Po wilamowsku mówi dziś około 40 osób

Po wilamowsku mówi dziś około 40 osób (fot. Mariusz Sepioło)

reportaż

Małe Wilamowice od ponad 700 lat mają własny język. Wiele wskazuje, że zostanie ocalony od zapomnienia

Po wilamowsku mówi dziś około 40 osób. Dzięki Justynie i Tymoteuszowi jest szansa, że będzie ich coraz więcej. Choć nie wszystkim się to podoba. - Kiedy uczyliśmy wilamowskiego po domach, zdarzały się telefony ze skargami, że robimy to bezprawnie - mówi Justyna. - Pokutowało myślenie, że wilamowski powinien być już dawno zapomniany, bo wiązał się z pamięcią o powojennych prześladowaniach.

Wymysiöeryśy Kistiöeryj*

Jest 2003 rok. Tymek Król prosi rodziców, żeby w prezencie kupili mu nie piłkę, nie telefon, nie komputer, ale dyktafon. Bierze urządzenie pod pachę i idzie do babci, która tak naprawdę nie jest babcią, ale Tymek lubi ją tak nazywać. Stawia dyktafon na stół i prosi: "Babciu, powiedz coś po wilamowsku". Babcia jeszcze nie wie, że takich nagrań - z udziałem jej i jej sąsiadów - powstanie 1300 godzin.

W szkole Tymek słyszał od dzieciaków z innej miejscowości: "Ty folksdojczu!". Wtedy jeszcze był przekonany, że jeśli swój język mają Wilamowice, to także po swojemu mówią Kęty, Brzeszcze, Dankowice i każda inna mała wioska.

Teraz już wie, że Wilamowice są szczególne.

Jest 2006 rok. Tymek siada do komputera i szuka informacji o językach ginących i zagrożonych. O wilamowskim nie znajduje wiele. Pisze e-mail do Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych. Po jakimś czasie przychodzi odpowiedź.

W 2007 roku Biblioteka Kongresu wpisuje wilamowski w rejestr języków świata. Tymoteusz Król dzisiaj przyznaje: - Wtedy zrozumiałem, że zrobiłem coś ważnego.

Bartłomiej Chromik (fot. Mariusz Sepioło)
Bartłomiej Chromik (fot. Mariusz Sepioło)

Lekcja historii: źródła traumy

Wilamowice to trzytysięczne miasto w powiecie bielskim, w pobliżu granicy województwa śląskiego z małopolskim. Stolica gminy liczącej 17 tys. mieszkańców, pięknie położonej nieopodal Beskidu Małego.

800 lat temu ta ziemia musiała wydawać się piękna ludziom, którzy przybyli z zachodu i północy Europy. Trudno rozstrzygnąć z pewnością, skąd konkretnie. Badacze w tej kwestii są podzieleni. Według jednych założyciele Wilamowic mogli tu dotrzeć z wybrzeża Morza Północnego, z Fryzji i Flandrii, według innych - z terenów współczesnych Niemiec.

Nie było ich wielu. Pierwsze szacunki o liczbie mieszkańców Wilamowic -  opracowane na  podstawie tzw. spisów świętopietrza i liczby łanów - mówią o około 200 osobach. Wilamowice tworzyło tak naprawdę kilkanaście rodzin. Stąd bardzo ścisłe relacje i związki międzyludzkie, poczucie wspólnoty i odrębności.

Tę odrębność daje przede wszystkim język - wymysiöeryś. Jego dzieje to także dzieje Wilamowian i regionu, najbliższej okolicy, rzucanej co chwilę w wir historii przez wielkie "H".

Rozmawiam o niej z Bartłomiejem Chromikiem z Wydziału "Artes Liberales" Uniwersytetu Warszawskiego. Spotykamy się w jego rodzinnym domu w Kętach, niedaleko Wilamowic. Bartek dziś zajmuje się badaniem mikro- i makroideologii językowych. Ale zaczęło się od języka wilamowskiego.

- W najstarszym żyjącym pokoleniu Wilamowian ten język był tematem tabu. Istniało przekonanie, że mówienie po wilamowsku może ściągnąć niebezpieczeństwo - opowiada Chromik. - To pokolenie nosi w sobie głęboką traumę czasów powojennych i dlatego zabraniało swoim dzieciom wspominać o wilamowskim w szkole, by nie narazić się władzy.

Ale zacznijmy od początku.

Wilamowice znajdują się w województwie śląskim, w powiecie bielskim (fot. Google Maps)
Wilamowice znajdują się w województwie śląskim, w powiecie bielskim (fot. Google Maps)

Pod przymusem

- Pierwsze wzmianki o parafii w Wilamowicach to początek XIV wieku, pierwsi osadnicy przybyli tu około roku 1300 - tłumaczy Bartek. - Pierwsza osada powstała w pobliskiej Starej Wsi, ale przeniosła się na tereny współczesnych Wilamowic.

Wilamowianie rozwijają tkactwo, wytwarzają niezwykłej urody stroje. Handlują nimi od Konstantynopola po Hamburg. Potrafią być niezwykle zaradni, bogacą się. Pielęgnują odrębne obyczaje. Na początku XIX wieku, co jest wówczas ewenementem, wspólnymi siłami i z pomocą swojego proboszcza wykupują się z pańszczyzny. Społeczność rozwija się na tyle, by w 1818 roku zawalczyć o przyznanie miejscowości praw miejskich. Tworzą instytucje miejskie, urząd burmistrza i miejską infrastrukturę. Pod koniec XIX wieku w Wilamowicach, na bazie silnych tradycji, powstaje szkoła tkacka.

Dziś trudno określić, na ile w czasach poprzedzających wojnę Wilamowianie odczuwali odrębną tożsamość. W spisie powszechnym z 1900 roku nie można wybrać języka wilamowskiego. Jest za to, obok polskiego, np. czesko-morawsko-słowacki, rusiński czy  włoski-ladyński. I niemiecki - do tej grupy prawdopodobnie kwalifikowane są osoby, które deklarują, że mówią po wilamowsku. Jednocześnie w międzywojniu oficjalna polska propaganda podkreśla, że Wilamowianie to społeczność, która dzielnie oparła się zakusom germanizatorów. Z kolei za zachodnią granicą obyczaje i język Wilamowic uznawane są za rdzennie germańskie.

Już we wrześniu 1939 roku dekretem Hitlera Wilamowice wcielone zostają do III Rzeszy. To jeden z kluczowych momentów, które na zawsze zmienią to miejsce i tych ludzi.

Wilamowianie podpisują volkslisty. - Ale nie jest to tak proste, jak wielu dziś się wydaje - tłumaczy Bartłomiej Chromik. - Volkslista miała różne kategorie. Kategoria I była dla osób narodowości niemieckiej, najbardziej zaangażowanych, popierających politykę III Rzeszy. Kategoria II - dla przyznających się do niemieckości. Kategoria III - dla tych, co do których niemieckości okupant miał wątpliwości. Obywatelstwo przyznawano im warunkowo na 10 lat. I kategoria IV - obejmująca osoby całkowicie spolonizowane bądź też Polaków uznanych za nadających się do zniemczenia i wyrażających taką chęć. Volkslistę podpisywali też po prostu kolaboranci, którzy upatrywali w tym korzyści.

Rynek w Wilamowicach (fot. Paweł Adamus / AG)
Rynek w Wilamowicach (fot. Paweł Adamus / AG)

Większości Wilamowian wpisanych na volkslistę przyznawana jest III kategoria. Często pod groźbą wywózki do obozu, pod lufą karabinu. Słyszą "propozycję": podpisujesz albo lager. Kolaboranci i okupanci pilnują, by w domach nie mówiło się po polsku. Chodzą po mieście, stają pod oknami, nasłuchują. Kiedy słyszą wilamowski, walą do drzwi: wy Niemcy, podpisujcie!

Wielu Wilamowian odmawia.

Tymoteusz Król po latach pyta ich o te czasy. I nagrywa:

"Tata miał dwóch braci Polaków, jeden był księdzem, a drugi inżynierem, to gdzie tata będzie Niemcem. (...) To w gminie mu tak powiedzieli: jak nie podpiszesz, jedziesz do Salzgitter albo do Oświęcimia, co wybierasz? Przyszedł do domu, pytał mamy. A mama powiedziała tak: no to gdzie, mamy już teraz zginąć i wyjść z domu? A może tu długo nie będą, może ich diabli wezmą (...)".

Mieszkańcy Wilamowic są siłą wcielani do niemieckiego wojska.

"(.) mój ojciec też był zmuszony do wojska niemieckiego (...) A potem zachorował, bo mu wrzody popękały na żołądku. No i przyszło pismo do mamy: jak się nie podpisze volkslisty, to oni go nie będą operować (...)".

Kpiny

W 1945 roku Sowieci wyzwalają obóz Auschwitz-Birkenau. W tym samym obozie osadzają jeńców niemieckich, żołnierzy AK i tych, którzy podpisali volkslisty. Na wszystkich patrzą tak samo. Sąsiad donosi na sąsiada.

Wśród mieszkańców wsi wokół Wilamowic znajdą się tacy, co chętnie przywdziewają opaski z napisem "MO". Szukają "folksdojczy" (termin zdążył się już upowszechnić). Wilamowice są pierwszym i najbardziej oczywistym celem. Wielu Wilamowian zostaje wysiedlonych i wywiezionych w głąb ZSRR. To zagrożenie wysiedleniem stanie się powracającym lękiem. Kto chce przeżyć, musi się ukrywać. W Wilamowicach często dochodzi do pobić, biją także ubecy podczas przesłuchań. W 1945 roku zakazane zostaje używanie języka wilamowskiego. Rodziny milczą. Lata mijają.

Od 1948 roku głównym nośnikiem tradycji i historii jest Regionalny Zespół Pieśni i Tańca "Wilamowice", który - z przerwą w latach 90. - działa do dziś. Do dziś jego artyści śpiewają po wilamowsku.

Regionalny Zespół Pieśni i Tańca 'Wilamowice' działa od 1948 roku (fot. Grzegorz Celejewski / AG)
Regionalny Zespół Pieśni i Tańca 'Wilamowice' działa od 1948 roku (fot. Grzegorz Celejewski / AG)

W latach 80. do Wilamowic przyjeżdża student z  Poznania, Tomasz Wicherkiewicz. Trafia do jednego z wilamowickich domów, gdzie znajduje skarb: rękopis "Of jer wełt" ("Na tamtym świecie"), dramatu w duchu "Boskiej Komedii", ale osadzonej w realiach Wilamowic i napisanej w całości po wilamowsku. Autorem dzieła jest Florian Biesik, zwany później "wilamowskim Dante", zmarły w 1926 roku. Nieznany Wicherkiewiczowi wcześniej zaginiony język, którym posługiwała się tak nieliczna społeczność w sercu regionu bielskiego, zaczyna go fascynować.

- W latach 90. do Wilamowic przyjeżdża dziennikarz. Maciej Siembieda pisze reportaż "Planeta Oot", w którym nie tylko opowiada o tajemniczym języku, ale też o obyczajach i przede wszystkim o burzliwej historii Wilamowian. Reportaż wywołuje burzę - mówi Bartłomiej Chromik. - Do lokalnej gazety, która przedrukowała tekst, trafiają listy - kpi się w nich z "flamandzkiego pochodzenia" Wilamowian. Do głosu dochodzą ludzie, którzy grzebanie w dziejach języka uważają za niepotrzebne.

Ale o Wilamowicach nie zapomina Tomasz Wicherkiewicz, językoznawca. W 2001 roku przewiduje, że wilamowski w ciągu dziesięciu lat po prostu wymrze.

Lekcja wilamowskiego: język i losy

Tymoteusz Król (wym. Tiöma Fum Dökter) czas dzieli między Wilamowice i Warszawę. W rodzinnym miasteczku jest dobrze znany. Cenią tu jego opór i "pozytywne zakręcenie" na punkcie języka wilamowskiego.

- W dzieciństwie dużo czasu spędzałem z sąsiadką, która była dla mnie jak babcia - opowiada Tymoteusz. - Wiele razy słyszałem, jak rozmawia z sąsiadkami po wilamowsku. Bardzo mnie to zainteresowało. Miałem kilka lat, ale że bardzo wcześnie nauczyłem się czytać, zacząłem szukać informacji na ten temat.

Ale pierwszym i bezcennym źródłem są opowieści ludzi. - Jedna z mieszkanek Wilamowic mówiła po wilamowsku trochę "na złość" - uśmiecha się Tymoteusz. - Z powodu doświadczeń powojennych nie miała do Polski zbyt dobrego usposobienia. I kiedy któraś z koleżanek próbowała przy niej mówić po polsku, zaraz ją poprawiała na wilamowski.

W szkole podstawowej Tymoteusz poznaje rówieśniczkę, Justynę Majerską (wym. Jüśja Fum Biöetuł), która też interesuje się wilamowskim. Dziś razem z Tymoteuszem Justyna Majerska-Sznajder uczy wilamowskiego na dodatkowych zajęciach w szkole i jest prezeską Stowarzyszenia "Wilamowianie". Ale wtedy biegała z nim po ruinach domów.

- Wielokrotnie było tak: ktoś dawał cynk, że rozbierany jest stary dom w Wilamowicach i że coś ciekawego może tam być. Więc szliśmy, pytaliśmy i szukaliśmy - mówi Tymoteusz. - Kiedyś przez przypadek znalazłem w takim domu listy Wilamowian z Wiednia. W innym spis mieszkańców z wilamowskimi przydomkami z około 1880 roku.

Justyna Majerska-Sznajder uczy wilamowskiego na dodatkowych zajęciach w szkole i jest prezeską Stowarzyszenia 'Wilamowianie' (fot. Mariusz Sepioło)
Justyna Majerska-Sznajder uczy wilamowskiego na dodatkowych zajęciach w szkole i jest prezeską Stowarzyszenia 'Wilamowianie' (fot. Mariusz Sepioło)

Kompletują stroje znalezione na strychach domów czy w piwnicach. Powoli zbierają artefakty związane z dawnym życiem, przedmioty codziennego użytku, dokumenty.

Bardzo wcześnie - sami są wtedy nastolatkami - postanawiają uczyć wilamowskiego swoich kolegów. Chętnym opowiadają o języku w domach, na prywatnych lekcjach po kilka osób.

Tymoteusz, z początku intuicyjnie, przez rozmowy z Wilamowianami gromadzi informacje nie tylko o języku, jego gramatyce, słownictwie i frazeologii (tworzy własne, robocze słowniki), ale też po prostu o ludzkich losach. Pyta o funkcjonowanie wilamowskiego domu, o prowadzenie gospodarstwa, relacje rodzinne, stroje, wierzenia.

- W Wilamowicach panował raczej matriarchat - mówi. - Stosunki społeczne określał podział klasowy. Tych klas było pięć: najbogatsi, duzi gospodarze, handlarze, mniejsi gospodarze i służący. Wilamowianie opowiadali o relacjach między klasami, o małżeństwach między nimi  zawieranych.

Z czasem, kiedy dowiaduje się o historii coraz więcej, pyta też o najtrudniejsze momenty. W sumie odwiedzi prawie 100 osób. Większość z nich już nie żyje.

Lekcja polskiego: tradycja na ścianach

Na rynku w Wilamowicach życie toczy się powoli. W kwadracie przeciętym ulicą Paderewskiego można załatwić sprawę w urzędzie gminy, odebrać dziecko ze szkoły, wykupić ubezpieczenie, zrobić zakupy. Pytam o historię, tradycję, język. Czy pani/pan pamięta? Czy pani/pan chociaż umie parę słów?

Skądże - słyszę - źle pan trafił. Były tu kiedyś takie babcie, co po wilamowsku po cichu mówiły, ale dzisiaj? Nie, ja nie stąd, ja przejazdem z Bielska-Białej.

Ale pani Wanda, która na pytanie o wilamowski reaguje uśmiechem, mówi, że to dla Wilamowic wielka duma. I że dumą są też Tymoteusz i Justyna. - Rzadko kiedy się spotyka takich młodych, którym się chce - mówi pani Wanda. Po wilamowsku umie kilka słów, zapamiętała od babci. Podstawy: na powitanie, pożegnanie, proszę i dziękuję.

Pamięta, że babcia śpiewała przed domem wilamowskie pieśni, i że te pieśni były bardzo wesołe. Babci sąsiadki dołączały, a jak pieśń się skończyła, to wszystkie wybuchały śmiechem. - Ale to były. nie wiem, może lata osiemdziesiąte? - pani Wanda zachodzi w głowę. - W pewnym momencie wilamowski był tylko przeszłością, ludzie się nim przestali zajmować. Mówiło się, ale częściej o świętym Józefie Bilczewskim, który urodził się w Wilamowicach. Czasem przyjeżdżali dziennikarze, ale bardziej do zespołu regionalnego niż pytać o język.

Panorama Wilamowic (fot. Wikimedia Commons / Silar / CC BY 4.0)
Panorama Wilamowic (fot. Wikimedia Commons / Silar / CC BY 4.0)

Pomnik świętego, o którym mówi pani Wanda, góruje nad naszymi głowami w samym centrum miasteczka, obok uroczyście przystrojonej choinki. Ale Wilamowice pod koniec 2018 roku zdają się żyć teraźniejszością, przeszłością mało kto chce się zajmować.

- W handlu to raczej języka wilamowskiego nie usłyszę - uśmiecha się pani w jednym ze sklepów. Nie pochodzi stąd, od kilku lat tylko tutaj pracuje. - Musiałby pan popytać po domach, ale wątpię, żeby ktoś się znalazł.

- Wilamowski się słyszało, ale 40 lat temu - dopowiada klientka, elegancka kobieta w średnim wieku, która zna, jak niemal każdy tutaj, Tymoteusza Króla. Ale po wilamowsku nie umie. - Babcie nasze mówiły po wilamowsku, jak nie chciały, żebyśmy jako dzieci wiedzieli, o czym mowa. - Wie pan - dodaje - trudno rozmawiać o czymś, co jest martwe.

- Martwe? - dopytuję, bo nagle zrobiło się niemiło.

- Tak, martwe. Język wilamowski jest martwy. Tymek się za to wziął, bo miał babcię, która jeszcze ten język pamiętała. Ale dzisiaj? Moje wnuki na przykład się go w szkole nie uczą. Nie chcą.

I tylko w jednej z restauracji przy rynku tradycja wilamowska zawisła na ścianach w postaci czarno-białych zdjęć z dawnych czasów. Ale kebab i pizzę można tu zamówić tylko po polsku. Po wilamowsku mówi dziś około 40 osób.

Krzywda powraca

Z Justyną Majerską siedzimy na piętrze budynku, w którym mieści się siedziba Stowarzyszenia "Wilamowianie". Organizacja liczy sobie aktualnie 110 członków.

- Moja babcia mówiła po wilamowsku z koleżankami. Dlatego ten język poznałam - opowiada. A potem było tak: w dzieciństwie Justyna zapisuje się na zajęcia do wilamowskiego poety Józefa Gary. To tam poznaje coraz więcej słów. Z czasem w naukę wilamowskiego wprowadza ją Tymoteusz, który zdążył poznać język na tyle dobrze, by przekazać go innym.

Przekonują się, że wilamowski to także odrębna, unikatowa gramatyka i związki semantyczne. W wilamowskim istnieją określenia na czynności czy przedmioty, których nie można nazwać w żadnym innym języku. Na przykład na specyficzny rodzaj koszuli z żółtymi haftami, noszonej tylko przez kobiety na Boże Ciało.

Przez wielu mieszkańców Wilamowic język wilamowski uważany jest za martwy (fot. Mariusz Sepioło)
Przez wielu mieszkańców Wilamowic język wilamowski uważany jest za martwy (fot. Mariusz Sepioło)

- Kiedy wspólnie z Tymkiem uznaliśmy, że chcemy się tym zajmować, najczęściej słyszeliśmy, że to jakieś dziwne, niepotrzebne. Zdarzyło się kilka sytuacji, których wtedy nie rozumiałam. Na przykład kiedy uczyliśmy wilamowskiego po domach, zdarzały się telefony do nas ze skargami, że robimy to bezprawnie. Ale dla mnie była to woda na młyn. Kiedy ktoś mi czegoś zakazuje, to ja tym bardziej się w to angażuję - opowiada i wyjaśnia: - Pokutowało myślenie, że wilamowski powinien być już dawno zapomniany, ponieważ wiązał się z pamięcią o powojennych prześladowaniach. I panowało przeświadczenie, że wokół Wilamowic ciągle żyją ci, którzy po wojnie krzywdzili Wilamowian.

Pozostał też krzywdzący stereotyp. - Przez wiele lat Wilamowice były czymś w rodzaju Wąchocka - mówi Justyna. Mieszkańcy okolicznych miejscowości nazywali Wilamowian "hołdy-bołdy". I uważali, że ci, którzy mówią po wilamowsku, są gorsi od innych.

- Nie trzeba być związanym z rewitalizacją kultury wilamowskiej, żeby zostać nazwanym "folksdojczem" - dodaje Tymoteusz Król. - Wystarczy wystawić nogę gdziekolwiek poza Wilamowice, żeby usłyszeć: ty jesteś z Wilamowic, więc twój dziadek był w AK, ale w Afrika Korps, nie w Armii Krajowej, a wujek - w Oświęcimiu, tylko spadł z wieżyczki strażniczej. I tak dalej. Najbardziej denerwujące jest to, że to nie moi dziadkowie krzywdzili innych, ale dziadkowie tych, którzy tak mówią. Mimo to dzisiaj to moi przodkowie funkcjonują jako "zdrajcy".

Czy dziwią więc obawy starszych ludzi, którzy ostrzegali młodych, kiedy ci przypominali o języku wilamowskim i historii tego miejsca? W pracy magisterskiej Tymoteusz opisuje kilka głównych elementów, które powracają jak refren w narracji Wilamowian o powojennych wysiedleniach: "niewinność", "niewdzięczność", "przebaczanie, ale nie zapominanie", "bezradność", "trzeba było zostać" i  "krzywda zawsze powraca".

Jak Indianie Nahua

Dziś wnukowie i prawnukowie tych, którzy bali się mówić po wilamowsku, zadają pytania o przeszłość. I po raz pierwszy słyszą dramatyczne powojenne historie. Wspiera ich Centrum Zaangażowanych Badań nad Ciągłością Kulturową na Wydziale "Artes Liberales" Uniwersytetu Warszawskiego.

W 2014 roku, w ramach projektu "Ginące języki", którym kieruje dr hab. Justyna Olko, historyk i językoznawca, kierownik Centrum, w Wilamowicach zorganizowana została duża konferencja naukowa poświęcona rewitalizacji  języków zagrożonych wymarciem. Po tej konferencji język wilamowski zaczął być nauczany w lokalnej szkole, wydane także zostały pierwszy podręcznik wilamowskiego oraz książki w języku wilamowskim.

Tymoteusz Król prezentuje jeden z tradycyjnych strojów wilamowskich (fot. Tomasz Fritz / AG)
Tymoteusz Król prezentuje jeden z tradycyjnych strojów wilamowskich (fot. Tomasz Fritz / AG)

Dzisiaj Centrum nadal współpracuje z lokalną społecznością m.in. w ramach projektów "Zaangażowana humanistyka" i "Językowe antidotum". - Przewidują one wsparcie dla Wilamowian, działania rewitalizacyjne, promocję języka i kultury. Oprócz tego budują model współpracy między akademią a lokalnymi społecznościami, który dla wielu ludzi z całego świata jest inspiracją - mówi Justyna Olko. To dzięki współpracy z Wydziałem "Artes Liberales" UW Wilamowianie dzielili się swoimi doświadczeniami z dyskryminacją z Indianami Nahua podczas szkoły terenowej w Meksyku. - Wilamowianie i ich sukcesy w przywracaniu wymysiöeryś do życia nadają sens naszej pracy, my z kolei staramy się wspierać proces rewitalizacji języka i kultury wilamowskiej - tłumaczy Olko.

A jest o co walczyć - według Justyny Olko ciągle powszechne są stereotypy na temat języków regionalnych. A ci, którzy starają się, by języki nie zginęły, nadal spotykają się z niezrozumieniem, a nawet wrogością i dyskryminacją.

Drugie i trzecie dno

Justynę Majerską-Sznajder, która właśnie na Wydziale "Artes Liberales" pisze doktorat, pytam, czego uczy ją zagłębienie się w język i historię Wilamowic. - Chyba tego, że nic nie jest takie proste i oczywiste, jak się wydaje. Jeszcze w czasach gimnazjum dałabym sobie rękę uciąć, że to, co jest w szkolnym podręczniku, jest słuszne i prawdziwe. Dzisiaj myślę krytycznie, widzę drugie, a nawet i trzecie dno każdej "oficjalnej" narracji. No i oczywiście poczucie tożsamości - to chyba podstawowa wartość, jaką wyniosłam.

- Jaką przyszłość widzisz dla siebie i dla Wilamowic? - pytam Tymoteusza Króla.

- Byłoby idealnie, gdyby w Wilamowicach było muzeum. Może nie takie, które opowiada tylko o dawnych dziejach, ale takie, które jest też żywą instytucją, działającą dla zachowania języka. A osobiście: chcę pracować naukowo, a jednocześnie być lokalnym aktywistą.

fot. Wojciech Surdziel / AG
fot. Wojciech Surdziel / AG

Zależy mu też na uznaniu wilamowskiego za język regionalny przez państwo polskie. Projekt przygotowany przez Komisję Mniejszości Narodowych i Etnicznych na razie został skierowany do laski marszałkowskiej i czeka na rozpatrzenie. Podczas obrad komisji prof. Tomasz Wicherkiewicz, który odkrył wilamowskiego Dantego, przekonywał: "(...) po wilamowsku pisze się, mówi się, wystawia się sztuki teatralne, zespół liczący kilkadziesiąt osób ma repertuar, który już w tej chwili może zaprezentować w całości w języku wilamowskim. Publikowane są książki, tworzona jest niezwykła więź międzypokoleniowa".

Po wilamowsku wystawione zostały sztuki według "Małego Księcia" ("Der Kliny Fjyśt") i Tolkienowskiego "Hobbita" ("Hobbit. Hejn ?n cyryk"), a potem także inne spektakle. Na przykład inscenizacja "Uf jer wełt" Biesika i "Ymertihła" według autorskiego scenariusza, o trudnych powojennych losach Wilamowian.

*wilamowska historia

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Mariusz Sepioło. Reporter. Publikuje w m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Polityce" i "Gazecie Wyborczej". Autor książek reporterskich: "Ludzie i gady" (wyd. Czerwone i Czarne, 2017) o życiu w więzieniu, "Himalaistki" (wyd. Znak, 2017) o najwybitniejszych wspinających się Polkach i "Nanga Dream"o Tomku Mackiewiczu. Można się z nim skontaktować przez stronę internetową www.mariuszsepiolo.com

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (86)
Zaloguj się
  • aazz67

    Oceniono 28 razy 26

    Fajny tekst, super ludzie :)

  • pasjonat102

    Oceniono 22 razy 22

    Wżeniłem się w sąsiednie Dankowice (te są już spolonizowane do spodu). Sąsiadka jest wilamowianką i tak ze trzydzieści lat temu pokazywała mi swój zeszyt ze słownikiem wilamowsko-polskim.

  • bormanek

    Oceniono 23 razy 17

    Artykuł ciekawy, ja ślązak , Wilamowice znam ale o tym języku pierwsze słyszę,
    Na tym polega wg mnie dziennikarstwo historyczne, uznaję za dogłębne ukazanie historii ludzi tam zamieszkujących.
    ogólnie cały śląsk był podczas okupacji poddany podobnym rygorom, albo lista , albo obóz.jeden syn zostawał drugi do wermachtu.
    ale nigdy nie słyszałem o odrębnej gwarze w obrębie w zasadzie jednej miejscowośći.
    Super sprawa , trzeba to nagłośnić i starać się o niej nie zapomnieć.
    ale mamy problem,, gliński to pis. a Sląsk? to ukryta opcja niemiecka , więc wątpię czy przy tej władzy cokolwiek będzie można zapewnić.

  • wolo

    Oceniono 18 razy 14

    Zastanawiam się co mnie bardziej poruszyło czy element pozytywny - praca o odbudowanie relacji, języka, tożsamości, szacunek dla przeszłości.
    Czy też może negatywny - uprzedzenia, oskarżenia, ukryta opcja niemiecka i po prostu krzywda jaka spotkała tych ludzi.
    I prawdę powiedziawszy nie wiem.

  • gadolinn

    Oceniono 20 razy 14

    podobaja mi sie tacy ludzie z pasja

  • Marian Skwara

    Oceniono 13 razy 13

    Bardzoe ciekawe, ale najmniej o tym, co najciekawsze - przynajmniej dla mnie - o samym języku. Zero na temat klasyfikacji, przykładów gramatyki, zaimki, liczby. Jak będzie "Ojcze nasz" po wilamowsku? itp. Z podanych przykładów widać, że germański, ale konkretnie skąd, gdzie ma najbliższych krewniaków? itp.

  • zewszad_i_znikad

    Oceniono 17 razy 13

    Miło to znów odnależć. Pierwszy raz czytałam o języku wilamowskim w piśmie antyfaszystowskim "Nigdy Więcej", które czytałam od liceum - przedrukowali wtedy, pod tytułem "Rzeczpospolita trzydziestu języków", rozdział z książki Jacka Borkowicza "Powrót do Sowirogu". Dzięki temu ją poznałam - książka krótka, ale piękna i przejmująca.

  • cztery0000ziobra

    Oceniono 20 razy 12

    To gdzieś w Becinych rewirach, blisko Brzeszcz. Ona jest podobno etnografem; zamiast rozwalać rządowe limuzyny, może się tym zaopiekuje? Ale chyba nie: język wymysoer trąci niemczyzną, więc jest ideologicznie niesłuszny...

  • kieszonkowiec12

    Oceniono 19 razy 11

    Niech ci ludzie dołożą wszelkich starań, by ich język nie wymarł, a był uczony w szkole. To skarb mieć odrębny język.i trzeba go pielęgnować.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX