Bolesne konflikty między najbliższymi mogą zadziałać jak bomba z opóźnionym zapłonem

Bolesne konflikty między najbliższymi mogą zadziałać jak bomba z opóźnionym zapłonem (fot. Jarosław Kubalski / AG)

społeczeństwo

"Sprawy trudne do zakwalifikowania". Dlaczego dzieci zabijają rodziców?

Zabójstwo rodziców szokuje tak bardzo, bo przecież dokonuje się między osobami, które łączą więzy krwi. Między najbliższymi. Z drugiej strony - to właśnie z tymi najbliższymi najwięcej i najdłużej przebywamy, to w rodzinie rodzi się często wiele bolesnych konfliktów. Nierozwiązane nabrzmiewają niekiedy latami, żeby w końcu zadziałac jak bomba z opóźnionym zapłonem.

W czerwcu 2018 roku biegli orzekają, że 25-letni Mateusz jest niepoczytalny. Ich decyzja wyklucza odpowiedzialność Mateusza za czyny, które popełnił. Zamiast za kratki trafia do zakładu zamkniętego. Rok temu o tej porze był wzorowym studentem. Obowiązkowym, spokojnym, ułożonym. A potem coś się stało.

Do tragedii doszło w w warszawskiej Falenicy, przy ulicy Walcowniczej (fot. Adam Stępień / AG)
Do tragedii doszło w w warszawskiej Falenicy, przy ulicy Walcowniczej (fot. Adam Stępień / AG)

Osiem miesięcy wcześniej

Dom w Falenicy przy ul. Walcowniczej. Rodzina kulturalna, wykształcona, na poziomie. 49-letni Monika i Krzysztof G., nauczyciele z tutejszego Zespołu Szkół nr 120, o swoich dzieciach podobno nigdy nie powiedzieli złego słowa. Przynajmniej przy świadkach.

17 października 2017 roku w południe Monika była jeszcze w pracy. Wieczorem walczyła już o życie. Próbowała ratować męża, co miało Mateusza jeszcze bardziej rozwścieczyć. Dopadł ją na tarasie i zadźgał. Syn matkę.

W raporcie z sekcji zwłok napisano, że do zgonu doprowadził m.in. szereg ran kłutych zadanych ostrym narzędziem, najprawdopodobniej nożem. Monika i Krzysztof wykrwawili się. "Zabezpieczono znaczną ilość śladów kryminalistycznych, a także przedmiotów, w tym noże, które mogły być narzędziem zbrodni" - mówił Marcin Saduś, rzecznik prokuratury Warszawa-Praga. 

Sąsiedzi podobno słyszeli przeraźliwy krzyk. A potem widzieli, jak policja wyprowadziła Mateusza w kajdankach. Mówili, że to był normalny chłopak. W ostatnich miesiącach miał się nagle opuścić w nauce, ale każdy ma kryzysy. Monika i Krzysztof próbowali z nim rozmawiać. Czy robili mu wymówki, czy krzyczeli i wyzywali od najgorszych, jak napisze jeden z dzienników? Sąsiadom i kolegom z pracy trudno w to uwierzyć. Przecież oboje wiedzieli, jak należy podchodzić do dzieci, do ich problemów. Czy byliby zdolni do znęcania się nad własnym synem?

W chwili wyprowadzania przez policję Mateusz był spokojny. Przybyli na miejsce lekarze musieli uspokajać młodsze rodzeństwo - 16-latka i 22-latkę, którzy byli świadkami rodzicobójstwa.

Zniknąć nie na zawsze

Dr Joanna Stojer-Polańska, kryminalistyk, wykładowczyni na Uniwersytecie SWPS w Katowicach, spotkała się z rozmaitymi przypadkami rodzicobójstwa. Od tych popełnianych z pobudek finansowych po wywoływane stricte przez emocje.

- Przypomina mi się m.in. sprawa, gdy syn upozorował zaginięcie rodzica, by jak najdłużej pobierać po nim emeryturę. Zaginięcia żadnego nie było, ale zabójstwo i owszem. W innym przypadku dorosły syn długo stwarzał pozory, że matka żyje, a on się o nią troszczy. Cel był dokładnie taki sam: pobieranie świadczeń. W kolejnej sprawie dziecko zabiło rodzica wspólnie z innymi osobami, także chodziło o przejęcie majątku. To nie były działania pod wpływem chwili. Te zabójstwa były zaplanowane - podkreśla dr Stojer-Polańska. - Natomiast są i takie, do których dochodzi podczas kłótni, często pod wpływem alkoholu, w rodzinach, w których już wcześniej pojawiała się przemoc.

Tak jak w Witaszycach koło Jarocina, gdzie w czerwcu tego roku syn rzucił się na matkę. 19-latek zadał kobiecie siedem ciosów nożem. Miał we krwi około promila alkoholu. Zaatakował podobno nie pierwszy raz, ale kobieta nie chciała składać na niego doniesienia. W końcu to syn.

Kryminalistyk wspomina także inną podobną sprawę: dwóch synów od dłuższego czasu próbowało zabić matkę, a ona nigdy nie złożyła przeciwko synom zawiadomienia. - W końcu doszło do tragedii. Matka atak przeżyła, ale obaj synowie zaatakowali i zranili też inne osoby, dopuścili się przestępstw przeciwko życiu. Jeden z nich popełnił samobójstwo. Drugi przebywa w zakładzie karnym - mówi dr Stojer-Polańska.

Rodzicobójcy, tak jak i inni przestępcy, nie zawsze do końca zdają sobie sprawę z konsekwencji swoich czynów. "Impulsywność, niedojrzałość emocjonalna, brak wsparcia rodzinnego - to jedne z przyczyn agresji dzieci wobec rodziców" - pisze w książce "Psychopatologia wieku dziecięcego" Daniel Marcelli, francuski psychiatra. Jego zdaniem zabicie rodziców bywa przez dzieci rozumiane bardziej jako "pozbycie się ich". Nie do wszystkich dociera, że to, co robią, jest nieodwracalne. 

Czasami napastnicy są pod wpływem środków odurzających. - To częściowo może tłumaczyć brutalność postępowania, ale go nie usprawiedliwia - dodaje dr Stojer-Polańska. Zdaniem specjalistów z jednej strony zabójstwo w rodzinie tak bardzo szokuje, bo przecież dokonuje się między osobami, które łączą więzy krwi, między najbliższymi. Z drugiej - to właśnie z tymi najbliższymi najwięcej i najdłużej przebywamy, to w rodzinie często rodzą się bolesne konflikty, a jeśli pozostają długo nierozwiązane, mogą zadziałać jak bomba z opóźnionym zapłonem. 

- Przemoc może pojawić się jako reakcja emocjonalna na to, co zrobiła druga osoba. Ale może być także przemocą drapieżną, która ma na celu skrzywdzenie, i ten rodzaj przemocy bywa zaplanowany - dodaje dr Stojer-Polańska. Przypomina konkretny przypadek: dzieci zabiły rodzica, który pił i bił. - To sprawy trudne do zakwalifikowania, ponieważ bliscy mogli działać w obronie koniecznej, ale mogli czyn także zaplanować.

Rodzicobójcy nie zawsze do końca zdają sobie sprawę z konsekwencji swoich czynów (fot. Marcin Onufryjuk / AG)
Rodzicobójcy nie zawsze do końca zdają sobie sprawę z konsekwencji swoich czynów (fot. Marcin Onufryjuk / AG)

Śmierć ministra

30-letni Grzegorz to nieco zamknięty w sobie programista, miłośnik żeglarstwa. Jakiś czas przebywał w Indiach oraz w Stanach Zjednoczonych. Podobno za oceanem szukał szczęścia, może miłości. Nie znalazł. W Polsce zatrudnił się w jednym z katowickich banków. W rodzinnym domu bywał rzadko, niektórzy sąsiedzi nie wiedzieli nawet, że państwo W. oprócz dwóch córek mają także syna.

W 2010 roku Grzegorz odchodzi z pracy. O przyczynach tej decyzji przełożeni nie chcą mówić. Może powiedzą policji, ale nie mediom. Śledczy zainteresują się Grzegorzem po tym, co stało się 15 października 2010 toku.

"Ustaliliśmy, że tata w tym dniu miał wolne. Nie miał zaplanowanych żadnych spotkań, zajęć. Przygotowywał się do remontu mieszkania" - mówiła Małgorzata, siostra Grzegorza. Tego dnia zawsze elegancki 59-letni Eugeniusz włożył sportowy strój i szykował się do tapetowania. Ale ślad po nim zaginął. Samochód Eugeniusza stał w garażu, a portfel i wszystkie dokumenty leżały w środku. Dlatego początkowo podejrzewano, że mógł zostać uprowadzony. W Rybniku był znany. Były wicewojewoda katowicki, wiceminister transportu w rządzie PiS. Jeden z najlepszych specjalistów z zakresu komputerowych systemów sterowania samolotami. Zaangażowany w sprawę badania katastrofy smoleńskiej.

Kilkanaście godzin po zgłoszeniu zaginięcia ministra technicy zabezpieczają w domu ślady krwi. Są widoczne dopiero pod wpływem promieni UV. Wiadomo już, że ktoś je zacierał i że prawdopodobnie doszło do przestępstwa. Niedługo później pieszy patrol odkrywa nad Zalewem Rybnickim ludzkie szczątki - fragment korpusu. Badania potwierdzają, że należą do Eugeniusza. Już wtedy jego syn Grzegorz jest jednym z głównych podejrzanych.

Ciało ministra wyłowiono z Zalewu Rybnickiego (fot. Jakub Ociepa / AG)
Ciało ministra wyłowiono z Zalewu Rybnickiego (fot. Jakub Ociepa / AG)

Zeznania Grzegorza są niespójne. Po znalezieniu szczątków ojca, podczas kolejnego przesłuchania, nagle wstaje i zaczyna krzyczeć, że to on zabił. I że ojciec tego chciał. Ze szczegółami opowiadał, jak zamordował.

Eugeniusz miał zginąć w domu. Praktycznie pod okiem żony, która pomachała synowi z drugiego budynku. Nie wiedziała, że w tej chwili Grzegorz ćwiartował ciało ojca. Syn potem odwołał wprawdzie swoje zeznania, nie przyznając się do winy, ale i tak został aresztowany.

Ciało ministra wyławiano z Zalewu Rybnickiego kawałek po kawałku przez kolejnych kilkanaście dni. Nigdy nie wyłowiono jednak głowy. Nie znaleziono też piły, którą Grzegorz rozczłonkowywał ciało ojca. Prawdopodobnie trafiła w ręce złomiarzy. Pół roku po morderstwie biegli psychiatrzy jednoznacznie ocenili, że Grzegorz jest niepoczytalny i skierowali go do zakładu zamkniętego koło Gliwic.

Złe wychowanie

18-letni Jakub zabił 18 września 2018 roku około trzeciej nad ranem. Najpierw wbił nóż w szyję konkubentowi matki. 61-latek wybiegł z mieszkania, wołając o pomoc. Wtedy Jakub podszedł do łóżka, w którym leżała matka, i dwukrotnie ugodził ją również w szyję. 38-letnia kobieta wykrwawiła się, pomimo godzinnej reanimacji. Jej partnerowi udało się przeżyć. Jakub trafił do aresztu. Wszyscy mówią, że to przez dopalacze. Że to one zrobiły mu kisiel z mózgu i wywołały agresję.

Co siedzi w głowie nastolatka, który zabija matkę? - zastanawia się Kamil Nowak, prywatnie ojciec trójki dzieci, autor blogojciec.pl. 16-letni chłopak zadaje matce 28 ciosów nożem, wynosi jej ciało na balkon, po czym jedzie do dziewczyny. Albo inny, również niepełnoletni, morduje matkę przy użyciu kija bejsbolowego, a potem organizuje w domu imprezę. Czy agresję wobec rodzica można tłumaczyć bezstresowym wychowaniem, czy raczej - jak argumentuje autor bloga - przyczyna jest dokładnie odwrotna, a mianowicie wychowanie twardą ręką. Zbyt twardą.

18-letni Jakub we wrześniu 2018 r. zabił swoją 38-letnią matkę (Śląska Policja / slaska.policja.gov.pl)
18-letni Jakub we wrześniu 2018 r. zabił swoją 38-letnią matkę (Śląska Policja / slaska.policja.gov.pl)

Związek agresji z surowym wychowaniem zauważa także Marcin Szulc z Zakładu Psychologii Sądowej i Psychologii Osobowości Uniwersytetu Gdańskiego. "Dziecko szczęśliwe nie jest agresywne" - podkreśla Szulc, dodając, że rodzicobójcy często zaznają przemocy. Wspomniani na blogojciec.pl matkobójcy byli tzw. grzecznymi dziećmi. Nienotowani, nie sprawiali problemów wychowawczych. Nie odstawali od rówieśników. Dorastali w pozornie normalnych domach, bez patologii czy nadzoru kuratora. A jednak analiza psychologiczna wykazała, że chociaż obydwaj byli na pierwszy rzut oka grzeczni i zwyczajni, wychowywali się w rodzinach dysfunkcyjnych. W pierwszym przypadku po rozwodzie rodziców nastolatek często był pod opieką dziadka, który go bił. Matka, nie dość, że na to nie reagowała, to jeszcze krzyczała na syna, że lepiej byłoby, gdyby go nie urodziła. Druga tragedia zdarzyła się w domu, w którym syna wychowywali nadopiekuńcza matka i rygorystyczny, ale często nieobecny ojciec. 

Teorię o związku wychowania twardą ręką z agresją potwierdzają badania Christiana Pfeiffera, dyrektora Criminological Research Institute of Lower Saxony w Hanowerze. Gdy w 2007 roku zespół Pfeiffera badał dorosłych Niemców, okazało się, że osoby, które jako dzieci doświadczyły m.in. częstych klapsów, były znacznie bardziej zainteresowane posiadaniem broni i wymierzaniem samosądów. Najbardziej związek ten widać jednak w Stanach Zjednoczonych. Zdaniem Pfeiffera bicie dzieci za karę nie tylko przez rodziców, ale też przez nauczycieli, w Ameryce nadal jest normą. Dla Pfeiffera to odpowiedź na pytanie, dlaczego Amerykanie posiadają więcej broni, popełniają więcej przestępstw i karzą bardziej surowo niż inni. "Wszyscy, w tym Amerykanie, powinni próbować wychowywać dzieci według zasady "Liebe statt Hiebe" (miłość zamiast bicia)" - przekonuje Pfeiffer. 

Naukowcy zauważają silny związek agresji u dzieci z surowym wychowaniem (fot. Marcin Stępień / AG)
Naukowcy zauważają silny związek agresji u dzieci z surowym wychowaniem (fot. Marcin Stępień / AG)

Pragnienia i potrzeby

Kraków. Elżbieta i Kazimierz. Córka i ojciec. Nigdy nie mieli najlepszego kontaktu, ale kiedy blisko 80-letni Kazimierz zachorował, Elżbieta podjęła się opieki nad nim. I wypełniała obowiązek wzorowo każdego dnia. Spełniała każdą zachciankę ojca, wytrzymywała jego nagłe zmiany nastroju, wyrzucanie posiłków przez okno, krzyki i załatwianie się na dywan albo do łóżka. Aż w końcu nadeszło lato 2015 roku. I Elżbieta poczuła, że albo odpocznie od ojca, albo się zabije. Kupiła mu jedzenie, po czym wyjechała do Sopotu. Na dwa tygodnie.

Kazimierz zmarł niedługo przed jej powrotem. Sekcja wykazała, że przyczyną śmierci było wycieńczenie. "Wielce wymowne są zdjęcia martwego Kazimierza, rodzące skojarzenia, jakby dotyczyły ofiary przebywającej w jakimś obozie zagłady" - podkreślił sędzia, skazując Elżbietę na cztery lata pozbawienia wolności. Sąd nie miał wątpliwości, że zostawiając go na dwa tygodnie, skazała go na śmierć. Przecież musiała zdawać sobie sprawę, że sam sobie nie poradzi. Ktoś, analizując zachowanie Elżbiety, porówna je do rytuału thalaikoothal. W południowych Indiach bliscy zabijają starsze, niedołężne osoby. Topią je w mleku, oleju lub zlecają znachorom wykonanie śmiertelnego zastrzyku. Czy Elżbieta tak naprawdę chciała zabić ojca i się od niego uwolnić?

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Joanna Pasztelańska. Dziennikarka, reporterka. Jako jedna z pierwszych dotarła do Turcji po trzęsieniu ziemi w 1999 roku, relacjonowała wybory prezydenckie w Iranie, zajmowała się sprawą farmy niewolników pod Londynem i ukrytymi w rejonie Prypeci sierocińcami dla dzieci z wadami genetycznymi po wybuchu elektrowni w Czarnobylu. Od blisko dwudziestu lat jeździ po Polsce śledząc tematy trudne i niewyjaśnione m.in. dla "Życia Warszawy", "Tygodnika Kulisy" i magazynu "Dziennika Gazety Prawnej". W 2016 roku nakładem wydawnictwa Horyzont Znak ukazała się książka "Policjanci. Za cenę życia", którą napisała wraz z mężem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (62)
Zaloguj się
  • pensylwania2

    Oceniono 30 razy 28

    Coś w tym jest. Ja, co prawda, nikogo nie zabiłam, ale wpływ w dzieciństwie na moją osobę tez ma swoje skutki. Mieszkała z nami babcia, prawdziwa domina i samica alfa i przy okazji katolicka fundamentalistka. Każda niedziela w domu zaczynała się od kłótni. Jako dzieci byłyśmy z siostrą przez nią wręcz terroryzowane koniecznością chodzenia do kościoła. Skutek? Obie na dzień dzisiejszy omijamy szerokim łukiem. Pamiętam jak kiedyś, jak już byłyśmy dorosłe i niezależne z żalem pytała: ale dlaczego? Przecież ona pilnowała, żebyśmy chodziły co niedziela do kościoła....

  • rozterka47

    Oceniono 21 razy 21

    Wychowywanie poprzez przemoc, tak fizyczną jak i psychiczną , nigdy nie rodzi nic dobrego. NIGDY
    Jeżeli rodzice nie dostrzegają w dziecku małego czlowieka , który ma uczucia , potrzeby a z czasem swoje poglądy i we wszystkim decyduj a za dziecko , to nie są rodzicami tylko tyranami . nawet bić nie muszą .
    Dziecko , które wyrasta w przemocy , ciągłym lęku , braku akceptacji i poczucia wartości zawsze prędzej czy później odreaguje. Bywa ,że bardzo agresywnie.

  • studio-sport.pl

    Oceniono 21 razy 17

    Bycie dobrym rodzicem wymaga predyspozycji, wiedzy psychologicznej i odpowiedzialności. Lecz aby nim zostać, nie potrzeba żadnych uprawnień, egzaminów i licencji. Patologia która nie radzi sobie sama ze sobą, rodzi kolejną patologię.

  • Margaret

    Oceniono 23 razy 15

    nie ma skutku bez przyczyny chyba, że choroba , schizofrenia ujawnia się po 25-tym roku życia , rodzina często bagatelizuje symptomy, wypiera je aż dochodzi do tragedii...

  • minkat

    Oceniono 14 razy 14

    ostatni przyklad, pani Elzbieta, po prostu wysiadla psychicznie. ja sie nie dziwie, ze miala dosc. gdyby byla w stanie to by ojca zadusila poduszka i nikt by sprawy nie badal, ale nie byla, wiec wyjechala i uparcie ignorowala mysl, ze on sie soba nie zajmie.

    poza tym uparcie ludziom myli sie "bezstresowe wychowanie" z kompletnym brakiem wychowania i zainteresowania wlasnym potomstwem. dopoki dziecko nie sprawia problemow to konwersacje w domu ograniczaja sie do pytania co na obiad. to jest zimny chow i jest dla pozbawionego wiezi, i wsparcia, dziecka szalenie stresujace.

    bezstresowe wychowanie to siedzenie przy potomstwie dzierajacym tapete ze sciany i powtarzanie "tapeta powinna zostac na scianie", zeby dziecko sie nie zestresowalo. to zabiera mase czasu i energii, a w rezultacie wychowalo sie doroslego czlowieka, ktory nie jest zdolny do funkcjonowania w spoleczenstwie bo nie potrafi zniesc takiego zupelnie normalnego, codziennego stresu.

  • zdziwiony6

    Oceniono 18 razy 14

    Syn zabuł rodziców. Obecny minister sprawiedliwości być może uznał, że po prostu rozzuchwalili syna...

  • justas32

    Oceniono 30 razy 14

    Każdy Prawdziwy Polak wie że bicie dzieci jest dobre - bo sam był bity ...

  • adela.pruszynska

    Oceniono 13 razy 13

    Czy Elżbieta tak naprawdę chciała zabić ojca i sie od niego uwolnić? Trudno jest tu jednoznacznie ocenić , ale myślę ze nie, gdyż chciała by co zabić to nie kupowała by mu jedzenia. Kupiła jedzenie i zostawiła niech sobie sam radzi, skoro się umie kupkę na dywan zrobic, jedzenie przez okno wyrzuć to można i jedzenie sobie wziąć nie czekać na kogoś. Tu Elżbiecie potrzebna była pomoc ponieważ ona samą zachorowała, a ojciec zmarł podejrzewam ma własne zadanie. Zaglodzil sie. Do starszych ludzi trzeba mieć stalowe nerwy, których Elżbiecie zabrakło. Sad wyznaczajac Elzbiecie kare powinien wziac to pod uwage ze ta kobieta tez moze potrzebowac pomocy. Opiekować się starszą osobą jest dużo trudniejsze niż dzieckiem. Człowiek na starość dziecinieje. Przychodzi mi taką myśl dlaczego u nas nie ma domów spokojnej starości. Są ale nie dla każdego bo za drogie. Tak Państwo dba o swoich obywateli. Przykre to.

  • dyskootantka

    Oceniono 22 razy 12

    Nie oszukujmy się, ale bicie dzieci jeszcze niedawno było podstawą wychowania. Popularne było powiedzenie, że "rózeczką dziateczki Duch święty bić każe". Do dziś jest wielu, którzy tak rozumieją wychowywanie dzieci.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX