Dawniej znacznie trudniej było o posadę kierowcy, zwłaszcza na trasach międzynarodowych

Dawniej znacznie trudniej było o posadę kierowcy, zwłaszcza na trasach międzynarodowych (fot. Tymon Markowski / AG)

w drodze

Stanisław, kierowca z Podkarpacia: Można powiedzieć, że to dzięki nam wszystko na tym kontynencie działa

Kiedyś na dziesięciu kierowców był jeden, za przeproszeniem, pierd***ięty - opowiadają starzy wyjadacze, którzy za kółkami ciężarówek spędzili czas liczony w latach. - Dziś jest na odwrót. Ci nowi piją wódkę, biją się, ognisko palą na parkingu i się dziwią, jak policja przyjeżdża. Firmy biorą byle kogo do prowadzenia ciężarówek. Brakuje ludzi, choć zarobki od siedmiu tysięcy w górę.
Tekstem o kierowcach ciężarówek zaczynamy nowy cykl "W drodze". Co dwa tygodnie będziemy publikować reportaże opisujące naszą polską codzienność, której ważną częścią jest przemieszczanie się, podróżowanie, docieranie do różnych miejsc, do których trafić chcemy albo musimy. A przed świętami to szczególnie aktualny temat - życzymy bezpiecznych podróży!

Tekst po raz pierwszy został opublikowany w 2018 roku.

Mapa ma zieloną, twardą okładkę i wytarte rogi. To cała książeczka. Są na niej zaznaczone punkty postoju, stacje, autostrady, odcinki płatne. Ma też włosko-angielskie napisy. I datę produkcji przypadającą na początek wieku. - Nigdzie się bez niej nie ruszam. A ci młodzi to bez GPS-a by palcem do nosa nie trafili. Technika zabiła jedność kierowców - mówi Lesław, kierowca tira.

Kiedyś na pauzie każdy wychodził z kabiny. Rozkładali plastikowe krzesła między ciężarówkami. Piwko, wódeczka, grillik, każdy dorzucał, co tam miał - kiełbasę, karczek. Wiesław gustował w prażynkach. Nawet obcokrajowcy przychodzili i też coś dorzucali. Kto miał telewizor z satelitą, wyciągał przed kabinę, odpalał, puszczał dla wszystkich mecz. Taka mała strefa kibica się robiła. A jak ktoś potrzebował pomocy w trasie, to nadawał przez CB-Radio, a koledzy zjeżdżali na pobocze, poratowali kablami, pomogli odpalić samochód.

Dzisiaj, jak mówi Lesław, kierowcy już ze sobą nie rozmawiają. Każdy pozaciąga kotary w kabinie, siedzi sam, odpali laptopa. Młodzi gapią się w telefony. Grille zniknęły bezpowrotnie. Nawet na CB-Radiu jakby ciszej.

Postój w Porcie Radomsko (fot. Bartosz Józefiak)
Postój w Porcie Radomsko (fot. Bartosz Józefiak)

Najbardziej zatłoczona droga

Miejsce wygląda tak, jakby było pomnikiem dawnych, wychwalanych przez Lesława czasów. Ogromny zajazd przy gierkówce, na odcinku między Piotrkowem a Częstochową. Parking na 400 tirów. Stacja benzynowa, myjnia, sklep spożywczy. Kierowców wita wielki, świecący na czerwono napis "Port Radomsko". W środku ubikacja za złotówkę, prysznic za piątkę i bar z kawą plujką za trzy pięćdziesiąt. W barowym menu są schabowe, żurek i zestaw dnia - dziś ryba, ziemniaki, surówka. Kelnerka wywołuje klientów po numerkach: "Piętnastka! Schabowy proszę!". Głos nawołuje z głośników zamontowanych przed wejściem. A nuż klient zawrócił do kabiny i zapomniał o schabie?

Port Radomsko nie przypomina wymuskanych MOP-ów na autostradach, z lokalem McDonald's i stacją znanej marki, ale na brak klientów nie narzeka. Ciężarówki zjeżdżają i wyjeżdżają co chwilę, bo trasa Katowice - Łódź, przy której leży Port, to jedna z najbardziej zatłoczonych dróg w kraju. Większość takich miejsc już padła. A Lesław, który zaraz zjedzie z trasy na wigilię i śledzika, takie parkingi i takie klimaty uwielbia. Tak jak swoją pracę.

- To trzeba lubić. Nikt tylko dla kasy nie wytrzymałby tyle godzin w tym pudle, cały czas w trasie - mówi. - Dla mnie największą karą byłoby, jakby mnie w pracy zamykali na osiem godzin dziennie. Koszmar. Ja uwielbiam ruch. W trasie nigdy się nie nudzę, puszczam sobie Radio Warszawa, wszędzie złapię. Nawet jak zjeżdżam do domu, to nie siedzę na kanapie, tylko wskakuję w mundur strażacki. Jest dzwonek, to wybiegam z domu i ogień! Jedziemy z chłopakami na akcję. W naszej wsi mamy bardzo fajną OSP - opowiada.

fot. Marek Podmokły / AG
fot. Marek Podmokły / AG

Jako dziecko Lesław podkradał ojcu ciągnik, żeby pojeździć po polu. Zawsze chciał być kierowcą. W wojsku zrobił prawo jazdy na ciężarówki. - Najpierw na PKS-ach jeździłem . To były takie stare maszyny, nie było jak w nich spać, jak grzać, no i do pracy nie brali byle kogo. Trzeba było mieć znajomości. Mnie się jakoś udało. Był 1995 rok. Ale na Zachód nie jeździłem, choć mi się marzyło - wspomina.

A potem PKS-y padły, pootwierały się małe firmy i wtedy już wszystko było możliwe. Lesław pamięta kolejki na granicy u Niemców (nie za długie) i te na Węgrzech, Słowacji, Bałkanach (znacznie dłuższe). Tam zawsze trzeba było posmarować. To znaczy: dać "na kawę" granicznikowi. Firmy transportowe miały więc fundusze specjalnie na ten cel.

Czasy, kiedy się smarowało, jakby minęły, choć na Ukrainie czy Bałkanach może niekoniecznie. Ale Lesław dziś pracuje na innych trasach - od lat ogląda głównie piękne panoramy Alp. Jeździ najczęściej do Włoch. Kiedyś miesiąc był w trasie, tydzień w domu. Teraz na weekend zawsze zjeżdża. Pieniądze ma podobne, a więcej wypocznie. Żona by pewnie doceniła, ale już z Lesławem nie mieszka. Rozwiedli się 15 lat temu.

Na Ukrainę to ja dziękuję

Koło południa ruch jeszcze większy. Kierowcy zatrzymują maszyny, lecą do baru. Każdy ma obowiązkową, przepisami narzuconą pauzę. Jej długość zależy od tego, ile czasu kierowca już jechał. Niektórzy mają 45 minut, a niektórzy dziewięć lub więcej godzin.

I to należy odnotować na plus, że skończyły się czasy przykładania magnesu do tachografów, żeby wyszło, że kierowca może dalej jechać. Raz, że technicznie to jest już prawie niewykonalne. Dwa, że Inspekcja Transportu Drogowego patrzy na ręce przewoźnikom i jak trzeba, to przywali taką karę, że firma nie wstanie. A na przykład we Francji za oszukiwanie tachografu można trafić do więzienia. Teraz jak wypada pauza, nic nie przekombinujesz, musisz wykręcić postój. Kierowcy nie jeżdżą zmęczeni.

fot. Roman Jocher / AG
fot. Roman Jocher / AG

Ci z krótką pauzą szybko zjedzą, wpadają z powrotem do kabin, odpalają i w trasę. Każdy chce zdążyć rozładować się przed weekendem. Reszta spokojnie czeka. W kabinach błyszczą ekrany laptopów, w ruch idą krzyżówki i gazety.

Jacek, który jeździ cysterną, o nowych kierowcach ma jeszcze gorsze zdanie niż Lesław: - Kiedyś na dziesięciu kierowców był jeden, za przeproszeniem, pierd***ięty. Dziś jest na odwrót. Ci nowi piją wódkę, biją się, ognisko palą na parkingu i się dziwią, jak policja przyjeżdża.

A tak się dzieje, wyrokuje Jacek, bo dzisiaj każdego biorą do tej roboty. Kiedyś kierowca to była elita. Trzeba było znać język, mieć odpowiedni staż pracy. Teraz pierwszego lepszego wezmą, "debila, bez języka, co ma prawo jazdy świeżutkie, jeszcze pachnące farbą". Tak brakuje ludzi.

Jacek wie, co mówi. Jeździ 23 lata. Ma specjalne uprawnienia, wjedzie do każdej rafinerii we Francji. Kończył logistykę. Mówi po angielsku, niemiecku, trochę liznął francuskiego. No i oczywiście rosyjski, ale akurat na Wschód Jacek nie chce brać kursów. Raz był na Ukrainie. Zatrzymało go dwóch milicjantów. Pijanych. Jeden machał mu bronią przed nosem, drugi spuszczał paliwo z baku. Po tej przygodzie Jacek już się na Wschód nie pcha, chociaż to było 14 lat temu.

Na Zachodzie za to nigdy nie miał groźnych sytuacji. Kradzież? Łatwo uniknąć. Trzeba się tylko pilnować. A konkretnie - trzeba nie pić. On piwko to może, ale wódki nie pije i nie zamierza. I nigdy go nie okradli.

Lesław ma nie najlepsze wspomnienia ze Słowacji. Ostatni postój wypadł mu obok osiedla domków jednorodzinnych. Śpi sobie, gdy nagle czuje, że mu ktoś po naczepie chodzi. Wychodzi z kabiny, a tam biegają jacyś ludzie, ładują do busa paczki z mięsem, które transportował. Zobaczyli go, w nogi, do busa, a jeden z tym mięsem uciekał przez pole. Policja przyjechała z psem, nic nie znaleźli. Za kradzież zapłaci ubezpieczenie, on się nie musi martwić. I tak mogło być gorzej. Lesław słyszał, że złodzieje wpuszczają kierowcom gaz do kabiny i ich usypiają. Dlatego on ma solidne zatrzaski na drzwiach, byle kto mu tu nie wejdzie.

Port Radomsko (fot. Bartosz Józefiak)
Port Radomsko (fot. Bartosz Józefiak)

Stanisław z Podkarpacia pamięta ostatni postój w Hiszpanii. Kierowca ze Słowenii biegał po parkingu, krzyczał, że mu zarąbali telefon z kabiny. A samemu Stanisławowi ile razy plandekę pocięli. Złodzieje robią małe kółko w płótnie i sprawdzają, co tam kierowca ma na naczepie. Jak elektronikę - to dawaj rabować. A jak stal czy owoce - to wiadomo, że nie ukradną. Stanisław na szczęście uniknął dotąd kradzieży, choć woził już wszystko: od komputerów po granulaty do plastiku. Co kurs to inny towar. - Można powiedzieć, że to dzięki nam wszystko na tym kontynencie działa - mówi.

Żeby im gula chodziła

Z parkingami to jest tak: co kraj to obyczaj. W Niemczech masakra, parkingów jest zawsze za mało. Jak Lesław jeździł na Niemcy, to gdzieś na dzikusa parkował, po krzakach. Raz nawet znalazł taki znak przy tych krzakach: zakaz srania. Taka dupa przekreślona.

W Holandii - nie ma co mówić. Nawet toalet czasami nie mają. We Francji najlepiej - bo są parkingi duże, toalety, prysznice. No i u nas też nie najgorzej. Ale to od kierowców w dużym stopniu zależy, jaka na parkingu jest atmosfera. Jak się jednemu z drugim nie chce iść do łazienki, tylko szcza na koła, no to potem pachnie tak, jak pachnie.

Taki Port Radomsko to jest prawdziwy raj. Można zjeść obiad za 15 złotych. Nie to co na Zachodzie, gdzie najtańszy obiad osiem euro. Dlatego każdy bierze weki z domu, butlę gazową, podgrzewa jedzenie w kabinie. I rosół, i ziemniaczki Lesław sobie zrobi. Obiad prawie jak w domu.

Stanisław z Podkarpacia zawsze znajdzie czas, żeby zjechać z trasy do supermarketu. Dba o dobre jedzenie. Na przykład dzisiaj: na śniadanie płatki z otrębów, ser. Na obiad zupa fasolowa z domu. Na kolację pierś z kurczaka, sałatka na zimno. Są tacy, co żyją na prostym menu: chleb, kiełbasa, piwko na wieczór. Nie chce im się gotować. Stanisław woli zjeść zdrowo, bo ta praca i tak zszarga mu zdrowie.

W trasę Stanisław bierze strój do biegania. Na postojach robi po dziesięć kilometrów. Albo rower ładuje w schowku pod przyczepą i jeździ po okolicy. Nie lubi marnować czasu na pauzie.

fot. Marcin Onufryjuk / AG
fot. Marcin Onufryjuk / AG

Zawsze zwiedza. Widział Berlin, Barcelonę, Madryt, całą Hiszpanię, jeździł na Litwę, Łotwę, Ukrainę. Wrzuca zdjęcia z podróży. Znajomi, żona - zazdroszczą, ile Europy zobaczył. - Przyznam szczerze: specjalnie wrzucam te zdjęcia, żeby innym gula chodziła. Ale po prawdzie to jest jak z robieniem kiełbasy - nie chcesz wiedzieć, jak powstaje. I ja prawdy o mojej jeździe też nie mówię - zdradza.

Stanisław w swoich opowieściach pomija na przykład, że musi stawać gdzieś po krzakach, bo nie ma miejsca, żeby pójść za potrzebą. Że zatrzymuje się na poboczach, na autostradach, bo tak mu pauza wyszła, a potem nie może spać, bo mu za oknem śmigają samochody, aż cała kabina się trzęsie. I że nie ma z kim pogadać, chyba że na rozładunku w Holandii, bo tam sami Polacy pracują. Albo że stoi w korku całą noc, bo we Francji "żółte kamizelki" wyszły na ulice.

No i rozwodów jest bardzo dużo. Masa. Żona sobie znajdzie kochanka, dużo jest takich historii. O kierowcach też krążą opinie, że co to oni nie robią w trasie, ale trzeba powiedzieć, że to nie tiry się zatrzymują na poboczach przy ładnych paniach, tylko głównie auta osobowe. Nazwa "tirówki" jest myląca, te panie powinny się nazywać "osobówki".

Szefowie to złodzieje

Stanisław chyba aż zanadto broni kolegów. Jak tylko zmierzcha, po Porcie Radomsko zaczynają spacerować kobiety ubrane zbyt kuso jak na tę porę roku. Ze sklepu wychodzi dama o kręconych włosach, w skórzanej kurtce i spodniach. Z gracją wspina się do kabiny jednego z kierowców. Zasłonki w kabinie zaciągają się momentalnie, choć godzina jeszcze młoda.

Trudy rozłąki z rodziną kierowcom osładza pensja - siedem tysięcy na rękę, średnio. - Ale też z tą pensją nie przesadzajmy - mówi Lesław. - Kierowca ma podstawy 2700, na rękę 1900. Resztę dolicza mu się za fracht, czyli za kilometry wykręcone. Ale to już jest płacone pod stołem. Na umowie szefowie wpisują minimalną pensję. Emerytura z tego będzie malutka. Do tego urlopów nie chcą dawać - żali się.

fot. Michał Grocholski / AG
fot. Michał Grocholski / AG

- Szefowie to złodzieje - wyjaśnia Jacek. - Płacą od przejechanego kilometra, a powinni wypłacać dniówki. Ja akurat nie narzekam. Trafił mi się szef uczciwy. Dostaję dniówki 55 euro i jeszcze solidną podstawę, 3200 złotych miesięcznie czy jadę, czy stoję. Ale nie wszyscy tak mają.

Jacek jest trzy tygodnie w trasie, po czym zjeżdża na tydzień albo dwa do domu. Żyje w kratkę, ale inaczej sobie nie wyobraża. Ma duże potrzeby. Czwórka dzieci, z czego dwójka z autyzmem. Młodsza córka długo nie mówiła do obcych, potrzebuje pomocy specjalisty. Żaden NFZ mu tego nie pokryje. Dlatego musi tyle zarabiać. Ale jak sobie radzą rodzice chorych dzieci, co nie mają takich pieniędzy? Aż ciężko pomyśleć.

Pośrednicy jak muchy

Migają światła kogutów. Na parking leniwie wtacza się radiowóz. Sprawa niegroźna - ciężarówki się szturchnęły, jeden drugiemu oberwał lusterko.

W barze ruch nie tylko po schaby. Na ścianie wisi puszka - alkomat. Podchodzisz, wrzucasz dwa złote i dmuchasz. Jak się zapala zielona buźka: możesz jechać. Jak czerwona: to lepiej nie. Alkomat cieszy się dużą popularnością.

Andrzej z Płocka rozgrzewa silnik, szykuje się do drogi. On z kolei weźmie w obronę pracodawców. W końcu jest jednym z nich. Ma pod sobą pięć samochodów, sam też jeździ. I ma kłopot. Bo paliwo poszło w górę o złotówkę w ostatnich latach. Jak auto spali 3500 litrów miesięcznie, to traci 3500 złotych. Na jednym samochodzie. A stawki dla przewoźników nie poszły w górę.

Do tego musi opłacić pracowników, ubezpieczenie - sama kabina to lekko 1500 złotych, nie mówiąc o ubezpieczeniu przewoźnika i towaru. Opłaty za drogi: w Polsce 2,5 tysiąca złotych miesięcznie na ciężarówkę. Tankowanie - 18 tysięcy złotych. Komplet opon raz do roku. I tak dalej. A klienci nie płacą od razu, tylko mają 50 dni na rozliczenie faktury. Zanim więc Andrzej zobaczy pieniądze, to musi w miesiącu władować w biznes kilkadziesiąt tysięcy. Kasa jest - ale na firmowych kontach i fakturach. Jemu w ręku zostaje kilka tysięcy złotych.

fot. Roman Jocher / AG
fot. Roman Jocher / AG

Andrzej lata temu przytulił się do firmy spedytorskiej. Wozi dla niej wszystko - od stali do napojów. I niby fajnie, ale oprócz spedytora pojawili się też pośrednicy. I oni biorą swoją marżę, chociaż mają tylko laptopa i telefon i łączą kierowców z firmami. Ale inaczej się nie dostaniesz do spedytorów niż przez pośredników. Obsiedli ich jak muchy.

Jak taki jeden kierowca z drugim narzeka, że źle mu się jeździ, to niech sobie sam firmę założy. Andrzej tak zrobił parę lat temu. I żałuje. Myślał, że świetnie zarobi. Teraz najchętniej by to wszystko sprzedał. Zastanawia się, czy nie zwinąć interesu. Konkurencja coraz większa, przybywa firm i kierowców. Ale z drugiej strony - jest też coraz więcej towaru do wożenia. Stąd widać, że kraj się rozwija. Dla kierowców praca zawsze się znajdzie.

Młodzi

Adrian z Sochaczewa, lat 27, pierwszą ciężarówkę rozbił. - Facet we mnie walnął i nie wyhamowałem, uderzyłem następne auto z przodu. Nikomu nic się nie stało, ale wóz do kasacji. Szef mnie zwolnił - opowiada. Długo następnej pracy nie szukał. A wkrótce, dzięki pieniądzom od rodziców, kupił swoją naczepę i założył firmę. Jeździ na Zachód i nie narzeka. - U siebie to nie oszukujesz. Jak pracowałem dla Niemca, to przycinałem go na kasie za autostrady. Tak sobie dorabiałem - zdradza.

Adrian reprezentuje młode pokolenie kierowców - tych z nosem w smartfonie. - Na postojach lubię też sobie pograć. Czas szybko mija - mówi. Przed erą ciężarówki pracował w magazynie za 2200 na rękę. Zbierał butelki i złom, żeby dorobić. Ma dwójkę dzieci na utrzymaniu. - Co to były za pieniądze! Teraz na ciężarówce jest o niebo lepiej. Lubię jazdę, nie męczy mnie to. U mnie w rodzinie połowa osób jeździ - zdradza.

fot. Patryk Ogorzałek / AG
fot. Patryk Ogorzałek / AG

Paweł dokleja na przednią szybę znaczek ze swoim imieniem. Ma 21 lat.

- Brat jest kierowcą. Jeździł na Litwę, Łotwę, brał mnie jako pasażera. Też chciałem jeździć. Rodzice dołożyli mi się do ciężarówki. Robię krótkie trasy, do krajów bałtyckich. Dwa dni w drodze i zjeżdżam do domu. Najgorsze w tej robocie są korki, a najlepsze - zarobki - ocenia.

- A w domu nikt nie narzeka, że cię tyle nie ma?

- Mam dziewczynę, ale na razie nie marudzi. To mądra kobieta, chyba zrozumie, nie?

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Bartosz Józefiak. Mieszka w Łodzi. Pracował w gazetach lokalnych w Łodzi, Wrocławiu i Pabianicach, współpracuje z "Dużym Formatem" i "Tygodnikiem Powszechnym". Jest absolwentem Polskiej Szkoły Reportażu i swoją przyszłość wiąże właśnie z reportażem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (190)
Zaloguj się
  • ralfx

    Oceniono 76 razy 58

    "jak pracowałem dla Niemca to przycisnąłem go na kasie".
    Cóż Adrianie z Sochaczewa: jesteś zwykłym złodziejem. Pamiętaj jednak, że karma zawsze wraca, czasem ze skumulowaną siłą.

  • Luis Rose

    Oceniono 55 razy 45

    - U siebie to nie oszukujesz. Jak pracowałem dla Niemca, to przycinałem go na kasie za autostrady. Tak sobie dorabiałem - zdradza.” Nawet nie chce mi się tego komentować.

  • barrt21

    Oceniono 58 razy 32

    patologia w kraiku, w którym napompowana do granic absurdu "logistyka" opiera się na samochodzie a pociągi likwiduje od 20 lat.
    dobranoc

  • wesslingharald

    Oceniono 41 razy 29

    Kierowca TIRa, zawód, który kiedyś cieszył się estymą, ale teraz, przez niekompetentnych półgłówków, jest jedynie przedmiotem żartów i pogardy. Zawód, który spsiał. Podobnie jak zawód dziennikarza. :/

  • kaviar100

    Oceniono 23 razy 21

    Nie zapomnę jak jechałem osobówką i wyprzedzał mnie tir. Wyhamowałem. Następnie patrzę a gość zaczyna wyprzedzać drugiego tira na podwójnej ciągłej. Wąska droga. Za mniej niż km wioska się zaczyna. Ogólnie maskara

  • volongoto41

    Oceniono 32 razy 20

    Dlaczego brakuje kierowców?
    - bo polskie firmy transportowe są budowane dokładnie według „Animal Farm” Georga Orwella.
    Kultura i grzeczność są traktowane jako słabość. I gdy mówisz „dziękuję”, „przepraszam” to słyszysz
    „jeszcze raz tak się odezwiesz, a dostaniesz w mordę!”
    - bo pracodawcy tylko obiecują, obiecują i od lat udają, że mają to, czego nie mają, i że nie
    ma u nich tego, co jest, a łżą przy tym, aż dostają zeza.. i hojnie szastają kłamstwem łżąc
    o atrakcyjnych zarobkach, a na umowie 2100 brutto;
    - bo za te 2100 brutto nie widzisz domu, rodziny, przyjaciół i stajesz się psem szczekającym z budy,
    o swej psiej niedoli po parkingach całej Europy, stąd „Polak to kundel i kartofel”,
    - bo w czasie rekrutacji rzucają jak małpom fistaszki typu : miła atmosfera, terminowe wypłaty,
    powrót do domu, przestrzeganie czasu pracy, - a gdy nalegasz o terminową wypłatę słyszysz tekst
    szatniarza z filmu Barei „Miś” – „Cham się uprze i mu daj. No skąd ja wezmę, jak nie mam!.”
    - bo pracodawcy płacą od kilometra, od wartości frachtu którego kierowca nie zna, od „kółka”,
    obciążając przy tym ryzykiem prowadzenia działalności gospodarczej kierowcę i wykazując jacy
    to oni są przebiegli, cwani, bezczelni, bo potrafią zedrzeć skórę z kierowcy nie używając noża,
    - bo toaleta na Zachodzie kosztuje 70 centów, kąpiel 3 euro, śniadanie 8 , obiad 12… i nic z diet nie
    zostaje /chyba, że sikasz na koło jak pies, jesz z puszki jak pies, żebrzesz o chleb jak pies, nie myjesz
    się jak pies…. i wyglądasz jak zdziczały kundel /
    - bo nieuregulowane życie seksualne wywołuje omamy, obrzęk, cierpienie i oczy du..ą zachodzą,
    - bo te ogłoszenia o zatrudnieniu, to tak ciepło mówią o kierowcy: „Ty śmieciu” i przypominają
    książkę Johnna Stossela „Mity, kłamstwa i zwykła głupota ”, a sama rekrutacja jest podobna do
    zakupu niewolnika; przyjmowanemu najpierw zagląda się w paszczę, po czym ustala się długość
    łańcucha na którym ma być uwiązany do samochodu,
    - bo oprócz stresu i wielu obowiązków kierowca musi być biegły w niedozwolonych kombinacjach
    z tachografem, znać obsługę emulatora adblue i innych „magnesów” oraz posiadać przy tym
    umiejętność merdania ogonem,
    - bo z powodu dużej rotacji kierowców samochody są zdewastowane, brudne, cuchnące cebulą,
    moczem, starymi skarpetkami z lepiącą się od brudu tapicerką, a gdy wsiadasz po Ukraińcu, to
    oblezą cię wszy, pchły i inne nie szczepione zarazy,
    - bo samochody są nędzne, nędznie wyposażone, a właściciel twierdzi: „czy to będzie wypasione
    volvo, czy nędzne iveco to faktura za transport będzie identyczna.”
    - bo pracodawca transportowy to często prostak, złodziej, którego cechuje furia oszukiwania i jak cię
    nie okradnie to jest tak sfrustrowany, że bez kagańca to do niego nie podchodź..
    - bo coraz więcej osób woli być biednym panem swego losu, niż złudnie bogatym kierowcą
    niewolnikiem,
    - bo patologia w transporcie to norma, a norma w transporcie robi wrażenie cudu…

  • yayebye

    Oceniono 18 razy 18

    cyt.: "Kasa jest - ale na firmowych kontach i fakturach. Jemu w ręku zostaje kilka tysięcy złotych"
    Ale tak chyba powinno być.
    Nie było tak tylko na początku lat 90ych kiedy miałeś szczękę, a za 2 miesiące Mercedesa, ale to patologia, nie norma.

  • godeep

    Oceniono 22 razy 16

    Jestem głęboko wzruszony losem kierowców. I choć wiem, że tego nie widać przez Internet, to po policzkach ciekną mi łzy...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX