Sala z łóżeczkami dla noworodków, Warszawa 1962 rok

Sala z łóżeczkami dla noworodków, Warszawa 1962 rok (fot. Siemaszko Zbyszko/NAC/51-393-3)

wywiad Gazeta.pl

Jest położną od 50 lat. ''Miałam wiele trudnych sytuacji. Raz pacjentka goniła mnie z siekierą''

Ciężarne wciąż chętnie z nią współpracują. Bogusława Zapotoczny opowiada, jak w czasach PRL-u na świat przychodziły dzieci, dlaczego kiedyś położnym ufało się bardziej niż lekarzowi oraz dlaczego to tak ważne, aby pochylić się nad kobietą rodzącą. I po prostu - nad człowiekiem.

Co jest najpiękniejsze w pracy położnej?

Ten moment, kiedy w dłoniach trzymam nowe życie. 

Marzyła pani o tym, żeby być położną?

Nigdy. Jak zrobiłam maturę w 1962 roku, nie miałam pojęcia, co to jest to położnictwo. Chciałam dostać się na prawo do Wrocławia, ale ze względu na brak miejsc nie zostałam przyjęta. Pewnego dnia, gdy mój dziadek słuchał radia, usłyszałam, że szkoła położnych w Bytomiu wciąż prowadzi nabór. Nie chciałam stracić roku, więc postanowiłam złożyć papiery. Zdałam egzamin. Na początku nie chcieli mnie przyjąć, ponieważ miałam tylko 17 lat - wcześniej niż inni poszłam do szkoły. Naradzili się i zmienili zdanie.

Zderzenie z tym zawodem było wyzwaniem?

Po pierwszej praktyce na oddziale chorób wewnętrznych prawie zrezygnowałam. Miałam za zadanie zająć się toaletą poranną pacjentek po zawale. Jedna nagle zaczęła ciężko oddychać, jej usta stały się sine. Razem z innymi dziewczynami próbowałyśmy coś zrobić, żeby jej się lepiej oddychało. Przybiegł lekarz i zaczęła się akcja ratunkowa. W ciągu 15 minut kobieta zmarła. To był dla mnie taki szok. Po dyżurze po prostu się spakowałam i powiedziałam kierowniczce internatu, żeby przekazała dyrektorce szkoły, że rezygnuję. Dyrektorka przekonała mnie, żebym jednak została.

i01.04.2015 Opole. szpital ginekologiczno polozniczny , badanie dzieciFot. Jagoda Gorol / Agencja Gazeta
Opole. Badanie dzieci w szpitalu ginekologiczno-położnicznym (fot. Jagoda Gorol / Agencja Gazeta)

Po ukończeniu studiów w 1965 roku zaczęła pani pracować w szpitalu w Katowicach. Ale po kilku miesiącach przeniosła się pani do szpitala w Sosnowcu.

Źle się czułam w Katowicach. Pochodzę z Zagłębia Śląsko-Dąbrowskiego i nie mówię gwarą, a tamtejsze pacjentki były rdzennymi Ślązaczkami. Żeby przeprowadzić kobietę przez poród, muszę dobrze zrozumieć, jakie ma dolegliwości, objawy, a tam ten kontakt był utrudniony. Gdy zwolniło się miejsce w Szpitalu nr 2 w Sosnowcu, postanowiłam się przenieść. Trafiłam na wspaniałe położne, od których wiele się nauczyłam. To one tak naprawdę otworzyły mnie na położnictwo. Od nich dowiedziałam się, po co mam dłonie, co mam badać, czego szukać, co to znaczy, że dłonie i mózg są ze sobą połączone. Bo wtedy nie było żadnej aparatury, ani USG, ani KTG. Niedawno przeczytałam artykuł, w którym kobiety opowiadały przerażające historie z porodówek. Jedna opisywała, że lekarze nie zauważyli na USG, że dziecko jest trzy razy owinięte pępowiną. Nie mieści mi się to w głowie.

Kiedyś położna dysponowała wyłącznie drewnianą słuchawką i cyrklem położniczym. I własnymi rękami. Musiała wszystko wyczuć i umieć sobie wyobrazić, z czym ma do czynienia - czy dziecko jest duże, czy małe, jak jest ułożone. Potem cyrklem wymierzyć wielkość kanału rodnego i ocenić, czy główka dziecka ma szansę przez niego przejść. Gdy jego średnica wynosiła 14 cm, to wiedziałam, że będzie ciężko.

Lekarz zawsze był przy porodzie?

Jeszcze w latach 60. i na początku 70. położna na porodówkach miała dużo samodzielności. Niestety, z czasem relacja między lekarzem a położną się pogorszyła. W latach 80. położna była już wyłącznie na usługach lekarza, to on decydował o przebiegu całego porodu. Należało pokazać, że to on jest najważniejszy. Potem ciężko nam było wywalczyć swoją pozycję. Dlatego tak się cieszyłam, kiedy w 2007 roku w życie weszła ustawa, wedle której położna może samodzielnie prowadzić i przyjmować poród.

v28.01.2013 BIALYSTOK SZKOLA RODZENIA NA BUKOWSKIEGO ( PRZY WARSZAWSKIEJ ) .FOT . AGNIESZKA SADOWSKA / AGENCJA GAZETA
Szkoła rodzenia w Białymstoku (fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta)

Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach położna budzi raczej postrach niż zaufanie. Gdy czyta się niektóre historie z porodówek, aż włos się jeży na głowie.

Moje pacjentki też mi o tym mówią. Przygotowuję je do porodu od 21. tygodnia ciąży, uczę metod, jak ulżyć sobie w bólu, wspólnie robimy plan porodu zgodnie ze standardami opieki. I ona idzie do szpitala dowartościowana, pewna siebie, świadoma tego, co się będzie działo. A potem do mnie dzwoni i mówi, że źle się czuje, że nikt nie chce jej pomóc. Pyta, co ma robić. Mówię jej, że ma prawo zwrócić się do położnej. To żenujące, że ja przez telefon usiłuję zająć się kobietą rodzącą w szpitalu, bo ona nie ma kogo poprosić o wsparcie. I potem po porodzie to samo. " Nie radzę sobie z przystawianiem dziecka do piersi". Kolejny raz powtarzam: Ma pani prawo poprosić położną o pomoc.

Dużo mówi się o tym, że położne są zabiegane, przemęczone, mają pod opieką za dużo kobiet, którymi muszą się zajmować.

To jest na pewno poważny problem. Słyszę o tym, jak położne na kontraktach biegają ze szpitala do szpitala, z poradni do poradni, z dyżuru na dyżur. Mam duże wątpliwości, czy są one w stanie zapewnić pacjentkom odpowiednią opiekę i bezpieczeństwo. Kiedyś to było nie do pomyślenia. Nawet jak miałam sześć porodów w ciągu nocy, to potem wracałam do domu odpocząć i dopiero następnego dnia szłam na kolejny 12-godzinny dyżur.

Ale nie jestem pewna, czy problemem jest wyłącznie zmęczenie i zbyt mała liczba położnych na oddziale. Gdy przyszły lata 90., dla nas, położnych, wypracowanie tych standardów opieki okołoporodowej było niezwykle ważne. Sama uczestniczyłam w ich tworzeniu, jeździłam z koleżankami z zespołu ds. położnych do Sejmu walczyć o to, co ważne - o godność kobiety rodzącej. Bo za naszych czasów kobiety, które przekraczały próg szpitala, były z tej godności i intymności odzierane. Leżały na łóżku porodowym otoczone lekarzami, studentami, badał je, kto chce, kiedy chce. To było okrucieństwo. Należało to zmienić.

Później, gdy ustawa weszła już w życie, prowadziłam kursy dla położnych. Nigdy nie zapomnę zdziwienia, które rysowało się na twarzach niektórych młodych położnych. Dla nich słowo "etyka" było czymś zupełnie zbędnym. Tak jak przypuszczałam, najbardziej krzywiły się te, które nigdy wcześniej nie rodziły. Mówiłam im, że gdyby zapytały swoich doświadczonych koleżanek, co to znaczy pomocna dłoń w czasie porodu, czym jest ból porodowy, to może inaczej spojrzałyby na pacjentki.


Uczennice Szkoły Położnych przed budynkiem szpitala w Krakowie, rok 1934 (fot. NAC/1-C-331-1)

Dlaczego brak im tej empatii?

Często się nad tym zastanawiam. Może takie mamy czasy - wiecznie zajęci rodzice wychowują pokolenie ludzi mniej wrażliwych na drugiego człowieka, wpatrzonych w ekrany czy to telefonu, czy komputera. Gdy rozmawiam z młodszymi koleżankami, to one mi mówią, że moje pokolenie położnych jest już "na wymarciu".

Czasem biorę jeszcze udział w dyskusjach na temat sytuacji położnych i zauważam, że dziś są one roszczeniowe, widzą tylko problemy, a nie zastanawiają się nad tym, co zrobić, żeby swoją sytuację zmienić. Narzekają, że doule zabierają im pracę, ale nie pomyślą, dlaczego kobiety decydują się na taką usługę, a nie wybierają położnych. Mówię im: Pochylcie się nad tą ciężarną, żeby to z wami chciała iść do porodu, a nie z doulą. Albo mają pretensje, że pacjentka pomyliła je w szpitalu z salowymi. Więc powtarzam: To nauczcie się, jak kobietę przyjmować do porodu, podajcie jej rękę, powiedzcie, nazywam się tak i tak, jestem położną i będę się panią teraz zajmować. Przecież to takie proste, na litość boską!

Wiele kobiet nie wie również, że położna może samodzielnie prowadzić ciążę fizjologiczną, może również przyjąć poród w domu. Że w ramach NFZ kobiety mają prawo do opieki położnej rodzinnej od 21. tygodnia ciąży, aż do porodu i po porodzie również. A dla nich najważniejszy dziś jest lekarz. Kiedyś, gdy pacjentki nie były tak przyzwyczajone do wnikliwej opieki ginekologicznej, to położna była dla kobiety najważniejsza. Lekarz pojawiał się od święta. Czasem lepiej nawet, jak go nie było. Jeśli poród przebiegał prawidłowo, budziło się go na sam koniec, żeby obejrzał łożysko i szedł spać z powrotem. Jeszcze inaczej sytuacja wyglądała, gdy przyjmowało się poród w domu.

Dużo przyjęła pani takich porodów?

Wiele. Mój obszar obejmował pół Będzina. Czasem musiałam iść do pacjentki kawał drogi piechotą, bo autobus nie wszędzie dojeżdżał.

Jak wyglądał poród w domu?

Zupełnie inaczej niż w szpitalu. To było niebo a ziemia. Pacjentki były z rodziną, nie musiały ciągle leżeć. Psychicznie były w innym stanie. A ja byłam panią całej sytuacji. Nikt nade mną nie stał, nie podważał tego, co robię. Jedynym problemem była sterylizacja narzędzi, bo jednorazowych nie miałam. Gotowało się je w stu stopniach Celsjusza. Nie było też rękawiczek sterylnych. Przed przyjęciem porodu należało przez 15 minut szorować się mydłem. A podczas porodu miałam całe dłonie upaprane krwią. Dopiero po latach zdałam sobie sprawę, ile szczęścia miałam, że nic nie złapałam. Wtedy nie było badań na żółtaczkę typu C, o HIV nie wspominając.


Uczennice Szkoły Położnych podczas mycia i ważenia noworodków, Kraków 1934 (fot. NAC/1-C-331-2)

Zdarzało się, że podczas porodu w domu coś poszło nie tak?

Miałam tylko jeden taki przypadek. Kobiecie po porodzie nie odkleiło się łożysko. Przez dwie godziny nie chciało odejść. Wiedziałam, że nie mogę dłużej czekać, muszę ją zawieźć do szpitala na ręczne wydobycie. Oczywiście wtedy nie było komórek, więc trzeba było u sąsiadów szukać telefonu stacjonarnego, żeby zadzwonić po karetkę. Wszystko na szczęście skończyło się dobrze.

Pamiętam jeden ze swoich ostatnich porodów domowych, to było bodajże w 1970 roku. W nocy przybiega do mnie mężczyzna i mówi, że jego żona rodzi. Biegnę z nim do ich mieszkania. Okazało się, że rano cała rodzina miała być eksmitowana, bo zajmowali to mieszkanie na dziko. Kobieta na wieść o tym tak się zestresowała, że akcje porodowe zaczęły się wcześniej. Do rana urodziłyśmy jednak to dzieciątko i jak o godzinie ósmej ludzie z wydziału lokalowego przyszli przeprowadzić eksmisję, to była już musztarda po obiedzie, bo matki z małym dzieckiem nie mogli ruszyć. Potem musiałam się z tego porodu tłumaczyć prokuratorowi.

Wtedy już funkcjonował w naszej miejscowości szpital i od tamtej pory kobiety rodziły wyłącznie w szpitalu.

Jak wyglądały wtedy porodówki?

W Sosnowcu miałyśmy trzy łóżka na porodówce i dwa na oddziale septycznym, gdzie przyjmowane były kobiety, które przyjeżdżały na poród przedwczesny, nie miały ze sobą żadnych badań, część nawet nie wiedziała, że jest w ciąży. Rodziły dzieci niezdolne do życia. Wtedy jeszcze nie było takich możliwości ratowania wcześniaków jak dziś. 

Co się działo z kobietami po porodzie?

Jeszcze przez dwie godziny leżały na sali porodowej. Od razu odbierano im dzieci, widziały je tylko podczas karmienia, czyli co trzy godziny. Położne przywoziły im noworodki na takich długich wózkach, na górze i na dole po sześcioro. Mężowie nie mieli wstępu na sale porodowe. Aż do wypisu kobiety ze szpitala nie mogli zobaczyć ani jej, ani dziecka. To zaczęło się zmieniać dopiero w latach 90., kiedy pojawiła się inicjatywa szpitali przyjaznych dziecku. Zaczęto mówić o tym, że dziecko po narodzinach powinno być przy matce, od razu być przystawione do piersi. W Sosnowcu wydzielono taki korytarz, gdzie panowie mogli się z żoną i dzieckiem zobaczyć po porodzie. Pod tym względem gros pracy zrobiła Fundacja Rodzić po Ludzku, która powstała w 1996 roku.

Są takie sytuacje, które wyjątkowo utkwiły pani w pamięci?

Było ich wiele. Jedna, z czasów pracy w Sosnowcu, szczególnie podłamała mnie psychicznie. Funkcjonował taki przepis, że jak pacjentka po porodzie uciekła ze szpitala i zostawiła dziecko, nie zrzekła się go sądownie, to po prostu ją odszukiwano i przekazywano jej dziecko. Raz takiego noworodka odwoziłam karetką do pacjentki. Po kilku dniach znaleźli go w dopływie Brynicy.

W Będzinie z kolei było wiele rodzin trudnych, z problemami. Do Zagłębia przyjeżdżali ludzie z całej Polski, z najmniejszych wiosek. Mężczyźni szli do pracy w kopalniach. Kobiety zostawały w domach z dwójką, trójką małych dzieci, kolejnym przy piersi. Nie chodziły do ginekologa, wiele nie miało nawet kart ciąży. W tamtych czasach nikt też nie zwracał uwagi na stan psychiczny kobiet. Raz nawet pacjentka goniła mnie z siekierą.

y14.01.1994 Warszawa , pl. Starynkiewicza . Klinika poloznicza , noworodki . Fot. Anna Biala / Agencja Gazeta AB 615
Klinika położnicza w Warszawie (fot. Anna Biała / Agencja Gazeta)

Jak to?

To były już lata 80. Byłam na wizycie domowej u pacjentki, która niedawno urodziła. Nie znałam jej wcześniej, poszłam w zastępstwie za koleżankę. Miała jeszcze drugie dziecko, ale przebywało w domu dziecka. Mieszkanie zaniedbane, nie miałam nawet na czym usiąść. Procedura była taka, że najpierw musiałam zrobić dokumentację, dopiero potem przechodziłam do badania dziecka i matki. Pytam więc ją o dane, nazwisko ojca dziecka, i ona nagle wpada w szał i sięga po siekierę leżącą koło węglarki. Więc ja dokumenty pod pachę, piorunem z tego mieszkania uciekłam, i dalej, z budynku. Słyszę tylko, jak ludzie wołają z balkonów: Szybciej! Biegnij za furtkę! Więc ja pędem w stronę furtki, otwieram, zamykam z drugiej strony i opieram się o nią plecami. I wtedy ta pacjentka siekierą trach o furtkę.

Mogła pani zginąć! Dlaczego tak zareagowała?

Była po prostu chora. Jedno dziecko już straciła, więc pewnie przeraziła się, że przyszłam odebrać jej kolejne. A wtedy jeszcze położne nie były objęte ochroną przewidzianą dla funkcjonariusza publicznego w przypadku agresywnego zachowania pacjenta [takie przepisy weszły w życie 15 lipca 2011 roku - przyp. red.]. I to one też były odpowiedzialne za odbieranie dzieci rodzinom. Bywało, że koleżanka szła do jakiegoś domu i bała się, że już stamtąd nie wróci.

Pamiętam też, jak trafiła do mnie na poród 13-letnia dziewczynka. Przyszła jakby prosto ze szkoły - w mundurku. To były lata 70. Matka twierdziła, że nie wiadomo, kto jest ojcem. W końcu ta dziewczynka się przyznała. Po porodzie wróciła do domu z mamą, a milicja zajęła się jej ojcem.

Nie zapomnę kobiety, która urodziła bliźnięta i zrzekła się ich sądownie. Po dwóch latach, jak byłam z mężem w starym Orbisie w Katowicach na kolacji, natknęłam się na nią w restauracyjnej toalecie. Rozpoznała mnie. Była nietrzeźwa, przyglądała mi się i powtarzała: "Gdzie są moje dzieci". Sumienie nie dawało jej spokoju.

Miałam również pacjentkę, która noworodka dusiła w domu poduszką. Gdy była już w ciąży, to widziałam, że coś z nią nie tak, tłumaczyłam jej mężowi, że nie podoba mi się jej zachowanie, ale on nie dostrzegał żadnej anomalii. Dobrze, że jak doszło do przyduszania, to akurat był w domu. Pacjentka trafiła do szpitala psychiatrycznego. Dziecko na szczęście przeżyło. 


Bogusława Zapotoczny (fot. arch. prywatne)

Gdy odwiedziłam po porodzie inną pacjentkę, nauczycielkę, od razu zorientowałam się, że jest bardzo źle. Pieluchy z kupami leżały rozrzucone po mieszkaniu, kobieta niewyspana, dziecko wrzeszczące. Próbowałam ogarnąć sytuację, rozmawiać z nią. Nie mogła przestać płakać, mówiła, że sobie nie radzi, nie potrafi karmić. Pytam, gdzie jest mąż, ona, że późno wraca z pracy. Poczekałam na niego i próbowałam mu wytłumaczyć, że jego żona jest wymęczona, żeby może wziął urlop i jej pomógł. On mówił, że oczywiście nie ma takiej możliwości. Następnego dnia przychodzę do niej ponownie i widzę, że nic się nie zmieniło. Gdy mąż wrócił z pracy, spakowaliśmy ją i zawieźliśmy do szpitala psychiatrycznego. Pół roku później spotkałam ją na ulicy, jak szła z wózkiem. Była uśmiechnięta, elegancko ubrana. Przywitała się i podziękowała, że wtedy jej pomogłam.

Wszystkim tym kobietom po prostu trzeba było pomóc.

Dlatego cieszę się, że w przyszłym roku w życie wejdzie przepis, wedle którego każda ciężarna po trzecim miesiącu ciąży będzie musiała zostać zbadana przez psychiatrę i psychologa, a jeśli miała problemy podczas ciąży, to w trzecim trymestrze również. I w razie zaleceń także po porodzie. Nie zawsze obniżenie nastroju to tzw. baby blue - to mija, ale depresja czy psychoza niekoniecznie. Jedyne, o co się martwię, to to, że te kobiety nie będą miały do kogo się zwrócić, bo gabinety psychologiczne nie będą gotowe na przyjęcie tylu pacjentek. A nie wszystkie kobiety będzie stać na wizytę prywatną.

Dlatego chciałam podkreślić, jak ważny jest kontakt kobiety z położną rodzinną. To ona może zlecić potrzebne badania, które wychwycą jakiekolwiek anomalie w zachowaniu kobiety, i to ona przede wszystkim będzie służyć jej wsparciem psychicznym przez całą ciążę i też po porodzie. Z każdej sytuacji jest wyjście, pod warunkiem że człowiek zobaczy w drugim człowieka.

Z czego jest pani najbardziej dumna?

Ostatnio usłyszałam komplement, który utkwił mi w pamięci. Moja szefowa z poradni, z którą współpracuję, ginekolog z wykształcenia, powiedziała mi tak: Że też jestem taka stara i nie mogę już mieć dzieci. Bo jakbym mogła, tylko pani byłaby moją położną.

20.05.2015 Lodz  , Sterlinga . Szpital ginekologiczno polozniczy , oddzial polozniczy . NoworodekFot. Malgorzata Kujawka / Agencja Gazeta
Noworodek z łódzkiej porodówki (fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta)

Bogusława Zapotoczny. Położna. Pracowała w kilku szpitalach na Śląsku, m.in. w rodzinnym Będzinie, Katowicach czy w Sosnowcu. Do 1970 r. była również położną rejonową, a od 1978 r. położną środowiskową. W latach 90. koordynowała pracę położnych w całym powiecie będzińskim, była delegatem na okręgowe zjazdy położnych w Katowicach, wraz z Zespołem ds. Położonych przy Okręgowej Izbie Pielęgniarek i Położnych w Katowicach tworzyła ustawę o zawodzie położnych, a także kodeks etyki zawodowej. Dziś w dalszym ciągu opiekuje się ciężarnymi jako położona rodzinna w POZ. Jest instruktorem szkoły rodzenia i doradcą laktacyjnym.

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (37)
Zaloguj się
  • natassja

    Oceniono 31 razy 29

    Po przeczytaniu rozmowy z taką empatyczną osobą, położną z powołania, aż żałuję, że nie mam lat nastu, bo zapragnęłabym zostać położną! To piękny zawód.

  • super_mario_bros

    Oceniono 29 razy 25

    Nikt nie zwraca uwagi na stan psychiczny kobiet po porodzie - to prawda. Mają być dzielne, nie mazać się, dawać zawsze radę, nawet jak chce im się wyć, bo sobie nie radzą. Każdy patrzy tylko na siebie, nikt się nie przejmuje drugim człowiekiem. To takie cholernie smutne. Doświadczyłam tego sama. Na szczęście mój mąż się zorientował co się dzieje i wysłał mnie do psychiatry. Gdyby nie to, to nie wiem jak by to się skończyło ☹️ Depresja to wciąż dla wielu osób fanaberia, wymówka, słabość. Przecież wystarczy rzucić garść banałów i już, sprawa załatwiona!

  • izarider

    Oceniono 29 razy 23

    Depresja poporodowa, jak widać z opowieści tej doświadczonej położnej, była od zawsze. Ale tylko teraz wszyscy, którzy akurat jej nie doświadczyli, oczerniają kobiety i mówią, że to jej wymysł! Bo przecież każdej babie hormony działaja jak w zegarku, dziecko cudownie przesypia całe noc i dnie, kobieta jest wyspana, wypoczęta i pełna wigoru..

  • delfina77

    Oceniono 19 razy 15

    Ja z moich trzech wizyt w szpitalach położniczych też najlepiej wspominam położne. Widać, że idą tam osoby z powołaniem. Za to cała ta medykalizacja porodu jest okropna

  • Tina B

    Oceniono 16 razy 14

    Wiele lat temu urodzilam syna z pomoca poloznej. Do porodu bylam prowadzona przez lekarza ale przy porodzie, w miejscu gdzie mieszkam, pacjentka ma opcje porodu odebranego przez polozna przy nadzorze obecnego lekarza. Mam bardzo mile wspomnienia i to polozna odebrala mojego syna. Prod byl b. szybki i w sumie bezbolesny. Bardzo wykfalifikowana polozna miala super poczucie humoru Jeszcze raz dziekuje.

  • black_magic_women

    Oceniono 15 razy 11

    Z ostatnich 24 godzin. Duży warszawski szpital. Im młodsze położne, tym bardziej znużone i znudzone. Niemiłe, niefachowe (niektóre praktyki z zaprzeszłych poradników... ), jeśli zwracają matkom uwagę, to często nie tłumaczą, dlaczego czegoś nie robić, tylko operują poczuciem winy "nie darowałaby pani sobie gdyby umarło", zamiast "proszę nie trzymać tak dziecka, bo to i to" itp. Starsze pokolenie wypada na ich tle zdecydowanie lepiej. Nie wiem, może to przedświąteczne znużenie?!

  • tamaryszek04

    Oceniono 10 razy 10

    Kiedyś położne nie kończyły studiów, były to zwykłe szkoły policealne, ale to tak na marginesie do błędu w artykule.Moja mama również była położną, mniej więcej w wieku podobnym do Pani Bogusławy. Fakt, położne kiedyś były bardziej szanowane. Dzisiaj pomimo, że mają wyższe wykształcenie, podobnie zresztą jak pielęgniarki, są bardzo źle traktowane przez lekarzy. Ale to taka maniera naszych doktorów.Pamiętam artykuł sprzed lat, czytałam go zresztą na gazecie, jak pan doktor,który wyjechał pracować w zawodzie do Szwecji opisywał wspaniały system medyczny w tym kraju, jakie cudowne warunki mają tam lekarze, ale jak ciężko mu się było przyzwyczaić do tego, że pielęgniarki są tam partnerami lekarzy a nie podwładnymi do usługiwania lekarzom. W artykule przeraziła mnie jednak kwestia, z której Pani Bogumiła się cieszy,a o której pierwsze słyszę. Obowiązkowe badania psychiatryczne dla przyszłych matek. Brzmi niby niegroźnie, niby fajnie, prewencyjne działania, ale ... czy ojców również będzie się pod tym względem badało? A polityków? A lekarzy? Jak dla mnie to trochę takie otwieranie furki dla coraz głębszej inwigilacji. Nie podoba mi się to.

  • gj61

    Oceniono 14 razy 8

    Pani Bogusławo bez obrazy proszę, to tylko kawał, w dodatku "gupi":
    Małżeństwo z Katowic nie mogło mieć dzieci, więc postanowili zaadoptować z domu dziecka. Objechali wszystkie na śląsku i nic. Trafili w końcu do ostatniego, największego Domu Dziecka w Katowicach. Oglądają, przebierają... wreszcie dyrektor zdenrwowany mówi:
    - Proszę Państwa! To nie targ! Proszę jasno określić jakiego dziecka oczekujecie!
    Na to On pochyla się i szepce do ucha dyrektorowi:
    - Bo my byśmy chcieli aby ono było... czarne.
    - Jak to.... CZARNE!!! - odpowiada wzburzony dyrektor - Oboje jesteście biali, co to za fanaberie???
    Na to żona spokojnie:
    - Bo widzi Pan, dyrektorze, wtedy będziemy pewni że, nie jest z Sosnowca.

  • impala

    Oceniono 2 razy 2

    Możliwe, że akurat ta położna jest idealna ale...
    Ja rodziłam dzieci niemal 30 lat temu, w szpitalach (róznych) stołecznych. I w każdym szpitalu położne miały mnie w odwłoku (jak i zresztą wszystkie rodzące), traktowały nas instrumentalnie.
    Takie teksty jak
    "Przygotowuję je do porodu od 21. tygodnia ciąży, uczę metod, jak ulżyć sobie w bólu, wspólnie robimy plan porodu zgodnie ze standardami opieki. I ona idzie do szpitala dowartościowana, pewna siebie, świadoma tego, co się będzie działo"
    to mozna sobie między bajki włozyć. Jak i późniejsze wizyty w domach, ot jedna wizyta odbębniona, kilka standardowych pytań i wsio.
    Żadna położna nigdy nie zatroszczyła się o mój "ból" podczas porodu, o moje samopoczucie w ogole, traktowały jak rzecz. Lekarze zreszta tak samo. I bogu dziekuje, że mi dziecka nie uszkodzili bo podczas jednego z porodów lekarz rzucił mi sie na brzuch tak, że oddychać nie mogłam (tzw chwyt Kristellera), myslałam, że zejdę bo mówić (że oddychać nie mogę) też nie mogłam. Dziecko skończyło "tylko" z krwiakiem, niektóre nie mają tyle szczęścia.
    I wierzę, że teraz jest lepiej, przynajmniej w prywatnych placówkach.
    Ale te 30 lat temu, kiedy pani położna już miała duże 20-letnie doswiadczenie, było wujowo, wiec niech nie ściemnia.
    ps. lekarz, który mnie przyjmował w jednym ze szpitali, pierwsze pytanie, jakie zadał brzmiało "gdzie pracuje pani mąż?" taka ciekawostka...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX