Kaśka, żona Tomka, pierwsze objawy raka trzustki miała w 2013 roku

Kaśka, żona Tomka, pierwsze objawy raka trzustki miała w 2013 roku (fot. archiwum prywatne)

społeczeństwo

Kaśka wciąż żyje. Choć już umarła dla lekarzy i znajomych. Bo z rakiem trzustki nikt przecież nie może wygrać

Rak trzustki? Proszę spisać testament i zrobić dziecku testy genetyczne - takie słowa usłyszała moja żona cztery lata temu od lekarza. Mimo to nadal żyje. W Polsce o raku się nie mówi. W Polsce rakiem się straszy. To hamuje postęp medyczny i odbija się na leczeniu. Zbyt szybko odpuszczają lekarze i sami pacjenci.

Napisałem ten tekst jako dziennikarz i jako mąż Kaśki, której od pięciu lat towarzyszę w zmaganiach z rakiem trzustki. To nie jest opowieść o złych lekarzach, bo tych jest bardzo niewielu. To nie jest historia o cudzie. Ani o ukrytych terapiach.

Tekst powstał z wkurzenia i niemocy, bo dziś chory zmaga się nie tylko z chorobą, ale także ze stereotypami i przesądami, które bardzo utrudniają leczenie. To tekst o tym, jak medialny obraz raka utrudnia jego leczenie i proces zdrowienia.

Ten obraz dotyczy wszystkich nowotworów, ale w przypadku raka trzustki jest on szczególny, bo to trudna do leczenia i cechująca się wysoką śmiertelnością choroba. Strach nią wywołany potęguje fatalizm zamiast motywować do szukania szans. Noszą go w swoich głowach pacjenci, ale, niestety, też wielu lekarzy. W zestawieniu z mało wydolnym systemem leczenia nowotworów w Polsce to zabójcza mieszanka. Zwłaszcza że co czwarty czytelnik tego tekstu wcześniej czy później zachoruje na raka.

15 listopada przypada światowy Dzień walki z rakiem trzustki

Śmierć Ani

Jest październik 2014 roku. Minęły trzy miesiące od operacji i diagnozy. To początek naszej drogi. Strach jeszcze nie opadł. Rany są jeszcze świeże. Kaśka nie ma głowy trzustki, dwunastnicy, woreczka żółciowego i niedawno dowiedziała się, że w jej wątrobie pojawiły się cztery przerzuty. Przyjmuje chemię. Straciła kilka kilogramów i włosy. Na głowie nosi chustkę. Niespodziewanie w radio nadają informację, że na raka trzustki zmarła aktorka Anna Przybylska. Miała 35 lat. Osierociła trójkę małych dzieci.

Od pierwszych objawów i pierwszego rezonansu, który pokazał zmiany w trzustce, do rozpoznania minęło aż osiem miesięcy (fot. archiwum prywatne)
Od pierwszych objawów i pierwszego rezonansu, który pokazał zmiany w trzustce, do rozpoznania minęło aż osiem miesięcy (fot. archiwum prywatne)

Informacja działa jak uderzenie bomby w budynek obok - na szczęście nie trafiło nas. Wyłączamy radio. Płaczemy. Przybylska była tylko o dwa lata starsza od Kaśki. Informacja pracuje w nas cały wieczór. Najgorsze zaczyna się następnego dnia. Media "grzeją temat". W telewizji naprędce sklecone wspominkowe materiały o Ani przeplatają się z wejściami ekspertów. Lekarz, który leczył Przybylską, na gorąco, ze szczegółami opisuje ostatnie dni i godziny aktorki. Kolejny ekspert podkreśla, że efektów nie przyniosło nawet leczenie w szwajcarskiej klinice. W większości portali pojawiają się listy tych, którzy "przegrali walkę" z rakiem trzustki. Na czele każdej z nich Steve Jobs, Patrick Swayze, Luciano Pavarotti. Śmiertelny, cichy zabójca, nieuleczalny rak trzustki - mroczne przymiotniki biją ze wszystkich tytułów. Próbujemy nie poddawać się nastrojowi.

- Pamiętam spojrzenia sąsiadów i znajomych mówiące: "Boże, przecież ona nie ma szans". Ten natłok czarnych statystyk. Podkreślanie, że nawet ludzie, którzy mają pieniądze i nieograniczony dostęp do najnowszych osiągnięć medycyny, jak to się idiotycznie określa, "przegrali walkę" z rakiem trzustki. A co dopiero ja, zwykła dziewczyna z Warszawy - wspomina Kaśka.

Po śmierci Przybylskiej część ekspertów podkreślała, że jej odejście wywołało dyskusję na temat raka w Polsce. Nieprawda. Ta dyskusja przyniosła jedynie falę strachu, która niewiele wniosła do systemu leczenia i opieki nad osobami chorymi na raka. Lekarze odnotowali za to wzmożone odwiedziny pacjentów. Diagnozujący się przez Google'a Polacy zaczęli u siebie odkrywać objawy raka trzustki - ból w plecach, ból brzucha czy dziwny stolec. Pod gabinetami ustawiały się długie kolejki roztrzęsionych pacjentów drżących przed "cichym zabójcą". Jednak w samym systemie leczenia nic to nie zmieniło.

- Dziennikarze lubią takie określenia jak "cichy zabójca", "klątwa spod żołądka" czy inne malownicze metafory tego bardzo trudnego do leczenia nowotworu. Najlepszy jest chyba "cesarz" nowotworów - wylicza Kaśka i wspomina: - W tamtym okresie pojawiłam się w kilku stacjach telewizyjnych. Naiwnie miałam nadzieję, że będę mogła opowiedzieć o tym, jak udaje mi się stawić czoła tej chorobie, ale szybko zorientowałam się, że w ogóle nie o to chodzi, że zapraszają mnie, bo telewizja potrzebuje obrazka z pacjentem - dodaje. A młoda matka trzyletniego dziecka z chustką maskującą łysinę po chemii świetnie wpisywała się w czarny wzruszający scenariusz.

Kaśka z synem, po jednym z maratonów, w których wzięła udział (fot. archiwum prywatne)
Kaśka z synem, po jednym z maratonów, w których wzięła udział (fot. archiwum prywatne)

Myślałam, że pożyjesz może 1,5 roku 

W ciągu pięciu lat choroby Kaśki przeczytaliśmy pewnie kilkaset artykułów na temat raka trzustki. Już pobieżna analiza mediów pod kątem tego nowotworu pokazuje, że nawet news o nowej terapii zaczyna się od podkreślenia śmiertelności choroby. Kolejne dwie trzecie materiału poświęca się liście znanych osób, które "przegrały z nią walkę". Z reguły dopiero na końcu jest np. informacja na temat nowego leku testowanego w laboratorium.

Rak trzustki przedostał się także do świata filmu. Świetnie nadaje się do skutecznego usunięcia zbędnej postaci albo dodania akcji szczypty dramatyzmu.

- Kiedyś w filmach "umierało się" na białaczkę, ale tę się ostatnio lepiej leczy. Dlatego dziś filmowcy częściej sięgają po raka trzustki - zauważa Kaśka. - Niedawno oglądałam "Trzy billboardy za Ebbing" - gdy szeryf Willoughby dowiaduje się, że ma raka trzustki, woli popełnić samobójstwo, zostawić młodą żonę i kilkuletniego syna niż podjąć leczenie. Albo wątek, zdaje się z pierwszego sezonu "House of cards", w którym szofer Underwoodów umiera w szpitalu na raka trzustki i nic nie da się dla niego zrobić. Przeciętny odbiorca patrzy na to bezrefleksyjnie. Dlatego gdy moja przyjaciółka ostatnio wyznała, że nie spodziewała się, że przeżyję więcej niż półtora roku, w ogóle nie byłam zdziwiona. W końcu wszystko się tu klei.

Statystyka ma dwa końce

To prawda, że rak trzustki ma złe rokowania. Odznacza się jednym z najwyższych współczynników śmiertelności. Pięć lat od diagnozy (w onkologii to okres uznawany za wyleczenie z nowotworu) przeżywa 5-6 procent pacjentów. Mało. Ale dlaczego nikt nie pisze o tych 5-6 procentach, tylko opisuje wyłącznie 94-95 procent zgonów? Osoba po diagnozie desperacko poszukuje informacji na temat odsetka wyleczeń czy prognoz dotyczących długości życia. Nie chodzi o nieliczenie się z faktami, ale szukanie szans tam, gdzie one się pojawiają. Nawet jeśli są nieliczne.

To ważne, bo w Polsce i na świecie przybywa chorych na raka trzustki. W polskich szpitalach diagnozuje się każdego roku 3 tysiące nowych przypadków. Już tylko ten wzrost powinien skłaniać do bliższego przyjrzenia się, jak to się dzieje, że wąskiej grupie ludzi udaje się skutecznie radzić sobie z chorobą.

- Moim zdaniem społeczny obraz choroby ma wpływ na sposób jej leczenia i statystyki przeżywalności. A jak podjąć wyzwanie tak trudnego leczenia bez nadziei i wiary w jego sens? - zastanawia się Kaśka.

Razem z Kaśką biega jej mąż Tomek (para w środku) (fot. archiwum  prywatne)
Razem z Kaśką biega jej mąż Tomek (para w środku) (fot. archiwum prywatne)

Podobnie uważa socjolożka dr Antonina Dorszewska z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, która w swoich wykładach podkreśla, że przekaz medialny dotyczący nowotworów bardzo rzadko zawiera pozytywny pierwiastek - nie mówi się np. o zaletach profilaktyki czy postępach i nowych odkryciach w onkologii. Za to akcent kładziony jest na wątek przegranej walki z chorobą. Co, jak wskazuje socjolożka, przekłada się na onkologiczny fatalizm - zrównanie diagnozy z wyrokiem śmierci. W konsekwencji pacjenci i ich otoczenie budują wiedzę o raku na podstawie zniekształconych stereotypów, a to wpływa na ich zaangażowanie i wiarę w proces leczenia.

- Pamiętam jedną dziewczynę z oddziału, na którym przyjmowałam chemię. Młodziutka. Miała chyba 16 lat, kiedy zachorowała. Zmarła w wieku 21 lat. Przyjechała z małej wsi na Podkarpaciu. Bardziej od wymiotów po chemii martwiło ją to, że we wsi znowu ją będą wytykać palcami. Spytałam, czy to przez brak włosów, a ona powiedziała, że ludzie uważają ją za symulantkę, bo przecież ktoś chory na raka nie może chodzić o własnych siłach, o wyjazdach do Warszawy nie wspominając. I nic nie pomogły tłumaczenia, że wcale tak nie musi być - ludzie wiedzieli swoje. Byłam tym całkowicie zszokowana - wspomina Kaśka.

W pani przypadku to już tylko testament

Stereotypowe widzenie raka dotyczy, niestety, także lekarzy, nawet onkologów. W realiach polskiej służby zdrowia, braku wystarczającej liczby lekarzy, ich przepracowania, nie zawsze nadążają z nowymi terapiami czy schematami leczenia. Choć czasami kryje się za tym, niestety, zwykła ignorancja.

To było w 2014 roku. Krótko po pierwszej operacji i diagnozie, że w usuniętej części trzustki znajdował się złośliwy guz. Tomografia komputerowa wykazała, że mimo usunięcia guza w wątrobie pojawiły się przerzuty. Udało się błyskawicznie zorganizować wizytę u ordynatora oddziału onkologii jednego z szanowanych warszawskich szpitali.

- Wizyta trwała może pięć minut i była jak lewy prosty w twarz. Ordynator popatrzył przez kilka sekund na wyniki najnowszego rezonansu. Wszelkie wątpliwości, włącznie z powiększonymi węzłami chłonnymi, zinterpretował na moją niekorzyść. Doradził spisać testament. I w trosce o dziecko zrobić mu testy genetyczne. Na koniec za tę wyczerpującą poradę skasował 350 złotych. To wtedy poczułam, jakbym umarła. Zbierałam się po tej wizycie dobry tydzień - wspomina Kaśka.

Z wiedzą onkologiczną jest krucho także wśród lekarzy nieonkologów - internistów czy lekarzy rodzinnych, którzy pierwsi powinni rozpoznać chorobę. Studenci medycyny mają niewiele zajęć z onkologii. Wiedza o nowotworach w książkach, z których się uczą, często pochodzi jeszcze z lat 80. Na konsekwencje takiego stanu rzeczy wskazywał podczas konferencji Health Challenges Congress prof. Krzysztof Składkowski, dyrektor Centrum Onkologii w Gliwicach, mówiąc wprost, że przez brak edukacji onkologicznej mamy jedne z najniższych wskaźników przeżywalności pacjentów z rakiem w Europie.

Powrotu do tego, co było przed diagnozą, nie ma. Ale można być szczęśliwym (fot. archiwum prywatne)
Powrotu do tego, co było przed diagnozą, nie ma. Ale można być szczęśliwym (fot. archiwum prywatne)

W leczeniu nowotworów kluczowy jest czas. Im szybsza diagnoza, tym większe szanse na wyleczenie. Ale co, jeśli lekarz boi się postawić młodej pacjentce diagnozę, bo nie ma przygotowania onkologicznego, albo pokazuje na statystyki, które mówią, że to niemożliwe?

- W grudniu 2013 roku miałam pierwsze objawy i pierwszy rezonans, który pokazał zmiany w trzustce. Od tego czasu do postawienia właściwej diagnozy minęło aż osiem miesięcy. W tym czasie guz rósł i zdążył się rozsiać na inne organy. Część lekarzy mówiła, że rak trzustki jest u mnie niemożliwy, bo według statystyk najczęściej występuje u starych ludzi. Inni szukali jeszcze rzadszych chorób. Pacjent oczywiście nie chce znaleźć u siebie nowotworu i bierze to za dobrą monetę. I gdy znalazł się jeden lekarz, który mówił, że to wygląda jak rak, wkurzałam się, że niepotrzebnie mnie straszy - przyznaje Kaśka.      

W tej historii po drodze spotkaliśmy wielu wspaniałych chirurgów, onkologów i chemioterapeutów. Nie bali się zaryzykować i sięgnąć po nowsze albo niestandardowe terapie. Ale wielu z nich trzeba było najpierw przekonać. Bo w polskim systemie leczenia onkologicznego nacisk kładzie się na procedurę, nawet jeśli jest mało skuteczna albo nie przynosi u konkretnego pacjenta efektu.

System nie premiuje indywidualnego podejścia. Takiego, jakie u Kaśki zastosowała jej lekarka. Dzięki jej uporowi udało się pozyskać od firmy farmaceutycznej nierefundowany nowoczesny lek. Dziś to leczenie jest refundowane także w Polsce. Ale wtedy, w 2014 roku, mimo potwierdzonej w badaniach klinicznych skuteczności i mimo stosowania leku w USA i krajach UE, w Polsce prawie nikt z niego nie korzystał. Lekarze przyjmują tezę, że dla pacjentów z rakiem trzustki niewiele da się zrobić. Być może dlatego wielu ludzi zamiast szpitali wybiera wizyty u samozwańczych cudotwórców. A dla nich to intratny biznes, bo na strachu można sporo zarobić.

- Byłam kiedyś w gabinecie u lekarza, który oferował niekonwencjonalne terapie. Wizyta - 400 złotych. Usłyszałam krótkie wyliczenie: wlewy dożylne z witamin, zioła i suplementy - łączny koszt jednej sesji to grubo ponad 2 tysiące złotych. Skuteczność? "No, w pani przypadku trudno powiedzieć" - wspomina Kaśka.   

Raka trzeba poukładać w głowie

Kaśka nie wzięła suplementów za 2 tys. zł. Nie spisała też testamentu. Postawiła na wiedzę medyczną. I w lipcu 2016 roku, wbrew wspomnianemu ordynatorowi, dokładnie dwa lata po pierwszej operacji (w tym czasie były jeszcze dwie) i cztery miesiące po skończonej chemioterapii, weszła na Grossglockner. Ten liczący blisko 3800 m n.p.m. lodowiec to najwyższy szczyt Austrii.

Przypuszczam, że jestem pierwszą i jedyną zdobywczynią tego szczytu z rakiem trzustki i połową wątroby - mówi Kaśka. Na zdjęciu z mężem, Tomkiem (fot. archiwum prywatne)
Przypuszczam, że jestem pierwszą i jedyną zdobywczynią tego szczytu z rakiem trzustki i połową wątroby - mówi Kaśka. Na zdjęciu z mężem, Tomkiem (fot. archiwum prywatne)

- Przypuszczam, że jestem pierwszą i jedyną zdobywczynią tego szczytu z rakiem trzustki i połową wątroby - żartuje Kaśka. - A tak na poważnie - udowodniłam, że nawet w sytuacji skrajnie trudnej choroby warto zawalczyć o siebie i poszukać szansy, jeśli nie na wyzdrowienie, to przynajmniej na zyskanie czasu. Moje zdjęcie ze szczytu wisi jako motywacja dla innych w gabinecie niemieckiego profesora w Neu-Ulm, u którego się leczyłam - dodaje.

Zdobycie szczytu było spełnieniem marzenia o chodzeniu po wysokich górach, a jednocześnie sposobem na zdobycie pieniędzy (wymyśliliśmy system cegiełek) na leczenie wspomagające. W Niemczech jest wiele ośrodków, które oferują pacjentom wspomagające leczenie przeciwnowotworowe, m.in. szczepionkami z komórek dendrytycznych pacjenta. Jest to leczenie komercyjne. Dość drogie. Ale badania wskazują, że warto spróbować. 

W raku szalenie ważna jest też motywacja do wyzdrowienia. Przebiegłość tej choroby polega na tym, że nie można pozbyć się jej z życia. Nawet po operacji czy skutecznej terapii rak zostaje w głowie chorego. Choroba dotyka nie tylko tego, kto na nią zapadł, ale także jego rodzinę i otoczenie. Trzeba się z nią nauczyć żyć. Powrotu do tego, co było przed diagnozą, nie ma. Ale można być szczęśliwym.

- Bez doświadczonego psychoonkologa trudno to sobie poukładać. Ale w Polsce jest bardzo niewielu doświadczonych w tym obszarze terapeutów. Do tego pacjenci mają wiele uprzedzeń przed korzystaniem z pomocy psychologa. Wielu zamyka się przed sąsiadami i otoczeniem, udając, że problemu nie ma. Pacjenci wstydzą się raka, bojąc się przyznać, że są chorzy. Inni posługują się różnymi przesądami, stereotypami, np. jak psycholog może mi pomóc, jeśli sam nie choruje? - opowiada Kasia.

Psychoonkologów brakuje, za to w polskich szpitalach na etatach pracuje ponad tysiąc księży. Mogą wesprzeć duchowo chorego, ale nie oswoją go ze strachem towarzyszącym chorobie. Bez fachowej wiedzy psychologicznej nie da się skruszyć nowotworowych stereotypów, wypracować systemu radzenia z kryzysami czy znaleźć w sobie moc do poradzenia sobie ze złymi wynikami badań.

- Sama przeszłam dwie sesje tzw. warsztatów simontonowskich. To rodzaj grupowej terapii, podczas której chorzy i ich rodziny uczą się radzić sobie psychicznie w sytuacji choroby. U wielu ludzi, którzy przychodzą na te warsztaty, podczas pierwszej sesji widać głównie strach. Kiedy wychodzą po kilku spotkaniach, tak jak ja, są mocniejsi. Uważam, że psychoterapia powinna być integralnym elementem leczenia raka - mówi Kasia.

Ilu pacjentów przychodzi na warsztaty z terapii simontonowskiej? Oficjalnych statystyk nie ma. Ale patrząc tylko na oddział onkologiczny, na którym leczyła się moja żona, mogę powiedzieć, że niewielu. Niektórych podnoszą na duchu historie innych pacjentów opisywane na fundacyjnych portalach poświęconych chorobom nowotworowym, a ostatnio nawet filmiki na YouTube. To historie pacjentów, którym się udało wyzdrowieć czy znacznie wydłużyć życie. I jakby w sukurs przychodząc stereotypom - okazuje się, że w popularnym serwisie YouTube można znaleźć dużo filmów zagranicznych, tych polskich jest naprawdę niewiele. 

Uważam, że psychoterapia powinna być integralnym elementem leczenia raka - mówi Kasia (fot. archiwum prywatne)
Uważam, że psychoterapia powinna być integralnym elementem leczenia raka - mówi Kasia (fot. archiwum prywatne)

Co czwarty z nas zachoruje na raka

A pozytywnych historii nam potrzeba. Według oficjalnych danych mamy stosunkowo niski współczynnik zachorowań. To cieszy, ale martwi, że odsetek osób z nowotworem, które przeżyły pięć lat (co uznawane jest za wyleczenie) wynosi zaledwie 41 proc. W UE za nami jest tylko Bułgaria z 39 proc. przeżyć. W całej Unii to 51 proc., a w krajach skandynawskich powyżej 60 proc.

W dodatku zachorowalność na raka w Polsce stale wzrasta. Najszybciej wśród młodych. Tylko w tym roku diagnozę usłyszy w sumie 90 tys. osób. Na raka trzustki zachoruje blisko 3 tys. z nas. Prawdopodobnie 2,8 tys. umrze w ciągu sześciu miesięcy od diagnozy.

W Polsce niewiele się zmieni, jeśli wciąż za mało będzie się mówiło o tym nowotworze, a za dużo nim straszyło. A jak podkreśla dr Antonina Doroszewska, warunkiem poprawy wizerunku choroby nowotworowej jest wiedza. Tymczasem zamiast niej mam garść stereotypów, nieprawdziwe przekonania, fatalizm i szukanie sensacji. 

- Wiem, że gdybym na którymś etapie mojej czteroletniej drogi odpuściła, poddała się tym wszystkim stereotypom, gdybym nie ułożyła sobie tej historii w głowie, system opieki zdrowotnej by się o mnie nie upomniał.  A ja już bym "przegrała walkę z nowotworem", wpisując się w oczekiwania statystyki - mówi Kaśka.  


Tomasz Wojciechowski. Socjolog, mąż Kaśki. Przez pięć lat związany z tygodnikiem "Newsweek" oraz Newsweek.pl.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (188)
Zaloguj się
  • secondradoslaw

    Oceniono 84 razy 54

    Nikt nie komentuje ?? Wow. Pewnie sie raka boja. Artykul pokazuje, jak zmarnowaliscie w Polsce ostatnie 30 lat, te tzw lata wolnosci. No i zadupczyliscie na smierc szkolnictwo, co juz daje “efekty” w postaci beznadziejnej klasy lekarzy i jakosci sluzby zdrowia. O zasyfionym do granic powietrzu przez grzecznosc nie wspominam. I tak relatywnie malo ludzi umiera na raka biorac pod uwage te upiorne warunki.
    Do tego ta przerazajaca mentalnosc chlopskiego narodu, z ktorej bierze sie pozniej to, ze chorzy wstydza(!) sie choroby. Wiac stamtad, jak najdalej.

  • kac

    Oceniono 42 razy 38

    Po pierwsze rozróżnijmy nowotwory trzustki od raka trzustki. Gazeta nie jest w stanie mimo upomnień z wielu stron pojąć, że choć rak to nowotwór to nie każdy nowotwór to rak. Straszy przy tym bezsensownie wiele osób. Ad rem zatem, nowotwory trzustki nie muszą być wcale złośliwe i w takim przypadku dają się często dobrze wyleczyć (to nadal jednak jest ciężka choroba). Rak trzustki jest zawsze złośliwym nowotworem i źle rokuje. Jenak, to, że źle rokuje nie oznacza, że jak w przypadku wysoko złośliwych glejaków mamy śmiertelność w okolicach 99+%. Obecnie po pięciu latach od zachorowania żyje nawet ponad 10% chorych. Mało? Tak mało ale walczyć trzeba nawet gdy jest to tylko ~1%. Poddawać się po prostu nie wolno!

  • caucus

    Oceniono 45 razy 37

    Mam diagnoze od 4.5 lat I trzy operacje. Pierwszy rozsadny artykul jaki przeczytal w tym czasie. Moje wyrazy uznania. BTW, za kilka miesiecy wybieram sie na Kilimanjaro.......

  • Waldemar Szpak

    Oceniono 37 razy 33

    Bardzo ważny artykuł i mądre obserwacje. Zawszę należy podjąć walkę. Zawszę należy poznać typ nowotworu, to jest najważniejszy krok w leczeniu. Prawdopodobnie w tym przypadku mamy do czynienia z tzw. Neuro-endokrynolicznym typem. Każdy nowotwór ma swoją charakterystykę, jedne zachowują się bardzo agresywnie inne , z tej samej tkanki i organu inne mniej. Dobry onkolog czy dobry lekarz to nie jest ten który ślepo wykonuje procedury ale ten kto widzi indywidualnue człowieka i jego nowotwór. Są , niestety również tacy co żerują na pacjentach i oferują witaminy za tysiące. Nowotwór, zmusza do refleksji. Ten artykuł jest na prawdę bardzo ważny i potrzebny. Ta historia jest przykładem na świadome życie i ostrzeżeniem dla tych co je marnują. Serdeczne pozdrowienia i życzenia dla Państwa.

    P.S. osiem miesięcy dla nowotworu to jak tysiące lat dla zdrowej tkanki. Przykre i niedopuszczalne.

  • chlopzlasu

    Oceniono 35 razy 31

    Nowotwory czy nie nowotwory - polska służba zdrowia popadła w patologię. Jest wielu wspaniałych lekarzy... ale to jak generalnie traktuje się ludzi w szpitalach, na oddziałach ratunkowych, w przychodniach... nie ma żadnego szacunku dla człowieka, dla jego potrzeb. Chorzy i ich rodziny doświadczają władczych zapędów pań salowych, pielęgniarek... wszędzie chamstwo, wulgarność, złośliwość... ja wiem, że w służbie zdrowia nie ma pieniędzy. Ale to nie jest wytłumaczenie dla tego jak zachowują się jej pracownicy...

  • Dobra Zmiana

    Oceniono 32 razy 30

    Więcej takich artykułów! Sam jestem 'przeżytkiem' . Po kilku latach terapii onkologiczna usłyszałem od lekarza "pan jesteś symulant". Najpiękniejsze com usłyszał. Ale pacjentom trzeba mówić prawdę. Nie straszyć tylko rzetelnie informować. Chorobę trzeba 'zrozumieć'. Zmienić tryb życia i radować każdą chwilą. Kiedyś na coś przecież trzeba umrzeć. To oczywiste, ale do tego czasu..... "uśmiechaj się, do każdej chwili uśmiechaj się ". OTUCHY! .

  • olakom

    Oceniono 30 razy 26

    W Pl operacja wycięcia raka trzustki jest tak nisko wyceniona przez NFZ, że przynosi stratę oddziałom chirurgicznym, które ja wykonują. Powoduje to ograniczenie dostępności w szybkim leczeniu raka trzustki i innych nowotworów w PL. Wielokrotnie jako chirurdzy operujący raka trzustki zwracaliśmy się w poprzednich latach do MZ o zmianę tej sytuacji, ale bezskutecznie. Dane z publikacji naukowych z ostatnich lat podają, że koszty takich zabiegów są kilkunastokrotnie wyższe niż to co płaci NFZ w PL. I tak średni koszt wycięcia raka głowy trzustki w Holandii w 2015 r wyniósł; 166.421 PLN, w Szwajcarii (2011r)- 192.421 PLN, a w USA (2016r)- 366390 PLN. W roku 2016 w Polsce NFZ za ten sam zabieg płacił szpitalowi kwotę około 16.000 PLN czyli 12 x mniej niż w Szwajcarii, 10 x mniej niż w Holandii i 23 x mniej niż w USA. Po prostu fenomen szkoda że nie ma przełożenia w PL na benzyne leki, samochody, tylko na operacje raka trzustki!!! Tak zaniżona wycena powoduje, że oddziały chirurgiczne w Polsce wykonujące resekcje trzustki generują długi dla szpitala i dyrektorzy je pozamykali lub znacznie ograniczyli ich działalność. Czemu dziennikarze nic o tej sprawie nie piszą ??? Przecież to skandal i oszustwo polityków na chorych ludziach. No i nie medialne. Żal

  • iwonakaluza

    Oceniono 28 razy 22

    Zgadzam się z twierdzeniem, że lekarze są niedouczeni, że brak odpowiedniej diagnostyki. Lekarz pierwszego kontaktu nie umie zlecić badań, które wykryją nowotwór. Mam taki przykład na własnej mamie. wyniki robione co pół roku, wszystko dobrze. A jak trafiła do szpitala to nowotwór był tak rozsiany, że już nie było szans nawet podać chemie.

  • labradorite

    Oceniono 25 razy 21

    Świetny artykuł, mam dokłądnie takie same spostrzeżenia: rakiem straszą, brakuje porządnej, fachowej wiedzy juz na poziomie szkoły podstawowej! [bo przecież dwie lekcje religii najważniejsze], a potem ten lęk i niewydolnosć służby zdrowia wykorzystują różnej maści szarlatani. Czas oczekiwania na badania to w Polsce masakra. Bliska mi osoba w zeszłym roku była w szpitalu w L. i leczyła gruźlicę, w badaniach wyszedł jej 1-centymetrowy guz na płucu. Szpital nie podjął natychmiastowej diagnostyki, kazali obserwować. Po roku guz ma już dwa centymetry :/ Pozwalniać księży, zerwać konkordat i przestać łożyć tyle miliardów na tę zachłanną hydrę i doinwestować służbę zdrowia, a będzie troche lepiej.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX