Microdoc - medycy na ulicy

Microdoc - medycy na ulicy (gazeta.tv)

Medycy na Ulicy - nie boją się ran z robakami, wyciągają z bezdomności. "Bo ktoś to musi robić, a ja mogę" #MICRODOC

Gdy zmarznięci warszawiacy uciekają do domów, klnąc na smog i spóźnione autobusy, oni zakładają zimne nitrylowe rękawiczki i z wysłużoną ratowniczą torbą stawiają się pod Dworcem Centralnym. Z dyżuru schodzą, gdy pomogą ostatniemu "pacjentowi". Medycy na Ulicy robią coś, co chyba większości z nas nie mieści się w głowie.

Artykuł powstał w ramach Tygodnia Dobrego Serca na Gazeta.pl, w trakcie którego pokazujemy wam szereg organizacji zmieniających świat na lepsze, w tym projekt "Medycy na Ulicy" Fundacji Fortior. 

Z Medykami na Ulicy spotkaliśmy się kilka dobrych tygodni temu. Przez ten czas teksty o grupie dzielnych streetworkerów, którzy udzielają pierwszej pomocy bezdomnym i potrzebującym pod Dworcem Centralnym, ukazały się w wielu mediach, na krótką rozmowę zaprosiła ich nawet popularna śniadaniówka. Dziennikarze zwykle chcą opisać sprawę i bohatera jako pierwsi, ale w tym przypadku bardzo się cieszymy, że ktoś nas ubiegł i o tych niesamowitych ludziach stało się głośno.

Bo dzięki temu Medycy - którzy na co dzień udzielają głosu i pomocy ludziom społecznie wykluczonym - sami mają szansę zyskać pomoc, której bardzo potrzebują. Bo oni to wszystko robią nie dość, że własnymi rękami, to jeszcze za własne pieniądze.

Nie boją się gnijących ran z robakami

Pod Dworcem Centralnym są w każdy poniedziałek i piątek od 20-tej. - Do ostatniego "pacjenta". Cieszymy się, gdy uda się zejść z dyżuru po trzech godzinach, ale często kończymy o trzeciej, czwartej w nocy. Zwykle zostajemy trochę dłużej, żeby jeszcze pogadać. Bo to też możemy zrobić, a człowiek wysłuchany wreszcie czuje się jak człowiek - opowiada Agata Parafjańczuk, 31-latka, która wolontariuszką w Medykach na Ulicy jest od maja tego roku.

Kim są Medycy na Ulicy? - Grupą streetworkerów. I grupą przyjaciół. Ja jestem ratownikiem pola walki. Byłam na misjach w Iraku, pomagałam przesiedleńcom w obozach. I powiem ci, że nie ma różnicy między tamtą pracą i tą - tu i tam jest człowiek - przekonuje Agata.

- Każdy z nas ma inną historię, ale każdy ma coś wspólnego z medycyną. Mamy dwóch ratowników medycznych, ochotniczych strażaków, dwie pielęgniarki - jedną jeszcze na studiach, drugą z dwudziestoletnim doświadczeniem - psychologa i naszego ukochanego Marcina, który jeszcze się uczy. Jego oczywiście nie pchamy do najtrudniejszych zadań, natomiast niesamowicie nam pomaga i daje wielką radość - cieszy się Agata.

I jeszcze raz podkreśla, że każdy z medyków jest profesjonalistą. - Nie mamy prawa uczyć się udzielania pierwszej pomocy na ulicy.

Całe wyposażenie torby ratownika finansują sami lub z pomocą ludzi dobrego serca. Jeden dyżur to czasem koszt kilkuset złotych
fot. Gazeta.pl

To, co Medycy robią pod dworcem, jest udzielaniem pierwszej pomocy w warunkach polowych, ekstremalnych. Czy upał, czy trzaskający mróz, śnieg, czy deszcz, punkt dwudziesta na murku stawiają wysłużoną torbę ratowniczą. Wszystko, co w niej jest - bandaże, opatrunki, rękawiczki, maści - sfinansowali sami lub dostali od znajomych. Każdy dorzuca tyle, ile może. Nie korzystają z pomocy miasta czy jakichkolwiek innych organizacji. Zbiórkę publiczną zarejestrowali dopiero niedawno. Licznik pokazuje, że w lipcu zebrali nieco ponad 1600 zł z 33 wpłat.

Na ile to wystarcza? Zależy, ilu przyjdzie "pacjentów" i z czym. - Często zdarzają nam się owrzodzenia żylakowe. Urazy po bójkach. I tutaj krótka dygresja - nic nie goi się tak beznadziejnie, jak ślady po ludzkich zębach. Poza tym upadki, stłuczenia, rozcięcia. Czasem ktoś ma założone w szpitalu opatrunki, ale do nas przychodzi na ich zdjęcie, bo już nie chce wracać do przychodni. Kilka tygodni temu zdarzyło nam się zatrzymanie akcji serca. Koledzy, ratownicy medyczni, prowadzili resuscytację. Udaną. To zawsze dla nas najważniejsze. Więc jeden dyżur może kosztować kilka albo kilkaset złotych. Gdy trzeba stosować jakiekolwiek opatrunki specjalistyczne, koszt wzrasta drastycznie - podsumowuje Agata.

Opisy obrażeń, z jakimi się stykają, da się przeżyć. Bo to tylko opisy. Kiedy Medycy wrzucili na swój fanpejdż zdjęcia ukazujące, co kryje się za suchymi raportami, odezwało się wiele głosów, że to "obrzydliwe" i "jak mogą coś takiego pokazywać".

Tylko, że to właśnie tak wygląda. "Zmienianie opatrunków" brzmi bardzo ładnie. A często pod bandażem rana jest zakażona, ropieje, jątrzy się i wydłubujemy z niej larwy robaków. Nie mówiąc już o tym, jaki zapach się z niej wydziela

- wyjaśnia Agata.

Gdy jest już bardzo źle, to jest się do kogo przytulić

Agacie uśmiech nie schodzi z twarzy. Z torebki wystają jej druty i wełna - w autobusie, w drodze na nasze spotkanie robiła wełniane czapki dla podopiecznych. Medycy rozdadzą je - a także ciepłe kurtki, bieliznę, skarpetki - potrzebującym pod dworcem.

Na większości dyżurów, na których jest Agata, jest też Sebastian, jej mąż. I ratownik medyczny. Do projektu dołączyli razem. - Trochę go chyba zmusiłam, ale po pierwszym dyżurze wsiąkł. Wszystko przegadujemy. To dla nas forma wspólnego spędzania czasu. Bardzo fajnie jest mieć pod ręką człowieka, który jest ci tak bliski, w sytuacji, która nie jest łatwa. Kiedy jest bardzo źle, to na ułamek sekundy mogę się do niego przytulić i już jest trochę lepiej.

Na dyżurze popłakałam się tylko raz i obiecałam sobie, że nigdy więcej tego nie zrobię. Nie dlatego, że takie emocje są złe, tylko dlatego, że to obciąża ludzi, którym pomagamy. Oni się strasznie przejmują, że ktoś nam zrobił taką przykrość, że my aż tak źle się czujemy

- opowiada Agata.

I dodaje, że do bycia streetworkerem trzeba mieć - albo sobie wyhodować - bardzo twardą skórę. Ratuje też czarny humor.

O bezdomnych nie mówi "bezdomni". Tylko: - Ludzie dotknięci bezdomnością. Łatwo jest nam machnąć ręką i powiedzieć: "Bezdomny? Sam sobie ten los wybrał". A bądźmy poważni - nikt bez powodu nie wychodzi z domu i nie decyduje się spać na dworcu. Coś musi się bardzo w życiu nie udać. I we mnie, w środku, nie ma zgody na to, żeby pozwolić komuś umrzeć na progu namiotu w obozie dla przesiedleńców, czy na progu Dworca Centralnego. Dlatego, że coś się w życiu nie udało. Może trochę brakuje w nas człowieczeństwa, skoro jesteśmy w stanie powiedzieć do osoby, która nie ma się gdzie umyć: "Wysiądź z tego autobusu, śmierdzielu" - podkreśla z mocą Agata.

I dodaje: Bardzo łatwo jest nam być patriotami, kiedy wróg stoi u granic. Jesteśmy świetni w powstańczych zrywach, w partyzantce, a kiedy trzeba zacisnąć zęby i pomóc drugiemu człowiekowi, to tłumaczymy sobie, że zrobi to ktoś inny, że przecież są organizacje, są fundacje. Łatwiej nam zapłacić na fundację 10 zł niż zrobić coś samemu. Przy czym nie uważam, że każdy musi robić sam. Po prostu ktoś powinien. A ja mogę. Ja potrafię, ja nie mdleję na widok robaków w ranie. Absolutnie nie oceniam ludzi, którzy nie są w stanie wewnętrznie przez to przejść, to wymaga pewnej odporności. I nie każdy absolutnie musi i powinien ją mieć.

Ale nie można się odwracać. Pomagamy, bo po prostu tak trzeba. Tym, którzy leżą pod płotem. Bo nawet jeśli żul, to co, nie Polak?

Osiem lat na dworcu

Gdy spędzi się z Medykami kilkanaście lodowatych minut pod dworcem, widząc, jak dwoją się i troją, by każdemu udzielić pierwszej pomocy medycznej, niewyobrażalne wydaje się, że ten projekt zaczęła jedna dziewczyna - Anna Jastrzębska. O Annie można pisać długo: psycholog, pedagog, interwent kryzysowy. Za sobą ma staże "ekstremalne" - dyżurowała m.in. w Klinice Psychiatrii i Stresu Bojowego Wojskowego Instytutu Medycznego przy Telefonie Zaufania dla Weteranów Polskich Kontyngentów Wojskowych. Na co dzień pracuje z mundurowymi i ratownikami, którzy doświadczyli stresu pourazowego.

To zawodowo. Bo prywatnie, w czasie wolnym, Anna przez lata sama jeździła pod Dworzec Centralny, by opatrywać ropiejące rany i rozmawiać z tymi, którzy stracili już nadzieję na coś więcej niż karton na mokrym chodniku i butelkę spirytusu. Bezdomni mówią o niej nie inaczej, tylko "Matka". Taką naszywkę - "Matka" - ma też na kamizelce Fundacji Fortior, której jest prezeską.

Fundacja Fortior formalnie powstała rok temu. Jej głównym celem jest pomoc mężczyznom, którzy doświadczyli przemocy seksualnej, a Medycy na Ulicy są jednym z jej projektów. Chociaż jest prezeską, Anna do dziś zjawia się pod dworcem na dyżurach Medyków, i działa na równi z innymi, z tą różnicą, że udziela nie tylko pomocy medycznej, ale też psychologicznej i interweniuje w sytuacjach kryzysowej (np. załatwia miejsce w ośrodku dla bezdomnych).

Gdy Agata zaczyna opowieść o Ani, najpierw układa dłonie w kształt serca. - Ona jest niesamowita. Jest dla mnie wzorem działania streetowego. Potrafi wszystko. Nigdy nikogo nie ocenia i nie skreśla. Zawsze, nieważne, jak bardzo jest zmęczona, jest skłonna pomóc. Chyba właśnie tak jak dobra matka: niezależnie od tego, co się dzieje dziecku, i jakie to dziecko może być wredne, to ona je nadal kocha. To dzięki niej dzisiaj jest nas okrągły tuzin wolontariuszy. Ale mamy nadzieję na więcej, bo mimo dwunastu osób na pokładzie wciąż czasem trudno jest zapełnić grafiki - na każdym dyżurze muszą być co najmniej trzy osoby.

Żeby nie było jak w przychodni

Agata podkreśla, że Medycy pomagają ludziom, którzy nieco wymykają się systemowi. W większości przypadków nie mają ubezpieczenia. W takiej sytuacji z pomocą przychodzi Medykom działające przy ul. Wolskiej 172 Stowarzyszenie Lekarzy Nadziei, prowadzące przychodnię dla osób w kryzysie bezdomności. Bo Medycy na Ulicy nie leczą - pomagają, kierują, wspierają, walcząc o każdą napotkaną osobę.

Medycy nie chcą mówić o SOR-ach źle. Nie chcą generalizować.

Chociaż nie zawsze udaje się osiągnąć cel i uzyskać pomoc dla naszego podopiecznego, to z tego miejsca chcemy podziękować wszystkim Zespołom Ratownictwa Medycznego, personelom SOR, stowarzyszeniom i organizacjom, które przez lata stanęły na wysokości zadania i mimo wszelkich przeciwności pomogły osobom w kryzysie bezdomności i ofiarom przemocy odzyskać zdrowie, siły do zmian i wiarę w siebie

- mówi Bartłomiej Matyszewski, wiceprezes Fundacji Fortior, odpowiedzialnej za projekt Medycy na Ulicy.

Nikt z nas nie czuje się superbohaterem i nie chcemy być postrzegani jako lepszy substytut personelu medycznego. Jesteśmy tam, gdzie pojawia się prośba o pomoc i stajemy się pomostem między punktem w którym pojawia się nadzieja, a pomocą instytucjonalną

- dodaje Matyszewski.

Medycy robią wszystko, by otoczka udzielanej przez nich pomocy nie kojarzyła się z tą systemową. Nie pytają o historię życia, decyzje, powody. Nie pouczają. Nie wypraszają, nie mówią, że ktoś śmierdzi. Dlatego długo wahali się, czy wprowadzić system numerkowy dla "pacjentów", bo tak bardzo przypomina przychodnię. - Ale kiedy zrobiliśmy to po raz pierwszy, okazało się, że to jest super usprawnienie. Oni też zrozumieli. Więc teraz już przychodzą i pytają: Panie Janie, ma pan numerki? Pani Agato, którym numerkiem będę ja? - cieszy się Agata.

Pomagają w warunkach polowych, ale nikomu pomocy nie odmawiają. Medycy na Ulicy
fot. Gazeta.pl

Pytam, co jest największym sukcesem. - Sukcesem medycznym jest każda sytuacja, kiedy udaje się wyleczyć coś przewlekłego. A kiedy nam się udaje pomóc w przypadku choroby zakaźnej? Rewelacja. Za każdym razem prawie tańczymy z radości. Największym sukcesem ogólnie jest wyprowadzić człowieka z bezdomności. Od maja, gdy jestem w Medykach, udało się to kilkukrotnie. Powiesz, że to promil w morzu potrzeb. Ale nawet wtedy, gdyby udało się pomóc tylko jednej osobie na świecie, warto byłoby podjąć też wysiłek - mówi Agata.

Na palcach jednej ręki może policzyć przypadki, kiedy udzielenia pomocy odmówili. - Raz zdarzył się przypadek agresywnego pacjenta, który został spryskany gazem, bo stanowił dla nas zagrożenie. Ania, nasza prezes, przeprowadziła z nim później bardzo długą rozmowę. Pomoc otrzymał. Dziś jest naszą gwiazdką na firmamencie nadziei, bo przychodzi nadal, ale już jako wolontariusz - wzrusza się Agata.

I dodaje: Boże Narodzenie to jest szczególnie trudny czas dla streetworkerów. Mam świadomość, że jak pójdę sobie na dyżur przed Wigilią, to na Wigilię pójdę na kolację do rodziny, będzie mi ciepło, będę miała świeczki na choince. A ci wszyscy, którym udzieliliśmy pomocy, będą spali na dworcu. To jest dla mnie osobiście bardzo trudne. Bo bardzo bym chciała, żeby oni wszyscy mieli takie święta, jak ja.

Zaczęliśmy w poniedziałek 17 grudnia i przez cały tydzień nie przestajemy. W ramach Tygodnia Dobrego Serca na Gazeta.pl codziennie pokazujemy Wam organizacje, których wsparcie czyni świat lepszym miejscem. Jeśli chcesz wesprzeć "Medyków na Ulicy" wejdź na stronę ich fundacji lub na zbiórkę publiczną na Pomagamy.im.

***

Znasz kogoś, kto też jest Zwykłym Niezwykłym? Powiedz nam o nim! Pisz na adres: zwykliniezwykli@agora.pl. Wybranych bohaterów odwiedzimy z kamerą.

Zobacz także