Kasprowy Wierch

Kasprowy Wierch (fot: Marek Podmokły)

wywiad Gazeta.pl

"Nieprzygotowany turysta w ciągu 15 minut jest w stanie stracić wszystkie siły i motywację do walki o życie. Usiądzie i zamarznie"

- Ludzie robią czasem imponujące rzeczy nie dlatego, że są świetnie przygotowani, ale dlatego, że są kompletnymi ignorantami, bo nie zdają sobie sprawy z tego, jak blisko byli granicy wypadku śmiertelnego - mówi Jan Krzysztof, naczelnik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.

Spadł pan kiedyś z lawiną?

Tak, to było 16 lat temu podczas akcji ratunkowej. Otrzymaliśmy zgłoszenie, że z lawiną spadła grupa kilku osób. Wiedzieliśmy, że działamy na granicy dopuszczalnego ryzyka. Szliśmy w ośmiu ratowników, zeszła lawina i każdy z nas, głębiej czy płycej, znalazł się pod śniegiem. Zanim zdążyliśmy się wygrzebać i dotrzeć do dwóch głęboko zasypanych kolegów, straciliśmy wiele cennych minut. Szanse na przeżycie turystów zmalały do zera. W efekcie zginęło dwóch turystów oraz dwóch naszych. To była jedna z najtragiczniejszych akcji. Warunki były piekielnie trudne, pogoda gwałtownie się pogorszyła. Silny wiatr, intensywne opady śniegu. Wszystko działo się już w ciemnościach.

Szkolenia psów przewodników TOPR (fot: Paweł Piotrowski/ Agencja Gazeta)
Szkolenia psów przewodników TOPR (fot: Paweł Piotrowski/ Agencja Gazeta)

Tatry, Dolina Kościeliska. Ratownicy TOPR transportują zwłoki kobiety, która uległa wypadkowi w lawinie schodzącej z Wielkiej Świstówki (fot: Marek Podmokły/ Agencja Gazeta)
Tatry, Dolina Kościeliska. Ratownicy TOPR transportują zwłoki kobiety, która uległa wypadkowi w lawinie schodzącej z Wielkiej Świstówki (fot: Marek Podmokły/ Agencja Gazeta)

Jakie to uczucie, gdy przebywa się pod śniegiem?

Człowiek jest unieruchomiony, jak w gipsie. Ciepło wydzielane przez ciało sprawia, że stopniowo wokół niego tworzy się lodowy sarkofag. Śnieg od strony ciała się topi i zamarza, jednocześnie odcinając możliwość pozyskiwania tlenu i wydalania dwutlenku węgla. Człowiek w lawinie najczęściej ginie wskutek uduszenia.

Jak się pan wtedy wydostał spod śniegu?

Miałem ogromne szczęście, bo zostałem zasypany w pozycji pionowej, blisko powierzchni. I rękę miałem blisko głowy. Najważniejsze podczas przebywania pod śniegiem jest to, aby mieć jak największą przestrzeń do oddychania. I o nią trzeba walczyć, spadając z masami śniegu, szczególnie gdy lawina się już zatrzyma.

Podobno, jak już spadnie się z lawiną i znajdzie się pod śniegiem, to szanse przeżycia są bardzo niskie.

Największe szanse na przeżycie mamy w ciągu pierwszych 15-18 minut od momentu znalezienia się pod śniegiem. Później zaczynają one dramatycznie spadać. Po 30 minutach mamy już tylko 40 procent szans na przeżycie.

Ratownicy są w stanie dotrzeć w tym czasie?

Nie ma takiej możliwości. Tylko uczestnicy wyprawy mogą nas uratować, pod warunkiem że i oni nie znaleźli się pod śniegiem. Znajdą nas również tylko dzięki niezbędnemu sprzętowi, którym będą umieli się posługiwać - detektorowi [urządzenie elektroniczne służące do szybkiego lokalizowania zasypanych pod śniegiem - przyp. red.], sondzie i łopatce. Żeby nauczyć się pracować z detektorem w podstawowym zakresie, wystarczy jeden weekend. Na rynku dostępne są również plecaki wypornościowe, popularne wśród narciarzy freeridowych i skitourowych [jazda poza trasami na nartach i desce - przyp. red.]. W chwili uruchomienia otwierają się poduszki powietrzne, dzięki którym pozostajemy na powierzchni. Ich skuteczność ocenia się na ponad 90 procent. To jednak cały czas nie jest sto procent, i należy o tym pamiętać.

Detektor (fot: Tomek Gola)
Detektor (fot: Tomek Gola)

Co zrobić, żeby nie spaść z lawiną całą grupą?

Jeśli wiemy, że poruszamy się w terenie z zagrożeniem lawinowym, powinniśmy się przemieszczać w odpowiednich odstępach, a przez miejsca szczególnie niebezpieczne - żleby, formacje wklęsłe, depresje - przechodzić pojedynczo. Od drugiego stopnia zagrożenia lawinowego powyżej 30 stopni nachylenia stoku odstępy powinniśmy stosować obowiązkowo.

Jak często dochodzi do wypadków lawinowych w Tatrach?

W całej historii TOPR to ok. 15 procent wszystkich wypadków śmiertelnych. Ale ci, którym udaje się przeżyć, często doznają bardzo poważnych urazów. Dlatego ważne jest, aby mówić o tym, że w Tatrach do wypadków lawinowych również dochodzi, bo wiele osób nie docenia tego zagrożenia.

Stopni zagrożenia lawinowego jest pięć, natomiast w Tatrach występuje maksymalnie drugi i trzeci stopień. To prawda?

To trochę bardziej skomplikowane. Skala zagrożenia lawinowego jest wspólna dla całej Europy, dąży się również do tego, aby rozszerzyć ją na cały świat. Czyli nieważne, dokąd byśmy pojechali, drugi czy trzeci stopień u nas czy w Azji będzie oznaczał to samo. Czwarty i piąty stopień oznacza sytuację katastrofalną, która w Tatrach, z racji rozmiaru gór i tego, że wysoko w górach nie ma obszernej zabudowy ani wielu dróg komunikacyjnych, zdarza się bardzo rzadko lub prawie nie występuje. W zeszłym roku czwarty stopień był przez jeden dzień.

Proszę jednak pamiętać, że około 10 procent wypadków lawinowych ze skutkiem śmiertelnym zdarza się przy tym najniższym stopniu zagrożenia.

Szkolenie psów lawinowych i przewodników z TOPR (fot: Adam Golec/ Agencja Gazeta)
Szkolenie psów lawinowych i przewodników z TOPR (fot: Adam Golec/ Agencja Gazeta)

Czym różnią się te stopnie zagrożenia?

Przy pierwszym stopniu lawiny są uruchamiane tylko przez człowieka, przy drugim stopniu zaczynają się zdarzać lawiny samoczynne. Im wyższy stopień, tym te lawiny zaczynają się pojawiać na stokach o coraz mniejszym nachyleniu. Stają się również coraz groźniejsze.

Na zagrożenie lawinowe ma więc wpływ ukształtowanie terenu i stabilność pokrywy śnieżnej, czyli, mówiąc kolokwialnie, to, jak dobrze są do siebie przyklejone poszczególne warstwy śniegu. Im bardziej stromo i słabsze to "przyklejenie" pomiędzy warstwami, tym łatwiej uruchomić lawinę własnym ciężarem. Do 90 procent wypadków lawinowych dochodzi wskutek działania człowieka.

Który stopień zagrożenia powinien być dla nas sygnałem, że w dane miejsce nie powinniśmy się zapuszczać?

Gdy IMGW wydaje ostrzeżenia drugiego stopnia o zagrożeniu wyładowaniami atmosferycznymi - wystąpienia burzy z piorunami i silnych deszczy, zmienia pani swoje plany? Raczej nie. I podobnie reagują turyści w górach. Lawina to dla wielu coś abstrakcyjnego, co dotyczy wyłącznie ludzi wybierających się w wysokie góry. Widzą, że jest wydeptana ścieżka, którą idą również inni, stoją samochody, jest zabudowa, więc nie czują się zagrożeni, nie zastanawiają się, czy jest tam bezpiecznie. A droga do Morskiego Oka również może zostać zasypana w kilku miejscach. Przy czwartym stopniu absolutnie powinna nam się zaświecić czerwona lampka: "OK, dziś zmieniamy plan, nie wychodzimy w góry". Zawsze przed wyjściem powinniśmy się zapoznać z komunikatem lawinowym dostępnym choćby w Internecie. 

Ludzie robią czasem imponujące rzeczy nie dlatego, że są świetnie przygotowani, ale dlatego, że są kompletnymi ignorantami, bo nie zdają sobie sprawy z tego, jak blisko byli granicy wypadku śmiertelnego. To my się częściej boimy niż turyści, bo w przeciwieństwie do nich wiemy, jakie ryzyko musimy podjąć, żeby do człowieka, który uległ wypadkowi lub zaginął w górach, dotrzeć.

Według badań TOPR w sezonie zimowym 2017/2018 ratownicy najczęściej interweniowali w związku z potknięciami turystów (71) oraz upadkami z wysokości (27). Do 36 interwencji doszło, ponieważ turyści nie posiadali wystarczających umiejętności. Tylko nieco rzadziej ratownicy interweniowali w związku z wypadkami, których przyczyną było nieodpowiednie wyposażenie (28) czy zabłądzenie (21). 18 razy ratownicy interweniowali, ponieważ turyści zachorowali w górach.

Podobno to, co również usypia czujność turystów, którzy w krótkim czasie wchodzą bardzo wysoko, to dobre przygotowanie szlaków.

Wytyczone ścieżki, schody, łańcuchy ułatwiające wejście zbyt wysoko osobom gorzej przygotowanym. Ludzie myślą: Ale skoro szlaki są tak dobrze przygotowane, to znaczy, że nie mogą być bardzo niebezpieczne, bo chodzą tędy zwyczajni turyści. Problem pojawia się wtedy, gdy zapada noc. Szlak przestaje być widoczny i musimy polegać wyłącznie na tym, co mamy w głowie, w plecaku i z kim wyszliśmy w góry.

Możemy wezwać pomoc przez telefon.

A jak telefon się rozładuje w niskich temperaturach? To też się często zdarza. Może również nie być zasięgu.

Dla niektórych trudne warunki mogą być dodatkową zachętą...

Ludzie mają różne motywacje. Dla tych, którzy mają świadomość, jak może być w górach, kluczowe są jednak nie warunki, a poziom trudności danej trasy. I wtedy czeka się na odpowiedni moment, kiedy będzie można zrobić wymarzoną drogę wspinaczkową czy szczyt.

Zakładam jednak, że wiele osób idzie w góry, bo akurat wtedy mają urlop. Zmiana planów oznacza zmarnowanie czasu wolnego.

Na początku grudnia mieliśmy dwa takie wypadki. Oba zdarzyły się w okolicach Rysów. Warunki pogodowe gwałtownie się zmieniły. Turysta, idąc ścieżką, uruchomił małą lawinę i spadł razem z nią. Na szczęście tylko się poobijał, ale mógł zginąć.

Dosłownie dzień później turystka postanowiła zjechać po śniegu na bardzo stromym terenie. Zabawa, która miała ułatwić schodzenie, niemal skończyła się tragicznie. Kobieta zjechała kilkaset metrów po stoku. Na szczęście jakimś cudem ominęła wszystkie napotkane po drodze kamienie. W efekcie "tylko" uszkodziła nadgarstek i nawet nie potrzebowała naszej pomocy.

Pamiętam akcję poszukiwawczą sprzed wielu lat. To była grupa młodych ludzi, między 20. a 30. rokiem życia. Wyszli z kwatery i po dwóch dniach wciąż nie wracali. Właścicielka kwatery, w której się zatrzymali, zgłosiła sprawę na policję. Po kolejnych dwóch dniach w rejonie Doliny Kondratowej odnaleziono pierwsze ciało. Chłopak miał przy sobie aparat. Dzięki wywołanym zdjęciom można było określić trasę całej grupy. Dwie doby później odnaleziono kolejne dwa ciała. Piątego ciała nie znaleźliśmy do dzisiaj.

Tatry (fot: Marek Podmokły/ Agencja Gazeta)
Tatry (fot: Marek Podmokły/ Agencja Gazeta)

Tatry. Dolina Kiezmarska. Schronisko nad Zielonym Stawem (fot: Marek Podmokły/ Agencja Gazeta)
Tatry. Dolina Kiezmarska. Schronisko nad Zielonym Stawem (fot: Marek Podmokły/ Agencja Gazeta)

Co się mogło stać?

To byli tak zwani przypadkowi turyści. W ogóle nie oszacowali zagrożenia. Wyszli w góry, jak już padał deszcz. Wchodzili coraz wyżej, nagle zrobiła się zima z silnym wiatrem, warunki stały się bardzo trudne. W takiej sytuacji ktoś kompletnie nieprzygotowany w ciągu 15 minut jest w stanie stracić wszystkie siły i zasoby energetyczne, włącznie z motywacją do walki o życie. Usiądzie i zamarznie.

Gdy mowa o wypadkach w Tatrach, często pojawiają się te same lokalizacje - Rysy, Orla Perć.

Bo tam jest najwięcej turystów. Obecnie ludzi interesują punkty z przedrostkiem "naj". Największe, najwyższe, najdłuższe. Żeby zrobić wynik. Z mojego punktu widzenia to sztuczna motywacja. Nie jest związana z samym przebywaniem w górach, z ich atrakcyjnością. Ale tak jest, że w dzisiejszych czasach przyjemność wynikająca ze spędzania czasu w górach ludziom nie wystarcza. Muszą zdobyć szczyt, coś zaliczyć, żeby pochwalić się sukcesem w mediach społecznościowych. Ludzie ze sobą rywalizują, porównują się do siebie. Ten trend funkcjonuje obecnie na całym świecie, nie tylko w Polsce. A prawda jest taka, że w górach jednego dnia jest piękna pogoda i wchodzimy na szczyt bez większych problemów, drugiego warunki są diametralnie inne i na tej samej trasie walczymy o życie. Każdy się bawi tak, jak lubi, w porządku. Z mojego punktu widzenia najważniejsze jest to, czy dana osoba ma świadomość ryzyka, jakie podejmuje. Jeśli nie ma i mimo to je podejmuje, to zachowuje się w sposób nieodpowiedzialny. Jeszcze gorzej, jak zabiera ze sobą kogoś równie nieświadomego.

A pan za co kocha góry?

Kto powiedział, że kocham? (śmiech) To moje naturalne środowisko. Tu żyję, pracuję, spędzanie czasu w górach sprawia mi ogromną przyjemność. Z racji zawodu mam jeszcze możliwość przebywania w miejscach, gdzie nie ma ludzi. Uwielbiam kontakt z tatrzańską przyrodą, florą i fauną. Ogromną przyjemność sprawia mi wysiłek fizyczny. Jestem z górami po prostu związany.

Jak pokazują dane Tatrzańskiego Parku Narodowego, liczba osób wyruszających na tatrzańskie szlaki w okresie zimowym stale wzrasta. Rośnie również liczba wypadków.

Ale nie ze skutkiem śmiertelnym. Tych, mimo rosnącej liczby turystów, wciąż nie przybywa. Taki trend utrzymuje się od lat. Może wynika to z lepszego sprzętu, jakim dysponują turyści, jednak większej wiedzy o górach i tego, jak się w nich zachowywać - dzisiaj między innymi dzięki mediom społecznościowym łatwiej dotrzeć nam do ludzi z naszymi poradnikami (LINK). Na pewno duże znaczenie ma również lepszy dostęp do prognozy pogody. Kiedyś było tylko radio i telewizja, dziś ludzie mogą na bieżąco sprawdzać, jak zmieniają się warunki.

Mamy sezon zimowy, ale do największej liczby wypadków w górach wcale nie dochodzi zimą.

Bo w Tatrach najwięcej turystów jest w okresie letnim, który trwa od czerwca do połowy października. Więc ta liczba wypadków jest wprost proporcjonalna do liczby ludzi w górach. Do szczególnie niebezpiecznych wypadków, także tych ze skutkiem śmiertelnym, dochodzi z kolei w maju i w czerwcu oraz właśnie na początku zimy.

Kursy lawinowe w Tatrach (fot: Tomek Gola)
Kursy lawinowe w Tatrach (fot: Tomek Gola)

Dlaczego?

W maju, czerwcu, a czasem nawet w lipcu, jest bardzo wysokie ryzyko upadków na twardym śniegu. Ludziom się wydaje, że skoro na dole jest 20 stopni Celsjusza, to nie jest możliwe, aby trochę wyżej był zlodowaciały śnieg. A wskutek różnych zjawisk atmosferycznych tak się właśnie dzieje.

Z kolei jesienią i na początku zimy dochodzi do pierwszych poślizgnięć, zdarzają się już małe lawiny. Wypadki często wiążą się z kilkusetmetrowym upadkiem z wysokości, zjazdem po stoku lub innym stromym terenie, co może skończyć się śmiercią.

Zima niesie za sobą specyficzne zagrożenia, głównie związane z niską temperaturą, krótkim dniem, gwałtownymi załamaniami pogody i właśnie zagrożeniem lawinowym. W innych okresach te czynniki nie występują. Mimo że zimą wypadków jest mniej, to zazwyczaj mają one poważne konsekwencje i często wiążą się z trudnymi działaniami ratowniczymi.

A jaka będzie nadchodząca zima?

Jakbym był w stanie to przewidzieć, już dawno zmieniłbym profesję. Najbardziej zaawansowane prognozy pogody są na maksymalnie trzy dni do przodu. Później to tylko zgadywanki.

Jan Krzysztof, naczelnik TOPR (fot: Piotr Drozdz)
Jan Krzysztof, naczelnik TOPR (fot: Piotr Drozdz)

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (28)
Zaloguj się
  • laik404

    Oceniono 48 razy 22

    Wypuścić na szlak:
    - Balbinę w biało-czerwonej pelerynce i w krawacie (obowiązkowe wyposażenie na ryby i w góry)
    - Glińskiego z tabletem
    - Joja w adidasach (z pociągu)
    - Błaszczaka (wsparcie militarne grupy)
    - Kępę Bez Szyi, z różańcem z Tadziem zamiast krzyżyka

    Jakby trafili na niedźwiedzia, to ten by dziurę w ścieżce wyturlał ze śmiechu...

  • MarcinGromnicki

    Oceniono 23 razy 19

    Wywiad ciekawy, tylko do jasnej ciasnej na drugim zdjęciu ratownicy nie transportują zwłok kobiety, tylko uratowaną z tej lawiny Katarzynę. Dziewczyna przeżyła !

  • zzrobert

    Oceniono 15 razy 13

    (LINK)
    wypadałoby podać ten link. albo skasować ślepy opis.

    Cenię dobre dziennikarstwo a jeszcze bardziej prehistoryczny zawód korektora.

  • whitemamba

    Oceniono 13 razy 13

    Bardzo ciekawy wywiad! :)

  • hilux_ie

    Oceniono 22 razy 10

    "dzisiaj między innymi dzięki mediom społecznościowym łatwiej dotrzeć nam do ludzi z naszymi poradnikami (LINK)."

    Zamiast linka jest słowo "LINK". Nawet w kopiuj-wklej nie potraficie?

  • antykancelista73

    Oceniono 9 razy 9

    halo, halo!!!! zdjęcie nr 2 to nie transport zwłok tylko zaawansowane zabiegi resustytacyjno-medyczne!!!!! a zdjęcie przedostatnie to nie są Tatry!!!!!!

  • polsilver100

    Oceniono 12 razy 6

    Ludzie robią dużo rzeczy ie dlatego że są ignorantami bo nie są głupi tylko dlatego że chcą być cool i pokazać jakimi kozakami. Potem film albo selfie jest na facebuku albo Youtube i wiata klikuje jak popieprzona

  • respons

    Oceniono 5 razy 5

    Cholercia, kiedyś chciałem zostać ratownikiem TOPR, to były lata '75-'79, niestety życie potoczyło się inaczej...

  • rave8

    Oceniono 24 razy 4

    To jest straszne jak ludzie idą w góry! Nie zdają sobie sprawy z zagrożenia! Ja wchodziłem w zeszłym roku na Giewont, lipiec, skwar, wszyscy w krótkich spodenkach, japonki, klapki, małe dzieci - koszmar! Ja jedyny byłem przygotowany: dwa czekany, raki, profesjonalna odzież, specjalistyczny mocno spłaszczony namiot (żeby opierał się wiatrom), butle z tlenem - najgorsze były te ich drwiące spojrzenia ignorantów. A przecież to GÓRY i wszystko może się zmienić w sekundę! Wejście podzieliłem na 4 dni, co paręset metrów obóz, aklimatyzacja, oczywiście poręczówki na każdym etapie i ostatniego dnia atak na szczyt. Co dzień rano znajdowałem w przedsionku mojego namiotu puszki po Coli i opakowania po chipsach! Przeklęci amatorzy! W końcu zdobyłem szczyt, zużyte butle zostawiłem w pod krzyżem w strefie śmierci, gdzie -o zgrozo! - spotkałem babcię z dwójką wnucząt! Schodziłem kolejne 4 dni, ale przeżyłem tę próbę umiejętności i charakteru. Pod koniec sierpnia planuję wejść na Kopiec Kościuszki, w stylu alpejskim - ale jak zobaczę turystów z dziećmi i watą cukrową, to dzwonię na policję.
    ~Prawdziwy człowiek gór, alpinista, profesjonalista

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX