Podróżni na Dworcu Centralnym

Podróżni na Dworcu Centralnym (fot: Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)

społeczeństwo

Wyjadą z Polski? A może czekają, aż w naszych urzędach będzie mniej biurokracji? Spytaliśmy Ukraińców o ich plany

Na kartę pobytu czekałem dziewięć miesięcy. Otrzymanie pobytu stałego jest bardzo trudne - mówi Sergiej Yakovenko, który w Polsce mieszka już blisko pięć lat. - Może polski rząd nie jest już zainteresowany tym, aby przyjeżdżali tu Ukraińcy? - pyta.

Kiedy Serhii Chernik z żoną Oleną i dziećmi wysiedli trzy lata temu z autobusu w Warszawie na Dworcu Zachodnim, nikt na nich nie czekał. Człowiek, który miał im naraić pracę, zadzwonił i powiedział, że roboty nie ma. - Musieliśmy sobie radzić - wspomina Serhii.

Na początku zatrzymali się u znajomej w podwarszawskiej Zielonce. Po kilku dniach Olena zatrudniła się jako sprzątaczka. - Ja nie mogłem nic znaleźć. W końcu dostałem informację, że jest praca w fabryce pod Opolem, przy składaniu foteli samochodowych. Nie wahałem się, bo kończyły się nam pieniądze - opowiada.

Serhii na Ukrainie skończył prawo i był kierownikiem działu windykacyjnego w banku w obwodach donieckim i ługańskim. Niemiecki rząd, który podjął niedawno decyzję o obniżeniu barier dla imigracji pracowników spoza UE do Niemiec, dla takich osób jak Serhii nieco uchylił drzwi do swojego rynku pracy, ale szeroko ich nie otworzył. Czeka na ludzi wykształconych, ze znajomością języka, którzy będą w stanie samodzielnie się utrzymać. W dodatku ustawa, która da im prawo pobytu w Niemczech, wejdzie w życie nie od razu, ale od 1 stycznia 2020 roku.

11.10.2016 r. Gdańsk, Pomorski Urząd Wojewódzki. Kolejka do Oddziału ds. Cudzoziemców. (fot. Jan Rusek / Agencja Gazeta)
11.10.2016 r. Gdańsk, Pomorski Urząd Wojewódzki. Kolejka do Oddziału ds. Cudzoziemców. (fot. Jan Rusek / Agencja Gazeta)

Serhii nie mógł czekać. Musiał z rodzinnych stron uciekać przed wojną. - Na początku wyjechaliśmy do miasta Myrnohrad [dawniej Dymytrow - przyp. red.], które leży 80 kilometrów od Doniecka. O pracy nie było nawet mowy, wiec wyjechaliśmy do Kijowa. Tam, gdy tylko słyszano, że jesteśmy z Doniecka, cena najmu rosła dwukrotnie. Dach nad głową udało nam się znaleźć dopiero w mieście Czerkasy, blisko 200 kilometrów od Kijowa, ale i tam z pracą było ciężko. Żona  zatrudniła się  w sklepie, a ja na budowie. Pensje były tak niskie, że trudno było nam się z nich utrzymać, szczególnie że hrywna z dnia na dzień traciła na wartości. Dlatego zdecydowaliśmy się wyjechać do Polski - opowiada.

Dziś mieszka z żoną i dwójką dzieci we Wrocławiu. Ona pracuje jako kosmetyczka, a on ma biurową pracę w firmie zajmującej się hurtową sprzedażą kabin prysznicowych. Odpowiada za sprawy administracyjne. - Załatwiam formalności w urzędach, wprowadzam do systemu faktury, WZ-tki - wymienia i mówi, że jest zadowolony, bo ma stałą umowę i dobre zarobki.

W Polsce czuje się jak u siebie, dlatego chce tu zostać na stałe. - Mam dobrą pracę. Dzieci chodzą do szkoły. Żyje się tu spokojniej niż na Ukrainie. Każdy ma swoje życie. Ludzie nie są tacy zawistni - mówi Serhii Chernik i dodaje, że nie rozważa nawet powrotu na Ukrainę. - Nawet nie mam gdzie wracać. Obok mojego domu spadła bomba. Wybuch uszkodził budynek. Powybijał okna. Zerwał kawał dachu. To, co w środku, rozkradziono.

W Polsce skończył już jedną szkołę policealną i zyskał dyplom technika masażysty, a teraz uczy się w drugiej. - Na Ukrainie skończyłem prawo, ale nostryfikacja dyplomu w Polsce jest bardzo trudna i kosztowna. Mnie na to nie stać. Chcę zrobić dyplom technika księgowości, aby lepiej poznać polskie przepisy. Będzie mi łatwiej w pracy. Może w przyszłości będę mógł pomagać Ukraińcom, którzy przyjeżdżają do Polski i chcą założyć własną działalność - opowiada.

Pół miliona w rok

Serhii Chernik jest jednym z 1,5 miliona Ukraińców, którzy pracują nad Wisłą. Choć tak dokładnie nikt nie wie, ilu ich jest - NBP szacuje liczbę pracowników ze Wschodu na 900 tysięcy. Dwie trzecie z nich pracuje poniżej swoich kwalifikacji.

Tylko dzięki ich obecności polscy przedsiębiorcy próbują łatać dziurę kadrową. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że pod koniec drugiego kwartału tego roku liczba wakatów przekroczyła 164 tysiące. Kiedy pojawiły się pierwsze informacje, że niemiecki rynek pracy może lada chwila otworzyć się na pracowników spoza UE, specjaliści zaczęli wieszczyć, że polskich pracodawców czekają problemy, bo ukraińscy pracownicy ruszą za naszą zachodnią granicę.

Z raportu firmy Work Service, która zajmuje się m.in. rekrutacją pracowników w Polsce i 20 krajach Europy, w tym Środkowo-Wschodniej, wynika, że aż 59 procent badanych Ukraińców deklaruje, że opuści nasz kraj. Ostrożne scenariusze zakładają, że w ciągu jednego roku wyjechałoby z naszego kraju minimum 500 tysięcy pracowników ze Wschodu.

- Odpływ dużej liczby pracowników doprowadziłby do pogłębienia istniejącego już obecnie problemu niedoboru rąk do pracy. Firmy miałyby coraz większe opóźnienia w realizacji zamówień, część prowadzonych prac budowlanych musiałaby zostać wstrzymana, a klienci handlu czy usług musieliby coraz częściej stać w coraz dłuższych kolejkach. Skoro mniej się wytwarza, wpływa to ujemnie na tempo wzrostu gospodarczego. Jeszcze bardziej przyspiesza wzrost płac, ale również i cen. Powoduje to osłabienie konkurencyjności eksportu oraz popytu na rynku krajowym. W efekcie sytuacja firm się pogarsza i muszą ograniczać produkcję i zatrudnienie. Innymi słowy, ewentualny odpływ znacznej liczby ukraińskich pracowników z Polski do Niemiec przyspieszyłby nadejście momentu, w którym polska gospodarka uległaby przegrzaniu - tłumaczy Łukasz  Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich. 

Jaką odpowiedź na te obawy ma Serhii Chernik? - Zostaniemy w Polsce, bo mamy tu wszystko, co trzeba. Ale od wielu moich znajomych z Ukrainy słyszę, że na pewno wyjadą, gdy tylko będą mogli podjąć pracę w Niemczech i formalności nie będą tak skomplikowane i czasochłonne jak w Polsce - mówi.

2016 r. Ukraińcy oszukani przez polskiego pracodawcę (fot. Łukasz Antczak / Agencja Gazeta)
2016 r. Ukraińcy oszukani przez polskiego pracodawcę (fot. Łukasz Antczak / Agencja Gazeta)

Kto wyjedzie, kto zostanie?

Polska biurokracja nie podoba się też Sergiejowi Yakovence, który w Polsce mieszka już od blisko pięciu lat. - Na kartę pobytu czekałem dziewięć miesięcy. Otrzymanie pobytu stałego jest bardzo trudne - mówi i dodaje, że polskie procedury imigracyjne nie zachęcają do przyjazdu. - Może polski rząd nie jest już zainteresowany tym, aby przyjeżdżali tu Ukraińcy? Wiem od znajomych, że formalności np. w Czechach są dużo łatwiejsze. Tam na kartę pobytu czeka się dwa tygodnie.

Sergiej stara się o polskie obywatelstwo. Zrobił certyfikat z języka polskiego. - Polska to mój dom. Chcę tu żyć i zostać na stałe, ale jeśli nie dostanę obywatelstwa, to wyjadę, bo nie chcę całe życie czuć się obcy - mówi Sergiej i wspomina, jak pewnego razu starał się o pracę kierownika sali w restauracji. -  Na Ukrainie byłem nauczycielem, ale zarobki były tak niskie, że bardziej opłacało się pracować jako kelner. Miałem doświadczenie, więc w Polsce też chciałem się zatrudnić w tej branży. Poszedłem na rozmowę kwalifikacyjną. Wypadłem bardzo dobrze i właścicielka knajpy zamierzała podpisać ze mną umowę. Powiedziała, abym dał jej dowód osobisty. Dałem ukraiński paszport i wtedy zmieniła zdanie. Wrzeszczała, że mogłem od razu powiedzieć, że jestem Ukraińcem. I że w tej sytuacji to może co najwyżej zatrudnić mnie na kelnera za 8 złotych na godzinę. Zrezygnowałem.

Jego doświadczenia na polskim rynku pracy od początku nie były łatwe. Najpierw trafił do zakładu, gdzie zajmował się pakowaniem mrożonek i lodów. - Praca była bardzo ciężka, bo tempo szybkie, a na hali strasznie zimno. Zmiana trwała 12 godzin. Albo od szóstej rano do szóstej wieczorem, albo od szóstej wieczór do szóstej rano. Wolna była tylko niedziela - wspomina i dodaje, że w takich warunkach przepracował pięć miesięcy. - Za ostatni miesiąc oczywiście nam nie zapłacili - dodaje.

Kelner w restauracji (fot: Agencja Gazeta)
Kelner w restauracji (fot: Agencja Gazeta)

2011 r. Drób w chłodni (fot: Michał Lepecki / Agencja Gazeta)
2011 r. Drób w chłodni (fot: Michał Lepecki / Agencja Gazeta)

Nie lepiej było w drugim miejscu pracy Sergieja. Trafił do zakładu przetwórstwa drobiu. Jego praca polegała na pakowaniu całych kurczaków, gęsi i kaczek do próżniowych worków. - Zmiana trwała 18 a czasem 20 godzin. Dłonie miałem cały czas zmarznięte, bo kurczaki były zamrożone, a trzeba było ułożyć je w worku tak, aby w sklepie wyglądały pięknie. Niestety, od tego zimna puchły dłonie. Ból niesamowity - wspomina.

Od 1,5 roku Sergiej pracuje na stacji paliw w Kępnie. Jest kierownikiem zmiany. Zajmuje się obsługą klientów i dba, aby na stacji był porządek. Mówi, że praca i zarobki mu się podobają. - Nie mogę narzekać. Wynajmuję mieszkanie, spłacam kredyt za samochód, ratę za telefon, płacę rachunki, nie oszczędzam na jedzeniu, a jeszcze mogę odłożyć - mówi Sergiej Yakovenko i dodaje, że o takich warunkach życia na Ukrainie mógłby tylko pomarzyć. - Mój ojciec pracuje od lat na dwóch etatach. Chodzi z pracy do pracy, a ledwo wystarcza mu na utrzymanie.

Sergiej marzył o samochodzie. Miał wyjechać tylko na kilka miesięcy, może rok, aby na niego zarobić i wrócić. - Po pół roku zobaczyłem, że poziom życia w Polsce jest dużo wyższy niż na Ukrainie. Zdecydowałem, że zostanę, a kilka miesięcy później miałem już wymarzone auto. A teraz mam już kolejne - opowiada. 

Nie myśli o wyjeździe do Niemiec, bo kilku jego znajomych wyjechało do nielegalnej pracy za zachodnią granicę i żałowało. - Znajomy pojechał na trzy miesiące. Płacili mu tylko 4 euro za godzinę, a z tych pieniędzy musiał jeszcze zapłacić za nocleg w kilkuosobowym pokoju i jedzenie. Niewiele zaoszczędził i wrócił po dwóch miesiącach - opowiada.

Siergiej uważa, że najlepsze w Polsce jest to, że wszyscy są tu traktowani sprawiedliwie. - Na Ukrainie wszystko można załatwić, jak ma się pieniądze. W Polsce nie spotkałem się z tym, żeby ktoś chciał ode mnie łapówkę. Kiedyś na Ukrainie mojej siostrze skradziono telefon. Złodzieje oddali go do lombardu, gdzie pracowała nasza znajoma. Mieliśmy ich dane osobowe, a telefon się zgadzał. Poszliśmy więc na policję. I co? Powiedzieli nam: skoro to wasz telefon, to go odkupcie i po kłopocie. Nawet nie chcieli ścigać złodziei. W Polsce to nie do pomyślenia. Tu jest inaczej, bo prawo jest takie same dla wszystkich i każdy może liczyć na pomoc, niezależnie kim jest - dodaje.

Hanna Popruha (fot: archiwum prywatne)
Hanna Popruha (fot: archiwum prywatne)

Większe możliwości

W Polsce na stałe chce zostać też Hanna Papruha, studentka IV roku grafiki oraz przewodnicząca samorządu studenckiego Wydziału Artystycznego na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. - Na Ukrainie student jest na samym dnie hierarchii, a wykładowca to bóg i car w jednym. W Polsce wykładowca też jest oceniany, a to pozwala utrzymywać równowagę i partnerskie stosunki - mówi Hanna Papruha i dodaje, że studia w Polsce dają wiele możliwości. - Jeśli masz inicjatywę, dobry pomysł, np. chcesz zorganizować wystawę swoich prac, to możesz to zrealizować. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce pomóc. Na Ukrainie mam wielu utalentowanych przyjaciół, ale oni mają związane ręce i muszą mocno się wysilić, aby odnaleźć się na rynku pracy - dodaje.

Hanna Papruha po studiach planuje robić doktorat. - A jeśli się nie uda, to dla osób po moim kierunku studiów możliwości znalezienia pracy są duże - tłumaczy. Dlatego nie wybiera się ani na Ukrainę, ani do Niemiec. - Mam tu wielu przyjaciół. Dla mnie ważna jest ta słowiańska mentalność, wspólne poczucie humoru i wspólna warstwa kulturowa. W innym kraju byłoby mi trudniej się odnaleźć i dogadać. Tak myśli większość moich znajomych. 

O wyjeździe z Polski do Niemiec, choć nie na stałe, myśli za to Ola Otkidach. Na Ukrainie mieszkała w miejscowości Antracyt w obwodzie ługańskim, a obecnie od ponad dwóch lat mieszka w Warszawie. Tu uczy się na studiach magisterskich na kierunku finanse i rachunkowość. Pracuje też w biurze rachunkowym na stanowisku księgowej. - Planuję wjechać do Niemiec, kiedy będzie to legalne, a formalności będą łatwiejsze, aby nauczyć się języka i zdobyć doświadczenie zawodowe - mówi Ola i dodaje, że o wyjeździe do Niemiec myślą również jej znajomi ze studiów.

Deklaracje to jedno, ale podjęcie takiej decyzji wcale nie jest łatwe. W czasie pracy nad artykułem o plany dotyczące ewentualnego wyjazdu zapytaliśmy ponad 30 osób. Tylko Ola była pewna, że skorzysta z takiej możliwości, kiedy się ona pojawi.

23.05.2018 Wrocław, ul. Ruska. Centrum Ukraińskiej Kultury i Rozwoju. 'Targi Pracy dla migrantów', pierwsze w Polsce targi pracy dla cudzoziemców (fot . Krzysztof Cwik / Agencja Gazeta)
23.05.2018 Wrocław, ul. Ruska. Centrum Ukraińskiej Kultury i Rozwoju. 'Targi Pracy dla migrantów', pierwsze w Polsce targi pracy dla cudzoziemców (fot . Krzysztof Cwik / Agencja Gazeta)

Trzeba zmienić politykę

Żeby jednak deklaracje nie stały się planami, Polska powinna zmienić przepisy dotyczące pracujących u nas obcokrajowców. - Podjęcie decyzji o przeniesieniu się do innego kraju niż Polska ułatwia pracownikom z zagranicy fakt, iż zdecydowana większość z nich ma prawo do legalnego podejmowania pracy jedynie przez sześć miesięcy w ciągu roku. Po wygaśnięciu tego okresu wyjazd do innego miejsca wydaje się logicznym krokiem, skoro i tak ta osoba jest pozbawiona możliwości dalszego legalnego przebywania i pracowania w naszym kraju - twierdzi Łukasz Kozłowski.

Krzysztof Inglot, prezes zarządu Personnel Service, firmy, która pośredniczy w zatrudnianiu cudzoziemców, w tym Ukraińców, w Polsce, mówi: - Rząd powinien zmienić politykę migracyjną. Oczekują tego zarówno firmy, jak i ukraińscy pracownicy. I dodaje, że z danych firmy wynika, że 73 procent naszych wschodnich sąsiadów [w badaniu wzięło udział 400 Ukraińców - przyp. red.] chciałoby w Polsce pracować dłużej niż pół roku. - Wydłużenia okresu legalnej pracy chce też 66 procent badanych polskich pracodawców - mówi.

Również Paweł Wolniewicz, kierownik operacyjny ds. cudzoziemców w Work Service, zauważa, że Czechy i Słowacja szybko zmieniły swoje polityki zatrudniania cudzoziemców, bo takie były oczekiwania i migrantów, i pracodawców. Dziś na przykład na długookresowe pozwolenie na pracę czeka się w Czechach już nie ponad rok, jak kiedyś, ale sześć miesięcy, a czas ten może jeszcze ulec skróceniu. - W Polsce powstała nowelizacja ustawy, która bezpośrednio dotyczy cudzoziemców, ale, niestety, nie słyszy się, aby prace nad nią były kontynuowane. Ograniczony przepisami sześciomiesięczny okres zatrudnienia to bardzo mało czasu dla pracodawcy, aby wdrożyć pracownika w obowiązki. To także spore wyzwanie dla samego pracownika, aby na obczyźnie w dość krótkim czasie nauczyć się nowych zadań. A kiedy już zdobędzie nowe kompetencje, musi wyjechać. Przedłużenie legalizacji pobytu i pracy staje się coraz trudniejsze przez długie procesy biurokratyczne, do tego liczba wniosków dynamicznie rośnie. Kiedy cudzoziemiec nie może kontynuować wykonywania pracy w Polsce, coraz częściej podejmuje decyzję o migracji do Czech czy Słowacji - mówi Wolniewicz.

Podróżny na przystanku PKS w Krakowie (fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta)
Podróżny na przystanku PKS w Krakowie (fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta)

Czy to Czechy i Słowacja staną się autentyczną konkurencją dla Polski do tego stopnia, że odczuje to nasza gospodarka? Czas pokaże. Ale - tu specjaliści są zgodni - nie możemy biernie czekać na to, aż ukraińscy pracownicy zdecydują o wyjeździe z Polski. - Jeżeli władza nie podejmie wysiłków na rzecz wzrostu aktywności zawodowej Polaków i Polek oraz nie zachęci migrantów z innych krajów do pracy w Polsce, może dojść do spowolnienia gospodarczego, a w dłuższej perspektywie nawet recesji - ostrzega Piotr Szumlewicz, ekspert rynku pracy i przewodniczący mazowieckich struktur OPZZ.

Marek Szymaniak - dziennikarz i reporter. Jest dwukrotnym finalistą konkursu stypendialnego Fundacji "Herodot" im. Ryszarda Kapuścińskiego oraz dwukrotnym finalistą Nagrody "Newsweeka" im. Teresy Torańskiej. W czerwcu 2018 roku nakładem Wydawnictwa Czarne ukazała się jego debiutancka książka "Urobieni. Reportaże o pracy".

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (125)
Zaloguj się
  • kochomfranka

    Oceniono 21 razy 17

    Syckim wom godon, ze jesli Ukraince godajo, ze jak nie dostano polskiego obywatelstwa to wyjado, to znocy, ze wyjado jak dostano. Wim co godom, bo znom ich wiela.

  • neko_gd

    Oceniono 63 razy 15

    Ojej, ojej ileż to "katastrof" nastanie jak Ukraińcy zaczną z Polski wyjeżdżać .Bzdura !
    Cały paradoks polega na tym ,że ton całej sprawie ,nadają ci przedsiębiorcy ,którzy cały swój profil biznesowy oparli na tanim pracowniku ze Wschodu .A to są ci sami przedsiębiorcy ,którzy od lat jęczeli jaka to zgroza i załamanie dla gospodarki ,gdy na tapecie pojawiał się temat podniesienia pensji minimalnej ! Ci sami .

    Ja wręcz mocno i zawzięcie ,czekam ,niech zaczną wyjeżdżać ,znikać z przestrzeni publicznej: jest ich zwyczajnie za dużo już .Niech brak "tanich" Ukraińców ,przypomni polskim przedsiębiorcom ,że biznes nie polega tylko na oszczędzaniu ile się da na pracownikach .
    Niech wybierają Czechy ,Słowację ,Niemcy itd.. A niech im na zdrowie .
    Na horyzoncie już mamy rewolucję w robotyce i AI .

  • kieszonkowiec12

    Oceniono 19 razy 11

    Nie rozumiem mentalności Niemców.Od Ukraińców oczekują konkretnych umiejętności, znajomości języka i tego, że utrzymają się sami. Natomiast masowo, tysiącami przyjmują Arabów, Azjatów i Afrykanów, bo to "uchodźcy". .Bez dokumentów, terroryści, szemrane towarzystwo może liczyć na lata pobytu w obozie, zasiłki za nic, nie uczą się języka, o pracy nie wspominając. Ukraińcy to jednak biali, z dokumentami, nie gwałcą kobiet, bo wyposzczeni, a tylko "uchyla im się drzwi" do pracy w Niemczech..Zrozum tu Niemiaszka.

  • mojamagna

    Oceniono 16 razy 10

    Wyjazd do 60% spośród 400 tysięcy Ukraińców pracujących w Polsce legalnie i opłacających ZUS miał co najmniej wywrócić polską gospodarkę, spowodować zapaść niemalże we wszystkich dziedzinach życia oraz przyczynić się do katastrofalnych ubytków w PKB. Atmosfera strachu, przestrogi" ekspertów" były tak groteskowe, że można podejrzewać, że była to profesjonalnie przeprowadzona akcja lobbystyczna agencji żerujących na imporcie i późniejszej eksploatacji niewolniczej siły roboczej. Albo te wszystkie artykuły pisały zwykłe trolle Putina zainteresowane sianiem zamętu w Polsce. Smutne jest, że wyjazd 3 milionów Polaków z kraju nie powoduje choćby ćwierci emocji i zainteresowania jakie wywołał hipotetyczny wyjazd z Polski do 60% Ukraińców. Ukraińców, spośród których 400 tysięcy opłaca ZUS. Dlaczego reszta nie opłaca, eksperci z różnorakich agencji zatrudnienia nawet nie raczą spróbować wyjaśnić.

  • agnieszka173

    Oceniono 15 razy 9

    Z jakiej racji mamy rozdawać Polskie obywatelstwo????!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!Tylko dlatego że ktoś przyjeżdża za pracą i tak przyjadą bo u nich pracy nie ma, nie rozumiem z jakiej racji ukraińcy wogle się o to upominają - mają podejście na zasadzie wszystko nam się należy od Polski, poza tym wiadomo że jak dostaną obywatelstwo to zaraz pojadą do strefy euro i Polskę będą mieli głęboko w d....ie

  • Robert Borgart

    Oceniono 10 razy 8

    Wy się martwicie o Ukraińców a w Polsce nadal jest trudno znaleźć pracę ludziom po 40 roku życia lub jest to niemożliwe. Kult młodości wśród polskich pracodawców trwa w najlepsze ja sam choć mam pracę to o lepszej zgodnej z moim wykształceniem mogę tylko pomarzyć.

  • wycofany

    Oceniono 34 razy 8

    Widzę, że wyborcza chce na siłę zatrzymać Ukraińców w Polsce. A jaki interes ma w tym wszystkim Polska?
    Rozumiem, że imigranci mogą pomóc gospodarce, bo podejmują nawet najgorszą pracę fizyczną, której nie chcą podjąć miejscowi. W tym wyspecjalizowali się nasi rodacy na Wyspach. Jednak z artykułu wynika, że Ukraińcy przyjeżdżają do Polski pracować w biurze i robić doktoraty. Kto ma w tym interes?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX