Budynek Centrum Onkologii przy ul. Garncarskiej w Krakowie

Budynek Centrum Onkologii przy ul. Garncarskiej w Krakowie (fot: Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

wywiad Gazeta.pl

"W onkologii, znacznie częściej niż w innych specjalnościach, pacjentom potrzebne jest po prostu szczęście"

- Każdy z nas, lekarzy, zna pacjentów, którym nie dawano żadnych szans, a którzy spektakularnie zareagowali na leczenie i żyli niespodziewanie długo. Na przekór wszelkim statystykom - mówi prof. dr hab. n. med. Piotr Wysocki, kierownik Oddziału Klinicznego Onkologii Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Rozmowę ze specjalistą publikujemy po artykule o Kasi, która od pięciu lat zmaga się z rakiem trzustki. Żyje, choć lekarze nie dawali jej żadnych szans. Ten tekst wzbudził wiele kontrowersji i był przez Was szeroko komentowany.

Kaśka wciąż żyje. Choć już umarła dla lekarzy i znajomych. Bo z rakiem trzustki nikt przecież nie może wygrać - KLIKNIJ, ŻEBY PRZECZYTAĆ>>>

Tomasz Wojciechowski, mąż Kasi, która choruje na raka trzustki, w artykule dla Gazeta.pl krytykuje sposób, w jaki mówi się o nowotworach. Pisze, że "w Polsce o raku się nie mówi, w Polsce rakiem się straszy", co demotywuje pacjentów i zniechęca samych lekarzy do podejmowania czasem eksperymentalnego leczenia. Jak to wygląda z pana perspektywy?

- W naszym kraju o raku się mówi, ale rzeczywiście, przekaz, który często idzie do mediów, jest przekazem emocjonalnym i nie do końca rzetelnym. Wokół raka narosło wiele mitów. Mylone są pojęcia, statystyki i teorie dotyczące choroby uleczalnej i takiej, która ma charakter przewlekły. W przypadku choroby nowotworowej w początkowym stadium wiemy już, że wczesne jej wykrycie daje bardzo duże szanse na pełne wyleczenie. Jednak musimy włożyć jeszcze wiele pracy w to, by uświadomić pacjentom i ich rodzinom, że również w przypadku nieuleczalnej, rozsianej w organizmie choroby nowotworowej, w wielu przypadkach można żyć długo.

Nasz autor uderza nie tylko w media, ale przede wszystkim w lekarzy. Przywołuje reakcję onkologa, który powiedział jego żonie wprost: "Proszę spisać testament i zrobić dziecku testy genetyczne". Od tamtego momentu minęły cztery lata. Kasia wciąż żyje. Czy tak powinien zachować się lekarz onkolog?

- Sposób przekazywania informacji przez lekarzy ma ogromne znaczenie. Szczególnie dotyczy to onkologów klinicznych, którzy zajmują się długotrwałym leczeniem osób z chorobą nieuleczalną. Zwłaszcza w przypadku pacjentów, którzy po raz pierwszy słyszą taką diagnozę, lekarze powinni wykazać się szczególną empatią. Bo zrozumienie, że zapadło się na chorobę, która potencjalnie będzie towarzyszyła nam do końca życia, do łatwych nie należy.

Sosnowiec. Oddział Onkologii w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym nr 5 imienia Świętej Barbary (fot: Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta)
Sosnowiec. Oddział Onkologii w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym nr 5 imienia Świętej Barbary (fot: Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta)

Czyli jak to powinno wyglądać?

- Tak jak w całej medycynie, tak i w onkologii - nie ma nic na sto procent i nie ma nic na zero procent.  Ale w onkologii jest to szczególnie wyraźne. Żaden z doświadczonych specjalistów z tej dziedziny nie będzie wydawał wyroków dotyczących czasu przeżycia pacjenta. To, co się często słyszy w filmach, kiedy lekarz mówi, że komuś zostało ileś miesięcy życia, to absolutna bzdura. Nie mamy żadnych metod, które mogłyby wyliczyć, ile konkretny człowiek będzie jeszcze żył.

Ale jakieś statystyki są. Czasem niedające nadziei, jak w przypadku raka trzustki. Pięć lat od diagnozy przeżywa 5-6 procent pacjentów.

- Na podstawie tych danych możemy powiedzieć, ile średnio będą żyli pacjenci z określonym nowotworem, na określonym etapie choroby, leczeni w określony sposób. Żadne dane nie powiedzą nam jednak, że konkretnemu pacjentowi zostało np. sześć lub dziewięć miesięcy życia. Na długość czasu przeżycia danego człowieka składa się wiele czynników, m.in. strategia terapeutyczna, dostęp do leków, wydolność organizmu czy dostęp do leczenia wspomagającego. Statystyki dają pewien obraz, ale konkretny pacjent to nie statystyka. Zawsze znajdą się chorzy, którzy będą żyli dłużej niż średnia statystyczna, będą też, niestety, i tacy, którzy będą żyli znacznie krócej.

Czy lekarze informują o statystykach w trakcie rozmowy z pacjentem?

- Mówią o potencjalnym rokowaniu, szansach wyleczenia lub znacznego wydłużenia przeżycia. Informują o opcjach terapeutycznych mogących wydłużyć życie i poprawić jego jakość.

W całej dyskusji na temat przekazywania informacji chciałbym podkreślić jednak, że krytyczne znaczenie ma forma przekazu. Po rozmowie z lekarzem pacjent musi mieć świadomość, co się z nim dzieje, jak mogą mu pomóc współczesna medycyna, jego najbliżsi i on sam. Z gabinetu na pewno nie może wyjść w panice oraz poczuciu strachu i beznadziei. 

Trzeba dać pacjentowi nadzieję?

- I szansę. Bo w onkologii, zdecydowanie częściej niż w innych specjalnościach, pacjentom potrzebne jest po prostu. szczęście. Czyli to coś, czego często nie jesteśmy w stanie opisać naukowo.

Każdy z nas, lekarzy, zna pacjentów, którym nie dawano żadnych szans na przeżycie, a którzy spektakularnie zareagowali na leczenie, które w przypadku większości chorych nie dawało takich efektów. Ci pacjenci żyli potem niespodziewanie długo, na przekór wszelkim statystykom. Każdy zna też takich, którzy powinni świetnie zareagować i długo żyć, a nie reagowali wcale.

Razem z onkologami, z którymi pracuję na co dzień w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie, wyznajemy zasadę, że każdemu choremu musimy dać szansę. Niejeden raz przekonaliśmy się, że chorzy z takiej szansy potrafią skorzystać.

Wiele jest takich sytuacji, w których efekty leczenia zaskakują samych lekarzy?

- Zdarzają się takie przypadki i każdy lekarz w swojej praktyce klinicznej takie miał. Przebieg choroby u większości pacjentów mieści się jednak w określonych średnich wartościach statystycznych.

Ale cała współczesna filozofia postępowania onkologicznego wobec nieuleczalnych chorób nowotworowych zmierza ku temu, żeby pacjenci umierali z chorobą, a nie z jej powodu. Proszę spojrzeć, jak jeszcze niecałe sto lat temu wyglądała sytuacja chorych na cukrzycę insulinozależną. Średni czas przeżycia wynosił sześć miesięcy. W tej chwili żyje się z tą chorobą, nie umiera z jej powodu. Oprócz tego, że codziennie trzeba przyjmować leki, można normalnie funkcjonować. W przypadku chorób nowotworowych, które są o wiele bardziej skomplikowane niż cukrzyca, dopiero w tym kierunku zmierzamy. Ale postęp w onkologii w ciągu ostatnich dwóch dekad pozwolił na dziesięcio-, dwudziestokrotne wydłużenie czasu przeżycia chorych na liczne nowotwory.

Centrum Onkologii - Instytut im. Marii Skłodowskiej - Curie, Oddział w Gliwicach. Dzień Drzwi Otwartych (fot: Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta)
Centrum Onkologii - Instytut im. Marii Skłodowskiej - Curie, Oddział w Gliwicach. Dzień Drzwi Otwartych (fot: Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta)

Czy lekarze, którzy wybierają specjalizację onkologiczną, są w jakiś sposób edukowani w zakresie podejścia psychologicznego do pacjenta?

- Świadomość tego, że onkolog musi mieć taką wiedzę, jest od dawna, ale dopiero 10-12 lat temu, gdy pojawiła się specjalizacja z onkologii klinicznej, zaczęto uczyć lekarzy podstaw psychoonkologii. Młodzi onkolodzy mają znacznie lepsze przygotowanie do pracy z pacjentem niż ich starsi koledzy kształcący się w tej dziedzinie w latach 80. i 90. ubiegłego wieku.

Największy problem nie tkwi jednak w tym, czy onkolodzy mają odpowiednie przeszkolenie z psychologii, tylko w tym, ile mają czasu dla chorego. Borykamy się przede wszystkim z niewystarczającą liczbą onkologów. A pacjentów jest coraz więcej. Zbliżamy się do 200 tysięcy nowych zachorowań rocznie. Zakładamy, że przynajmniej 40 procent tych chorych będzie wymagało objęcia długofalową opieką przez onkologów klinicznych, których w Polsce nie ma nawet tysiąc.

Według raportu NIK na 100 tysięcy mieszkańców przypada dwóch-trzech onkologów.

- To jest przerażające. Pod koniec lat 90. średnie przeżycie chorego na przerzutowego raka jelita grubego wynosiło około dziewięciu miesięcy, teraz 30-40 miesięcy, w 2006 roku średnie przeżycie chorego na przerzutowego raka nerki wynosiło 10 miesięcy, w tej chwili w Europie jest to już około 50 miesięcy. Kilkanaście lat temu było tak, że po roku jedni pacjenci odchodzili i przychodzili następni. Teraz pacjenci się na siebie nakładają. Liczba chorych rośnie w tempie geometrycznym, bo po prostu, dzięki postępowi w onkologii, żyją.

Rosnąca liczba pacjentów i nowe metody leczenia to jedna strona medalu, druga to niewystarczające budżety szpitali i obciążenie personelu. Leki stanowią dużą część wydatków w onkologii. Jeżeli będą rosły długi nawet bardzo dobrze zarządzanych szpitali, jeżeli będą odchodzić pielęgniarki, sanitariusze, technicy, rejestratorki, to lekarze, zamiast poświęcać czas na rozmowę z pacjentem, będą się zajmowali zadaniami, które na całym świecie rozdzielane są na całe zespoły medyczne. Wakatów w szpitalach jest coraz więcej, i to sprawia, że onkologia jest specjalnością, w której bardzo szybko narasta zjawisko tzw. zespołu wypalenia. Tacy lekarze, zamiast dawać wsparcie pacjentom, sami wymagają profesjonalnej pomocy psychologicznej.

Jak onkolodzy funkcjonują na co dzień?

- W Stanach Zjednoczonych czy w Europie Zachodniej lekarz onkolog zajmujący się leczeniem pacjentów z nieuleczalną chorobą nowotworową nie może przyjmować więcej niż 8-10 pacjentów dziennie i nie częściej niż co dwa dni. W ośrodkach onkologicznych w Polsce, szczególnie tych największych, onkolog przyjmuje 30-40 pacjentów dziennie. Codziennie. To sprawia, że tego czasu, tej atencji ze strony lekarza, potrzebnej, aby jego pacjent mógł poczuć się bezpiecznie, po prostu zaczyna brakować.

Może tą opieką psychologiczną nie powinni zajmować się onkolodzy, ale psychoonkolodzy?

- Oczywiście. Takich osób potrzebujemy, ale jest ich ciągle za mało. Przyrost liczby psychoonkologów nie nadąża za przyrostem pacjentów. A nawet jeśli tych psychoonkologów byłoby więcej, to w wielu przypadkach nie mieliby gdzie z pacjentem w komfortowych warunkach porozmawiać. W tej chwili w wielu ośrodkach onkologicznych nawet bardzo ciasne pomieszczenia zamienia się w gabinety lekarskie.

W Polsce odsetek chorych, których można wyleczyć, jest mniejszy niż w Europie. Dlaczego?

- To kwestia wczesnego rozpoznania, dostępu do diagnostyki, leczenia onkologicznego w wyspecjalizowanych ośrodkach. Kluczowe są świadomość i brak strachu przed chorobą nowotworową w społeczeństwie, dostęp do badań przesiewowych oraz czujność lekarzy rodzinnych, od których w większości przypadków zależy rozpoczęcie wczesnej diagnostyki.

Lekarze pierwszego kontaktu muszą wiedzieć, że fakt, że ktoś ma 20 lat, nie znaczy, że jest za młody, aby zachorować na nowotwór, który najczęściej się wykrywa po 60. roku życia. Gdyby ta czujność onkologiczna była i lekarze nie mieli oporów psychologicznych lub finansowych przed rozpoczęciem diagnostyki nowotworowej, mimo że ktoś akurat jest "za młody, aby mieć raka", to na pewno liczba chorych, którzy do nas trafiają już z chorobą nieuleczalną, byłaby mniejsza.

Czy to prawda, że co czwarta osoba zapadnie na chorobę nowotworową, jak pisze w swoim tekście Tomasz Wojciechowski?

- Według aktualnych danych epidemiologicznych na raka zachoruje co drugi mężczyzna i co trzecia kobieta, a połowa z nich z powodu choroby nowotworowej umrze. Należy więc zakładać, że praktycznie każdy z nas może zachorować w przyszłości na chorobę nowotworową. Od świadomości tego ryzyka, a więc profilaktyki, zależeć będzie, czy nowotwór stanie się tylko epizodem, jak zapalenie wyrostka, czy nieuleczalną chorobą, jak cukrzyca.

Dlaczego mężczyźni częściej zapadają na choroby nowotworowe?

- Trudno to jednoznacznie wytłumaczyć. W grę może wchodzić kilka kwestii, takich jak większa ekspozycja na czynniki rakotwórcze np. w związku z charakterem pracy. Więcej mężczyzn niż kobiet pracuje w warunkach, w których środowisko jest zanieczyszczone, więcej pali papierosy i nadużywa alkoholu.

Nasz autor stawia również zarzut, że lekarze w Polsce boją się ryzykować, sięgać po nowe terapie, system nie przewiduje indywidualnego podejścia do pacjenta.

- Lekarze rzeczywiście często boją się ryzykować i stosować terapie, które nie są zdefiniowanymi standardami postępowania terapeutycznego opracowanymi przez ekspertów krajowych i międzynarodowych. Co ciekawe, te zdefiniowane sposoby leczenia - rodzaje i dawki leków, sposób podawania, czas leczenia - potrafią się zmieniać nawet kilka razy w roku. Amerykańskie zalecenia dotyczące leczenia raka płuca w tym roku były aktualizowane sześciokrotnie!

Ze wszystkich sił edukujemy lekarzy, aby byli na bieżąco z najnowszą wiedzą medyczną. Niestety, te zalecenia, które są optymalną wskazówką w przypadku większości chorych, utrudniają indywidualne postępowanie w rzadkich, nietypowych przypadkach. Leczenie wymuszające odstępstwa od ogólnych zaleceń powinno być prowadzone tylko w ośrodkach onkologicznych najwyższego stopnia referencji. Niestety, takich ośrodków oficjalnie nie ma. Tylko dzięki zaangażowaniu pacjentów i ich rodzin oraz koleżeńskim kontaktom między lekarzami część takich pacjentów znajduje opiekę w ośrodkach posiadających wystarczająco dużo wiedzy i doświadczenia, aby podejmować się niestandardowego leczenia onkologicznego.

Białystok, Uniwersytecki Szpital Kliniczny, badanie USG (fot: Jędrzej Wojnar / Agencja Gazeta)
Białystok, Uniwersytecki Szpital Kliniczny, badanie USG (fot: Jędrzej Wojnar / Agencja Gazeta)

W raporcie NIK z początku roku eksperci zwracali uwagę, że ponad połowa nowoczesnych leków onkologicznych w ogóle nie jest w Polsce refundowana.

- Oczywiście, mogłoby być lepiej, ale i tak jest dobrze. Leki wchodzą może z pewnym opóźnieniem, ale są u nas. Gdyby tak nie było, nie mielibyśmy aż tylu pacjentów, którym jesteśmy w stanie pomóc. Mam okazję konsultować chorych z wielu krajów i widzę często, jak dramatycznie wygląda sytuacja pacjentów za naszą wschodnią granicą. Ale nawet w Stanach Zjednoczonych, gdzie potencjalnie wszystkie leki onkologiczne są dostępne, okazuje się, że ubezpieczenie niektórych chorych pewnych leków nie finansuje, albo finansuje w określonej części lub do określonej kwoty. Spotkałem również pacjenta, który w USA otrzymywał najnowszy, bardzo drogi i rekomendowany lek, ale podawany w tak nieprawidłowy sposób, że leczenie zakończył z powodu powikłań, zanim w ogóle mogło ono dać pierwsze efekty.

Mimo to często słyszymy, że Polacy sięgają po pomoc właśnie za granicą, gdzie mają możliwość skorzystania z nowoczesnego leczenia.

- Leki absolutnie przełomowe, które z dnia na dzień zmieniają rokowania chorych, trafiają do nas bardzo szybko i relatywnie szybko zaczynają być refundowane. Na świecie pojawia się jednak ogrom terapii, które co prawda poprawiają efektywność leczenia, ale diametralnie nie zmieniają rokowania chorych. I wtedy, na podstawie określonych kryteriów, podejmowane są decyzje, czy dany lek w Polsce refundować, czy nie. Przeprowadza się przede wszystkim analizę farmaekonomiczną, która ma wykazać, czy korzyści wynikające z leczenia uzasadniają dramatyczny wzrost obciążeń dla systemu ochrony zdrowia w Polsce. Musimy pamiętać, że każdy nowoczesny lek stosowany w leczeniu przewlekłym w onkologii to ogromne pieniądze, nierzadko przekraczające 20-30 tysięcy złotych miesięcznie na jednego pacjenta. Część chorych, z uwagi na mniej skomplikowane procedury samodzielnego finansowania leczenia, decyduje się na nierefundowaną terapię poza granicami kraju.

To, co stanowi dla polskich pacjentów ogromną szansę, to coraz lepszy dostęp do międzynarodowych badań klinicznych nad nowoczesnymi terapiami. W badaniach tych porównuje się eksperymentalne terapie z tymi najlepszymi, dostępnymi już na świecie, które w Polsce będą refundowane nierzadko dopiero za kilka lat. Polskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej uruchomiło Interaktywną Bazę Badań Klinicznych prowadzonych w polskich ośrodkach (IBBK.pl), czyli specjalny serwis, za pomocą którego lekarze i pacjenci mogą znaleźć ośrodki onkologiczne oferujące dostęp do badań klinicznych w konkretnych wskazaniach onkologicznych.

Wniosek jest jednak smutny: wielu chorych mogłoby żyć dłużej, gdyby za decyzjami refundacyjnymi szły również decyzje finansowe.

- Byłoby na pewno lepiej i łatwiej. Ale nie demonizujmy, nie jest tak, że pacjenci w Stanach Zjednoczonych czy Europie Zachodniej mają zawsze dużo lepiej niż ci w Polsce. Mamy w klinice pacjenta, który pół roku temu zakończył leczenie w Stanach Zjednoczonych, bo "wyczerpały się wszystkie możliwości". Kazano mu wracać do Polski, żeby pożegnał się z rodziną, już szykowano mu pogrzeb. On właśnie wraca do USA tylko po to, żeby sprzedać tam swój dom i zrobić niespodziankę lekarzowi, który się tam nim opiekował. Postanowił też na stałe zamieszkać w Polsce. Bo ma się dobrze. I to nie jest jedyny taki przypadek.

Jak to możliwe?

- Efektywność w leczeniu raka nie zależy wyłącznie od leków, ale również od tego, jak się chorobę zinterpretuje. Onkologia to nie matematyka. Rak to jedyna choroba, która posiada instynkt samozachowawczy - sama broni się przed tym, czym ją traktujemy. Czasem wystarczy zrozumieć jej "zachowanie", żeby znaleźć metodę, która pozwala zaatakować chorobę od innej strony, często wykorzystując stare, dobrze znane leki. I takie podejście czasami przynosi nadspodziewany efekt.

Czy pacjenci, w zależności od tego, na jakiego raka chorują lub jakie mają rokowania, są różnie traktowani przez lekarzy? Skoro śmiertelność w przypadku raka trzustki jest duża, może lepiej skupić się na tych lepiej rokujących?

- Zdajemy sobie sprawę, że pacjenci z niektórymi rozpoznaniami mają potencjalnie znacznie gorsze rokowania niż inni. Na pewno jest tak, że w przypadku pacjentów z bardziej agresywnym rozpoznaniem nowotworu, którzy rokują gorzej, czas ma większe znaczenie. Wtedy wiemy, że pewne decyzje trzeba podejmować szybciej.

Często powtarzam moim pacjentom, że potencjalnie długotrwałe, dożywotnie leczenie choroby nowotworowej musimy dostosować i do choroby, i do organizmu. Zasada jest taka, że jeżeli choroba się nie spieszy, to znaczy, że my też nie musimy się spieszyć, jeżeli jest agresywna, to znaczy, że my też musimy działać agresywnie. I gdy mowa o chorobie nieuleczalnej, kluczowe są dwie kwestie - wydłużenie przeżycia i jakość życia. Są one równorzędne. Więc zawsze przed rozpoczęciem leczenia należy zadać sobie pytanie - co w danej chwili jest najważniejsze, jakie leczenie przyniesie pacjentowi korzyści, a jakie straty. Bo korzyści zawsze muszą przewyższać straty.

Z rozmowy z onkologiem pacjent nie może wyjść w panice oraz poczuciu strachu i beznadziei (fot: Shutterstock.com)
Z rozmowy z onkologiem pacjent nie może wyjść w panice oraz poczuciu strachu i beznadziei (fot: Shutterstock.com)

Co pan pomyślał po przeczytaniu artykułu Tomasza?

- Niestety, nie zaskoczyło mnie to. Lekarze, tak jak i ludzie, są różni. Zawsze znajdzie się ktoś pozbawiony empatii, emocji, człowieczeństwa, chociaż w onkologii, jak w żadnej innej specjalizacji, takich lekarzy powinno być jak najmniej. Musimy sobie zdawać sprawę, że nie jesteśmy cudotwórcami ani omnibusami. Takie sytuacje, jak opisana w artykule, potwierdzają, że pokory przed własną niewiedzą oraz zwykłej ludzkiej przyzwoitości w kontaktach z pacjentami nigdy za wiele.

Prof. dr hab. n. med. Piotr Wysocki - Kierownik Oddziału Klinicznego Onkologii Szpitala Uniwersyteckiego, Kierownik Katedry i Kliniki Onkologii Uniwersytetu Jagiellońskiego - Collegium Medicum, Prezes Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (55)
Zaloguj się
  • xx777xx

    Oceniono 11 razy 11

    Pan profesor zajmuje się problemem post factum, czyli ma do czynienia z już rozwijającym się nowotworem.
    Jego wiedza jest bezcenna w ocenie metody terapii.

    To, co nie zostało powiedziane w artykule, to fakt, że w świetle statystyk mówiących o tym, że co drugi mężczyzna i co trzecia kobieta zachoruje na raka - stanie się to w różnym wieku.

    Niby oczywiste, a jednak nie. Jest ogromna różnica czy ktoś zachoruje mając lat 20, 30, 50, czy też mając lat 90, będąc ogólnie w stanie tak osłabionym, że tak czy owak niewiele życia mu pozostało. Zresztą rak w takim przypadku powstaje wskutek ogólnego osłabienia systemu immunologicznego związanego z wiekiem właśnie.

    Do czego zmierzam. Największym czynnikiem ryzyka jest wiek. Im człowiek starszy, tym większe prawdopodobieństwo zachorowania. To oczywiste. Jednak rak to nie loteria. Nasz styl życia, sposób odżywiania, aktywność fizyczna, stress, sen - to wszystko ma ogromny wpływ. Tym większy, im człowiek jest młodszy.
    Oczywiście i tutaj nie ma pewności. Mamy do czynienia z pewnym rozkładem prawdopodobieństwa, który w przypadku konkretnego człowieka da wynik zero jedynkowy. Rak albo brak raka. Jednak można i trzeba zwiększać swoje szanse.

    Problem w tym, że medycyna z założenia nie zajmuje się profilaktyką. Potrzebuje "numeru choroby" do tego, aby móc w ogóle działać. W tym kontekście nazywanie tego systemu "służbą zdrowia" - jest jakimś ponurym żartem.
    Tylko profilaktyka zasługuje na takie miano,

    Rak będzie atakował coraz bardziej i w coraz młodszym wieku. Antidotum na to nie jest żaden lek, tylko rozwiązywanie problemów, zanim pojawi się choroba.

  • jael53

    Oceniono 13 razy 11

    Osobiście mam większe zaufanie do lekarza, który traktuje mnie jak osobę dorosłą i rozmawia o problemach otwarcie. Wolałabym jak najmniej mieć do czynienia z takimi, którzy "przez delikatność" będą mi tworzyć iluzje.

  • baz

    Oceniono 10 razy 10

    Jestem pacjentką onkologiczną w poradni, którą kieruje prof. Wysocki. Ilość pacjentów przypadająca na jednego lekarza w sposób oczywisty utrudnia indywidualne podejście, ale dzięki staraniom personelu nie ma się poczucia rutynowego podejścia. Nie do przecenienia jest też praca pielęgniarek oraz ich przełożonej Pani Basi, która czuwa nad wszystkim. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego jak pracuje Pani Basia, że mimo ogromu obowiązków i pośpiechu nigdy nie widziałam irytacji na jej twarzy, czy zbywania pacjentów. Wręcz przeciwnie, zawsze miła, uśmiechnięta, z dobrym słowem dla schorowanych, zagubionych pacjentów. Cudowna osoba.

  • rozterka47

    Oceniono 10 razy 10

    " To, co się często słyszy w filmach, kiedy lekarz mówi, że komuś zostało ileś miesięcy życia, to absolutna bzdura."
    To ne są bzdury tylko fakty m chociąz częsciej mówi się o tym rodzinie niż pacjentom.
    Warto jednak pacjentowi czasami uświadomić , że choroba może przebiegać rożnie a czas może być dłuższy ale tez krótszy bo wtedy można uporządkować wcześniej wiele spraw na przysłowiowy wszelki wypadek , bo może trzeba się z kimś pogodzić , komuś wybaczyć , załatwić sprawy urzędowe czy dyspozycje spadkowe . Wtedy można spokojnie nie tyle umierać , co właśnie żyć skupiając się już tylko na leczeniu i własnym psychicznym i fizycznym komforcie , cieszeniu rodziną czy nawet pracą.
    Ale na pewno nie należy tego robić w momencie diagnozy , kiedy szok jest największy.Chory musi mieć czas na oswojenie się z faktem choroby.

    Pamiętajmy tez o tym , że raka można tez wyleczyć , szczególnie we wcześniejszych stadiach . Znałam i znam osoby , które po wyleczeniu choroby nowotworowej żyją kilkanaście a nawet kilkadziesiąt lat ( sic ! )

    Choroby nowotworowe rzeczywiście przebiegają rożnie i czas przeżycia , nawet przy tym samym typie nowotworu bywa rożny , ba czasami pacjenci wcześniejszym złym rokowaniem , co do czasu przeżycia np. kilka miesięcy , potrafią żyć z chorobą kilka lat i nawet w miarę normalnie w tym czasie funkcjonować , bywają też sporadycznie niewytłumaczalne remisje choroby , pojawiają się nowe leki , a nasz organizm tez ma niesamowite jeszcze nie poznane możliwości.

  • jtby

    Oceniono 10 razy 10

    Kiepsko żyje się z takim rozpoznaniem. Ja trafiłem na lekarza wesołka: mam dla pana dobrą i złą wiadomość. Zła, że ma pan raka, dobra że wycięty. Niech pan idzie natychmiast do onkologa. Rozpoznanie było takie, że musiałem jeździć do Centrum Onkologii, gdzie przeszedłem badania, zabieg i okazało się, że histopatologia pomyliła albo wycinki, albo rozpoznanie.Tyle, że przez ok. 2 miesiące żyłem z wyrokiem śmierci lub ciężkiego kalectwa.

  • 46greg

    Oceniono 8 razy 6

    Św. Barbara została w 1969 r. wykreślona wraz z innymi dwustoma świętymi z „Martyrologium Romanum” jako postać fikcyjna. To skąd jej imię we współczesnym szpitalu? I to jeszcze na onkologii, gdzie terapia musi być do bólu realna? Szamanizm wraca?

  • jasiak6

    Oceniono 6 razy 4

    Miałam krostkę na czole nie gojącą się ,poszłam do onkologa ze skierowaniem od l.rodz..Wizyta trwała 3 min. ma pani raka ,zapisać ją na zabieg.Był za miesiąc.Ani słowa nadziei,co to za rak .Wyszłam jak pijana nie wiedziałam nic ,nie umiałam trafić do tramwaju,szok.Nie spałam ,umierałam żyjąc.Nie rak mnie by zabił ale te słowa i bezduszność.Poczytałam w int.że to rak podstawno komórkowy,nie daje szybko przerzutów itp.trochę się uspokoiłam.Usunięto mi jednak z zamałym marginesem,lekarz poradził mi abym poszła do lekarza z prywatnym gabinetem,dał adres itp.Tam prywatnie ,przeszczepiono mi skórę itp.Naganianie sobie pacjentów.Czy nie powinni mi poprawić tam gdzie zrobiono pierwszy zabieg? Okropnie to przeżyłam,powiedziałam mu ,że jego słowa mnie zabrały dużo zdrowia,odpowiedział krótko "przecież ma pani raka" i do widzenia.

  • TheMartinnoo

    Oceniono 3 razy 3

    Po co nowe leki, drogie terapie, jak polski onkolog z małego szpitala, bez znajomości języków obcych, z podstawową wiedzą z książek z lat 80 zabije co drugiego chorego, którego onkolog czeski, niemiecki, brytyjski, francuski czy słowacki z powodzeniem wyleczy? Dlaczego tak mało mówi się o bardzo słabym poziomie wizualnie mnie wykształcenia połowy onkologów?

  • kasja.s

    Oceniono 2 razy 2

    Z doświadczenia wiem, że różnie to bywa z interpretacją wypowiedzi kogokolwiek, a co dopiero lekarza. Sama to doświadczyłam. Bliska mi osoba zachorowała.... Po kilku wizytach w gabinecie onkologa "wymusiłam" by móc uczestniczyć w tych spotkaniach, Okazało się, że dobrze zrobiłam. Statystykę "przeżycia" poniekąd poprawiliśmy. Problem dosyć częsty, to totalny brak podstawowej wiedzy w zakresie funkcjonowania swego organizmu i zasady funkcjonowania badań skriningowych. Ostatnio ręce mi opadły, gdy usłyszałam od osoby z wyższym wykształceniem, iż nie ma zamiaru iść na mammografie, ponieważ są tam "nieczuli lekarze", którzy po zrobieniu mammografii, niektórych "pacjentów" publicznie poproszono o pozostanie w celu zrobienia jeszcze USG....Nie przyszło jej do głowy, że nigdy nie robi się diagnozy na podstawie jednego zdjęcia i USG a te badania to są badana, które mają wyłapać początkowe zmiany chorobowe, gdzie o wiele lepsze jest prognozowanie lub mają potwierdzić "w dniu dzisiejszym jest OK". Może jak by pacjent (i jego otoczenie) zmienił swoje podejście, to może by tak chętnie nie korzystał z różnego rodzaju Ziębów, gdzie wszystko załatwi witamina C....

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX