie woła, że tu dom, uwięzienie, przywiązanie do miejsca, materialne życie, poskładane, przewidywalne? Jakieś rzeczy, których trzeba pilnować, jakaś decyzja poważna i na lata?".
Tomek: "Ja chcę mieć dom, w którym będzie panowała miła i bezpieczna atmosfera, w którym będę czuł się dobrze i o który będę mógł dbać. I żeby dzieci czuły się w nim dobrze. Dlatego będę sobie raz na jakiś czas w góry jechał, bo tam się odnajduję. Mury tworzą więzienie".
Ania: "Mam taką nadzieję, że jakoś się będziemy uzupełniać w opiece nad dziećmi. Tak, żeby żadne z nas nie czuło się uwięzione i ograniczone w realizacji różnych planów i marzeń...".
Tomek: "Jasne, Anulko".
Ania: "A jak kiedyś, i jeżeli kiedyś, i jakoś, weźmiemy ślub, to na Islandii albo jakiejś północnej wyspie, albo w surowo-północnym krajobrazie. Względnie w górach, zależy, jak wysoko wejdę".

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

Ania wynajmuje mieszkanie przy ulicy Natolińskiej, Tomek u niej pomieszkuje, czasami zostawia swoją suczkę Rysię i jej dwoje szczeniąt. I zaraz się pakuje. Znów rusza na Nangę. Mama Ani przyjeżdża ich odwiedzić. - Był w nim ogromny spokój, harmonia, uważność - wspomina. - Zaskakujące, że tacy ludzie jeszcze istnieją, od dawna z niczym podobnym się nie zetknęłam. Wszyscy się spieszą, nie są w stanie skupić się na rozmowie, a Tomek potrafił. Opowiadałam mu o problemach z kolanem, a potem zaczęliśmy rozmawiać o odczuwaniu świata. To było bardzo dobre spotkanie. Był bardzo zainteresowany człowiekiem, a nie sobą.  Z zachwytem patrzy jak w kilkanaście sekund, prawie niepostrzeżenie, Tomek naprawia zepsuty kontakt.

Ania: - Wtedy jeszcze nasze życia były dość osobne. Tomek nie miał powodu, żeby przed wyjazdem na Nangę pytać mnie o zgodę, a ja mu jej nie musiałam udzielać. Zresztą nigdy tak nie było. Nie uważałam, że mam prawo jakichkolwiek zgód mu udzielać. Oboje mieliśmy głęboką potrzebę niezależności, własnej przestrzeni. Rozumiałam go, ale to i tak było dla mnie trudne. Smutno mi było. Tak zwyczajnie, gdy widziałam, jaki jest szczęśliwy, że tam jedzie. Że jego miłość musi być podzielona między mnie i góry. Ale nie obawiałam się zostać sama, mimo że byłam w ciąży. Lubiłam być sama, radzić sobie. Poza tym miałam blisko rodzinę.

Przed wyjazdem Ania daje Tomkowi naszyjnik, który wcześniej dostała od niego w prezencie. Rzemień i kawałek drewienka z przyczepionym bursztynem. Tomek kręci wisiorkiem jak wahadełkiem. Będzie dziewczynka - mówi. (...)

**

Przez pierwsze tygodnie [po powrocie z wyprawy na Nanga Parbat - przyp.red.] Tomek żyje wspomnieniami i emocjami z Himalajów. Robi też badanie - chce sprawdzić, czy wciąż ma HCV. To wirus, który wywołuje zapalenie wątroby typu C. Zaraził się nim wiele lat wcześniej, w czasach, kiedy ćpał. Jedzie po wyniki do szpitala, a potem szybko wraca do mieszkania na Mokotowie. Ani nie ma, spaceruje z wózkiem po parku Dreszera. Tomek biegnie do niej i do Zoi z kartką w ręce. - Anulka, jestem zdrowy! Nie mam już HCV! - krzyczy.

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

Kiedy Gruby, kierownik Monaru w Gaudynkach, usłyszał tę historię, był bardzo zaskoczony. - Jego organizm zgubił HCV samodzielnie. Znam tylko dwa takie przypadki - mówi. Tomek opowiada jej, że zanik HCV w jego krwi, właściwie bez regularnego leczenia, zmniejszającego ilość wirusa we krwi, wywołał zdumienie lekarzy. - Miał być nawet badany przez konsylium lekarzy, szukających skutecznego środka na całkowitą wyleczalność tego groźnego wirusa - wspomina Ania.

Ale potem Tomek czuje się coraz gorzej. - Trzy dni był w letargu - wspomina Alicja Solska, mama Ani. - Nie jadł prawie, pił tylko herbatki. Ale w końcu nagle zerwał się i błyskawicznie sprzątnął liście z całego naszego podwórka. Robił wszystko z niesamowitą energią i prędkością. Nie mogłam uwierzyć, że człowiek w tak złym stanie raptem odzyskuje siły i funkcjonuje na najszybszych obrotach, jakby nic się nie stało. Ania: - Po Nandze zawsze był kryzys, bo trzeba było wrócić do trudnej codzienności. Dzieci, pieniądze, kolejne przeprowadzki. Dusiliśmy się.

Tomek dużo czasu spędza z dziećmi. A kiedy są w szkole, zagrzebuje się w poduszki, czyta książki, przegląda zdjęcia z Pakistanu, ogląda filmy. - Czytał Lema, Wilka stepowego Hermanna Hessego, książki o Indiach, religiach Wschodu, o których mówił, że są bogate i pełne znaczeń - wspomina Ania. - Był zdania, że istnieje jedna, wielka ludzka duchowość, która została rozczłonkowana, zmanipulowana przez ludzi szukających w tym własnego interesu. Nienawidził opasłych księży, hierarchii w Kościele, obłudy. Dużo opowiadał o Śiwie, hinduskim bogu tworzenia i niszczenia. Wielokrotnie w jego opowieściach powracał obraz tańczącego Śiwy i zdanie, że każdy akt tworzenia zakłada zniszczenie. Czyta też książki Friedricha Nietzschego i wszystko, co może znaleźć o Wandzie Rutkiewicz.

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

Lubi kino akcji, niewymagające uwagi, ale ogląda też dokumenty. - Wracał do filmów Wernera Herzoga. Zwłaszcza "Krzyku kamienia", gdzie pokazana jest rywalizacja i show wspinaczkowego świata, i "Fitzcarraldo", w którym inżynier z Irlandii ma obsesję, by wybudować operę w peruwiańskiej dżungli. A więc robi coś na pozór idiotycznego. Ale jak się zastanowić, ma to głęboki sens.

Jednak jego ulubionym filmem jest "Into the Wild" na podstawie książki Jona Krakauera. Jego młody bohater ucieka na Alaskę, bo myśli, że w dziczy znajdzie szczęście. W końcu jednak dowiaduje się, że szczęście pojawia się dopiero wtedy, kiedy można się nim podzielić. - Pokazał mi ten film, kiedy wrócił z prelekcji z Krakowa. Pobity. Czekał w nocy na pociąg i komuś się to nie spodobało. Włączył "Into the Wild", żeby opowiedzieć o sobie, o tym, dlaczego ucieka od ludzi i nienawidzi miasta - wspomina Ania. (...)

***

W listopadzie 2012 roku, tak jak podczas wcześniejszych wypraw w Himalaje, Tomek załatwia sobie ubezpieczenie. Jeśli mu się coś stanie, Ania dostanie pieniądze. Przed wyprawą zostawia również pieniądze Joasi.

Marek Klonowski: - Kiedy zaczęliśmy jeździć na Nangę, obaj doskonale wiedzieliśmy, że nikt po nas nie przyjdzie. Jeśli będziesz wysoko i zwichniesz nogę, złamiesz rękę - kaplica. To było piękne, kosmiczne, samodzielne. Ale jednocześnie musieliśmy odsuwać od siebie myśl, że to również straszne i ryzykanckie. Uzmysławiasz to sobie dopiero wtedy, gdy zagrożenie jest blisko albo coś się stanie. Wcześniej takie myśli trzyma się z daleka od głowy.

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

W tym czasie pisze też do Ani: "Jest moje serce dla ciebie. I choć wiele się uczę, jak żyć, to z Tobą jakoś łatwiej i chce się. A Twoja kara to nie, że ja odejdę, zniknę, umrę. To raczej, że ze mną, z waryjatem trudno wytrzymać, bo u mnie pomysłów w głowie niezliczona ilość". - Nigdy nie lubiłam standardowego związku, w którym są schematyczne oczekiwania wobec siebie, na ogół przypisywanie płci - mówi Ania. - Strasznie mnie nudziło wywieranie presji, że życie ma wyglądać tak, a nie inaczej, że trzeba wypełniać z góry umówione role. Codzienność także mnie rozczarowywała, choć byłam bardziej wytrwała niż Tomek, lepiej znosiłam przeciwności i rutynę. Ale ceniłam sobie wolność. Rozumiałam więc i akceptowałam potrzebę Tomka, który chciał się twórczo spełnić. Żal mi tylko było, że sama nie słyszałam tak głośnego głosu jak on. Że nie umiałam dać się porwać tak jak on. Była więc to sytuacja nierównowagi, ale trudno byłoby mi winić Tomka za to, że nie mam tak silnej pasji jak on albo że to on jest pełen ognia.

Pod koniec roku przeprowadzają się 20 kilometrów od Warszawy. W Zalesinku wynajmują dom. Jest w stanie surowym, ale Tomek już widzi, jak powinien wyglądać, żeby było im tu dobrze. Ożywia się, zaczyna zwozić narzędzia, urządza warsztat. Kolejny raz zaczyna od nowa. Tym razem z Anią. - W mgnieniu oka, sprawnie, idealnie wszystko doprowadzał do porządku. Niesamowite to było. Ogień, błysk, talent - wspomina Alicja Solska, która pomagała im w przeprowadzce. - Albo leżał, albo działał. Stanie, siedzenie było dla niego nienaturalne - opowiada Ania. - Był w głębokim dole albo tym ogniem starał się z tego doła wygrzebać. Wiele lat walczyłyśmy o to, żeby Tomek zaczął się konsekwentnie leczyć z tych huśtawek, żeby odczuł ulgę, przestał cierpieć.

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

Ania i Alicja namawiają Tomka, by zadzwonił do znajomego psychiatry. Ten przepisuje Tomkowi mocne leki antydepresyjne. - Po wizycie spotkaliśmy się w Arkadii - wspomina Ania. - Przyszedł radosny, uśmiechnięty, "będzie dobrze, Anulka, hopla, załatwione!". Strasznie się ucieszyłam, że jest taki uśmiechnięty, tryskający energią. Zaczął brać leki, ale później przestał. Mówił, że nie będzie ich przyjmował, bo działają tak, jakby odzierały człowieka z nadwrażliwości, co to za świat, w którym wrażliwość jest traktowana jak choroba. Potem mijały dwa, trzy tygodnie i jednak wracał do leków. Nic u niego nie mogło być regularne. Było lepiej, później gorzej i wtedy mówił, że nie będzie się leczył, że to ściema koncernów farmaceutycznych, że syf, wlepianie ludziom leków, byle nie odczuwali tego świata tak głęboko, jak powinni. Było w nim tyle bólu... Taki paradoks. Z jednej strony miał ogromną chęć cieszenia się życiem, potrzebę doznań. On naprawdę doświadczał, nie musiał jeździć w góry, by czuć się szczęśliwym. Miał ogród, pracę, każdy dzień był dla niego kolejną przygodą...A z drugiej strony tak strasznie cierpiał.

- Z niedostosowania, odrzucenia - tłumaczy mama Ani. - Zabijały go problemy materialne, ta nieustanna walka o przetrwanie. O pieniądze, pieniądze, pieniądze... 

Ania: - Bolało go, że człowiek musi zaharowywać się niemal na śmierć, rezygnować z życia, żeby zapewnić sobie i bliskim coś tak elementarnego jak kawałek schronienia. On zawsze mówił: "Anulka, przecież to jest tylko parę cegieł. Kredyty, ziemia, czy to musi cię kosztować całe, kurwa, życie, żeby mieć dom? A gdybym ja chciał w lesie zamieszkać? Nie wolno. Więc gdzie jest ta wolność? Wykopałbym sobie dziurę w ziemi i tam zamieszkał. Ale nawet tego nie wolno, bo wyrzucą".

Książka 'Czapkins. Historia Tomka Mackiewicza' ukaże się się nakładem Wydawnictwa Agora (mat. prasowe)
Książka 'Czapkins. Historia Tomka Mackiewicza' ukaże się się nakładem Wydawnictwa Agora (mat. prasowe)

*Fragmenty książki "Czapkins. Historia Tomka Mackiewicza" Dominika Szczepańskiego (Wydawnictwo Agora). Możecie ją kupić w Publio.pl >>>

Z okazji premiery książki 23 stycznia w Agorze (ul. Czerska 8/10 w Warszawie) w ramach Centrum Premier odbędzie się spotkanie z udziałem autora książki Dominika Szczepańskiego, Anny Solskiej-Mackiewicz oraz przyjaciół i rodziny Tomka >>> 

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Dominik Szczepański. Dziennikarz, przez ostatnie lata związany z "Gazetą Wyborczą". Jego wywiady i reportaże były publikowane w "Dużym Formacie", "Magazynie Świątecznym", "Wysokich Obcasach", "National Geographic Traveler". Autor i współautor książek "Na oceanie nie ma ciszy. Biografia Aleksandra Dobry, który przepłynął Atlantyk kajakiem" (Wydawnictwo Agora, 2015), "Nanga Parbat. Śnieg, kłamstwa i góra do wyzwolenia" (Wydawnictwo Agora, 2016), "Spod zamarzniętych powiek" (Wydawnictwo Agora, 2017) - biografii Adama Bieleckiego. Z bazy pod Nanga Parbat relacjonował pierwsze zimowe wejście na szczyt. Członek trzech wypraw eksploracyjnych do Parku Narodowego Chiribiquete w Kolumbii, gdzie szukał nieodkrytych jeszcze malowideł naskalnych - wyprawa została nominowana do nagrody Travelera "National Geographic".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (304)
Zaloguj się
  • ebom

    Oceniono 44 razy 26

    Ehh, romantyk. Dobrze się o takich czyta, ale nie wyobrażam sobie mieć kogoś tak zaabsorbowanego tylko sobą w moim życiu. Jasne, ich życie, ich wybory. Tylko jakoś nie mogę sie oprzeć wrażeniu, że po drodze niejedna osoba została skrzywdzona. Romantycy tak już mają.

  • john_yossarian

    Oceniono 40 razy 22

    Wszystko pięknie, tylko ciekawe jak wygląda wersja ich byłych partnerów?

  • wesslingharald

    Oceniono 42 razy 18

    "Nie wiedziałam, kto to jest, ale dzieci od razu wskoczyły mu do samochodu. Zaczęli się bawić. Tomek udawał, że sprzedaje im lody" No sielanka. Wzruszyłem się. A co robiły w tym czasie jego własne dzieci? :/

  • mmmucha

    Oceniono 39 razy 17

    Dla mnie jest bohaterem za to, ze wyszedł z nałogu. Reszty nie ma co oceniać, moze był kochającym ojcem, mężem, wiernym? Nie ma ludzi idealnych.

  • white_lake

    Oceniono 36 razy 16

    pieniądze, pieniądze...
    jak na faceta bez kasy, miał dość kosztowne hobby

  • prawyczerwcowy

    Oceniono 35 razy 15

    Wszystko pięknie ale z czego utrzymywał rodzinę i płacił alimenty?

  • kzet69

    Oceniono 51 razy 15

    Kompletnie nieodpowiedzialny facet, skrajny egoista, wieczny Piotruś Pan, tylko tych dzieci co napłodził szkoda...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX