Wojciech Mann z ojcem Kazimierzem

Wojciech Mann z ojcem Kazimierzem (fot. archiwum prywatne Wojciecha Manna)

wywiad gazeta.pl

Wojciech Mann: Po ojcu mam straszliwą niechęć do nagminnej dziś autopromocji

Do dziś pamiętam, jak byłem mały, a on zaczął mi opowiadać historię rozmnażania się królików w Australii. Próbował zawsze znaleźć coś, co nie wtapiało się w bylejakość i banalność - mówi Wojciech Mann. Właściciel jednego z najbardziej lubianych głosów radiowych, mistrz abstrakcyjnego dowcipu, a zarazem spec od muzyki rockowej w książce "Kazimierz Mann. Artysta" przywołuje postać swego równie nietuzinkowego ojca - projektanta, grafika, ilustratora.

Ze zdjęć spogląda na nas elegancki dandys w nienagannie dopasowanym garniturze, jakby całym sobą deklarujący swoje "désintéressement" wobec peerelowskiej szarzyzny i bylejakości. W przedwojennych lwowskich czasach wraz z braćmi - Tadeuszem (naukowcem, późniejszym profesorem Cambridge) i Romanem (architektem i scenografem) - byli "jeśli nie lwami, to lewkami salonowymi", jak pisze Wojciech Mann. Kazimierz, absolwent architektury na Politechnice Lwowskiej i Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, podzielił los wielu swoich rówieśników, których obiecujące kariery przerwała wojna. Zanim nastąpiła, zdążył zaprojektować m.in. polichromię w schronisku na Gubałówce i dekoracyjne panneau, za które otrzymał w 1939 roku złoty medal na Wystawie Światowej w Nowym Jorku. Po wojnie zajął się głównie grafiką użytkową i oprawą plastyczną wystaw, projektował mozaiki i malowidła ścienne, z których jednak niewiele przetrwało. W jego życiorysie znajdziemy i odsiadkę w stalinowskim więzieniu, i barwne wieczory spędzane z warszawską bohemą w legendarnym SPATiF-ie, intensywną pracę twórczą i niezliczone projekty robione na zlecenie, by wykarmić rodzinę, i czułe z tą rodziną związki.

Wszystkie te wątki, a także ocalałe, zachwycające lekkością i baśniowymi kolorami prace Kazimierza, zebrał w swej książce Wojciech Mann (przy wsparciu swego syna, a wnuka Kazimierza - Marcina Manna, który sfotografował dzieła dziadka).

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak (fot. archiwum prywatne / mat. prasowe)
Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak (fot. archiwum prywatne / mat. prasowe)

Anna Sańczuk: Przyznaję, że o Kazimierzu Mannie wcześniej nie słyszałam, ale kiedy zajrzałam do pana książki i zobaczyłam jego prace, zorientowałam się, że chociaż o tym nie wiedziałam, to był on wszechobecny w świecie mojego dzieciństwa: na kartkach pocztowych, ilustracjach bajek i książek. Czy impulsem dla pana do napisania tej książki było właśnie ocalenie dorobku nieco zapomnianego artysty i przywrócenie go powszechnej świadomości?

Wojciech Mann: To nie był impuls. Byłby nim, gdybym nagle poczuł wolę napisania o ojcu. A to tak pełzało pomalutku od czasu, kiedy byłem nastolatkiem. I nasilało się poprzez uwagi mamy, która, jak to dobra żona, chciała, żeby ojciec był bardziej doceniany i tak mu czasem docinała: Patrz, Kaziu, ten twój kolega znowu ma jakąś wystawę, o tamtym powiedzieli w Kronice Filmowej, a ty nic.

Potem, po przedwczesnym odejściu ojca, uświadomiłem sobie, że ogrom jego prac zniknął bezpowrotnie w czeluściach zamawiających je instytucji i poczułem, że muszę coś z tym zrobić. Są ludzie, którzy mają całą bibliotekę swoich prac, szczegółową dokumentację. On o to nie dbał.

Żył chwilą.

Tak. Bez dystansu i perspektywy. I chyba też w takim, godnym pozazdroszczenia, przekonaniu: A co tam, najwyżej narysuję nowe! A były to czasy, kiedy żaden twórca nie miał kogoś takiego, jak menadżer czy promotor. Kazimierz Mann pracował więc z dnia na dzień i jak poskładałem z jego dorobku wszystko, co nam zostało, to - jeszcze raz wracam do słowa "impuls" - potrzeba pokazania innym tego, jakie on wspaniałe rzeczy robił, stała się paląca.

fot. archiwum prywatne Wojciecha Manna
fot. archiwum prywatne Wojciecha Manna

Poza tym, że ta opowieść o Kazimierzu Mannie to także trochę o jego braciach. Bo przecież było trzech uzdolnionych facetów, np. Roman Mann projektował scenografię do wielu polskich filmów. Pan nie odnalazł w sobie co prawda plastycznych zdolności, ale może pan nie próbował po prostu?

Próbowałem i lepiej zapomnijmy o tym (śmiech). Przez to, że nie odziedziczyłem konkretnie talentu do rysunku czy zdolności do grania a vista na instrumencie, można by uznać, że ze mnie trochę taka czarna owca. Myślę jednak, że to nie w tym rzecz, ale w historii rodziny, w atmosferze, w pewnej wrażliwości i energii twórczej, która niekoniecznie musi się koncentrować w jednym talencie. Raczej w stosunku do życia w ogóle. Jeśli następne pokolenie potrafi przejąć umiejętność absorbowania dobrych rzeczy ze świata oraz rozróżniania tego, co w nim wartościowe, a co nie, wtedy jakoś łatwiej się żyje. W jakimkolwiek kierunku by ktoś nie poszedł.

Bo przecież jeden z tej trójki braci, Tadeusz, został nie artystą, ale wybitnym naukowcem. Miałem okazję go poznać. Podobnie jak ojciec nie był kostycznym typem sztywniaka, ale człowiekiem uśmiechającym się do świata. To mi bardzo odpowiada. Korzystam z tego. Nie rutyna, szablon, tylko lekki niepokój, nieustanne skoki w różne dziedziny. Mnie to dopadło, mój syn, Marcin, który współpracował ze mną przy książce, też nie mieści się w formatach. Skończył studia fotograficzne, ale zajmuje się też muzyką. Nie widzę go w "normalnej pracy" od 8 do 18.

Co dla pana w twórczości ojca jest szczególnie wzruszające, cenne, ważne? Dla mnie to świat alternatywny, który wykreował - piękny estetycznie, odrealniony, bajkowy, będący ucieczką od ciężaru egzystencji.

Kiedy robił np. serię kartek świątecznych i inspirował się zwyczajami ludowymi: śmigus-dyngus, turoń - wiadomo było, skąd to się wzięło. Ale są też obrazy bardziej abstrakcyjne. Nie w sensie form, bo tam także pojawiają się postacie, tylko nie wiadomo skąd wzięte - ze świata wyobraźni, fantazji, snu. I tutaj dochodzimy do pewnej tajemnicy. Wielu twórców, szczególnie teraz, próbuje uruchomić swoją wyobraźnię i możliwości kreacyjne poprzez różnego rodzaju bodźce zewnętrzne, np. wizje uzyskane z pomocą substancji narkotycznych. A on potrafił uruchomić ten niebywały świat, przywołać go z siebie bez sztucznego "kopniaka". To jest dla mnie miarą jego artyzmu.

fot. archiwum prywatne Wojciecha Manna
fot. archiwum prywatne Wojciecha Manna

W postaci Kazimierza Manna ujmujące wydaje mi się połączenie przedwojennej elegancji, którą niełatwo było utrzymać w PRL-u, z pewną "lekkością bytu", dowcipem i krotochwilnością. Sytuacja, kiedy pan Kazimierz zmienia wodę w akwarium i robi to, odciągając wodę rurką, w której utyka przypadkowo zassana rybka, a on komentuje: - To była jej wina! Albo kreowanie waszego ukochanego cocker-spaniela na giganta intelektu. Z rutyny i codzienności umiał wydestylować element magiczny, zabawny, zaskakujący.

Jego przygody ze zwierzakami były autentyczne, on się naprawdę interesował światem natury! Do dziś pamiętam, jak byłem mały, a on zaczął mi opowiadać historię rozmnażania się królików w Australii. Próbował zawsze znaleźć coś, co nie wtapiało się w bylejakość i banalność. Miał to "swoje patrzenie" i wydawałoby się, że ono dotyczyło tylko spraw estetyczno-plastycznych, ale tak naprawdę rozciągało się na całe podejście do życia. Kiedy widziało się np. jego lampę kreślarską, całą powiązaną gumkami i sprężynkami, żeby w ogóle działała, można było uznać otaczające go warunki za upokarzające. Ale nie pamiętam, żeby był czymś kiedykolwiek załamany, żeby mówił: szlag by to trafił, nie będę nic robił, bo się nie da. On się jakoś w tym świecie układał.

Pana książka to obraz życia artysty w PRL-u. Opowieść o pokoleniu ludzi, którym wiele zabrano, którzy wiele przeżyli, ale starali się potem wycisnąć z życia, ile się da, umieli cieszyć  się drobiazgami. Zwłaszcza środowisko artystyczne było w tym dobre - prowadzili bogate życie towarzyskie, to była kolorowa wyspa wyobraźni w świecie szarego i niewesołego komunizmu. Jaki był pana dom?

Był to dom otwarty, często wpadali goście. I ma pani rację co do tego środowiska. Myślę, że oni się garnęli do siebie również po to, żeby się utwierdzić, że można żyć godnie w tym całym dziadostwie. Spotykali się w kawiarniach, barach, w legendarnym SPATiF-ie, ale nie po to, żeby się upić na umór i zapomnieć. Po to, żeby rozmawiać. Oczywiście można potępiać atmosferę tamtych spotkań, gdzie alkoholu nie brakowało, papieros od papierosa się odpalało, były awantury i zakazane romanse, ale myślę, że klasa tego była inna. Jeszcze jako gówniarz przeżyłem taki rodzaj inicjacji, kiedy ojciec mnie zaprosił pierwszy raz do SPATiF-u i poznałem słynnego szatniarza, który był jednocześnie kasą zapomogową, lombardem i kantorem wymiany pieniędzy. Miał tam pełną władzę, decydował, kto może wejść, kto już raczy sobie pójść, od kogo można wziąć zegarek w zastaw za pożyczkę. To była jakaś magia, misterium tego niedostępnego dla niektórych miejsca.

Kazimierz Mann z rodziną (fot. archiwum rodzinne Wojciecha Manna)
Kazimierz Mann z rodziną (fot. archiwum rodzinne Wojciecha Manna)

Rodzinę jednak zabierał raczej na obiad do Bristolu, jak czytam u pana.

Tak, po wypłacie, z rodziną, to tylko do Bristolu. Żeby było elegancko, żeby celebrować fakt, że dziś jesteśmy zamożni (śmiech).

A jak mama się w tym wszystkim odnajdowała? Bo życie z artystą, który głowę ma w chmurach, to nie zawsze jest prosta historia. Do tego czasy sprzyjały tradycyjnym podziałom ról - kobieta jako opiekunka ogniska domowego, mężczyzna - artysta bujający w obłokach. Sam pan wspomina, że ojciec nie znosił codziennych domowych obowiązków, np. chodzenia z siatą po zakupy, siata go brzydziła estetycznie. Od codziennej mordęgi była mama?

No właśnie u mnie chyba nie. Aż się boję, że wypieram jakieś konfliktowe sytuacje, ale nie pamiętam, żebym słyszał od mamy: "Ja tu sprzątam, piorę, gotuję, a ty - niebieski ptak". Ojciec bez słowa sprzeciwu brał tę siatę, której nienawidził, i szedł do sklepu z kartką, na której miał napisane, co ma kupić. Był eleganckim panem i jak się dało, to próbował zakupy w rękach nieść, żeby nie było tej cholernej siatki.

To mama oczywiście "trzymała" ten dom w sensie materialnym, chowała gdzieś po kątach zaskórniaki na czarną godzinę, nauczona tym czasem, kiedy tata był w więzieniu. Stanowiła element stabilizujący, ale nie była rozgoryczoną kwoką domową, której mąż gdzieś fruwa, a ona siedzi w kuchni uwiązana. Miała swoje towarzystwo, wychodziła na brydża, do znajomych, a wspólnie też często przyjmowali gości i wychodzili. Całkiem dobrze to wyglądało.

fot. archiwum prywatne Wojciecha Manna
fot. archiwum prywatne Wojciecha Manna

Opisuje pan w książce codzienne realia, choćby mieszkaniowe, tamtego życia, np. trzypokoleniowa rodzina w jednym pokoju, a twórczość przecież wymaga odosobnienia. Jak w tym wszystkim odnajdywał się ojciec artysta? Jak sobie radził?

Kolejność była taka, że najpierw był pokój sublokatorski, stacjonowaliśmy w jednym mieszkaniu z dwiema innymi rodzinami - wspólna kuchnia, łazienka itd. Tu ojciec nie był w stanie pracować, więc podnajął pokój przez znajomego kilka domów dalej, na Powiślu. Dziś nie mogę sobie wyobrazić, jak to wszystko funkcjonowało. W jednym pokoju byłem ja z siostrą, tata, mama i jej matka. Każdy ze swoim życiem, swoimi sprawami. Człowiek się co prawda adaptuje do każdych warunków, ale jak sobie przypomnę moje odrabianie lekcji w jednym kącie, kiedy w drugim kącie młodsza siostra płacze, a tu babcia ma pretensje o coś, to proszę mi wierzyć, że lekko nie było.

Po latach przeprowadziliśmy się  do większego mieszkania na drugą stronę ulicy - co było wielkim sukcesem mojej mamy - i wtedy tata zorganizował sobie pracownię w dawnej suszarni w tym samym budynku. To był jego azyl, tam mógł wymyślać swój świat, realizować zamówienia. Mimo to spędzał z nami bardzo dużo czasu, był ojcem "obecnym", co nie jest wcale takie typowe dla tego pokolenia.

Był rodzicem od pokazywania świata?

Tak, ale też świadomie odciążał mamę, kiedy miała swoje zajęcia, i dlatego dobrze pamiętam te nasze wyjścia z tatą do teatru, do zoo czy cyrku, z którego motywy przenikały potem do jego twórczości. Kukiełkowe przedstawienia strasznie go nudziły, wyjątek stanowił Teatr Lalka, bo tam dekoracje projektował świetny artysta Adam Kilian.

Wracając do naszych wspomnień: odnajduję w nich niesamowite kontrasty. Przy całym swoim estetycznym wyrafinowaniu to ojciec był człowiekiem, który zabrał mnie z własnej woli na zawody żużlowe. Siedział i patrzył zachwycony, jak oni grzali tymi motorami, żwir pryskał spod kół, śmierdziała benzyna. Miał w sobie dziecięcą ciekawość i w ogóle dużo miał tych różnych "odmian siebie".

Wojciech Mann podczas pikiety przeciwko zmianom w radiu pod siedzibą radiowej Trójki, 2016 r. (fot. Jacek Marczewski / AG)
Wojciech Mann podczas pikiety przeciwko zmianom w radiu pod siedzibą radiowej Trójki, 2016 r. (fot. Jacek Marczewski / AG)

To, co tworzył, układa się w serie z określonymi motywami. Był wspomniany cyrk, lubiany przez artystów w PRL-u, bo "bezpieczny", ale i barwny zarazem. Ale głównymi mieszkankami jego świata fantazji są tajemnicze "damy z parasolką". Zastanowiło mnie to, co powiedział o nich: że "one kłamią". Co za historia się za tym kryła?

Jakieś panie mu widocznie podpadły. Nigdy nie dowiedziałem się, czy już malując je, wiedział, że one kłamią, czy dopiero jak je namalował, to się zorientował, że coś kombinowały (śmiech). Nie wiem, jak to powiedzieć delikatnie, ale z pewnością nie omijał wzrokiem kobiet, sam też ten wzrok, jako dandys, przyciągał.

To on pierwszy raz zabrał pana do zoo, do teatru, na żużel.

Do knajpy! (śmiech)

Co zostało z tamtych czasów, z tamtej aury w panu?

We mnie zostało dużo różnych okruchów, które przy tej czy innej okazji nagle odżywają. Zostało po ojcu kilka obrazów i zostałem ja z odziedziczonym po nim podejściem do świata, z tym jego łagodnym pobłażaniem dla różnych słabości i niedoskonałości. Może to zabrzmi trochę kontrowersyjnie, ale jest jeszcze jedna rzecz, którą mam także po ojcu: to straszliwa niechęć do nagminnej dziś autopromocji. Do tzw. ścianek, do pchania się przed kamery, nie mówiąc już o jakości postaci, które zaludniają ten świat ścianek. Mimo że moje całe życie jest przy mikrofonie, a przez długie lata wokół były też kamery, to nigdy nie odczuwałem tego narkotycznego pociągu, poczucia, że jeśli przez trzy dni nigdzie o mnie nie napiszą, to ja nie żyję. Ojciec tego unikał i ja też wolę w domu zostać, niż iść na bankiet, co mi żona czasem wytyka. Ale widzi pani - przez to, że ojciec się sam nie wypromował, to ja muszę go teraz wyciągać na światło dzienne!

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Kazimierz Mann. Malarz, grafik, projektant. Studiował architekturę we Lwowie i sztuki piękne w Wiedniu. W 1936 r. został kierownikiem atelier grafiki Polskiej Agencji Telegraficznej. Do jego najsłynniejszych prac należały panneaux, za jedno z nich dostał złoty medal na Wystawie Światowej w Nowym Jorku w 1939 roku. Po wojnie zajął się grafiką użytkową i plakatem filmowym, był projektantem oprawy plastycznej wystaw m.in. w Wiedniu, Zagrzebiu, Moskwie, Londynie, Paryżu, Izmirze, Helsinkach. Wykonywał polichromie i mozaiki np. w Muzeum Techniki w Warszawie i Domu Metalowca w Muszynie (jedyna zachowana).

Wojciech Mann. Dziennikarz radiowy i telewizyjny. Zaczynał w Rozgłośni Harcerskiej, a od lat związany jest z Programem III Polskiego Radia, gdzie prowadził takie audycje, jak "Mój magnetofon", "Bielszy odcień bluesa", "Manniak niedzielny", "Manniak po ciemku". W telewizji prowadził "Magazyn pana Manna" w Studiu 2 i poświęcony muzyce rockowej program "Non stop kolor" wspólnie z Janem Chojnackim. W latach 80. był redaktorem naczelnym miesięcznika "Non Stop". Znany z występów w duecie z Krzysztofem Materną, stworzył m.in. takie programy, jak "Za chwilę dalszy ciąg programu" czy "MdM". Sześciokrotny laureat nagrody Wiktora.

Anna Sańczuk. Z wykształcenia historyczka sztuki, z zawodu dziennikarka, czasem zajmuje się również PR-em kultury. Razem z Maciejem Ulewiczem prowadzi program "Kultura do kwadratu" na antenie Polsat News 2. Mieszka w Warszawie na Starej Ochocie.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (67)
Zaloguj się
  • shachar

    Oceniono 47 razy 43

    Pozdrawiam serdecznie panie Wojciechu :-)
    Pana, kolegi Materny, koleżanki Resich-Modlińskiej i Olejnik i Wasowskiego Grzegorza skecze słuchaliśmy, my, mokotowskie nastolatki, w mieszkaniach naszych rodziców jeszcze, kiedy każdy z nas miał jednakową meblościankę u siebie w domu! Puszczeni luzem mogliśmy robić cokolwiek, a jednak wybór padł na Was. Dzięki za stworzenie tego unikalnego klimatu na przełomie socjalizmu i kapitalizmu. To co robiliście, zostało w nas jako najlepsze wspomnienia. Chciałabym, żeby Pan to wiedział.

  • jsbmw

    Oceniono 31 razy 13

    Zaczynam lubić tą dziwną wolność, którą się miało "za komuny". Może już stary jestem?
    Pozdrowienia Panie Wojtku... jak zawsze od ponad 40 lat.

  • wesslingharald

    Oceniono 14 razy 12

    Obudziłem się rano, włączyłem radio. Prowadzący poranną audycję Wojciech Mann powiedział : "... jest za osiemdziesiąt pięć minut godzina dziewiąta ..." Miałem wtedy dobry dzień. Zawsze mam, kiedy Go słyszę ... :)

  • rezun-one

    Oceniono 12 razy 12

    To byli inni ludzie, inny świat, mówiąc za Grzesiukiem "Boso ale w ostrogach"
    Pamiętam ich z Gdańska, z Rudego Kota, z Żaka, pamiętam lata w Sopocie.
    Ci piękni rodzice, okaleczeni przez wojnę potrafili wspaniale wychować dzieci.
    Potem to wszystko się rozlazło, klasa, ambicja przekształciła się w pogoń za pieniądzem.
    Powstał Show-biznes nie różni się to od handlu pietruszką na bazarze, klasę zastąpiła kasa.
    Znałem starego Lwowskiego kasiarza, robił kasy nawet w Wiedniu, po wojnie osiadł w Gdańsku, miał firmę konserwacji sejfów.
    Gdy zapytałem się go czy nie ma ciągotek, popatrzył na mnie długo i zapytał ...z kim?

  • kolombo7

    Oceniono 41 razy 11

    Anna Sańczuk. Z wykształcenia historyczka sztuki. NIE pisze się "historyczka", tylko "historyk sztuki", co najwyżej może być histeryczka.

  • antoniwalczak1

    Oceniono 14 razy 8

    Pana Wojtka poznałem na antenie 3 w latach siedemdziesiątych. Zawsze słuchało się jego audycji z dużym zaciekawieniem, pokazywał nam świat - nastolatkom w internacie gdzieś w głębi Polski. Niedostępne gdzie indziej informacje oraz Inteligentny dowcip był wyróżnikiem jego audycji. Jeśli idzie o dowcip pana Manna, to pamiętam szczególnie jedną z audycji porannych późna wiosną 77 roku, kiedy to pan Wojciech zrobił wykład na temat chmur - że to wata którą ktoś pozawieszał na niebie i temu podobne historie. Sposób prowadzenia "wykładu" wskazywał na długie, nocne przygotowanie do zajęć. W tamtych czasach takie oderwanie się od nudnego stylu konferansjerki ( "a teraz wystąpi xx w piosence yy") było natychmiast zauważalne. Nas rozbawił niezwykle ten "wykład" i w znakomitych nastrojach poszliśmy do szkoły, ale chyba nie spodobał się komuś za konsolą radiową, bo pan Wojtek zamilkł na jakieś 15 minut i potem, jak wrócił na antenę to był niezwykle "zorganizowany i poprawny". Bardzo nam się spodobało to "oderwanie" pana Wojtka od rzeczywistości, jeszcze niedawno na spotkaniu pozostałości naszej klasy wspominaliśmy to wydarzenia. Wszystkiego dobrego panie Wojtku i dziękujemy za pana audycje.

  • gj61

    Oceniono 16 razy 8

    Panie Wojciechu, w życiu bym nie pomyślał! Pamiętam doskonale z dzieciństwa, chociaż wtedy miałem troszeczkę inne gusta estetyczne, ha, ha, ha!! Wspaniała grafika, malarstwo, kolorystyka, szkoda by było zatracić gdzieś taką twórczość. Brawo za książkę, jak tylko będę mógł, to kupię! Zdrowych i spokojnych (wesoło to macie w PL dosyć!) świąt i wszystkiego najlepszego w Nowym Roku

  • mona_3

    Oceniono 9 razy 7

    Bardzo słuszna decyzja Wojciecha Manna o wydaniu książki z pracami ojca Kazimierza Manna
    Teraz rozumiem, skąd wzięła się w panu Wojtku specyficzna mentalność ( nie opiszę dokładnie, bo to jest skomplikowane) pełna ironii, dystansu i humoru, jaką posiadali inteligentni artyści w dawnych czasach

  • hilux_ie

    Oceniono 8 razy 6

    Na żużlu nie śmierdziała benzyna tylko spalany metanol. Bardzo charakterystyczny zapach, chyba nigdzie indziej się go nie spotyka. Też do dziś pamiętam pierwszy żużel kiedy zabrał mnie tata - Apator Toruń : ROW Rybnik, remis 44 : 44. :) Pierwszego meczu się nie zapomina....
    Pozdrawiam serdecznie!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX