Duchowni albo całkowicie wyrzekają się swoich dzieci, albo ukrywają rodzinę przed światem

Duchowni albo całkowicie wyrzekają się swoich dzieci, albo ukrywają rodzinę przed światem (fot. Shutterstock)

wywiad gazeta.pl

"Dzieci księży żyją w bańce samotności"

Matki księży są moim największym zaskoczeniem. One albo nic nie wiedzą o swoich wnukach, albo ich nienawidzą. Dziecko jest plamą na honorze ich idealnego syna - mówi Marta Abramowicz, autorka książki "Dzieci księży".

Napisała już pani dwa reportaże o Kościele. Dlaczego?

Poprzednią książkę, czyli "Zakonnice odchodzą po cichu", napisałam przez mniejszy lub większy przypadek. Byłam na seminarium reporterskim u Hanny Krall, u której raz w miesiącu musiałam napisać reportaż. A temat Kościoła zainteresował mnie, kiedy zdałam sobie sprawę, że w mediach nie ma prawie w ogóle zakonnic. Są tylko księża. Zaczęłam zadawać pytania: Dlaczego tak się dzieje? Co robią zakonnice? Jak im się żyje w klasztorach? Czy siostry się w sobie zakochują?

Nie zetknęła się pani wcześniej z zakonnicami?

Nie jestem katoliczką, więc niewiele wiedziałam na ich temat. Ale pierwsze bohaterki, które poznałam, Joanna i Magdalena, wprowadziły mnie we wszystkie szczegóły. Opowiedziały mi też historię swojej miłości, jak się w sobie zakochały i potem razem uciekły z klasztoru. Napisałam o tym reportaż i Hanna Krall, którą było trudno czymś zaskoczyć, powiedziała: Bardzo dobrze, proszę pisać dalej. A potem: Może napisałaby pani o tym książkę?

Hannie Krall się nie odmawia?

W życiu! Zaczęłam szukać innych byłych zakonnic i ten temat mnie wciągnął. Opowieści kobiet o życiu w klasztorze były naprawdę wstrząsające - szczególnie o absolutnym posłuszeństwie, którego wymagały od nich przełożone. Uznałam, że nie można milczeć. Napisałam książkę.

Poprzednia książka Marty Abramowicz opowiadała historie byłych zakonnic (fot. Piotr Skórnicki / AG)
Poprzednia książka Marty Abramowicz opowiadała historie byłych zakonnic (fot. Piotr Skórnicki / AG)

O dzieciach pisze pani w najnowszym reportażu.

Po pierwszej książce odezwały się do mnie żony byłych księży. Spotkałam się z nimi. Opowiedziały mi o swoim życiu. Zadałam sobie kilka pytań: Jak to wygląda w rodzinach, gdzie ksiądz nie odszedł z kapłaństwa? Jak to wygląda z perspektywy dzieci? I ich matek? Nie stawiałam żadnej tezy, po prostu byłam ciekawa tych opowieści. I chyba udało mi się opisać ten problem w nieoczywisty sposób.

Historie opisane w książce są bardzo różne. Ojciec Tomka wyparł się go i nie chce mieć z nim nic wspólnego. Z kolei ojciec Miłki był i jest dla niej bliską osobą, opiekował się nią i wspierał, ale ponieważ nie odszedł z kapłaństwa, ukrywa fakt posiadania rodziny przed otoczeniem. Dzieci księży to zaprzeczone dzieci. I choć udało mi się dotrzeć do niewielkiej liczby osób, to szukając bohaterów, usłyszałam setki historii: o księżach nieprzestrzegających celibatu, ich partnerkach i ich dzieciach. Wyglądało na to, że prawie każdy zna osobiście takie osoby.

Czy była historia, która panią najbardziej zdziwiła albo zaskoczyła?

Wszystkie były dla mnie ważne i istotne. Zaczynając pracę, nie wiedziałam, że te historie będą także o kobietach. Bo dzieci opowiadały o swoich matkach, które zawsze były. To one wzięły na siebie trud wychowania i zarobienia na dom. A ojcowie byli mniej lub bardziej nieobecni.

A czy są dzieci wychowywane przez samotnych księży?

To zagadnienie mnie fascynowało. Czy ksiądz, który kiedyś nie dotrzymał celibatu i został ojcem, ale od tamtego momentu nigdy go nie złamał, może wychowywać własne dziecko? W końcu Kościół, po pierwsze, odpuszcza mu grzech braku wstrzemięźliwości, a po drugie - tyle mówi o tym, jak ważna jest rodzina. Zadałam więc to pytanie Tomaszowi Polakowi, który niegdyś był rektorem seminarium duchownego.

I co odpowiedział?

Że to niemożliwe.

I co wtedy z dzieckiem?

Ksiądz musi je zostawić, jeśli dalej ma pełnić swoją posługę. Nie może się nim zająć, nawet jeśli żyje w celibacie.

Wg kościoła dziecko księdza jest dowodem grzechu i może wywołać publiczne zgorszenie (fot. Cezary Aszkiełowicz / AG)
Wg kościoła dziecko księdza jest dowodem grzechu i może wywołać publiczne zgorszenie (fot. Cezary Aszkiełowicz / AG)

Dlaczego? To przeczy zdrowemu rozsądkowi.

Dziecko jest dowodem grzechu i może wywołać publiczne zgorszenie. Publiczne, czyli nasze, społeczeństwa. A Kościół nie chce, żeby wierni się burzyli. Profesor Polak mówi też, że Kościół za wszelką cenę chce utrzymać księdza w swoich zasobach, kobieta z dzieckiem są wypadkiem przy pracy, pomyłką, którą szybko trzeba wymazać. I rzeczywiście księża-ojcowie w mojej książce byli zachęcani przez swoich przełożonych, żeby zostali w Kościele i nie zawracali sobie głowy swoimi dziećmi.

Chyba mówimy o hipokryzji, prawda?

Ona jest tak głęboko zakorzeniona w Kościele, że już nikt jej tam nie widzi. Profesor Polak zwraca jednak uwagę na to, że gdyby postawić przed tymi samymi ludźmi kobietę z dzieckiem w potrzebie, to na pewno by jej pomogli. Ale już nie tej, która urodziła dziecko księdza.

Ile w Polsce jest dzieci księży?

Profesor Baniak, który jakiś czas temu badał to zjawisko, mówi, że 15 procent księży jest ojcami. Mamy około 30 tysięcy księży w Polsce, więc wychodzi, że blisko pięć tysięcy z nich ma dzieci.

Jedno lub więcej?

Niektórzy po pięcioro.

Zbulwersowała mnie opowieść o przełożonym zakonnym, który zadzwonił do matki księdza chcącego odejść z zakonu, żeby zajęła się swoim dzieckiem.

I ta matka, wzorowa parafianka, zagroziła swojemu synowi, że się zabije, jeśli ten przestanie być księdzem. Matki księży są moim największym zaskoczeniem. One albo nic nie wiedzą o swoich wnukach, albo ich nienawidzą.

Nie widują się?

Nawet jak są w tym samym pomieszczeniu, to posyłają im nienawistne spojrzenia, epatują niechęcią. Dziecko jest plamą na honorze ich idealnego syna.

Matki księży albo nic nie wiedzą o swoich wnukach, albo ich nienawidzą (fot. Dominik Sadowski / AG)
Matki księży albo nic nie wiedzą o swoich wnukach, albo ich nienawidzą (fot. Dominik Sadowski / AG)

Co jeszcze robi Kościół w takich sytuacjach?

W książce "Porzucone sutanny" jej autor, ksiądz Piotr Dzedzej, rozmawia z byłymi księżmi. Kiedy partnerka jednego z bohaterów zaszła w ciążę, to on zdecydował się błyskawicznie na ślub, nie czekając na decyzję biskupa w jego sprawie. Na to autor książki mówi, że szkoda, że nie poczekał na tę decyzję, bo "może pomogłoby zwykłe przeniesienie do innej parafii". Na co ten drugi odpowiada: "To tylko gdybanie". Wydaje się, że ta wymiana zdań pokazuje utrwalony mechanizm przyjęty w Kościele: jest problem z księdzem? Przenieśmy go na drugi koniec Polski, problem rozwiąże się sam.

Ale co to zmienia?

Jest daleko od skandalu, wierni nie szumią, sprawa się wycisza. Być może gdyby wierni nie szumieli, jak to się zdarza w innych krajach, tylko mówili: biskupie, zostaw naszego księdza w spokoju, to sytuacja byłaby inna. W latach 60. XX wieku, kiedy urodziła się dwójka moich bohaterów, dziecko księdza było hańbą, którą należało ukryć. Myślałam, że sytuacja się zmieniła, ale dosłownie trzy dni temu dostałam list od matki siedmioletniego dziecka, z którego wynika, że przechodziła przez to samo, co ci ludzie urodzeni 50 lat temu. Była zmuszona genetycznie udowadniać ojcostwo księdza. Boi się komukolwiek mówić o swojej sytuacji, żeby jej dziecko nie było prześladowane przez społeczeństwo. W Polsce wśród osób mocno wierzących panuje przekonanie, że to kobieta zhańbiła księdza, siebie i dziecko. Natomiast osoby bardziej krytyczne uważają, że to skandal, że ksiądz nie odchodzi i nie zajmuje się dzieckiem, na pewno jest hipokrytą i oszustem. Jednak moi bohaterowie są właśnie w takiej sytuacji. Miłka ma żal do swojego ojca, ale widzi też, że jest on dobrym człowiekiem. Chciałaby, żebyśmy zobaczyli sytuację z jej punktu widzenia.

Najważniejszą sprawą w tej książce nie są jednak mechanizmy Kościoła, ale odpowiedź na pytanie: Dlaczego wszyscy utrzymujemy tę "naszą wspólną tajemnicę" i co możemy zrobić, aby tę sytuację zmienić?

W jaki sposób moglibyśmy reagować? W mojej rodzinie też jest znana historia o księdzu, który miał dzieci z gosposią. Na czym polega ten współudział?

To zależy od tego, jak blisko jesteśmy tej sytuacji. 

Marta Abramowicz (fot. Mateusz Skwarczek / AG)
Marta Abramowicz (fot. Mateusz Skwarczek / AG)

No dobrze. A jak jesteśmy blisko, to co mamy zrobić?

Porozmawiać z tą kobietą i dzieckiem, okazać im swoje wsparcie. Zauważyłam, że ludzie bez problemu opowiadali mi historie o dzieciach księży, ale nikt z bohaterami tych historii nie rozmawiał. Pomyślałam więc, że dzieci księży i ich matki żyją w bańce samotności. Nie mają z kim porozmawiać, nie otrzymują wsparcia: ani od Kościoła, ani od rodziny księdza, czy swoich bliskich. A dzieci nie dość, że mają ograniczony kontakt ze swoim ojcem, to jeszcze nie mogą publicznie o nim mówić. Bo jak powiedzą, to ich ojciec zostanie przeniesiony na drugi koniec Polski i w ogóle nie będą się z nim widywać.

Skoro to takie proste, dlaczego wspieramy ten system?

Nie wiem, czy proste. Wymaga jednak odwagi, żeby przełamać zmowę milczenia. Żeby wywikłać się z systemu społecznego konformizmu. On też działa na innych polach.

Jakich?

Kiedy dla świętego spokoju chrzcimy dziecko, wysyłamy je na religię albo bierzemy ślub kościelny. Jeśli mamy wątpliwości i robimy to tylko dlatego, że jesteśmy pod presją rodziny albo w szkole nie chcemy pierwsi się wyłamać, to przestańmy to robić.

Ale w sumie dlaczego? Dla wielu ludzi to część naszej kultury, tradycji, zwyczajów.

Tutaj rozmawiamy o osobach, które już mają wątpliwości, czy chcą uczyć swoje dziecko tego, czego księża na religii. Od wielu rodziców słyszę, że katecheci, zamiast uczyć miłości bliźniego, uczą nienawiści. W książce też zastanawiam się nad tą naszą kulturą i tradycją. Profesor Tokarska-Bakir mówi, że zgadzając się pod dyktat Kościoła na wykluczenie innych - matek i dzieci księży, ale też byłych zakonnic czy osób homoseksualnych, skazujemy na cierpienie naszych bliźnich.

Matki księży albo nic nie wiedzą o swoich wnukach, albo ich nienawidzą (fot. Jakub Orzechowski / AG)
Matki księży albo nic nie wiedzą o swoich wnukach, albo ich nienawidzą (fot. Jakub Orzechowski / AG)

Polacy mają się uwolnić od religii?

W książce porównuję nas do Irlandii, katolickiego kraju, który, tak jak my, wyzwolił się spod panowania innego kraju. Przy wszystkich różnicach widać, że Irlandczycy w trakcie dyskusji na temat tego, co się dzieje w Kościele, przeszli przemianę. Zobaczyli, jak wiele kobiet i dzieci zostało skrzywdzonych przez księży przy aprobacie hierarchów. Przestali kierować się więc w codziennych wyborach tym, co mówią im biskupi, stali się wolnymi ludźmi. W naszej kulturze to ksiądz mówi nam, co jest dobre, a co złe. A lepiej zastanowić się nad tym, czy to, co mówi, jest zgodne z naszym sumieniem i wartościami, i przestać być częściej wielkiej zmowy milczenia. Mam nadzieję, że "Kler" i "Dzieci księży" przyczynią się do tego, że zrozumiemy też nasze własne uwikłanie w ten system.

Pisze też pani, że polskość bardzo ściśle jest związana z wiarą katolicką.

Pytam profesora Tomasza Stryjka, historyka, o to, czy można odkleić katolika od Polaka.

Można?

Tak. Ta zbitka słów obowiązuje od połowy XIX wieku, a nie, jak chcą biskupi, od Mieszka I. Nie jesteśmy wbrew pozorom odwiecznym narodem Polaków-katolików, choć teraz to przekonanie jest powszechne. Kościół ma miejsce w naszej historii, ale warto pamiętać, że on tylko dopomógł inteligencji, robotnikom i Polakom. A wiele procesów modernizacyjnych spowalniał.

Jak to? A Jan Paweł II, który obalił komunizm, księża, którzy walczyli z okupantem niemieckim, ksiądz Skorupka walczący z bolszewikami? A cud nad Wisłą, a religia, która ocaliła naród pod zaborami?

No właśnie, dlatego warto przeczytać w książce, gdzie kończą się fakty, a zaczyna mit. Oczywiście, nikt nie zaprzecza, że Jan Paweł II i poszczególni odważni księża przyczynili się do odzyskania przez Polskę niepodległości w różnych okresach. Ale to nie znaczy, że nie mamy prawa do krytycznego spojrzenia na to, co dziś dzieje się w Kościele, i na to, co mówią hierarchowie, bo mamy do spłacenia jakiś dług z przeszłości.

Czy Kościół ma zmienić swoje nauczanie?

Tak.

Kościół w swoich działaniach nie ogranicza się do spraw duchowych (fot. Jakub Orzechowski / AG)
Kościół w swoich działaniach nie ogranicza się do spraw duchowych (fot. Jakub Orzechowski / AG)

Po co? Przecież to jego wewnętrzna sprawa.

Jeśli chce być Kościołem, który ma kontakt z wiernymi, to powinien zmienić podejście do celibatu, kobiet, osób homoseksualnych i wszystkich innych grup, o których wypowiada się bez szacunku.

Ale przecież nikt nas nie zmusza do wiary. Rozumiem, że jako dzieci musieliśmy chodzić na religię i może nawet przyjęliśmy sakrament bierzmowania, ale potem, w dorosłym życiu, można dokonać wyboru i na zawsze pożegnać się z Kościołem.

Kościół ma na nas wielki wpływ. Przecież on nie ogranicza się do spraw duchowych, on chce stanowić moralność w państwie i być ponad państwem.

To co powinien zmienić w pierwszej kolejności?

Znieść celibat, żeby nie odbierać kilkuset tysiącom mężczyzn prawa do posiadania rodziny i żeby uwolnić dzieci księży od piętna. Ale samo zniesienie celibatu nie wystarczy, bo Kościół przez lata uważał kobiety za istoty gorsze. Głosił, że są defektem natury, pewną pomyłką, która powstała z powodu wilgotnych południowych wiatrów. Kobieta przez to, że ma dużo wody, miała być zmienna, niestała i absolutnie nie można było jej ufać. Takie poglądy głosili między innymi święty Augustyn i święty Tomasz, doktorzy Kościoła, do których wciąż odwołują się współcześni papieże. Przez wieki uważano, że kobieta nadaje się tylko do rodzenia dzieci. Kiedy słyszę, że kobieta jest "dawczynią życia" i "strażniczką domowego ogniska", wydaje mi się, że średniowieczne poglądy zostały tylko ubrane w piękne słowa. Nie zmieni to jednak istoty sprawy.

Powinno się wprowadzić kapłaństwo kobiet?

Tak, bo tylko to jest w stanie rzeczywiście wyrównać pozycję kobiet i mężczyzn w Kościele. Piszę o tym również w "Zakonnicach" - w Kościele tylko mężczyzna wyświęcony może podejmować wiążące decyzje, czyli mieć władzę. Kościół władzą się jednak nie chce podzielić.

Na czyją pomoc mogą liczyć w Polsce dzieci księży?

Swojej matki, czasem ojca.

Książka Marty Abramowicz ukazała się nakładem Krytyki Politycznej (fot. Mateusz Skwarczek / AG)
Książka Marty Abramowicz ukazała się nakładem Krytyki Politycznej (fot. Mateusz Skwarczek / AG)

A fundusz alimentacyjny?

Podobno istnieje taki w poszczególnych diecezjach, ale słyszałam to tylko w opowieściach ludzi. Żadna z moich bohaterek nie dostawała alimentów od Kościoła.

Łatwiej być dzieckiem księdza na wsi czy w mieście?

Nie ma różnicy, bo kobieta i tak generalnie musi uciekać ze swojej miejscowości. Słyszałam rzecz jasna opowieści o księżach żyjących ze swoimi partnerkami, które pełnią funkcję gosposi na plebanii.

Czy Kościół katolicki mógłby brać przykład z Kościołów protestanckich? Opisuje pani rodzinę pastora metodystów.

Albo od Kościoła greckokatolickiego, w którym nigdy nie wyobrażano sobie, że ksiądz może nie mieć żony. Oczywiście, im dalej na wschód, tym pozycja kobiet jest słabsza. A kluczowe jest pytanie: Czy mamy być służącymi, czy partnerkami? Odpowiedzi udzieliła reformacja. Luter ożenił się z byłą zakonnicą, którą, jak wynika z dokumentów, traktował jak partnerkę. Pastor stał się członkiem społeczności z normalną rodziną. Luter przełożył Biblię na niemiecki i zachęcał wiernych, również kobiety, do samodzielnego studiowania Pisma. Dziewczynki zaczęto więc uczyć czytać i pisać. Wskaźnik wykształcenia kobiet w krajach protestanckich był nieporównywalnie większy niż w krajach katolickich.

W niektórych krajach działają ruchy dzieci księży, które starają się doprowadzić do uregulowania spraw z Kościołem (fot. Jakub Orzechowski / AG)
W niektórych krajach działają ruchy dzieci księży, które starają się doprowadzić do uregulowania spraw z Kościołem (fot. Jakub Orzechowski / AG)

Nie ma pani wrażenia, że jesteśmy już wszyscy zmęczeni rozmową o Kościele? Mówią o nim duchowni, prawica, liberałowie, a nawet Krytyka Polityczna.

Dyskusja jest ważna. Nie rozmawialiśmy o Kościele w czasach PRL-u i w pierwszych latach demokracji. Więc to już najwyższy czas.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Marta Abramowicz. Ur. 1978. Dziennikarka, badaczka, psycholożka. Reportażu uczyła się pod okiem Hanny Krall. Napisała wiele tekstów lekkich, gazetowych, i sporo poważniejszych, naukowych, w tym kilka książek. Robi badania społeczne, najczęściej o ludziach, którym trudniej się odnaleźć. Zawsze najbliżsi jej byli wykluczeni, więc od lat z różnymi organizacjami pozarządowymi szuka sposobów na zmianę świata.

Arkadiusz Gruszczyński. Dziennikarz i animator kultury.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także