Przemysłowy model hodowli zwierząt ma wiele wad

Przemysłowy model hodowli zwierząt ma wiele wad (fot. Sebastian Rzepiel / AG)

społeczeństwo

Szymon Hołownia: Proszę wpisać do Google'a: "Świnie grzebane żywcem w Korei", i powiedzieć mi, że schabowy wart jest takiej ceny

Na wsi jest już coraz mniej prawdziwych, domowych hodowli. Rolnictwo stało się regularnym przemysłem. W książce "Boskie zwierzęta" Szymon Hołownia przedstawia, jak dużym problemem jest intensywny chów i mechanizacja produkcji mięsa.

Więcej i więcej*

Philip Lymbery, szef brytyjskiej organizacji Compassion in World Farming (CIWF), którego miałem okazję poznać na zorganizowanej jesienią 2017 roku w Londynie konferencji, gdzie rolnicy, biolodzy i działacze z całego świata zastanawiali się, co zrobić, by człowiek znów nauczył się współpracować z resztą stworzeń dla swojej i ich korzyści, we wspominanej już przez mnie książce Dead Zone wykłada wprost rzecz dla zrozumienia obecnego stanu relacji człowiek - przyroda bezwzględnie fundamentalną: we współczesnym rolnictwie od dawna nie chodzi w pierwszym rzędzie o to, by kogoś nakarmić, lecz o to, by produkować więcej i więcej, i więcej.

Ludzie wyrzucają na śmietnik rocznie ilość mięsa, która odpowiada 12 miliardom zwierząt hodowlanych (fot. Łukasz Cynalewski / AG)
Ludzie wyrzucają na śmietnik rocznie ilość mięsa, która odpowiada 12 miliardom zwierząt hodowlanych (fot. Łukasz Cynalewski / AG)

Połowa - dokładnie tak - produkowanej dziś na świecie żywności wcale nie odżywia człowieka. Prawie połowa warzyw i owoców w Wielkiej Brytanii kończy na śmietniku, jeszcze zanim znajdzie się na sklepowych półkach, nie spełnia bowiem standardów estetycznych, jakie przyjęły handlowe sieci. Ludzie wyrzucają na śmietnik rocznie ilość mięsa, która odpowiada dwunastu miliardom zwierząt hodowlanych (w samej Unii Europejskiej - dwóm miliardom zwierząt). A ponieważ na świecie, jako się już rzekło, zabijamy dziś rocznie około siedemdziesięciu miliardów zwierząt gospodarskich (która to liczba nie uwzględnia ryb i innych wodnych stworzeń) - jedno zwierzę na sześć z pogłowia kurczaków, krów, świń jedzie do rzeźni wyłącznie po to, by jego szczątki skończyły na śmietniku. Cztery piąte żyją w systemie tak zwanego chowu przemysłowego (u nas używa się raczej eufemizmu: "gospodarstwa wysokotowarowe"), gdzie - jak może i ostro, ale nie bez racji zauważa Matthew Scully, autor książki Dominion - nie ma mowy o tym, by zdradził je jakiś przyjaciel, bo one od początku są zwyczajnie w ręku wroga. Powtarzam po raz enty: mięsożerstwo nie jest niemoralne.

W mojej ocenie nie daje się jednak pogodzić z moralnością wspomniany przemysłowy model hodowli zwierząt (czyli farmy, na których w zamknięciu trzyma się czasem i dziesiątki tysięcy zwierząt), z którego znaczną część owego paliwa dla mięsożerczych przekonań się dziś pozyskuje (w trybie przemysłowym hodowana jest współcześnie prawie połowa sprzedawanego na świecie mięsa). To system, który zalewa światowe rynki nie tylko tanim mięsem, ale i mlekiem, i jajkami, wystawiając za to słony rachunek wszystkim poza samym sobą. Wciskając kit, że to po prostu złoty interes: ludzie na świecie mają tanie jedzenie, producenci i handlowcy zarabiają, zwierzęta są szczęśliwe, bo wreszcie nie muszą uciekać przed wilkami ani martwić się o żarcie (a hodowcy na niczym nie zależy przecież tak jak na tym, by były zadowolone, bo niezadowolone zwierzęta to strata w bilansie). A poza tym - jakaż to oszczędność terenu, gdy pastwiska można przeznaczyć na inne cele bądź zostawić przyrodzie! Itp., itd., etc.

Wartości odżywcze kurczaka wolnowybiegowego i tego z tzw. chowu intensywnego znacznie się różnią (fot. Ireneusz Cieślak / AG)
Wartości odżywcze kurczaka wolnowybiegowego i tego z tzw. chowu intensywnego znacznie się różnią (fot. Ireneusz Cieślak / AG)

Jakie piękne bzdury! Po pierwsze: proszę sięgnąć do internetu, poczytać, jak różni się wartość odżywcza, dajmy na to, kurczaka wolnowybiegowego i tego z tak zwanego chowu intensywnego. Proszę zaryzykować i porównać kiedyś ich smak.

Mięsny biznes wmówił ludziom, że potrzebują porcji zwierzęcego białka trzy albo i cztery razy dziennie, a białko roślinne nadaje się co najwyżej na dodatki w rodzaju sałatek, co jest bujdą. Z premedytacją, wyłącznie w celu pomnożenia swoich zysków, odcina człowieka od całego odżywczego bogactwa zawartego w roślinach, z których nasi przodkowie wyczarowywali potrawy nie do pomyślenia dziś, gdy na śniadanie są parówki, na obiad schabowy, a na kolację kanapki z polędwicą lub krakowską suchą. W nie tak bardzo odległych czasach mojej młodości powtarzano jak mantrę, że jedzenie owoców i warzyw jest podstawą zdrowia. Nie słyszałem, by komuś udało się tę tezę obalić, przeciwnie, dziś zajmujący się żywieniem naukowcy trąbią: konieczna jest bardziej zróżnicowana dieta, im więcej zielonego (kolorowego), tym lepiej (jeśli ktoś chce się dowiedzieć, na jakich kryteriach oprzeć tę różnorodność - niech wpisze do internetowej wyszukiwarki hasło "zdrowy talerz").

Stawianie natury na głowie

Spójrzmy, z czego, i jakim kosztem, swój organizm budują zwierzęta mające budować ten mój. Żywienie zwierząt w chowie przemysłowym to postawienie natury na głowie. Lymbery zwraca uwagę, że odkąd udomowiliśmy zwierzęta gospodarskie, zasadniczo zjadały one rzeczy, których nie jada człowiek (trawę, odpadki kuchenne), przerabiając je na te, które człowiek jada (mleko, mięso, jajka). Dziś zmuszamy je, by jadły pożywienie, którym można by spokojnie nakarmić człowieka. A konkretnie jakieś cztery miliardy ludzi. Jedna trzecia wszystkich światowych upraw, w tym dziewięćdziesiąt osiem procent światowych upraw wspaniałego źródła białka - soi, idzie dziś na pasze.

Większość kupowanych na polskim rynku jaj pochodzi z chowu klatkowego (fot. Łukasz Giza / AG)
Większość kupowanych na polskim rynku jaj pochodzi z chowu klatkowego (fot. Łukasz Giza / AG)

Składnikiem pasz jest też na przykład mączka rybna (krowy to - jak powszechnie wiadomo - od zawsze znane morskie drapieżniki) i inne przetwory choćby z poławianej w tym celu w ogromnej ilości około dziewięćdziesięciu miliardów sztuk rocznie sardeli, również mogącej być znakomitym pokarmem dla człowieka (konkretnie - kolejnego miliarda ludzi), a w tym samym czasie, co pokazał Lymbery w swojej pierwszej książce, Farmageddon, dzieci z wiosek w Peru, w których kwitnie ów przemysł, cierpią na niedożywienie, liczba morskich ptaków w okolicy spadła o dziewięćdziesiąt procent, a z miliona osobników pingwinów Humboldta zostało trzydzieści tysięcy. Wszystko to przerabia się na białko zwierzęce w absurdalnie nieekonomicznym procesie, w którym z dwudziestu jeden kilogramów jadalnego ziarna otrzymujemy kilogram jagnięciny, a z trzynastu kilogramów ziarna - kilogram wołowiny (dane USDA, Departamentu Rolnictwa USA, podawane w książce The Future of Meat Without Animals); z kolei jak wynika z cytowanych przez Lymbery'ego jeszcze mocniej wbijających w fotel badań naukowców z University of Minnesota - z kilograma białka roślinnego uzyskuje się niecałe pół kilo białka w mleku, trzysta pięćdziesiąt gramów w jajkach, sto gramów w wieprzowinie i pięć gramów białka zwierzęcego w wołowinie (gdy weźmie się pod uwagę konwersję kalorii - w przypadku wołowiny ze stu kalorii z białka roślinnego uzyskujemy trzy kalorie z białka zwierzęcego).

Naukowcy z Minnesoty zaproponowali też, by odchodząc od kanonicznego mierzenia efektywności upraw przez wyliczanie ton z hektara, zacząć podawać, ilu ludzi dany areał jest w stanie wyżywić. W USA hektar upraw może dać pożywienie szesnastu osobom. Daje - sześciu (zaskakuje za to wynik Chin, gdzie wskaźnik ten wynosi dziesięć). Tego absurdu świadomi są wszyscy, z oenzetowskimi agendami włącznie.

W raporcie FAO (Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa) z 2011 roku mówi się wprost: "Gdy zwierzęta hodowane są w ramach chowu przemysłowego, przetwarzają węglowodany i białka, które w innym wypadku mogłyby być spożyte bezpośrednio przez ludzi, i wykorzystują je do produkcji mniejszej ilości energii oraz białka. W takich wypadkach dochodzi do zmniejszenia zasobów żywnościowych planety". Marnotrawstwo wołające o pomstę do nieba.

Uprawy pod pasze dla zwierząt hodowanych przemysłowo zajęły dziś jedną trzecią gruntów rolnych Ziemi (fot. Sebastian Rzepiel / AG)
Uprawy pod pasze dla zwierząt hodowanych przemysłowo zajęły dziś jedną trzecią gruntów rolnych Ziemi (fot. Sebastian Rzepiel / AG)

Koszt produkcji paszy dla "taniego mięsa" przeznaczonego na stoły ludzi w miarę zamożnych płacą najubożsi. Soja, kukurydza, inne paszogenne rośliny (na przykład strączkowe) muszą gdzieś wyrosnąć. Marta Zaraska w bardzo interesującej (i wcale nie ideologicznie wegetariańskiej) książce Mięsoholicy. 2,5 miliona lat mięsożerczej obsesji człowieka pisze, że uprawy pod pasze dla zwierząt hodowanych przemysłowo zajęły dziś jedną trzecią gruntów rolnych Ziemi. W 2050 roku na świecie będzie nas pewnie około dziesięciu miliardów. Jeśli każdy z nas będzie wówczas chciał jeść tyle mięsa, masła, jajek, lodów co dziś żyjący obywatele USA (będący wzorem konsumpcji dla nas, Polaków, w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, a teraz - dla mieszkańców szybko bogacących się krajów Azji), owe trzydzieści parę procent upraw trzeba będzie przemnożyć przez minimum cztery.

Lymbery policzył, że pod uprawy soi i kukurydzy wycina się rocznie lasy o łącznej powierzchni równej połowie Wielkiej Brytanii. W Argentynie uprawy te stanowią prawie dwie trzecie wszystkich tamtejszych upraw (z brazylijskiej i argentyńskiej soi GMO robi się też pasze jedzone między innymi przez polskie zwierzęta hodowane na mięso). To poboczny temat, na parę osobnych książek, z których niejedną już napisano (patrz na przykład: praca Marcina Rotkiewicza), ale proszę poczytać sobie kiedyś o tym, jak programuje się dziś genetycznie rośliny, by były odporne tylko na jeden herbicyd, pochodzący od tego samego producenta, albo by dawały plon tylko raz, tak by rolnik musiał kupować co roku ziarno od produkującej je firmy. (...)

Sielanka z wierzbą płaczącą w tle

Nie myślmy, że to wszystko, o czym napisałem dotąd, to odległy problem wyuzdanego w swym kapitalistycznym pędzie zgniłego Zachodu, bo u nas - wiadomo, jako się rzekło - konik, pług, rolnik i wiejska sielanka z wierzbą płaczącą w tle. Dostatecznie często bywam na wsi, by wiedzieć, że wylewanie pohodowlanego i poubojowego syfu na pola rolników, którzy za parę złotych zgadzają się na taki rodzaj "nawożenia", to nie wyjątek, lecz gdzieniegdzie smutna norma. Myślicie, że nasze bohaterskie państwo czuwa dniem i nocą, by nie dopuścić do zrzutu na polskie pola potencjalnych epidemiologicznych bomb być może (a być może nie, kto to wie) pełnych gronkowców, bakterii coli, streptokoków fekalnych czy jaj pasożytów?

Na fermach hoduje się często kilkadziesiąt albo nawet kilkaset sztuk drobiu (fot. Dariusz Gorajski / AG)
Na fermach hoduje się często kilkadziesiąt albo nawet kilkaset sztuk drobiu (fot. Dariusz Gorajski / AG)

Poczytajcie znakomitą książkę Jasia Kapeli Polskie mięso. Zobaczycie, jak (nie)wydolne w tym zakresie potrafią być polskie inspekcje ochrony środowiska i weterynaryjne. Kapela wnikliwie zbadał procedurę pozbywania się odpadów poubojowych ze wspomnianej już wielkiej ubojni w Kutnie, rozmawiał z mieszkańcami walczącymi ze smrodem i odpadkami zawalającymi całą okolicę, wyświetlił lokalne układy (pan prokurator umarza sprawę, żona idzie na dyrektora mięsnej spółki). Za takie rzeczy uczestnicy tego procederu powinni mieć nie tylko proces, ale i cofnięte unijne dopłaty. Mają? Wolne żarty.

Choć coś chyba zaczyna się zmieniać, skoro ostatnio Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska na polach w okolicach Gostynina odnotował jednak "wylewane nieczystości zawierające m.in. żywe jaja pasożytów jelitowych oraz pałeczki bakterii z rodzaju salmonella", dodając: "istnieją podejrzenia, że substancje mogą pochodzić z kutnowskiej ubojni oraz biogazowni".

To jeśli chodzi o ubojnię. A fermy? Och, proszę zadać wujkowi Google'owi dwa proste słowa: "smród" i "ferma". W ponad dwudziestu tysiącach linków, które momentalnie pojawią się nam przed oczami, mamy praktycznie całą mapę Polski. Bezradnych wobec problemu, próbujących się jakoś zrzeszać mieszkańców, władze, które zazwyczaj zasłaniają się bałamutnym argumentem o miejscach pracy (wykażemy, że to fikcja) i podatkach, kompletnie ślepe na długoterminową dewastację swojego środowiska - jałowione grunty, zakwitające akweny etc. Oto prawdziwy koszt taniej szyneczki. Zapłaci go ktoś inny, mieszkający dwa albo pięćset kilometrów od ubojni czy fermy, ale ktoś będzie musiał zapłacić na pewno. Perspektywa zmieniłaby mi się, rzecz jasna, gdyby ktoś chciał postawić chlew z paroma tysiącami świń lub rzeźnię zaraz pod moim domem. Ale nie stawia. Problemu więc przecież nie ma. (...)

Przemysłowe hodowle sprawiają wiele problemów osobom mieszkającym w ich pobliżu (fot. Sebastian Rzepiel / AG)
Przemysłowe hodowle sprawiają wiele problemów osobom mieszkającym w ich pobliżu (fot. Sebastian Rzepiel / AG)

"Nie ma czegoś takiego jak darmowy lunch"

Stara mantra (podobno Miltona Friedmana) powtarzana do znudzenia przez kapitalistów pozostaje aktualna i w tym obszarze naszego życia: nie ma czegoś takiego jak darmowy lunch. Lymbery cytuje wyliczenia, z których wynika, że całkowity koszt wyprodukowania wołowego burgera, za którego klient płaci dolara - gdy doliczy się do niego koszty paliwa, produkcji chemii do uprawy paszy, zanieczyszczenie środowiska, straty społeczne - jest mniej więcej czterokrotnie wyższy. (...) Rolnictwo przemysłowe odpowiada też za koszmarne marnotrawstwo wody, jednego z najbardziej deficytowych dóbr na świecie. Szacuje się, że produkcja jednego steka z hodowli przemysłowej pochłania około pięciu tysięcy litrów (dwadzieścia pięć wanien) wody, jeśli więc chcesz z czystym sumieniem zaszaleć dziś w McDonaldzie, powinieneś nie myć się przez miesiąc. Taka hodowla zużywa czterdzieści trzy procent wody więcej niż oparta na naturalnym wypasie, a produkcja określonej ilości białka zwierzęcego w ten sposób wymaga sto razy więcej wody, niż potrzebne byłoby do wyprodukowania analogicznej ilości białka roślinnego (rolnictwo w ogóle zużywa prawie siedemdziesiąt procent słodkiej wody na świecie). (...)

Konsument cieszy się, że ma tanią rybkę? Łowimy tak rabunkowo, że prawdopodobnie już w połowie tego wieku ryby dziko żyjące mogą stać się rarytasem. Do tego dochodzi jeszcze ekologiczny koszt działania farm rybnych ("produkujących" około stu miliardów tych stworzeń rocznie), będących nierzadko wylęgarniami chorób, którymi infekowane są później dziko żyjące ryby, oraz olbrzymim zagrożeniem genetycznym dla pierwotnych mieszkańców mórz (na przykład genetycznie zaprogramowane na późniejsze dojrzewanie - bo gdy dojrzeją, przestają tyć - osobniki z hodowli, uciekając z niej i mieszając się z dziką populacją, rozregulowują ekosystem). To potworne marnotrawstwo: do wyhodowania tony łososia lub pstrąga trzeba zużyć pięć ton mniejszych ryb, co również dokłada się do przełowienia wielu akwenów świata, z Bałtykiem włącznie. To wreszcie tysiące zastrzelonych przez właścicieli farm fok, które - co oczywiste - widzą w tych farmach łatwy żer.

Książka Szymona Hołowni ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak (fot. Filip Ćwik / mat. prasowe)
Książka Szymona Hołowni ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak (fot. Filip Ćwik / mat. prasowe)

Zwolennicy robienia ze wsi fabryki mnożą bzdurne argumenty. (...) Największą ściemą rolnictwa przemysłowego wydaje mi się jednak zasygnalizowane już wmawianie nam, że to nadal jest rolnictwo. Wspomniane działy marketingu, PR i agencje reklamowe ubierają te regularne fabryki i korpo w świat obrazków z naszych dziecięcych wakacji spędzanych u krewnych na wsi, w agrarną mistykę sprzed stu-dwustu lat. W opowieść o zmaganiu twardego, pobożnego, wsłuchanego i wpisanego w rytm natury człowieka, w pocie czoła wypracowującego pokarm niezbędny do życia ludzkości. Gdy piszę te słowa, z Holandii docierają wieści o śmierci tysiąca dwustu świń, które udusiły się z powodu awarii wentylacji na w pełni skomputeryzowanej i nadzorowanej zdalnie tylko przez jednego (nawiasem mówiąc - polskiego) pracownika przemysłowej farmie. W pożarze w nowoczesnej chlewni w Wielkopolsce w maju 2018 roku spłonęło żywcem cztery tysiące pięćset świń. Dwa miesiące wcześniej w Kujawsko-Pomorskiem, też w pożarze, zginęło ich trzy i pół tysiąca.

Słucham prognoz mówiących, że kolejny huragan ma uderzyć w wybrzeże Stanów Zjednoczonych, przechodząc przez stany, w których koncentruje się hodowla przemysłowa; zagrożonych jest ponad osiemset milionów kurczaków i indyków oraz dziesięć milionów świń. W USA zwierzęta hodowlane w świetle prawa są praktycznie przedmiotami. Proszę obejrzeć w internecie zdjęcia z poprzednich huraganów: setki tysięcy świń porzuconych w chlewniach, które by się nie utopić, próbują się chronić na dachach budynków, a pozostawione same sobie - giną, tworząc widoczne z lotu ptaka surrealistyczne pływające wyspy wzdętych martwych ciał. Albo proszę wpisać do Google'a: "Świnie grzebane żywcem w Korei", i powiedzieć mi, że schabowy wart jest takiej ceny.

*Fragmenty pochodzą z książki Szymona Hołowni "Boskie zwierzęta"

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Szymon Hołownia. Dziennikarz i publicysta, współpracuje z telewizją TVN. W grudniu 2012 roku uruchomił portal internetowy Stacja 7. Dwukrotny laureat nagrody "Grand Press" oraz laureat nagrody Dziennikarskiej "Ślad". Laureat Wiktora publiczności za rok 2010 oraz wielu innych nagród i wyróżnień. Założyciel Fundacji Kasisi wspierającej Dom Dziecka Kasisi w Zambii.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (248)
Zaloguj się
  • konsekwentna

    Oceniono 59 razy 29

    Podziwiam pana Hołownię, panią Ostaszeską i innych poruszających ten temat. Wspieram ich z całego serca i wiem, że kropla drąży skałę. Jest nas coraz więcej Nie jem mięsa wieprzowego i wołowego.

  • Katarzyna Grzybek

    Oceniono 28 razy 20

    Też mi się wydawało, że jest to niewiarygodne, aby aż tak duża ilość wody była potrzebna do wyprodukowania jednego steka. Postanowiłam to zweryfikować na własną rękę. Korzystałam przy tym z ogólnodostępnych danych na stronach internetowych. Okazało się, że: plon soi to 10.000 kg/ha. Zapotrzebowanie wody przy produkcji soi to 800l/metr kwadratowy. Czyli na wyprodukowanie 1kg soi potrzeba 800l wody. Przyrost wagi byka w hodowli przemysłowej wynosi 1 kg na dzień. Do uzyskania wagi byka, klasyfikującej go do uboju tzn. 350 kg, potrzeba prawie jednego roku. Aby uzyskać taki dzienny przyrost wagi, dawka samej paszy treściwej (soja) wynosi ok. 3 kg dziennie. Zakładając, że tusza mięsna stanowi ok. 70% wagi zwierzęcia, uzyskujemy ok. 250 kg mięsa. Wychodzi więc, że na samą tylko paszę treściwą, potrzebną do wyprodukowania 1 kg mięsa, wydatek wody wynosi 3500 l. Pasza treściwa to tylko jeden z elementów diety byka. Pozostają jeszcze pasze objętościowe i one też wymagają użycia wody do produkcji. Do tego dochodzi proces przetwórstwa czyli zamieniania "mięsa" w ""mięso"", również wymagający wody. Obawiam się, że jednak tyle wody jest potrzebne do wyprodukowania 1 kg mięsa, skoro z bardzo zaokrąglonych danych wychodzą takie wartości.

  • jan.kowalewicz

    Oceniono 33 razy 19

    Przerażający artykuł. Ogromna większość go nie przeczyta, bo nie chce. Ludzie pochłaniają ogromne ilości taniego mięsa, potem umierają na raka jelita grubego. Zawzięcie piłujemy gałąź, na której siedzimy.

  • jael53

    Oceniono 26 razy 18

    Przy wszystkich różnicach, szczerze i serdecznie szanuję Szymona Hołownię. I dziękuję za tę książkę.

  • ahhna

    Oceniono 29 razy 17

    Dziękuję za ten artykuł. Niby wszystko to wiem, ale nigdy dość przypominania. Nie jem mięsa w żadnej postaci od dawna, moja córka też nie (to jej świadoma decyzja), synek - raz na tydzień albo rzadziej i w miarę wzrostu będziemy to ograniczać. Przymierzam się do odstawienia jajek i mleka - wiem, że kieruje mną wyłącznie nawyk.
    Dla mnie impulsem do odstawienia mięsa było cierpienie zwierząt hodowlanych. Argumentów jest dużo więcej. Cierpi cała planeta. A niedługo my sami dostaniemy obuchem po głowie. Bo jak ktoś powiedział: jeśli każdy na tej planecie będzie chciał żreć codziennie stek i jeździć suvem, to mamy przed sobą najwyżej 20 lat życia takiego, jakie znamy teraz. Potem to poleci.

  • lisc12

    Oceniono 22 razy 14

    a ja kochalam mieso! tylko ze po ktoryms z kolei artykule/filmie/ ksiazce usiadlam i poszukalam troche na ten temat. Z logicznego punktu widzenia codzienne jedzenie miesa i nabialu nie ma dla ludzi zadnych korzysci. Dlatego ograniczam spozycie do dwoch razy w miesiacu. Wiem, ze dla wegan to nadal oburzajace, ale gdyby kazdy miesozerca sie ograniczyl moglibysmy naprawde zmienic ten morderczy przemysl.

  • cucurucu

    Oceniono 34 razy 14

    Nasze spoleczenstwo mentalnie nie jest przygotowane na tego typu informacje

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX