Zwyczaj pisania listów powoli zanika

Zwyczaj pisania listów powoli zanika (fot. unsplash.com)

społeczeństwo

Niektóre listy pomagają wrócić. Inne trzeba spalić. Kto dziś je pisze?

"Moje pisanie zaczęło się od pudła listów do taty, które przypadkiem znalazłam w szafie". "Pamiętam, jak międliłam w dłoniach kartki i kopertę i czytałam wszystko po raz enty. Jak trzymałam się kurczowo słów: 'Ładnie wyglądałaś'". "Wiedziałam, że wracam do przyjaciół. Zawsze do mnie pisali, nigdy mnie nie opuścili".
Liczby są bezlitosne. W roku 1972 po kraju krążyło prawie 1,6 mld listów. W roku 1999 poczta odnotowała, że były ich ponad 2 mld. Dziesięć lat później, w 2009 roku, ta liczna spadła o miliard. Jak podaje GUS w opracowaniu na temat łączności, 2017 rok przyniósł liczbę 1243,0 mln. Kto i dlaczego pisze jeszcze listy? Co mamy sobie w nich do powiedzenia? Kiedy są dla nas ważne?

Przynależność

W Kostaryce jest ciepły, słoneczny dzień. Kobieta siedzi na ławce w parku. Płacze. Trzyma w dłoniach list. Jej dwuletnia córka Weronika karmi obok gołębie.

- Bywało, że miesiącami czekałam na list z Polski - wspomina Beata, 47-letnia pisarka, nauczycielka angielskiego. - Sama też miewałam przerwy w odpisywaniu, a wtedy dostawałam list przypominajkę, jak ta od koleżanki, która pracowała w optyku, w Gdyni, na Starowiejskiej: "Twój tata był u mnie w zakładzie i pokrótce powiedział, co słychać, więc nie martw się, nie musisz pisać".

Miała 25 lat, kiedy wyjechała do Kostaryki. Zakochała się, wyszła za mąż, urodziła córkę. W tym czasie korespondowała przede wszystkim z przyjaciółmi ze szkoły i podwórka, którzy, podobnie jak ona, pozakładali rodziny, więc wymieniali się doświadczeniami i codziennymi sprawami.

Skrzynki na listy we Włoszech w miejscowości Castelnuovo Berardenga (fot. Waldemar Gorlewski / AG)
Skrzynki na listy we Włoszech w miejscowości Castelnuovo Berardenga (fot. Waldemar Gorlewski / AG)

- Na pocztę chodziłam spacerem. Pchałam wózek przez godzinę z okładem w jedną stronę. Wyciągałam wszystko ze skrytki pocztowej, siadałam w pobliskim parku, czytałam i wyłam jak wariatka. A ludzie podchodzili i pytali, czy potrzebuję pomocy - opowiada. Wciąż przechowuje dziesiątki listów od przyjaciółek, młodych matek. Prawie każdy pisany przez kilka dni, na raty, w przerwach między karmieniem, przewijaniem, gotowaniem i sprzątaniem. W zasadzie wszystkie zaczynają się podobnie:

"godz. 22:16
To znowu ja, dzieci śpią, mąż ogląda telewizor, a ja mam chwilkę, żeby coś napisać. Będę tak długo pisać aż mi się pranie skończy. Jutro jest Wielki Piątek i jedziemy do rodziców, wrócimy dopiero w poniedziałek, co nie zdążę napisać teraz, dokończę po powrocie. (.) Tak mocno za Wami tęsknię, a przede wszystkim za Twoją małą. W ogóle chciałabym pogadać z kimś o problemach i radościach itp. Tu właściwie nie mam z kim. (...) Iza miała przyjechać do nas w kwietniu, ale jest w ciąży to się trochę boi (...). Żeby tylko donosiła do końca. Przy jej problemach zdrowotnych to i tak duży znak zapytania. (...) A jak z Tobą, masz tam z kim pogadać?"

- Te listy może nie mają dziś wartości historycznej, ale dużo dla mnie znaczą - mówi Beata. - Do kopert wkładało się mało istotne rzeczy, a jednak tworzące dzień: pocztówki, zdjęcia, zasuszone kwiaty, wycinki z gazet, horoskopy z kalendarzy, kamyczki, bardzo osobiste sprawy. Ileż dostawałam opłatków na święta! Pamiętam też, że prowadziłam specjalny notatnik, z katalogiem listów wysłanych i otrzymanych. Notowałam sobie, że takiego a takiego dnia (wpisywałam datę) wysłałam list do (tu imię i nazwisko), który jest odpowiedzią na list o numerze (kolejne cyferki) z dnia (i tu znowu data). To była dość skomplikowana tabelka.

Od tamtych chwil minęło ponad 20 lat. Niektórych ludzi już nie ma, a jednak dzięki listom nadal istnieją. Kawałki ich dusz przeniknęły papier. Słowa wciąż wzruszają:

"Chyba nadrobiłam braki w pisaniu listów, obecnie dzieci śpią, mąż na rybach, wróci rano, a ja bazgrolę. Dała Ci Weronika w nocy popalić? Dawid ostatnie noce przespał od 20.00 do 6.00, a przedtem to się budził dwa razy do jedzenia. Będę kończyć. Pamiętaj o zdjęciach! Poślij też, jak Wy wyglądacie. Pisz o wszystkim! Ciao".

fot. unsplash.com
fot. unsplash.com

- Listy to nie była tylko wymiana informacji, komunikowanie o tym, co w domu czy co w kraju. Dla mnie ważna była świadomość, że przynależę do moich ludzi, choć nie czułam się w tej Kostaryce samotna czy wyobcowana. Od pewnego czasu tęskniłam za polskim chlebem, zapachem bzów i radością, że bociany wróciły z zamorskich wypraw. Ale nie jestem idiotką, przecież nie będę wracać, bo mi ckno do klekotu czerwonych dziobów - mówi Beata. - Gdy ja marzyłam, tęskniłam i sobie układałam w myślach, jak by to było, gdyby się dało pogodzić życie w dwóch tak odległych krajach, Wszechświat zesłał rozwiązanie: rozwód. Pamiętam, jak przygotowywałam się do powrotu do Polski. Wiedziałam, że wracam do przyjaciół, że będę z nimi wszystkimi. Zawsze do mnie pisali, nigdy mnie nie opuścili.

Napisz list, zaadresuj kopertę, a potem wręcz poszczególnym uczestnikom warsztatu - takie zadanie otrzymało od Marzeny Dębickiej, trenerki i właścicielki "Pracowni poznania potrzeb", ośmiu licealistów (pięć dziewczyn i trzech chłopaków) z województwa pomorskiego. Żaden z listów nie został zaadresowany poprawnie.

Księżycowa miłość

Gosia, Marek i ja byliśmy trójką przyjaciół. Lubiliśmy spędzać razem czas. A potem wszystko się skomplikowało. Byłam wtedy 21-letnią studentką. Marek studiował na południu Polski, a Gosia i ja na północy. Mieszkałyśmy w jednym akademiku. Kiedy spotykaliśmy się we trójkę, chodziliśmy na imprezy kulturalne, spotkania, dyskusje.

Z miesiąca na miesiąc Marek stawał się dla mnie coraz ważniejszy. Nadawaliśmy na tych samych falach. Podobnie widzieliśmy otaczający nas świat. Długo wypierałam to uczucie. Przecież była jeszcze Małgosia. Z czasem zaczęłam jednak na poważnie rozważać opcję zmiany kierunku studiów. Byłam gotowa na wszystko. Nawet wbrew woli mojej i jego matki, które szczerze się nienawidziły. Było tylko jedno "ale". Potrzebowałam jasnej deklaracji z jego strony.

Kiedy dostałam od Marka pierwszy list, Gosia nie potrafiła ukryć ciekawości i zazdrości: - A do mnie to nie pisze. Daj przeczytać! Wszystko we mnie drżało. Trudno jest się skoncentrować na lekturze, kiedy ktoś patrzy ci przez ramię. Odmówiłam. Zrobiło się mało przyjemnie. Kilka dni później dotarło do mnie, że Gosia i tak dopięła swego. - Czemu nie dałaś mi przeczytać, przecież tu nic nie ma! - rzuciła triumfalnie. Tyle w temacie przyjaźni.

Sortownia Poczty Polskiej w Lublinie (fot. Jakub Orzechowski / AG)
Sortownia Poczty Polskiej w Lublinie (fot. Jakub Orzechowski / AG)

Nasze uczucia zaczęły dopiero nabierać kształtu, ale czułam emocje poukrywane między linijkami. Bardzo chciałam, żeby list był czymś w rodzaju miłosnego wyznania. Te słowa jakby padły, ale jednocześnie nie. Nigdy żadna deklaracja nie pojawiła się wprost. Bardzo pragnęłam, by napisał mi, że mnie kocha i chce być ze mną. Ale sama nie umiałam postawić wszystkiego na jedną kartę.

Pięć listów później postanowiliśmy się spotkać. Miałam dość zwodzenia, kreślenia kolejnych słów na wyrost i życia złudzeniami. Potrzebowałam potrzymania za rękę, przytulenia, pocałunku. Pamiętam, jak międliłam w dłoniach kartki i koperty, jak czytałam po raz enty wszystkie słowa. Jak trzymałam się kurczowo komentarza między zdaniami: "Ładnie wyglądałaś". Cieszyłam się, że widział we mnie kobietę, a nie tylko przyjaciółkę.

Na spacerze próbowaliśmy się wysondować. Jak zwykle nie wprost, tylko pomiędzy słowami. Znowu nie padły żadne deklaracje. Nie chciałam dłużej czekać. Skończyłam tę relację. Ale listów nie wyrzuciłam.

Minęło 20 lat. Przekroczyłam czterdziestkę. To ważny wiek. Graniczny. Pojawiają się refleksje i podsumowania. Co się zrobiło, a czego nie. I wtedy los spłatał mi figla. Okazało się, że razem z Markiem zostaliśmy współorganizatorami sporego wydarzenia kulturalnego. Zastanawiałam się, jak to będzie zobaczyć kogoś, kto kiedyś był mi tak bliski, po tylu latach. Weszłam do kawiarni, dostrzegłam Marka, serce mi waliło, miałam wrażenie, że zaraz zemdleję na oczach wszystkich ludzi. To były kompletnie irracjonalne emocje. Przecież jestem dojrzałą kobietą, od 13 lat w szczęśliwym związku. Więc o co chodzi? Czy tak głęboko zostają w nas te niedopowiedziane uczucia? On stanął przede mną. Patrzę mu w oczy i milcząco pytam: "Czy pamiętasz te wszystkie listy?". Powiedział: - O, cześć, nic się nie zmieniłaś. Uścisnęłam rękę, którą podał mi na powitanie. Wiedziałam, że nie pamięta. Pomyślałam: "Dobrze, że się tak stało. Po tym spotkaniu nie ma żadnego 'gdyby'".

To było ważne, bo w moim "pudełku skarbów" ciągle leżały listy od niego. Kiedy poznałam swojego obecnego partnera, do pudełka zaczęły trafiać inne przedmioty: muszelka, kapsel, kartka z wierszem, pierścionek z oczkiem, znaleziony gdzieś pod krzakiem. Nie chciałam w momentach słabości i sprzeczek otwierać pudełka, sięgać na samo dno i wzdychać: "A tamten to by mnie kochał tak, jak bym chciała. Z nim byłoby inaczej". Tak łatwo zapomnieć, że przecież nie kochał wcale. I w ten sposób zniszczyć dobry związek. Więc bez żalu spaliłam tę księżycową miłość, swoją emocjonalną niedojrzałość oraz wszystkie "co by było, gdyby".

Liczba wysyłanych listów z roku na rok spada (fot. Wojciech Karda / AG)
Liczba wysyłanych listów z roku na rok spada (fot. Wojciech Karda / AG)

"Kończę ten krótki list. Przepraszam, że wyślę go dopiero na powierzchni, ale niestety, tu kilometr pod ziemią nie mają poczty. (...) A teraz idę poszukać jakiegoś kawałeczka węgla na dowód tego, że ten list pisany był w kopalni na dole". Katka, 30-letnia pieśniarka, autorka tekstów poetyckich, podczas koncertów często dostaje listy od swoich słuchaczy. Jak ten od poety górnika. W jej mieszkaniu koperty, kartki i pocztówki są wszędzie.

Tęsknota za czasem, w którym nie mogłam żyć

Martyna, 23-letnia dziewczyna z południa Polski, w domu na polanie chowa się przed światem i czyta listy od Magdy, przyjaciółki z północy: "Mam ogółem dużo rzeczy autentycznie starych lub stylizowanych na takie. W moim pokoju odnajdziemy stare: radio, płyty, maszynę do szycia, krzesło. I starą biżuterię oczywiście. Odnajduję piękno w pierwszej połowie XX wieku. (...) Od czasu do czasu zamykam oczy i wyobrażam sobie, że przenoszę się do tamtego okresu".

- Zawsze ciągnęło mnie do przedmiotów z innych czasów - opowiada Magdalena. - Pamiętam, jak powiedziałam do mojej mamy: Fajnie by było pisać listy, wiesz, jak dawniej, poczuć trochę magii w dzisiejszym świecie. Na co mama odpowiedziała: Próbuj. Szukaj.

13 września 2016 roku Magdalena wrzuciła na FB ogłoszenie w grupie Przyjaciele z listów - akcja promująca pisanie listów w XXI wieku: "Poszukuję osób do stałej korespondencji. Zakochana w pierwszej połowie ubiegłego stulecia, wszelkiej naturze, spokoju i ciszy. Wszystkim, co dobre i piękne. Lubuję się we wrażliwości i delikatności. Każdy list opatruję sercem i drobnostką w kopercie".

Martyna do tej pory tylko obserwowała to, co dzieje się w grupie. 8 października 2016 roku przełamała nieśmiałość. Napisała: "Jestem dwudziestojednoletnią miłośniczką pierwszej połowy XX wieku, szukającą piękna w drobnostkach. Lubię mocną kawę, herbatę z cytryną, militaria, poezję, dobry kryminał i fantastykę. W swoje listy wkładam serce oraz zazwyczaj dodaję do nich przeróżne drobiazgi".

- Moje pisanie zaczęło się od pudła listów, które do taty pisali przyjaciele. Przypadkiem znalazłam je w szafie. Pamiętam, jak bardzo podobały mi się ozdobne koperty i papeterie. Pomyślałam wtedy, że stworzę swój własny karton z listami, które będą mi towarzyszyły do tych dni, kiedy ma się już wnuki, siedzi przy kominku, w wygodnym fotelu, i wspomina - opowiada Martyna.

Dziewczyny poczuły, jakby się znały od lat.

Dawniej listy często pisano na ozdobnej papeterii (fot. Sławomir Kamiński / AG)
Dawniej listy często pisano na ozdobnej papeterii (fot. Sławomir Kamiński / AG)

Martyna pisze do Magdy: "W dzisiejszych czasach brakuje mi ludzi, są za to wirtualne twory, posągi, roboty - zaprogramowane odpowiednio, stworzone do konkretnych zadań, w których nie ma miejsca na zbędne emocje, refleksje czy chęć prawdziwego przeżywania. Człowiek nakłada maski, ukrywa się za loginami, których rzekoma anonimowość pozwala mu wyzbyć się wszelkiej odpowiedzialności za słowa, czyny. Chciałabym wrócić do tych lat, gdy rozmowy prowadziło się w pociągach, parku, na ulicy. Gdy każdy spacer był niepowtarzalną okazją do zawarcia niezwykłych znajomości, znalezienia bratniej duszy". 

Któregoś dnia Magda zwiedziła Muzeum Powstania Warszawskiego. Listy, które tam przeczytała, zrobiły w jej sercu wyrwę. - To nie beztroskie słowa, jakie sobie dziś wysyłamy, żadne: "cześć kochana, jak się miewasz, u mnie wszystko pięknie, zaliczyłam pierwszy rok studiów i mam wspaniałego chłopaka". To listy w stylu: "cześć mamo, jak fajnie, że jeszcze żyjemy, mam nadzieję, do zobaczenia jutro" - opowiada. - Pisali je często ludzie w moim wieku. Dlatego czuję, jakie mam szczęście, że listy mogą być moją pasją, że nie muszę ich wysyłać po to, żeby poinformować bliskich, że jeszcze nie zginęłam. Dziś brakuje nam szacunku do życia, radości z drobiazgów.

Martyna wspomina opowieści dziadka o tym, jak spędził młodość: - To był trudny czas, ale ludzie mieli do siebie większy szacunek, inaczej się wyrażali. Pamiętając o tym, w listach używam starannego języka. Szukam piękniejszych słów. Nieważny temat. Nawet o codziennych sprawach, serialach czy przyjemnościach dnia można napisać z klasą.

Martyna i Magda zaczynały od najzwyczajniejszych wiadomości. Do kopert wkładały zasuszone kwiatki. Dziś ich korespondencja to minidzieła sztuki. Listy są jak matrioszki, jedne wewnątrz drugich. List główny zawiera minikoperty z prezentami: stare obrazki, medaliony, guziczki, koraliki, skarby wyszperane na targach staroci, które dopełniają całości.

fot. Anna Jarecka / AG
fot. Anna Jarecka / AG

- Chciałam też, żeby moje listy wyglądały jak te wysyłane dawno temu. Zaopatrzyłam się w pióro, papeterie w starym stylu, koronki. I od tego się zaczęło, aż wpadłam totalnie. Na targowiskach zaczęłam wyszukiwać starocie, robić papeterie i koperty. Na poczcie żaden list nie wygląda tak jak mój - opowiada Magda.

Czasem listy, jakie Magda i Martyna wymieniają między sobą, mają po 20 stron, a proces ich tworzenia trwa od kilku dni do tygodnia albo i dłużej.

- To kwestia priorytetów, dobrej woli i chęci - mówi Martyna. - Przecież pisać można wszędzie. Często skrobię coś w autobusie jak jestem w podróży albo idę nad rzekę i spisuję moje luźne myśli. Potem albo je przepisuję na czysto, albo dołączam do listów.

- Dzięki listom życie mi nie ucieka. Przeżywam codzienność powoli - stwierdza Magda.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Agnieszka Kawula. Współpracowała między innymi z magazynem "Charaktery", "Nową Fantastyką", "Wróżką". Autorka wielu reportaży radiowych oraz trzech książek "Lubię być fantastą. Wywiady z pisarzami polskiej fantastyki", "Rozmowy z hinduskim mistrzem. Źródło Twojej metamorfozy" i dla dzieci "Przygody Psa Gandhiego". Jest terapeutką hawajskiego masażu Lomi Lomi Nui. Kiedy nie pisze i nie masuje, przygotowuje audycje do autorskiego Radia Kawula.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (30)
Zaloguj się
  • lindhorst1

    Oceniono 18 razy 10

    Listy wrócą. Właściwie już wracają. Jeden powód jest prozaiczny: listów - w przeciwieństwie do korespondencji elektronicznej nikt dziś nie kontroluje. W powieści Roberta Menasse "Stolica" jeden z bohaterów przesyła drugiemu bardzo tajną wiadomość, która nie może wpaść w ręce "służb" właśnie... zwykłym listem. Poza tym chyba odkrywamy urok takich dawnych przedmiotów: płyt winylowych, zegarków sprężynowych i wiecznych piór. "Ludzie, zejdźcie z drogi, bo listonosz jedzie".

  • Remigiusz W Jurek

    Oceniono 8 razy 8

    Zrobiłem coś innego. Kiedyś, kiedy moje dwie córki wyjechały za granicę do pracy, pisywaliśmy do siebie list papierowe i e-mail. Te papierowe oczywiście posiadam ale tylko dostane. Te wysłane - bóg raczy wiedzieć. Natomiast korespondencję e-mail "do i od" mam kompletną bo ją sobie wydrukowałem. I dzisiaj, kiedy moje dwie najukochańsze dziewczyny ( już blisko 40 letnie) od wielu, wielu lat nie chcą znać ojca, ja mam te okruchy z naszego życia. I to właściwie te listy, trochę papierowe a trochę elektroniczne, łączą mnie z moimi córkami.Symbolicznie. Mam wieczne pióro, którym piszę. Mam nadzieję, że dożyję takiej chwili, w której jedno z moich czworga wnucząt , kiedyś pozna dziadka i wtedy zaszczepię w nim miłość do wiecznego pióra, zapach atramentu i drżenia serca przy wysyłaniu list na poczcie. I oczekiwania na odpowiedź - w radości i niepokoju.
    WESOŁYCH ŚWIĄT

  • kaishaku

    Oceniono 7 razy 7

    Ludzie nie schodzą z drogi na widok listonosza ;)
    Nie czekają na listy(co najwyżej na paczki, bo na rachunki nic a nic)... Jestem listonoszem od 18 lat. Zanim jednak nim zostałem, korespondowałem ze znajomymi przez wiele lat, zanim "internety" zabiły sztukę(i chęć) pisania na papierze. Zapewne niesiony falą wzniosłych uczuć do listów zapragnąłem je roznosić. Z drugiej strony "barykady" wygląda to trochę mniej romantycznie...ale ma jakiś smaczek, bo zboczeniem zawodowym bym tego nie nazwał ;P

  • bene_gesserit

    Oceniono 6 razy 6

    Pamiętam, jak strasznie czekałam na listy od pewnego chłopaka. NIe ma... Jest! I tak całe dnie.

    Emailom nie towarzyszą aż takie emocje.

  • vontomke

    Oceniono 4 razy 4

    Niektóre listy bym spalił przed wysłaniem, niektóre pewnie nigdy nie zostały przeczytane. Zawiodłem kogoś kogo najbardziej kochałem.

  • czemublokujecie_mikonto

    Oceniono 2 razy 2

    Jak gaye mogli funkcjonować bez internetu i maili, aplikacji róznych te fefdziesiat lat temu? Dawało sie ogłoszenie do gazety, ze szuka się przyjaciela, dostawało setki lisów na skrytkę pocztową, a że w domu treba było wszystko ukrywać, to się listy najważniejsze chowało do skrytki, a większość po przeczytaniu darło na drobniutkie strzępy i wyrzucało do kosza w mieście. Takiej ilości listów nie dałoby sie w domu trzymać.

    Korespondowałem z jedną Kornelią, świetną dziewczyną z Opola, ona pisała mi o wszystkim, ja jej o wszystkim, poznałą chłopaka, który był zazdrosny, że ona tak ze mną pisze, później wyjeżdżał na papiery o pochodzeniu do Niemiec i ona jechała z nim, kontakt się urwał, szkoda że wtedy maili nie było. Pisało się do siebie listy po dwadzieścia kilka kartek, przez 2-3 dni i wysyłało. W trakcie pisania przychodził list, to się czytało i dopisywało.

    Jeden chłopaczek, z którym korespondowałem rysował znaczki na kopercie, doklejaliśmy dodatkowo znaczki ostemplowane na kopercie, robiło się koperty z gazet, prospektów czy katalogów reklamowych, wyglądały jak żadne inne.

    Teraz listów nikt nie chce, poczta działa jak działa, nawet paczek nie warto nią wysyłać, w sumie działają tylko paczkomaty i kurierzy. A lsty-no cóż, maile, krótkie, nikomu pisać się nie chce, wszyscy siedzą na messangerze albo facebooku :P

  • potp

    Oceniono 1 raz 1

    Ze wstępu wynika, że wyraźnie wzrosła liczba listów. Ale większość "listów" to nie są listy. Bo czy poczta prowadzi statystyki jaki % wszystkich przesyłek niegabarytowych stanowią listy a jaki: rachunki, pisma urzędowe, a jaki zwykła reklama i spam! bo to najszybciej rośnie..!

  • kudu1995

    Oceniono 9 razy 1

    @lindhorst1
    Mylisz się co do "nieczytania" listów przez inwigilatorów. Automatycznie i bez otwierania koperty można (w 2012r) odczytać do dziesięciu złożonych kartek a komputery potrafią już rozpoznawać i przekładać "na bity" pismo odręczne.
    (Co mogą nowoczesne skanery prześwietlające możesz dowiedzieć się z katalogów producentów np. "O P E X for Law Enforcement 2012"). W USA zwykły człowiek też może skorzystać z tego do własnej przychodzącej poczty (usługa "USPS Sensor").

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX