Lata mijają, a Polacy wciąż są przekonani, że HIV 'przejdzie na nich' przez dotyk skóry

Lata mijają, a Polacy wciąż są przekonani, że HIV 'przejdzie na nich' przez dotyk skóry (fot. Grzegorz Skowronek / AG)

społeczeństwo

"Proszę, przytul mnie. Nie mogę Cię zarazić"*. Życie 107 polskich dzieci mogło wyglądać inaczej

Rączka Oli jest tak delikatna. Blada, poprzecinana cienkimi, niebieskimi żyłkami. Kiedy chwyta kredkę, potrafi wyczarować cuda. W ubiegłym miesiącu najpierw kazano jej włożyć rękawiczki, potem pójść do domu. Żeby nie narażać innych na niebezpieczeństwo. Ola ma pięć lat i jest nosicielką wirusa HIV.
1 grudnia obchodzimy Światowy Dzień Walki z AIDS. "Test powinien zrobić każdy, tylko nie ja" - taka postawa Polaków wobec testu w kierunku HIV wyłania się niestety z wieloletnich badań Krajowego Centrum ds. AIDS. Wskutek takiego myślenia w Polsce codziennie około 3 osoby zakażają się HIV. Od 1985 r. rozpoznano już blisko 23 tys. zakażeń, a tylko co druga zakażona osoba wie, że żyje z wirusem. Choć wciąż za mało osób decyduje się na zrobienie badania, to jednak prawdą jest też, że z roku na rok liczba wykonanych testów jest coraz większa. 
Ministerstwo Zdrowia w ramach kampanii "Mam czas rozmawiać (#mamczasrozmawiac)", promuje dialog o tym dlaczego, kiedy i po co powinniśmy wykonać test na obecność wirusa HIV.

Na koniec sierpnia leczeniem antyretrowirusowym (ARV), czyli takim, który zapobiega namnażaniu się wirusa HIV, zmniejsza ryzyko rozwoju AIDS, podnosi odporność i obniża zakaźność, objętych było ponad 10 tysięcy Polaków, w tym 107 dzieci

Ktoś powie: 107 to niewiele. Ale codzienne życie tej ponad setki dzieci oraz ich matek i ojców przypomina walkę o przetrwanie. Podobnie jak życie tysięcy dzieci, które są zdrowe, ale mają rodziców z HIV lub chorych na AIDS. Wirus, z którym przyszło im się zmierzyć, jest zjadliwy. Ale najbardziej zjadliwi są ludzie i ich reakcje na wieść o chorobie. Dlatego najlepiej przyjąć taktykę NN. NIC NIE mówić. Wieść niesie się bowiem szybko, bez względu na to, czy mieszka się w blokowisku, czy domku jednorodzinnym. A jeśli się rozejdzie, należy się liczyć z odseparowanym krzesłem w przychodni, odmową pobytu w żłobku i skierowaniem na indywidualne nauczanie. Najlepiej w placówce specjalnej. 

W Polsce ponad 100 dzieci objętych jest leczeniem antyretrowirusowym (fot. Tomasz Waszczuk / AG)
W Polsce ponad 100 dzieci objętych jest leczeniem antyretrowirusowym (fot. Tomasz Waszczuk / AG)

Mama Tadzika, chłopca z wirusem, którą poznaję przez jedną z poradni, ze stygmatyzacją już nie walczy. Kiedyś jeszcze wierzyła, że jest w stanie przemówić ludziom do rozumu. Paniom w żłobku, koleżance, która akurat była w ciąży (i koleżanką już nie jest), oraz swoim rodzicom, którzy nie mogli zrozumieć, dlaczego ich córka adoptuje "umierającego chłopca". 

Przecież nie musiała niczego tłumaczyć, zrobiła to tylko w dobrej wierze. Nieco nadgorliwie. Nigdy nie zapomni twarzy opiekunki w żłobku, kiedy powiedziała, że jej synek ma wirusa, a on chwilę potem kichnął w rękaw. - Zrobiła się blada jak ściana, a potem zaczęła się jąkać, że ona w sumie nic nie może, musi zgłosić sprawę właścicielce placówki. A dalej już się rozniosło. Po trzech miesiącach wytykania palcami i odseparowywania mojego synka zabrałam go ze żłobka - wspomina mama Tadzika.

W 1987 roku Jonathan Mann, ówczesny dyrektor WHO Global Programme on AIDS, opisał trzy fazy związane z wirusem, który nosi w sobie Tadzik i ponad 100 innych dzieci w Polsce. Pierwszą nazwał epidemią HIV, kolejną - epidemią AIDS, a trzecią - epidemią piętna, dyskryminacji i uprzedzeń.

Strach nasz powszedni

Krajowy Komitet ds. AIDS edukuje Polaków od 25 lat. I od 25 lat tłumaczy, jak HIV-em zarazić się można, a jakie czynności przy osobie zakażonej są całkowicie bezpieczne. Że HIV jest wirusem, który do życia potrzebuje organizmu człowieka. Że poza organizmem szybko ginie. Ale lata mijają, a Polacy wciąż są przekonani, że HIV "przejdzie na nich" przez dotyk skóry, zwłaszcza pokrytej kropelkami potu lub łzami. Tymczasem ani pot, ani łzy nie zawierają wirusa, co wykazano w licznych badaniach. Nie zakazimy się, korzystając ze wspólnych sztućców ani talerzy. Podobnie wygląda kwestia toalety, kina, siedzeń i drążków w autobusie czy bawienia się wspólnymi zabawkami w żłobku czy przedszkolu.

Krajowy Komitet ds. AIDS edukuje Polaków od 25 lat (fot. Sebastian Wołosz / AG)
Krajowy Komitet ds. AIDS edukuje Polaków od 25 lat (fot. Sebastian Wołosz / AG)

Tymczasem autorzy badań nad dyskryminacją pacjentów z HIV/AIDS, krakowscy naukowcy Maciej Rogala, Tomasz Mach, Marek Motyka oraz Ewa Donesch-Jeżo, podkreślają, że największa stygmatyzacja dotyka zakażonych ze strony nawet nie samych znajomych, ale... personelu medycznego. Czyli osób, które o wirusie i możliwych drogach zakażenia powinny wiedzieć najwięcej. W pracy "Przegląd badań nad stygmatyzacją i dyskryminacją pacjentów z HIV/AIDS ze strony personelu medycznego - polskie doświadczenia na tle sytuacji na świecie" wyliczają zachowania takie jak: "odmowa pomocy lekarskiej i pomocy stomatologicznej, odmowa wykonania badania, zabiegu czy przyjęcia na oddział szpitalny".

Największe dotąd badania dotyczące dyskryminacji osób z HIV w Polsce przeprowadzono w latach 2009-2011 wśród 545 zakażonych w wieku od 16 do 71 lat. 23 proc. z nich nie udzielono opieki medycznej, w tym dentystycznej, 10 proc. nie dostało się do szpitala rejonowego, a co czwarty wskazał na łamanie tajemnicy lekarskiej. Aż 27,5 proc. spotkało się z dyskryminacją ze strony pracowników ochrony zdrowia.

W 2010 roku przepytano z kolei 502 pacjentów w wieku od 18 do ponad 50 lat w siedmiu polskich miastach w ramach międzynarodowego projektu "Ludzie żyjący z HIV (PLHIV) Stigma Index". Jedna z badanych była pacjentką szpitala zakaźnego i dostała skierowanie do innego szpitala na zabieg. Gdy stała na korytarzu z pielęgniarką, młody lekarz zaczął krzyczeć, dlaczego zakaźny odsyła im takie "śmiecie". Kobieta się rozpłakała, argumentowała, że do szpitala przyjmują wszystkich, także bezdomnych i pijanych z ulicy. Lekarz odparł, że to go nie obchodzi i on jej nie przyjmie. W innym przypadku ginekolog wpisał informację o zakażeniu wirusem do karty, która wisiała przy łóżku ciężarnej. O zakażeniu poinformował też cały personel, włącznie ze sprzątaczkami, a potem przydzielił pacjentce z wirusem izolatkę.

W XXI w. nadal zdarza się, że zarażenie się HIV/AIDS uznawane jest za skutek grzechu (fot. Przemysław Skrzydło / AG)
W XXI w. nadal zdarza się, że zarażenie się HIV/AIDS uznawane jest za skutek grzechu (fot. Przemysław Skrzydło / AG)

Badacze nie mają złudzeń - w XXI wieku nadal zdarza się, że zarażenie się HIV/AIDS uznawane jest za skutek grzechu, a osoby zakażone zasługują na to, żeby być traktowane gorzej. Dr Jolanta Wojciechowska z Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego opisuje tylko kilka z wielu drastycznych przypadków dyskryminacji osób zakażonych:

"Moja sąsiadka, która dowiedziała się, że jestem nosicielem, zawsze przemywała spirytusem klamki w drzwiach od wspólnego korytarza, gdy tylko przechodziłem (...)".

"Jak byłam na szkoleniu dla lekarzy, jedna lekarka powiedziała, że trzeba być wierną mężowi, a kobiety zakażone wysterylizować. Przepraszam, ale szlag mnie trafił i wystąpiłam, pomimo że byłam gościem szkolenia. Powiedziałam, że byłam mężatką i wierną żoną, nie brałam narkotyków i mam HIV".

"Pochodzę z małego miasta. To, że jestem chory na HIV, z przychodni rozeszło się szybko po mieście. Traktowano mnie jak odmieńca (...) w rodzinie, gdzie bano się pić z tego samego kubka nawet po umyciu. Na ulicy byłem jak trędowaty, a lekarz rodzinny nie pozwolił mi wejść do gabinetu, tylko wysłał pielęgniarkę, aby zapytać, co mi jest, a receptę przyniosła mi ta sama pielęgniarka. Takie było moje leczenie. Czułem się poniżony i upodlony".

Prawda nie zawsze popłaca

W przypadku dzieci z wirusem jest tak samo, albo i gorzej. Bo dziecku trudno jest wytłumaczyć, dlaczego zostało odtrącone. Pamiętam przypadek 10-letniej Marysi, który opisywałam dwa lata temu. Dziewczynka na własnej skórze doświadczyła, co znaczy dyskryminacja z powodu choroby. Przyszła na świat z lekkim porażeniem mózgowym i od najmłodszych lat walczyła o każdy krok i samodzielność. Od urodzenia była także nosicielką wirusa HIV. Jesienią 2015 roku właśnie dlatego została odesłana z sanatorium w Ciechocinku. Mama Marysi nie sądziła, że na hasło "HIV" wykształcony personel medyczny zareaguje obrzydzeniem. A usłyszała jeszcze, że Marysia może stanowić zagrożenie dla innych dzieci w sanatorium i dlatego powinna jak najszybciej się spakować i wyjechać do domu.

Osoby z wirusem HIV często spotykają się z gorszym traktowaniem, również w placówkach ochrony zdrowia (fot. Grzegorz Dąbrowski / AG)
Osoby z wirusem HIV często spotykają się z gorszym traktowaniem, również w placówkach ochrony zdrowia (fot. Grzegorz Dąbrowski / AG)

Czy lekarze mieli prawo odesłać Marysię? Zdaniem Fundacji Studio Psychologii Zdrowia i jej prezes Małgorzaty Kruk, która wówczas komentowała sprawę, naruszono podstawowe prawa obywatelskie dziecka. Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej w Art. 68 mówi bowiem o prawie każdego obywatela do równego dostępu do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych. To samo mówi Ustawa o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta. Co więcej, nie ma ustawy, która nakazywałaby informowanie władz szkoły, żłobka czy przedszkola, że dziecko żyje z HIV lub jest chore na AIDS. Obowiązek dotyczy tylko partnera seksualnego osoby zakażonej. Za zatajenie informacji o zakażeniu dorosły z HIV/AIDS może bowiem odpowiadać z Art. 161 § 1 Kodeksu karnego: "Kto, wiedząc, że jest zakażony wirusem HIV, naraża bezpośrednio inną osobę na takie zakażenie, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3".

Zdaniem specjalistów dzieci zakażone HIV powinny móc prowadzić normalny tryb życia tak długo, jak długo pozwoli na to ich stan zdrowia. "Nie zagrażają swojemu otoczeniu, jeśli tylko przestrzegane są podstawowe zasady higieny i bezpieczeństwa" - podkreśla dr n. med. Dorota Rogowska-Szadkowska, członkini honorowa Polskiego Towarzystwa Naukowego AIDS, na co dzień pracująca w Zakładzie Medycyny Rodzinnej i Pielęgniarstwa Środowiskowego Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. "Dzięki istniejącym lekom antyretrowirusowym ludzie zakażeni HIV, także dzieci, żyją znacznie lepiej i znacznie dłużej niż na początku epidemii. Nie ma żadnego powodu, żeby nie pozwolić im na normalne życie".

Dr Dorota Rogowska-Szadkowska, członkini honorowa Polskiego Towarzystwa Naukowego AIDS (fot. Agata Grzybowska / AG)
Dr Dorota Rogowska-Szadkowska, członkini honorowa Polskiego Towarzystwa Naukowego AIDS (fot. Agata Grzybowska / AG)

Świadoma ciąża

Ola została przez matkę pozostawiona w szpitalu zaraz po urodzeniu. 23-letnia kobieta uznała, że nie może jej wychowywać. Postanowiła skończyć z pracą kelnerki, znaleźć dobrze płatną pracę i ułożyć sobie życie. O dziecku w tym planie nie było mowy. Tym bardziej o dziecku z wirusem HIV. Dzisiaj wiadomo tylko, że matka Oli wyjechała za granicę. Przed opuszczeniem szpitala zrobiła bardzo ważną i mądrą rzecz: podpisała papiery o zrzeczeniu się praw rodzicielskich. Dzięki temu zamiast do domu dziecka dziewczynka niemal od razu trafiła do rodziców zastępczych. Pozostaje pytanie: czy Ola, tak jak inne dzieci będące nosicielami HIV, musiała w ogóle przyjść na świat z wirusem?

Zdaniem badaczy to strach przed dyskryminacją i piętnowaniem jest paradoksalnie przyczyną wielu zakażeń dzieci w Polsce. Testy na HIV nadal są wykonywane stosunkowo rzadko u kobiet w ciąży. Dr n. med. Dorota Rogowska-Szadkowska, która współtworzyła jeden z pierwszych w Polsce oddziałów dla osób z HIV/AIDS, od lat powtarza, że jeśli kobieta zakażona HIV wie o swojej infekcji i podczas ciąży pozostaje pod opieką nie tylko ginekologa-położnika, ale także specjalisty terapii AIDS, to szanse na urodzenie zdrowego dziecka wynoszą ponad 99 proc. Jeśli jednak nie wie o swoim zakażeniu, ryzyko przeniesienia HIV na dziecko wynosi aż 40 proc. Tak było z biologicznymi matkami Tadzika oraz Oli, które o zakażeniu wirusem dowiedziały się dopiero pod koniec ciąży. Większość dzieci z HIV w Polsce, tak jak Tadzik czy Ola, zakaziło się jeszcze w życiu płodowym, inne podczas porodu lub w trakcie karmienia piersią.

Testy na HIV nadal są wykonywane stosunkowo rzadko u kobiet w ciąży (fot. Agnieszka Sadkowska / AG)
Testy na HIV nadal są wykonywane stosunkowo rzadko u kobiet w ciąży (fot. Agnieszka Sadkowska / AG)

Prof. dr hab. med. Magdalena Marczyńska, kierownik Kliniki Chorób Zakaźnych Wieku Dziecięcego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, ordynator oddziału XI, podkreśla, że dzieci zakażają się głównie od swoich matek. - Ryzyko transmisji wirusa od matki do dziecka można skutecznie ograniczyć do 1 proc., jeśli bada się  przyszłe matki i ciężarne, u kobiety zakażonej stosuje się skuteczne leczenie podczas ciąży, prawidłowo prowadzi się poród, dziecko karmione jest sztucznie i w okresie noworodkowym otrzymuje ono profilaktykę antyretrowirusową - wylicza prof. Marczyńska. - Dlatego tak ważne jest, aby kobiety w ciąży wykonywały dwukrotnie test na obecność wirusa. Dzięki temu zyskują niemal 100 proc. szans, że ich dziecko urodzi się zdrowe. O tym wszystkim powinien mówić im jednak lekarz prowadzący, który ma obowiązek złożenia oferty testu w kierunku HIV na początku i w ostatnim trymestrze ciąży. Pomimo obowiązujących standardów opieki medycznej nad kobietą w ciąży i jej noworodkiem nadal nie wszyscy lekarze wywiązują się, niestety, z tego obowiązku. 

W ciągu ostatnich dwóch lat liczba testów na HIV wykonywanych w czasie ciąży wzrosła wprawdzie z 25 proc. do 30 proc., ale nadal jest to bardzo niski odsetek. Zwłaszcza że zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia z 2012 roku takie testy u kobiet w ciąży są refundowane. Jeśli nawet zostanie on przeprowadzony, zwykle dzieje się to raz, na początku ciąży. Tymczasem, jak ostrzega Nicole Sochacki-Wójcicka, autorka popularnego wśród kobiet bloga mamaginekolog.pl, do zakażenia może dojść również już w trakcie ciąży. "Pewnie część z Was sobie myśli, po co w ogóle to dwukrotne badanie, przecież raczej kobieta w ciąży nie będzie sobie szukała nowego partnera. I tak, i nie. Rzeczywiście 99 proc. kobiet w ciąży będzie miało stałego partnera (tę statystykę akurat wymyśliłam, nie wiem, czy jest bliska prawdy, może świadczy o moim idealizowaniu świata), ale są dwa aspekty, o których może tak wprost nie pomyślicie. Jeden to niestety wierność partnera, a drugi aspekt jest taki, że jeżeli partner jest zakażony HIV, to wcale nie znaczy, że przy każdym kontakcie seksualnym między nim a jego partnerką dochodzi do zakażenia. Wśród par HIV (+)/HIV (-) do zakażenia może dojść dopiero w trakcie ciąży (...)". 

Prof. dr hab. med. Magdalena Marczyńska, kierownik Kliniki Chorób Zakaźnych Wieku Dziecięcego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego (fot. Stefan Romanik / AG)
Prof. dr hab. med. Magdalena Marczyńska, kierownik Kliniki Chorób Zakaźnych Wieku Dziecięcego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego (fot. Stefan Romanik / AG)

Życie przynajmniej 107 polskich dzieci mogłoby wyglądać inaczej, gdyby ich biologiczne mamy zbadały się odpowiednio wcześniej. I gdyby lekarze prowadzący ich ciąże wytłumaczyli im, że będąc zakażone, mogą urodzić zdrowe córki i synów. Ktoś powie: 107 przypadków to niewiele. Wśród nich jest pięcioletnia dziś Ola, która wie, że lepiej bawić się tylko z mamą. Choć jeszcze nie do końca rozumie dlaczego.

Plakat amerykański z 1987 roku, z początków epidemii AIDS (fot. domena publiczna)
Plakat amerykański z 1987 roku, z początków epidemii AIDS (fot. domena publiczna)

*"I have AIDS. Please hug me. I can't make you sick" - to jeden z najbardziej znanych plakatów amerykańskich z 1987 roku, z początków epidemii AIDS. Już wtedy wiedziano, w jaki sposób można się zarazić, a jakie czynności, zachowania w kontakcie z zakażonymi są bezpieczne. Od tamtej pory minęło 31 lat.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Joanna Pasztelańska. Dziennikarka, reporterka. Jako jedna z pierwszych dotarła do Turcji po trzęsieniu ziemi w 1999 roku, relacjonowała wybory prezydenckie w Iranie, zajmowała się sprawą farmy niewolników pod Londynem i ukrytymi w rejonie Prypeci sierocińcami dla dzieci z wadami genetycznymi po wybuchu elektrowni w Czarnobylu. Od blisko dwudziestu lat jeździ po Polsce śledząc tematy trudne i niewyjaśnione m.in. dla "Życia Warszawy", "Tygodnika Kulisy" i magazynu "Dziennika Gazety Prawnej". W 2016 roku nakładem wydawnictwa Horyzont Znak ukazała się książka "Policjanci. Za cenę życia", którą napisała wraz z mężem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (126)
Zaloguj się
  • ebom

    Oceniono 34 razy 30

    Paradoks polega na tym, że osoba mająca HIV i świadoma tego, biorąc leki nie jest żadnym zagrożeniem. Natomiast olbrzymim zagrożeniem jest każdy aktywny seksualnie, kto się nie bada... kiedyś już opisywałam sytuację z byłym partnerem - przeszłam na tabletkę antykoncepcyjną, chcieliśmy zrezygnowac z gumek, więc oczywiście zaproponowałam, żebyśmy najpierw zrobili odpowiednie badania (byliśmy w związku monogamicznym, ale żadne z nas nie weszło do niego jako dziewica/prawiczek). Oczywista oczywistość? Nie, wielka awantura i początek końca związku. Taka jest świadomość w narodzie w kwestii HIV i wszystkich chorób wenerycznych...

  • bonnieblue6

    Oceniono 29 razy 25

    A edukowano nas jeszcze w szkole średniej jakie są drogi zakażenia, były duże akcje i nic? Personel medyczny się boi? Jak pracowałam w COI z krwią ludzką, to mieliśmy wyraźne wskazania, że do czasu testów każda krew ludzka to materiał potencjalnie zakaźny, nie tylko HIV, i w przypadku każdej przestrzegaliśmy tych samych zasad.
    HIV jak na wirusa jest mizerny - 200 razy mniej zakaźny, niż żółtaczka typu C, a chorych na żółtaczkę traktuje się normalnie. Nawet w przypadku ekspozycji na wirusa (ktoś dosłownie oblał krwią pracownika medycznego i trafiła do oka, albo na przeciętą skórę; albo pracownik zakłuł się igłą) pracownika można potraktować uderzeniową dawką leku i zapobiec zakażeniu.

  • basil_the_cat

    Oceniono 27 razy 21

    Beznadziejny artykuł... dość mizernie i ogólnikowo mówi o tym jak się nie można zarazić.. prawda jest taka, że nawet uprawiając seks bez zabezpieczenia z odobą z HIV, która bierze leki antyretrowirusowe, szansa na zarażenie wynosi zero. Osoby z HIV, na lekach prowadzą takie samo życie i dożywają późnej starości jak każdy inny człowiek. A co w artykule? No że jest lepiej niż kiedyś, „że mają szanse na trochę dłuższe życie”. No i co to za stwierdzenie: że w 21 wieku nadal zdarza się, że zarażenie HIV/AIDS..... AIDS się NIE MOŻNA zarazić!!!!! Przykre to. Artykuł mający edukować, przekazuje półprawdy i raczej nie wnosi wiele...

  • mejerewa

    Oceniono 19 razy 15

    Ciemnogród. A najbardziej się boją ci, którzy nie mają w zwyczaju myć rąk po skorzystaniu z publicznej toalety. Bo przecież "zarazków nie widać".
    Widać, jak bardzo brakuje rzetelnej edukacji pro zdrowotnej i seksualnej w szkołach.

  • hefajstos1

    Oceniono 15 razy 11

    Wierzyć się nie chce, że polscy lekarze są aż tak niewyedukowani , niektórzy reprezentują poziom kleru.

  • wranek

    Oceniono 12 razy 10

    Wielkie mi zdziwienie. Jak 40% społeczeństwa wybiera oszustów i wierzy w niepokalane poczecie, to jak ma być?

  • tygrysio_misio

    Oceniono 13 razy 9

    Przekleństwem służby zdrowia jest to, że jest tam taka sama reprezentacja spiskowych paranoików, ignorantów, tumanów itp jak w reszcie społeczeństwa... i jednocześnie dla innych spiskowych paranoików, ignorantów i tumanów stanowią oni autorytet, kiedy wypowiadają się o sprawach, o których nic nie wiedzą. To, że ktoś zakuł i zapomniał coś na kolokwium i dostał dyplom nie oznacza, że się zna na całej medycynie.

    Ja w swoim życiu spotkałam się z lekarkami w centrum krwiodawstwa, które nie znały 3kartkowej ustawy będącej przedmiotem ich pracy, w tym czasu między donacjami... nie dziwie się, że mogą być pielęgniarki nieznające się na "wirusologii".

  • usmiech_nocy

    Oceniono 10 razy 8

    Pacjent z HIV u stomatologa - nie dziwię się, że lekarze odmawiają przyjęć.
    Zanim skrytykujesz przeczytaj ze zrozumieniem.
    Turbina, na której osadza się wiertło (najczęściej diamentowe) ma kilkaset tysięcy obrotów na minutę. Predkośc powoduje, że nawet niewielka ilość krwi (znieczulenie, zadraśnięcie dziąsła) ma wielką szansę ze śliną znaleźć się na wiertle, końcówce turbiny itd.
    O ile większość gabinetów sterylizuje wiertła (aczkolwiek w XXI wieku w Katowicach lekarze uciekali z przychodni całodobowej, bo jak nie było czasu to wiertła chirurgiczne nie trafiały tam do autoklawu) to niestety nie miejcie złudzeń, że do specjalnego autoklawu trafia turbina, a już na pewno nie po każdym pacjencie. Zresztą spora część gabinetów sterylizatora do końcówek nie posiada na stanie.
    Może w niektórych gabinetach na koniec dnia.
    Czyli do ust pacjent trafia końcówka w najlepszym wypadku przetarta na szybko jakimś środkiem do dezynfekcji, ale nie wysterylizowana.
    Oprócz turbiny dochodzi do kompletu kątnica, końcówka ssaka czy kamery.

    Pytanie: czy mając taką wiedzę, będąc lekarzem zaryzykowalibyście zdrowie kolejnych pacjentów?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX